Ostatni Murhughall!
-Wstańże w końcu, to już ten dzień!
-Jeszcze tylko chwilka, proszę!- rzekł młody Elf przeciągając się leniwie. Spojrzał na stojącą nad nim siostrę, miała olśniewającą suknię lazurowej barwy, spowijał ją długi, oliwkowy płaszcz z kapturem. Na lewe ramię zarzucony miała bogato rzeźbiony, długi łuk, na prawym przepasła skórzany kołczan ze strzałami, do rzemykowego pasa przypięła krótki, żelazny miecz ze złotymi runami na ostrzu, w ręku trzymała dość spory tobołek. Była zwarta i gotowa do wymarszu.
Elf dźwignął się leniwie ze swego łoża, po czym delikatnie wyprosił siostrę z komnaty! Elficzka stała czas jakiś przed drzwiami od pokoju brata i gdy zaczynała się niecierpliwić drzwi się otworzyły. Jej brat ubrany był w srebrzysto- oliwkową koszulę i spodnie w tym samym odcieniu, czoło jego przepasała czerwona opaska. On również miał na sobie łuk i kołczan ze strzałami, miał też miecz, lecz znacznie większy niż miecz siostry, z tymi samymi runami i z tego samego surowca. Elfy szły czas jakiś przez wąski korytarz z marmurowymi ścianami i posadzką aż dotarły na dziedziniec. Gdy elfia para była już na zewnątrz czekał na nich tłum pobratymców, na którego czele stał ich ojciec. Elf ten miał purpurowe szaty i srebrną, wysadzaną diamentami koronę. Był to elficki król. Patrzył na swe dzieci zatroskanym, pełnym żalu wzrokiem, wiedział, że być może widzi ich po raz ostatni.
-Ojcze jesteśmy gotowi.-rzekła doń córka.
-Moje dzieci, jakże wielki żal przeszywa me serce na myśl o rozłące z wami.-odpowiedział król- jednak musicie wyruszyć i wypełnić swą misję. Mówiąc to nie potrafił powstrzymać łez.
Ojcze nie martw się, wszystko pójdzie dobrze i nim się obejrzysz będziemy znów razem, w domu!- uspokajał go syn.
Miejmy nadzieję, w tych trudnych czasach ona jest najważniejsza!- powiedział król.
Lerwenarze! Miłościwy królu! Pora wyruszyć!- przerwał im jeden z zgromadzonych, stary, lecz ciałem młody królewski doradca.
Lerweno! Słońce ty moje!- wypowiedział król ściskając córkę na pożegnanie. Strzeżcie się złego i wracajcie, czym prędzej!- dodał.
-I ty mój synu, opiekuj się siostrą i pamiętaj, że będę czekał na każde wieści od was!- powiedział ściskając syna- Idźcie! Niech Beibhinn ma was w opiece!
Ruszyli. Gdy tylko wyszli poza bramy miasta Lerwen rzekł:
-Zdajesz sobie sprawę, że możemy go więcej nie ujrzeć?
-Tak! Wiem o tym doskonale! Jednak musimy być wierni naszej misji!- odparła Lerwena.
Poszli w stronę lasu zwanego Draiocht-Dair a ich ojciec odprowadzał ich wzrokiem aż do skraju lasu.
Bór owy przemierzyli bez zakłóceń a gdy zmierzchało byli już na polance po przeciwnej stronie owej gęstwiny drzew. Postanowili zrobić postój, gdyż byli już zmęczeni. Rozłożyli, więc swój ekwipunek a Lerwen rozpalił ognisko.
Świt zastał ich pakujących swój dobytek, zjedli poranną strawę i ruszyli dalej. Szli przez dobre pół dnia, aż w końcu zrobili postój na obiad. Lerwen upolował niewielkiego bażanta, Lerwena oskubała drób i upiekli je w płomieniach niewielkiego ogniska.
-Eh, nic tu nie ma. Wszędzie gdzie nie spojrzeć stepy!- rozpoczęła Lerwena.
-Masz racje siostro! Ziemia wyjałowiona, prawie żadnego drzewa nawet pagórka tu nie uraczysz! Nie jest to przyjemna okolica i nie można jej nawet porównywać do Draiocht-Dairu!- odpowiedział Lerwen.
-Aż nie chce się wierzyć, ze to nadal jest nasza ziemia, nasz kraj. Czuje się jakbym była daleko od domu, gdzieś na przykład na polach Margothu!- dodała księżniczka.
-Tak a przed nami jeszcze długa droga do Minasamhainu! Chcąc, nie chcąc musimy iść dalej, oddalić się jeszcze bardziej od domu!- westchnął Lerwen dogaszając ognisko.
-Musimy ruszać!- dodał.
Zapakowawszy swój dobytek ruszyli w dalszą drogę. Podążali czas jakiś nie mówiąc nic, nie musieli oboje wiedzieli, o czym myśli druga osoba, oboje tęsknili za przytulnym, znajomym i dającym bezpieczeństwo dębowym lesie, o domu. Gdy wieczór zapadał przyspieszyli kroku jakby łudząc się, iż zdążą przed zmrokiem do najbliższej wsi. Kiedy, słońce schowało się zupełnie za widnokręgiem, postanowili się zatrzymać. Gdy Lerwen rozpalał ognisko, jego siostra wpatrywała się w horyzont.
-Lerwenie! Cóż to tak lśni tam na północy?- zapytała.
Lerwen wstał od palącego się już ognia i podszedł do siostry.-to chyba... chociaż nie... tak to jest jezioro!! Jezioro Erdriel!!! Jesteśmy prawie w Beagardzie i zapewniam cię, że jutro o zmierzchu ujrzymy dym rozchodzący się z kominów!- odparł uradowany Elf.
Lerwena wprost nie mogła ukryć emocji, nareszcie będzie wśród ludzi. Była bardzo ciekawa, gdyż jeszcze nigdy żadnego nie spotkała. Zjedli strawę i ułożyli się do snu, Lerwen zasnął od razu, tylko Lerwena nie mogła usnąć, myślała cały czas o tym, co miała zobaczyć pojutrze.
Rankiem wędrowcy wstali skoro świt przepełnieni radością na myśl o cywilizacji. Zjedli prędko śniadanie i ruszyli. Gdy słońce było już wysoko na niebie do ich uszu doszły odgłosy szumu wody.
-To rzeka, Abhainn-Arfheabhas! Najdłuższa rzeka naszych ziem i nie tylko! Czytałam o niej w jednej z ksiąg w pałacowej bibliotece.- rzekła Lerwena.
-Podobno płynie od gór Arfheabhas DunSliabh i wpływa do morza Krakennihl! Czyli przez jakieś pięć krajów. To dopiero Iontach-Sruth1 - odparł Lerwen.
-To jest coś, czego się nie zapomina!- dodała z zachwytem, Elfka.
-Dobra, dobra zobaczymy, co powiesz jak już ujrzymy tą rzekę i te jezioro!- hamował ją brat.
-Pewnie serduszko mi pęknie z zachwytu!- zażartowała Lerwena.
-Ty nawet tak nie mów! Nie raz już takie rzeczy się zdarzały!- skarcił ją Elf.- dość już tej zadumy trza iść dalej!!
Ruszyli, więc żwawym tempem naprzód. Z każdym ich krokiem wzmagał się szum wody, napełniając ich pozytywną energią. Stepy, które dotychczas ich otaczały zamieniły się w zarośla. Szli coraz dalej aż ich oczom ukazało się jezioro, piękne, czyste jezioro Erdriel. Widok ten spowodował, iż oczy Lerweny zalśniły od łez a Lerwenowi zaparło dech w piersiach. Spojrzeli na siebie oboje.
-Coś wspaniałego!!!- wykrzyknął Elf.
-Brak mi słów by opisać radość, jaka we mnie płynie!- dodała siostra.
-A cóż to za mgła, tam niedaleko na wschodzie?
-To mgła bagienna, nie jednego do obłędu doprowadziła, aż strach pomyśleć, jakie bestie mogą się tam kryć!- odrzekł Lerwen z obrzydzeniem- Ruszajmy, za nic w świecie nie chciałbym spędzić nocy w tej okolicy!
Przyspieszyli kroku, oglądając się niepewnie w stronę bagien. Przeszli koło nich prawie biegnąc. Zdawało się im, że z mgły dochodzą głosy nawołujące ich do wkroczenia na bagno. Gdy byli za nim, nieustannie oglądali się za siebie dopóty, dopóki nie zniknęło im zupełnie z oczu, wtedy także zwolnili tępa. Zapadał zmierzch, mimo to nie zatrzymywali się ani na chwilę. Chcieli być możliwie jak najdalej bagna. W końcu, gdy nic już nie można było dostrzec w otaczających ich ciemnościach położyli się spać.
Rankiem wstali dość wcześnie, zjedli śniadanie i ruszyli w dalszą drogę. Gdy słońce było już wysoko na niebie ujrzeli przed sobą niewielką wioskę. Kiedy się do niej zbliżyli, odkryli, że jest opustoszała. Szli wzdłuż ciągnących się po obu stronach niedużej dróżki, drewnianych chat ze słomianymi dachami, aż dotarli do niewielkiego placyku. Dookoła placyku stały puste stragany, a na jego środku, w ziemię wbity był dębowy pal, do którego przywiązany był jakiś wieśniak. Niepewnie podeszli do wieśniaka i ze zdumieniem zauważyli, że owy mężczyzna przywiązany jest do pala za pomocą bardzo masywnych łańcuchów. Gdy zorientowali się, że mężczyzna żyje, Lerwen przemówił doń.
-Hej! Człeku! Co tu się stało i dlaczego jesteś przywiązany do tego pala?
Mężczyzna odchrząknął, podniósł niepewnie głowę, obrócił się w kierunku Elfów i rzekł:
-O o odejdźcie stąd, odejdźcie, czym prędzej! Nie dostrzegacie, że dzieją się tu potworne rzeczy? Nie jesteście tu mile widziani, nikt nie jest!
-Zupełnie nie rozumiem, o co ci chodzi! Dlaczego nie jesteśmy mile widziani? Gdzie się podziali wszyscy mieszkańcy i kto cię przywiązał?- Zapytał Lerwen.
-Nie ma, o czym rozmawiać. Uciekajcie mówię!- krzyknął tajemniczy mężczyzna.
-Nie odejdziemy stąd dopóki nie powiesz nam, co tu się stało! A jeśli coś ci nie pasuje to nas stąd wygoń!- odparła z frustracją Lerwena.
-Przeto widzicie żem przywiązany! Uciekajcie!- powtórzył mężczyzna.
-Nie! Mówże, kto cię przywiązał?- przerwała mu Elficzka.
-Ja. Ja sam się przywiązałem! A teraz uciekajcie!- odparł.
-Ty? Sam się przywiązałeś? Ale dlaczego? I gdzie są inni mieszkańcy wioski?- dopytywała się Lerwena.
-Tak ja sam. Nie ma tu innych mieszkańców, większość z nich zabiłem a reszta uciekła i wy zróbcie to samo! Zaklinam was, uciekajcie póki jeszcze możecie!- Wykrzyczał nieznajomy.
-Jak to zabiłeś? Nie wyglądasz mi na mordercę!- wtrącił stojący na boku Lerwen.
-Nie rozumiecie? Czy wy naprawdę nic nie rozumiecie? Jestem Wilkołakiem, gdy tylko padną na mnie promienie księżyca, przemieniam się w bestię, prawdziwe monstrum pozbawione zasad moralnych i sumienia! Lecz gdy wstaje słońce, znów jestem zwykłym człowiekiem i wtedy, dopiero wtedy, dociera do mnie, jakim straszliwym jestem mordercą. Nie chcę mieć i was na sumieniu, więc uciekajcie!- opowiadał nieznajomy.
-Niemożliwe! Jak ktoś taki jak ty może wybić pół wsi?- odparła Lerwena.
-Nie rozumiesz? Ja jestem Wilkołakiem. To tak jakbym w nocy był kimś zupełnie innym. Mam tego dosyć, więc dlatego się przywiązałem i modlę się by łańcuch wytrzymał mą przemianę!
-A co będziesz jadł? Przecież umrzesz z głodu na tym palu!- zauważył Lerwen.
-Wolę umrzeć niż być tym czymś. Gdybym mógł się kontrolować, choćby w niewielkim stopniu to byłoby inaczej!- wzdychał nieznajomy.
-Nie pozwolę na twą śmierć! Nigdy! Poza tym możemy ci pomóc, znaleźć jakiegoś czarodzieja, który pomoże ci zapanować nad swą mocą! Jak cię zwą?- wzburzyła się Lerwena.
-Naprawdę? Można mi pomóc?- zwątpił nieznajomy.
-Je, jestem Ksher! Jesteście pewni, że możecie mi pomóc?- odparł nieznajomy.
-A więc Ksherze! Jestem pewna, że uda nam się ci pomóc, wspólnymi siłami. A przynajmniej spróbujemy. Lepsze to niż wisieć na tym palu do końca życia!- odpowiedziała Lerwena.
-Dość już tej pogaduszki! Trzeba cię rozwiązać!- postanowił Lerwen, po czym wyciągnął z za pasa niewielki, bogato zdobiony sztylet i podszedł do pala by uwolnić nieszczęśnika.
Rozplątawszy krępujące Kshera łańcuchy, Lerwen podał mu bukłak.
-Masz, pewnie jesteś spragniony!
-Dziękuję, dziękuje wam za wszystko!- odparł Ksher.
-To co? Ruszamy dalej?- wtrąciła Lerwena.
-Tak! Tylko zabiorę swoje rzeczy! Wy też moglibyście się rozejrzeć, może znajdziecie tu coś cennego lub też pożytecznego! Jesteście Elfami prawda?- odpowiedział Ksher.
-Tak! Ja jestem Lerwen, a to jest moja siostra Lerwena. Chyba warto by się rozejrzeć!- odparł Lerwen- ty idź poszukaj swoich rzeczy. Ty siostro, ty poszukaj jakiś ziół a ja poszukam czegoś wartego uwagi!
-Oczywiście bracie!- dodała Lerwena.
Cała trójka rozdzieliła się, po paru chwilach znów byli w komplecie, gotowi do drogi. Nie czekali więc niepotrzebnie i ruszyli w stronę Beagardu. Gdy słońce było już prawie na horyzoncie, ujrzeli domy. Dotarli do miasta. Miasteczko nie było wprawdzie wielkie, ale widać było od razu, że jego mieszkańcy są lekkoduchami nie przykładającymi wielkiej uwagi do jego estetyki. Beogard słynął z handlu, głównie rybami, przez co czuć było wszechobecny fetor rybi. Struktura miasteczka miała kształt pajęczyny. Na środku był ryneczek, do którego prowadziło osiem głównych dróg, które stopniowo rozchodziły się im dalej od rynku. Mieszkańcy byli zapracowani i nie zwracali uwagi na podróżnych, to też elfia para była przekonana, że widok Elfów w tym miasteczku nie jest czymś dziwnym. Jakże się mylili. Przekonali się o swoim błędzie, gdy tylko zawitali w jednej z karczm, nad drzwiami, której widniał szyld „Pod zatęchłym karpiem”.
1 – Potężna Rzeka (elficki)
Rozdział 2:Magiczny amulet
Gdy Lerwen otworzył wrota karczmy, jako pierwszy zobaczył zgraję niechlujnie ubranych mieszkańców miasteczka, beztrosko popijających piwo i wino. Na wprost wejścia był bar, za którego ladą stał łysiejący już, tęgi mężczyzna. Ubrany był w szarą, poplamioną winem koszulę, przez pas przewiązany miał fartuch z koziej skóry. Widać było, że ten, kto ją garbował, niezbyt się do tego przyłożył. Poza barem w karczmie stały luźno rozmieszczone stoły i ławy. Po lewej stronie baru umieszczony jest, rozpalony kominek. Gdy tylko weszli, od razu poczuli ciekawskie spojrzenia większości goszczących w karczmie ludzi.
-Czy ja jestem wyczulona, czy jesteśmy tu jedynymi „nieludźmi”?- szepnęła Lerwena.
-Spokojnie, to jeszcze o niczym nie świadczy!- uspokajał ją Lerwen.
-Czuję się tu dość nieswojo, zwłaszcza, że wyglądam jak wasz sługa.-wyszeptał Ksher.
Lerwena spojrzała na niego, rzeczywiście wyglądał jak ich sługa, był ubrany w niezbyt wygodne spodnie z owczej skóry, w szarą, poszarpaną koszulę i w skórzaną kamizelkę. Nie miał butów, stopy chroniły jedynie stare szmaty zawinięte wokół nóg, opasające jednocześnie spód nogawek. Jego strój wyglądał skromnie, zwłaszcza w porównaniu do pięknych, elfickich szat Lerwena i Lerweny.
Cała trójka usiadła przy jednym ze stołów, po czym Lerwen wstał i podszedł do baru zamówić jadło. Lerwena niespokojnie rozglądała się dookoła, aż jej uwagę przykuł pewien mężczyzna popijający wino. Ten ujrzawszy jej spojrzenie uśmiechnął się chytrze znad czary pucharu, skinął na swoich kolegów, wtem wszyscy wstali i pospieszyli do Elfki. Jeden z nich podbiegł do Lerwena i wyciągnął miecz. Lerwen nie mógł nic zrobić, poczuł tylko czubek klingi nieznajomego na swojej szyi.
-Witaj dziewko!- krzyknął nieznajomy. –Zabawimy się?- dodał z złowrogim uśmieszkiem.
Oburzona Lerwena próbowała wstać, lecz mężczyzna ją powstrzymał.- Nie jestem dziewką, jestem elficką księżniczką i rozkazuję ci mnie zostawić w spokoju i mego brata też!- wykrzyknęła.
-No proszę, w takim razie przepraszam!- powiedział mężczyzna z ironią.- jeszcze nigdy nie miałem Elficy! Ale nie martw się, posiądę cię iście po królewsku!- dodał.
-Puść mnie zbóju!- Wrzasnęła Lerwena.
Mężczyźni złapali ją za ręce i nogi, i położyli na stole. Jeden z nich wycelował miecz w Kshera- Nie myśl, że o tobie zapomnieliśmy, zabawimy się tylko z twoją znajomą!
-Puśćcie mnie! Ostrzegam was!- warknęła Elficzka.
-Och, a co ty nam możesz zrobić?- zaśmiał się jeden z nich.- Spokojnie, to nie będzie bolało, no może trochę!
-Nie słyszałeś Elficzki? Masz ją puścić!- Krzyknął ktoś z końca sali.
Ogarnięci szokiem zbóje spojrzeli na nieznajomego, który się wtrącił. Widocznie nie przywykli by ktoś im przerywał. Nieznajomy siedział na ławie koło kominka, w prawej ręce trzymał kufel z piwem. Był ubrany dość nietypowo. Miał na nogach czarne, szerokie dość spodnie z materiału przypominającego jedwab, buty z wężowej skóry, miał luźną, czerwoną bluzę z szerokimi rękawami owiniętymi na przedramionach czarną opaską. Bluzę owiniętą miał czarnym pasem ze skóry, sięgającym od ostatnich żeber aż do bioder. Okryty był czarną peleryną z kapturem.
- wypuśćcie Elficzkę wraz z jej przyjaciółmi a nic nikomu się nie stanie!- powiedział stanowczo nieznajomy.
-Zaraz, zaraz! Ty chcesz nam rozkazywać? Ha! Przecież ty nie masz nawet broni, a nas jest siedmiu! Jak masz zamiar nas pokonać?- zadrwił herszt zbójów.- widzę, że będę musiał cię nauczyć paru przydatnych lekcji! A więc lekcja numer jeden: nigdy nie zaczynaj walki, której nie możesz wygrać!- powiedział wyciągając miecz w stronę nieznajomego.- Niestety lekcji drugiej już nie dożyjesz!
-Nigdy nie lekceważ przeciwnika, jeśli ktoś bez broni stawia się na siedmiu uzbrojonych po zęby przeciwników to albo jest szalony, albo ma powody by uważać, że mu się uda! Co by to nie było to ty nie możesz być pewny, więc nie powinieneś wyciągać pochopnych wniosków. Oto lekcja numer dwa!- odparł nieznajomy.- Schowaj lepiej ten mieczyk nim zrobisz sobie krzywdę! I tak ci się na nic nie zda!- dodał i w tym momencie miecze wszystkich zbójów poczęły się żarzyć, po czym zrobiły się czerwone i zaczęły parzyć swoich właścicieli, którzy z przerażeniem odrzucali je, jeden po drugim. Lerwen był wreszcie wolny, toteż wyciągnął swój miecz i przyłożył do gardła swemu prześladowcy.
-Mag!- wyjąkał herszt z przerażeniem.
-Nie! Coś znacznie gorszego! Twój najgorszy koszmar! Twój kat!- odpowiedział nieznajomy.
-Błagam cię panie, nie rób nam krzywdy!- krzyknął herszt padając na kolana przed nieznajomym.
Mężczyzna wyciągnął lewą dłoń tak jakby czekał na Jałmużnę, nad dłonią pojawiła się mała, rosnąca ognista kulka, gdy urosła do rozmiaru dojrzałego pomidora nieznajomy rzekł:
-Nie lubię zapachu spalonej, ludzkiej skóry, więc dam wam szansę. Teraz policzę do, czterech, jeśli ktoś z was jeszcze będzie w karczmie, spłonie!
Gdy to powiedział wszyscy zbóje wybiegli spanikowani z karczmy, został tylko herszt, próbował podnieść swój miecz.
-Nie! Miecze zostają!- wrzasnął nieznajomy.
Herszt posłuchał go i uciekł. Zdumione Elfy patrzyły czas jakiś na nieznajomego, po czym Lerwen rzekł:
-Dziękuję ci panie! Uratowałeś nam życie i honor mej siostry!
Nieznajomy podszedł do Lerweny, wyciągnął do niej dłoń chcąc ją podnieść ze stołu i rzekł:
-Quel vanima arwen en amin2!
-Z, znasz Elficki?- zdziwiła się Lerwena.
-Tak! Znam elficki, krasnoludzi i jeszcze parę innych języków!- odparł nieznajomy.
-Dziękuję ci za uratowanie życia! Jestem Lerwena!
-To był mój obowiązek! Nie mogłem przecież pozwolić by tak piękna Elfka padła ofiarą tych podłych prostaków!- odpowiedział nieznajomy.- Jestem Dragorn!
-Miło mi poznać! To jest mój brat Lerwen! A ten wieśniak to Ksher, wilkołak!- powiedziała Lerwena.
-Saesa omentien lle3!- powiedział Dragorn, podając rękę Lerwenowi.
-Mnie również!- odpowiedział Elf.
- Witaj Ksherze!- dodał Dragorn podając z kolei rękę wieśniakowi.
-Witaj miłościwy panie!- odparł Ksher.
-Karczmarzu, co tak stoisz bezczynnie? Piwa dla moich nowych przyjaciół!- krzyknął Dragorn zwracając się do osobnika stojącego za barem.
Karczmarz krzątał się chwilę za ladą, po czym podał trunek gościom, którzy zasiedli przy wspólnym stole obok kominka.
-Macie! Pijcie na zdrowie!- wzniósł toast Dragorn.
-Magu, jeśli mogę mam pytanie!- zaczął Ksher.
-Ależ oczywiście, słucham!- odparł Dragorn.
-A więc, jestem Wilkołakiem ale to już wiesz. Mam pewną prośbę, mógłbyś sprawić bym zapanował nad swoją, nie wiem jak to nazwać, mocą?- wylał z siebie Ksher.
-Ha! Mógłbym spróbować!- Odpowiedział Dragorn.
-Naprawdę? Bardzo byłbym wdzięczny!- rozpromienił się Wilkołak.
-Lecz nic nie obiecuję! Nie wiem czy to, co mam na myśli coś pomoże!- zaznaczył Dragorn.
-Ekhem! Przepraszam, że wam przerywam, ale możemy się wtrącić do dyskusji?- spytała nieśmiało, lecz stanowczo Lerwena.
-Ależ oczywiście! Śliczna Elfko! Co was sprowadza do Beogardu? Wszak jesteście dość nietypową gromadą!- uśmiechnął się Dragorn.
-A więc!- zaczął Lerwen- Jesteśmy książętami z Mirlinas Baile!
- Z marmurowego miasta?- wtrącił Dragorn.
-Tak! Wyruszyliśmy ze stolicy z pewną misją, mamy dotrzeć do stolicy Ramhianu, do Ramhiangardu i poprosić nowo-koronowanego króla by zaprzestał nagonki na Elfy przebywające na jego ziemi! Poprzedni król był pokojowo nastawiony i bardzo tolerancyjny dla Elfów, zaś jego następca diametralnie zmienił stosunek. Mamy zamiar z nim porozmawiać i prosić go by rządził równie mądrze jak jego poprzednik!- opowiedziała Lerwena jednym tchem.
-hmm.. Muszę was rozczarować, gdyż wiem, że nowy król, niejaki Avariel nie jest tak mądry jak jego ojciec Avrinil. Avariel jest próżny i niepoprawny, Dostosowuje prawo do własnych potrzeb i nęka biednych i podróżników, przemierzających jego kraj!- wyjaśnił Dragorn.
-Wiemy, słyszeliśmy o jego poczynaniach i właśnie, dlatego chcemy złożyć mu wizytę, może wreszcie przejrzy na oczy!- odpowiedział Lerwen.- Nieważne, co z tego będzie to i tak musimy spróbować!- dodał.
-Ha! Podobają mi się wasze intencje! Jeśli się zgodzicie to chciałbym wyruszyć razem z wami! Mogę się przydać, poza tym będę mógł pomóc Ksherowi!- Zaproponował Dragorn.
-Jestem za!- wykrzyknął uradowany słowami maga, Ksher.
-No cóż, przydałaby nam się pomoc maga!- Zaczął Lerwen- C o tym myślisz siostro?
-Znakomity pomysł! Będę rada, że mam u boku mego wybawcę!- odparła Lerwena.
- No dobrze! Zatem wyruszymy rankiem! Proponuję się przespać! Idźcie, ja pójdę coś załatwić i też się położę!- postanowił Dragorn.- Karczmarzu! Pokoje dla moich przyjaciół!
Gdy elfy i Ksher poszli z karczmarzem po schodach do góry, Dragorn wyszedł z karczmy.
Poszedł na targ, wśród pustych już straganów ujrzał pewnego chłopca, który sprzątał rynek.
-Ejże! Gdzie znajdę o tej porze tragarza, co kamieniami handluje?- spytał Dragorn.
-O tej porze?- zdziwił się chłopak. – O tej porze będzie w oberży pod wschodnią bramą miasta. Nazywa się Turger czy jakoś tak!
-Dziękuję ci młodzieńcze!- pożegnał go Dragorn.
Mag poszedł w kierunku oberży, znalazł w niej Turgera i wyciągnął go na zewnątrz.
-Mości panie, potrzebuję pewien kamień, Topaz, cena nie gra roli!- zaczął Dragorn.
-Ależ oczywiście panie! Świetny wybór, widzę, że się pan zna na rzeczy! Proszę oto on!- powiedział podchmielony już mężczyzna wręczając kamień magowi.- Należy się dwadzieścia sześć sztuk złota!
Dragorn zapłacił Turgerowi, wrócił do karczmy i poszedł spać.
Rankiem mag zawędrował do miejskiego kamieniarza i poprosił go by ten obrobił Topaz na kształt medalu z wizerunkiem wilka. Gdy robota była skończona, Dragorn zaniósł krążek do kowala, żeby oprawił go w srebrną oprawkę tworząc medalion na łańcuszku. Kiedy Wilczy Amulet był już gotowy Dragorn ścisnął go mocno w dłoni, wyszeptał coś w sobie tylko znanym języku, po czym powrócił do jedzących właśnie śniadanie przyjaciół. Podszedł do Kshera i rzekł wręczając mu medalion:
-Proszę! Oto Wilczy Amulet, dzięki, któremu będziesz mógł zapanować nad swą mocą i sam stwierdzić, kiedy jej użyć, zrób z niego dobry użytek!
2 – Witaj moja piękna pani (elficki)
3 – Miło mi cię poznać (elficki)
Rozdział 3:Granica
Podczas, gdy Ksher siedział przed karczmą i oglądał medalion, Dragorn udał się do miejskiej masarni po prowiant. Kiedy wrócił Lerwena spytała zdziwiona:
-Indyk? Nie było świń ani wołu?
-Były, ale nauczono mnie, że mięso z indyka dodaje więcej sił, poza tym mam jeszcze kilka świńskich nóżek, są bogate w tłuszcz i tym samym dobre na długą podróż!- odpowiedział spokojnie Dragorn. Lerwena stała czas jakiś bez słowa, przyglądając się magowi.
-Pomóc ci w czymś?- spytała uśmiechając się do Dragorna.
-Szczerze mówiąc tak!- odparł.- Mogłabyś iść do piekarni i przynieść zapas pieczywa kukurydzianego lub ryżowego!
-Dlaczego akurat takiego?- zdziwiła się ponownie.
-Bo jest najbardziej syte i najwartościowsze.- odpowiedział mag.
-Dobrze mój wybawco, posłucham cię! Będę niebawem!- odparła Lerwena, po czym pobiegła do piekarza.
-Jesteś pewien, że ten medal mi pomoże?- spytał Ksher podchodząc do Dragorna.
-Mam nadzieję! Musisz mi obiecać, że użyjesz go dopiero wtedy, gdy cię oto poproszę! I zawsze musisz być w zasięgu mego wzroku, chociaż na początku! Dajesz słowo?- odpowiedział mu mag.
-Daję! Zrobię, co postanowisz przyjacielu!- przyrzekł Ksher.
-Świetnie!- Dodał Dragorn, po czym obaj weszli do karzmy. W środku nie było żadnych gości, prócz siedzącego przy oknie Lerwena. Elf przeglądał akurat mapy. Dragorn podszedł do lady, pochylił się i rzekł do karczmarza:
-Dobry człowieku, uszykuj mi proszę oręż, który wczoraj zostawiły te oprychy!
-Oczywiście poczciwy panie!- odpowiedział karczmarz i pomaszerował na zaplecze. Dragorn wraz z Ksherem przysiedli się do Lerwena.
-Co ciekawego wyczytałeś z tych map?- spytał mag.
- Musimy udać się na północny-wschód, w kierunku rzeki i tu pojawia się problem. Jak mamy ją przemierzyć? W spław nie damy rady, nawet z pomocą magii, ta rzeka jest zbyt szeroka. Łodzi żadnej nie mamy, więc nie wiem sam.- westchnął Elf.
-Poradzimy sobie! Zaufaj mi, na pewno znajdziemy przy brzegu jakąś łódź!- odrzekł mag i w tym momencie w sali znów pojawił się karczmarz ze stertą mieczy związanych ze sobą starymi szmatami. Podszedłszy do stolika wręczył oręż Dragornowi.
- Dziękuję ci dobry człowieku!- rzekł mag wstając od stołu.
Wyciągnął z prowizorycznego zawiniątka dwa miecze, jeden z nich wręczył Ksherowi, drugi zaś wsunął sobie za pas.
-Mam nadzieję, że umiesz się tym posługiwać? Jeśli nie to nauczę cię w wolnej chwili, teraz jednak wybaczcie, ale muszę coś załatwić!- powiedział Dragorn, po czym wyszedł z karczmy. Przed wejściem spotkał się z Lerweną, Elfka załadowana była bochnami chleba.
-Gdzie idziesz Dragornie?- spytała zaciekawiona.
-Idę sprzedać miecze tych szczurów, co to cię wczoraj napadły! Chcesz iść ze mną?- odparł mag.
-Chętnie, tylko zostawię chleb!- odpowiedziała- poczekasz?
-Ależ oczywiście, że tak księżniczko!- uśmiechnął się zaczepnie, Dragorn.
Lerwena weszła do karczmy, nie było jej przez chwilę, po czym wyszła na zewnątrz.
-Idziemy?- mag uśmiechnął się ponownie. Ruszyli w stronę ryneczku. Po drodze mijali bacznie się im przyglądających mieszkańców, każdy z nich, mimo, iż zapracowany, obserwował dziwną parę nad wyraz bezczelnie. Lerwena spoglądała na nich z pogardą, fukając raz po raz, Dragorn natomiast nie zwracał na mieszkańców uwagi.
-Nie przeszkadza ci, że się tak gapią?- zaczęła Lerwena.
-Nie! Po prostu nie mają nic lepszego do roboty, poza tym widok Elfa jest tu dość niecodzienny!- wyjaśnił mag.
-Pomimo to, nie uważam, iż powinni być tacy bezczelni!- naburmuszyła się Elfka.
-Masz rację, ale nic na to nie poradzimy!- odparł Dragorn.
-Jak myślisz? Ile dostaniemy za te pordzewiałe żelastwo?- spytała.
-To zależy! Mnie każda cena zadowoli!- odpowiedział.- Powiedz, co cię trapi?
-Nie bardzo rozumiem.- zwątpiła Lerwena.
-Przecież widzę, że coś cię dręczy. Mów śmiało!
-No..yyy..więc jest taki pradawny elficki obyczaj..- zaczęła.
-No! Nie krępuj się!- Dragorn próbował zachęcić Lerwenę do zwierzeń.
-No, więc, ten obyczaj nakazuje bym... Powiem wprost. Jeżeli ktoś uratował honor i życie Elficy, to jest ona zobowiązana towarzyszyć wybawcy aż do chwili śmierci. Oczywiście w tym przypadku mówię o tobie i o mnie!- wydusiła z siebie Lerwena.
-Daj spokój nie chcę zmuszać cię do takiego poświęcenia, w ogóle nie chcę cię do niczego zmuszać!- odparł mag.
-Nie chodzi o ciebie. Ja nie mogę łamać odwiecznych praw mego ludu! Poza tym, wielkim zaszczytem dla mnie będzie pozostać u boku mego wybawcy, aż do chwili jego śmierci, bo nie sądzę byś mnie przeżył!- zarumieniła się.
-Zobaczymy czy nie zmienisz zdania! Póki co, odłóżmy tę rozmowę, jesteśmy na miejscu!
Lerwena zdziwiła się trochę, nawet nie zauważyła rozłożonych dookoła nich straganów, nie zwróciła też uwagi na panujący na rynku harmider. Tłok był olbrzymi, toteż gdzie, niegdzie musieli się przeciskać. Na straganach leżały najróżniejsze towary, od minerałów, ziół i skór, do mikstur, broni, ubrań, Lerwena dostrzegła nawet stragan z tajemniczymi księgami i pergaminami. Dragorn podszedł do stoiska z bronią, Elfka tuż za nim.
-Dzień dobry! Chciałbym sprzedać tę broń, ile za to dostanę?- mag zagadnął sprzedawcę kładąc miecze na straganie.
-Nie za wiele poczciwy człowieku! Co najwyżej trzy sztuki złota za jeden miecz!- odrzekł sprzedawca.
-Biorę!- powiedział Dragorn, po czym wyciągnął rękę ku rozmówcy, na znak, że dobili targu. Tragarz uścisnął rękę magowi i zapłacił za miecze.
- Nie wierzę! Szliśmy taki kawał, przez pół miasta a ty się nawet nie targowałeś?- zdziwiła się Lerwena.
-Nie! Nie po to tu przyszedłem, chcę się rozejrzeć po rynku, może coś ciekawego znajdziemy!- odpowiedział mag.
-Co na przykład?
-Nie wiem jeszcze! Dlatego chcę się rozejrzeć!- uśmiechnął się zbywająco Dragorn.
Błąkali się po ryneczku przez jakąś chwilę, aż mag zatrzymał się przy jednym ze straganów. Było na nim dosłownie wszystko, co można by sprzedać. Dragorn wziął do ręki księgę w starej, pognitej oprawie, na jej okładce, albo raczej na tym, co kiedyś było okładką widniał napis „Bestie świata i magiczne potwory’ pióra Barbofanira jednookiego”.
- Po co ci to?- spytała.
-Na wszelki wypadek! Z tej książki można się wiele dowiedzieć. Barbofanir jednooki był jednym z najsłynniejszych pieśniarzy tego świata. Przeszedł wzdłuż i wszerz każdą ze znanych nam krain, a także te, o których nie mamy pojęcia. Spotkał na swej drodze wszystkie możliwe bestie i stworzenia magiczne. W tej oto książce opisał je wszystkie. W naszej podróży może się ona okazać bardzo przydatna!- odpowiedział jej Dragorn. – Ile chcesz za nią?- Zawołał do sprzedawcy.
-Dwanaście sztuk złota panie!- odpowiedział tragarz.
-Dobrze, zatem, umowa stoi!- dodał Dragorn płacąc sprzedawcy.
-Nigdy cię chyba nie zrozumiem!- westchnęła Lerwena.
-Bynajmniej! Niczego nie możesz być pewna, poza tym, że wszyscy kiedyś umrzemy! Ja wcale nie jestem taki zagadkowy, wierz mi, że jak przyjdzie na to pora, to powiem ci wszystko, teraz jednak musisz się zadowolić tym, co widzisz! Chodź! Wracamy do karczmy! Jutro rankiem musimy wyruszyć!- Dragorn przyciągnął Lerwenę do siebie.- Wszystko w swoim czasie królewno!
Wrócili do karczmy nie odzywając się prawie wcale. Lerwen na ich widok skinął na karczmarza, ten od razu wyszedł z za lady z tacą z, ponad której unosił się zapach pieczonych kartofli i smażonego, koźlego mięsa. Podał im strawę i wrócił za ladę.
-Życzę smacznego!- powiedział Ksher.
-Dziękuję! Wy nie jecie?- zdziwiła się Lerwena.
-Nie, już jedliśmy!- odpowiedział jej brat.
-hm.. To w takim razie mam dla ciebie zadanie Lerwenie! Jeśli możesz, idź do miejskiej stajni, znajduje się przy murach, idź do stajni i kup cztery konie. Masz tu sakwę, powinno wystarczyć!- wtrącił Dragorn.
-Świetny pomysł magu! To wiele nam ułatwi, ale tylko do rzeki!- westchnął Elf.
-Już ci mówiłem, żebyś się o to nie martwił!- odparł Dragorn, przełykając spory dość kawał mięsa.
Elf wyszedł wraz z Ksherem z karczmy. Mag i Elficzka dokończyli posiłek, po czym Dragorn rozsiadłszy się wygodnie zamówił piwo. Oboje wpatrywali się w siebie, lecz nikt nie powiedział słowa, wyglądało to tak jakby rozumieli się bez zbędnych słów. Przyjemną ciszę przerwali im przyjaciele wchodzący do karczmy.
-Co wy tu jeszcze siedzicie? Czas się kłaść! Jutro ciężki dzień, musimy wcześnie wstać, czas iść spać! Na co jeszcze czekacie?- Zaczął swą litanię Lerwen.
-On ma rację Lerweno! Pora się kłaść!- Powiedział Dragorn, dopijając piwo. Wstał od stołu, inni zrobili to samo. Podziękowali karczmarzowi za posiłek i poszli na piętro.
Nazajutrz, skoro świt cała czwórka wstała i zaczęła się pakować. Gdy już byli gotowi do drogi, Dragorn obudził karczmarza, zapłacił za gościnę i razem z pozostałą trójką wyszedł przed karczmę. Poszli do stajni, dosiedli koni i wyruszyli. Gdy już oddalili się od miasta Lerwen rzekł:
-Około południa powinniśmy dotrzeć do niewielkiego lasku, tam się zatrzymamy i coś zjemy!
-Jakiego lasku? Nie widziałem na mapie żadnego lasu!- zdziwił się Ksher.
- Bo go nie ma na mapach!- odpowiedział Lerwen.
-To skąd wiesz, że tam jest?- coraz bardziej dziwił się Wilkołak.
-Ponieważ mój ojciec jest królem Lerwenasu i wie wszystko o pobliskich lasach!!- Wtrąciła się Lerwena.
-Dziękuje siostro!- skinął doń Lerwen.
-Proszę bardzo braciszku!- uśmiechnęła się Elficzka.
-Ten las jest granicą waszego kraju, mam rację?- odezwał się, milczący wcześniej Dragorn.
-Tak! Od przeszło czterech lat, czyli od śmierci króla Avrinila, żaden Elf z Lerwenasu nie zapuszczał się dalej za owy las!- westchnął Lerwen.
-To znaczy, że wy będziecie pierwsi! Och Lerweno, czeka cię kolejna fala zagadek i to nie tylko na mój temat!- uśmiechnął się Dragorn, spoglądając na Elficzkę.
-No!- odpowiedziała mu leniwie.
-Z chęcią będę twym pomogę ci zrozumieć, niektóre niejasności związane z opuszczeniem granic twego rodzimego kraju księżniczko!- Dodał mag.
Rozdział 4: Potępieniec z bagien
Gdy cała czwórka dotarła do niewielkiego lasku, słońce było wysoko nad nimi. Zatrzymali się u podnóża lasu, zsiedli z koni i rozbili niewielki obóz. Dragorn wyciągnąwszy rękę na nagromadzony wcześniej przez Kshera stos drew, rozpalił ognisko. Lerwena przysiadła koło maga i grzała dłonie. Natomiast Lerwen napoił konie, po czym udał się do lasu na przechadzkę. Gdy wrócił, dookoła obozu rozchodził się bajeczny aromat pieczonego indyka.
-mmm.. Pachnie wyśmienicie!- zachwycał się Elf.
-No, a jeszcze lepiej smakuje! Siadaj i jedz!- odpowiedziała mu pałaszująca strawę, Lerwena.
-A gdzie jest Ksher?- spytał Elf.
-Ha! Tam pod drzewem, śpi już od jakiegoś czasu! Siadaj i jedz, nie martw się nim, jak zgłodnieje to się obudzi!- wyjaśnił Dragorn.
Lerwen usiadł koło siostry, wziął podany mu przez maga, kawał indyczego mięsa i począł jeść. Lerwena, siedząca między bratem a Dragornem, przyglądała się raz jednemu, raz drugiemu, aż w końcu rzekła:
-Mam pewne obawy, co do dalszej drogi! Jak smażyłeś indyka, ja przeglądałam tą księgę, co to ją kupiliśmy na targu i wyczytałam w niej, że tuż za lasem są dość obszerne bagna.
-No, bo są, i co z tego?- wtrącił Dragorn.
-Na tych właśnie bagnach grasuje potwór, jakiś potępieniec. Czy nie powinniśmy się bać?- dopowiedziała.
-Nie! Ten potwór nam nie zagraża, możecie być tego pewni. Nawet cieszyłbym się niezmiernie gdybyśmy go po drodze spotkali!- zaskoczył ich mag.
-Miałeś mi pomóc zrozumieć niejasności, a nie ich przysparzać!- oburzyła się Elfka.
-Ależ już ci wyjaśniam. Ten potępieniec to zwykła bestia, tyle, że zrodzona z magii, chcę dać szansę Ksherowi na wykorzystanie jego daru, a jak się nie powiedzie to sam rozniosę bagienną bestię!- opowiedział Dragorn.
-Jak się nie powiedzie? Najpierw chcesz by Ksher walczył z potworem, a jak potwór go zabije, to chcesz sam go pokonać?- rozgniewała się Lerwena.
-Tak, chce żeby z nim walczył. Nie, nie pozwolę by Ksherowi stała się krzywda! Chcę tylko wiedzieć czy zapanuje on nad swoim darem! Jeśli coś się nie uda, to rozgromię potwora, ale nie sadzę bym musiał to robić.- wytłumaczył się mag.
-Aha! Jesteś pewien, że w razie by co, dasz radę potworowi?- zaniepokoiła się Lerwena,- nie chciałabym by tak szybko mój obowiązek się spełnił, poza tym...
-Nie bój się o mnie księżniczko, nic mi się nie stanie!- przerwał jej Dragorn.
-No tak, ale... zresztą nie ważnie! Ufam ci mój miły i mam nadzieję, że twój plan się uda!- zakończyła.
Ja także.-Pomyślał Dragorn.- Na pewno się uda, tylko nic mu nie mówcie! Nie może wiedzieć, że to jest próba!
-Dobrze, więc. Ksher się o niczym nie dowie!- zapewnił go Lerwen,- Ani ode mnie ani od mojej siostry! Prawda?
-Prawda, bracie! Nie dowie się!- dodała Lerwena.
-Ksher! Pora wstawać! Ruszże się!- krzyczał zniecierpliwiony Elf.
-Dobra, już dobra!- odparsknął Ksher. Gdy usiadł i się przeciągnął, spostrzegł, iż wszyscy czekają na niego. Dragorn wraz z Lerweną spoglądali na niego z grzbietów swych wierzchowców, natomiast Lerwen stał nad nim i czekał, aż ten również wstanie. Wilk podniósł się na równe nogi, przeciągnął raz kolejny i dosiadł konia.
-Długo spałem?- spytał.
-Nie! Zdążyliśmy zjeść obiad i pozbierać manatki!- odparł Dragorn.
-Gdzie teraz jedziemy?- pytał dalej Ksher.
-Przejedziemy przez las, a później na wschód przez bagna, aż dotrzemy do rzeki!- odpowiedział mag.
Ruszyli. Nie jechali szybko, nie jechali wolno, raczej maszerowali leniwie. Przemierzali las dość zręcznie, tylko Ksher klnął, gdy haczył głową o korony drzew. Szli, aż do zachodu słońca, wtedy to znaleźli się po drugiej stronie lasu. Rozbili, więc obóz u podnóża olbrzymiego drzewa z wysadzistymi korzeniami, z których mieli całkiem niezłe siedzenia. Ognisko rozpalił oczywiście Dragorn. Ugotowali świńskie nogi i pozasypiali.
Jedna tylko Lerwena nie mogła zasnąć, wierciła się, przekładała z boku na bok, aż w końcu usiadła i wpatrywała się w gwiazdy, a z oczu jej płynęły łzy. Patrzyła tak czas jakiś, przecierając rękawem policzki, aż zmęczenie zmusiło ją do zaśnięcia.
Rankiem wszyscy poza Elfką, wstali wcześnie, wypoczęci. Dragorn podszedł do śpiącej jeszcze Lerweny, musnął delikatnie dłonią po jej pięknym policzku i szepnął:
-Pora wstać moja księżniczko. Musimy ruszać.
Lerwena przebudziła się, przetarła zmęczone oczy i uśmiechnęła się szczerze. Mag pogłaskał ją po jej kruczo-czarnych włosach, również się uśmiechnął, po czym dźwignął ją najdelikatniej jak tylko potrafił. Elfka stanęła już o własnych siłach, sięgnęła po swoje tobołki i pomaszerowała do swego rumaka. Lerwen cały czas przyglądał się tej scenie, podszedł do siostry i rzekł cicho:
-Nie spałaś w nocy? Domyślam się, co się z tobą dzieje, mam nadzieję, że nie będziesz żałować tego, co czujesz.
-Bracie! Nie martw się o mnie, przecież wiesz, że ja zawsze dokonuję właściwych wyborów, ten także jest właściwy!- skinęła nań głową, jakby na znak, by zachował milczenie. Gdy już wszyscy dosiedli koni, ruszyli dalej przepiękną, zieloną, porośniętą wysoką warstwą targanych wiatrem traw, równiną. Gdy zbliżało się południe, lasu za ich plecami nie było już widać, tak jak nie było widać żadnych innych drzew, nic prócz sięgającej po horyzont równiny i kilku niewielkich wzniesień. Po pewnym czasie dobiegł ich nosów nie miły fetor. Nieuchronnie zbliżali się do bagien.
-Czujecie? Jesteśmy już blisko!- powiedział Lerwen, spoglądając pytająco na Dragorna.
-Tak! To bagna, a za bagnami jest już tylko rzeka! Pora na postój!- zarządził, zbywając spojrzenie Elfa, mag. Tak, jak postanowił, tak zrobili. Zjedli skromne śniadanie i ruszyli w stronę, z której promieniował odór. Nawet się nie spostrzegli, kiedy znaleźli się na bagnach, wędrowali gęsiego przez wąską, krętą ścieżkę wiodącą przez sam środek bagna. Było cicho, przerażająco cicho, bagno wydawało się martwe. Jechali tak pewien czas, wtem po ich prawej stronie, martwe dotąd bagno zaczęło tętnić życiem. Na powierzchni mokradła pojawiły się bąble. Z błotnej czeluści coś zaczęło się wynurzać. Była to obrzydliwa pokraczna postać, obrzydliwa do tego stopnia, iż Lerwenę dopadły mdłości. Postać była człekokształtna, lecz zupełnie nie podobna do żadnego cywilizowanego stworzenia. Miała skórę pokrytą gadzimi łuskami, niewielkie płetwy oplatające całe ciało, długi ogon, podobny do pejcza i Powykręcane, wydłużone kończyny, zakończone dłońmi i stopami, których palce zrośnięte były cienką błoną. Głowę, owo stworzenie, miało nieproporcjonalnie małą w porównaniu do tułowia. Spiczaste uszy, duże, wyłupiaste oczy, wężowe usta i język oraz pełne bąbli czoło napawały wstrętem. Postać miała odcień zgniłej zieleni, pomieszanej z brązem gnijących owoców. Osłupieni przyjaciele stali jak wryci, dopóki ich konie nie zaczęły się niepokoić i wierzgać we wszystkie strony. Dragorn spojrzał na Kshera i krzyknął:
-No Wilku! Nadeszła pora by przekonać się czy mój amulet ci pomoże! Przemień się i pokonaj potwora z bagien!
-Ale jak mam się przemienić? A co jeśli nad tym nie zapanuję?- zląkł się Ksher.
-Nie martw się o nic ja będę cię kontrolował. Wyzwól z siebie zwierzę, niech zawyje w tobie pierwotny instynkt!- krzyczał Dragorn, podczas, gdy Potępieniec z bagien zmierzał ku nim nieprzerwanie.
- No dobra, spróbuję!- postanowił Wilkołak. Zamknął oczy, zgarbił się lekko, po czym niewielkie impulsy, wyglądające niczym miniaturowe pioruny, poczęły spowijać jego ciało. Ich częstotliwość była coraz częstsza, Ksherowi oczy zalśniły krwisto-czerwonym blaskiem. Jego ciało zaczęło się zmieniać i rosnąć. Wszędzie pojawiały się brunatne włosy, z jego dłoni wyrosły długie, czarne, ostre jak sztylety pazury. Zmienił się, był już pełni bestią, wilkołakiem. Spoglądał dziko raz na przyjaciół (o ile ich rozpoznawał), raz na bagienne monstrum. Na jego twarzy, a raczej pysku malował się grymas bólu, złości i niepewności.
-Ksher! Słyszysz mnie? Wydobądź z bestii swe prawdziwe „ja”!! Wiesz kim jestem, jestem twoim przyjacielem, a to coś na bagnie jest naszym wrogiem!- darł się Dragorn.
-P, p, przyjaciel!?- Głos Kshera brzmiał bardziej jak ryk niżeli głos człowieka. Ksher obrócił się w kierunku potępieńca, wyszczerzył kły i rzucił się na potwora. Bagienna postać, oszołomiona rozgrywającą się sytuacją, nie zdążyła uchylić się przed Wilkiem. Ksher wbił swe pazury w korpus bagiennego stwora, jednak stwór zaczął się szarpać, aż wyrwał się z objęć Kshera. Potępieniec z niewyobrażalną szybkością, podniósł jakiś głaz z ziemi i próbował walnąć nim Wilkołaka lecz ten okazał się jeszcze szybszy, unikając pewnie ciosu, rzucił się potworowi do gardła (albo czegoś co można by tak nazwać). Stwór jęknął, z jego szyi pociekła czarno-zielona ciecz niczym krew. Ksher zaczął rozszarpywać omdlałą prawie postać z bagien, aż w końcu rozszarpał ją na strzępy. Kawałki potwora fruwały jeszcze w powietrzu, gdy Wilkołak zwrócił się w kierunku maga i Elfów. Przyjaciele z przerażeniem patrzyli jak ogromna bestia podchodzi do nich. Lerwen chwycił rękojeść miecza, Dragorn zrobił to samom, Lerwena zaś cofnęła się o krok. Gdy bestia zbliżyła się do nich na wyciągnięcie miecza, wyciągnęła ku nim łapę i... upadła na ziemię, kuląc się i rycząc. Na oczach trójki przerażonych przyjaciół, Ksher, Wilkołak zmienił się z powrotem w Kshera, człowieka. Biedak leżał wycieńczony pod ich stopami, Lerwen pochylił się nad nim.
-Żyjesz przyjacielu? Dobrze się czujesz? Zapanowałeś wreszcie nad tym, mag mówił prawdę, udało mu się, nam się udało, tobie się udało!
-Żyję! Mam tylko ohydny niesmak w ustach! Kiedy coś zjemy?- odpowiedział, krztusząc się i plując Ksher, podnoszony z ziemi przez Lerwena.
W tym momencie rozradowana Lerwena uwiesiła się Dragornowi na szyję.
-Jesteś wspaniały Dragornie!- powiedziała po czym obdarowała go nad wyraz ciepłym pocałunkiem. Dragorn tylko się zarumienił, stał bez słowa obejmując wciąż uwieszoną na jego szyi Elficzkę.