Paczka
– Interesuje, ale czy to moja sprawa? W zasadzie… Przyznam, że chętnie dowiedziałbym się, co jest w tej paczce. O ile zgodzi się pan na to.
Marek spojrzał na listonosza i uznał, że nie chce mu niczego pokazywać. Zupełnie niczego.
W szczególności zawartości paczki.
– Więc jak? – zapytał listonosz.
– No dobrze – odpowiedział Marek.
Pytanie nie powinno do niczego zobowiązywać. Sprawa była po prostu dziwna. I brak zainteresowania ze strony listonosza też był dziwny. Dlatego Marek zapytał. A teraz nie wypadało odmówić.
– Chociaż…
– Chociaż?
– Może otworzę ją później.
– Dlaczego później?
– A dlaczego by nie? Dlaczego nie miałbym otworzyć jej później? – Marek zirytował się lekko. – Może znajdować się w niej coś osobistego, coś czego nie chcę nikomu pokazywać.
– Dobrze, proszę się nie denerwować. Sam pan przecież powiedział…
– Wiem. Przepraszam, ostatnio jestem rozdrażniony. To przez przeprowadzkę, tyle się ostatnio denerwowałem…
– Ależ nie ma czym – zapewnił listonosz, uśmiechając się życzliwie.
Markowi nie spodobał się ten uśmiech, bardzo mu się nie spodobał. Wydawał się kryć coś złego.
– To co, otwieramy?
– Dobrze, otwórzmy – westchnął Marek.
Skarcił się w duchu za podejrzliwość. I za coś jeszcze, za coś, do czego bał się przyznać.
Przetarł twarz i uśmiechnął się blado. Wczoraj w nocy nie mógł zasnąć, źle się czuł. I miał przeczucie. Przeczucie, które nigdy go nie myliło, które zapowiadało coś złego. Zawsze złego.
Gdy w końcu przyszedł sen, okazał się koszmarem. Takim, z którego nie sposób się obudzić; takim w którym nic ci się nie dzieje i nie zmusza do krzyku. A skoro nie krzyczysz, śnisz dalej. I męczysz się.
Marek męczył się. Całą noc.
Gdy w końcu zdołał się obudzić, było po szóstej. Wstał, chwiejnym krokiem poszedł do kuchni i nastawił wodę na kawę. W chwilę później, gdy mył twarz w łazience, poczuł nudności. Przez moment wydawało mu się, że musiał na coś zachorować. Ale nie, to nie było to. To było przeczucie. Przez nie źle się czuł. Czuł się też głodny, ale nim zdążył coś zjeść, zadzwonił dzwonek. To wtedy przyszedł listonosz. Od początku wydawał się jakiś dziwny, nad wyraz wesoły. I podejrzliwy. Od początku też dziwnie przyglądał się Markowi. Bardzo dziwnie.
Powiedział, że ma paczkę. Powiedział o tym jak o jakiejś wielkiej tajemnicy.
Marek powstrzymał się przed ziewnięciem.
– Ma pan paczkę, super, co z tego?
– To, że ma potrójny kod seryjny.
Marek zamrugał, przez chwile nie docierało do niego to, co usłyszał.
– Pan żartuje?
Listonosz pokręcił głową.
– To nie żart.
Marek przez chwilę zastanawiał się, kto mógł wysłać do niego paczkę z potrójnym kodem. Kodem, którego używać mogły jedynie wysoko postawione osobistości. Który był pieczęcią nie do złamania dla zwykłych szarych ludzi.
Marek był jednym z takich ludzi, był zwykły i szary. A teraz dostał paczkę.
– Co w niej jest?
Listonosz popatrzył na niego jak na idiotę.
– Potrójny kod.
– No tak, najwyższy stopień tajemnicy cywilnej.
Odkąd rozpoczęła się wojna, świat zachodu uświadomił sobie, że jedyna szansa na pokój leży w zjednoczeniu w jedno wielkie państwo. I wytępieniu ościennego robactwa.
– To duża paczka – oświadczył po chwili listonosz. – Musi mi pan pomóc ją przenieść.
Marek skinął i wyszedł na podjazd do nowoczesnego samochodu przetwarzającego. W przeciwieństwie do samochodów spalinowych, przetwarzające były bardzo energooszczędne.
I cholernie drogie.
Marek uśmiechnął się. Niedawno pracownicy poczty domagali się podwyżek. Nie dostali ich, kupiono tylko te samochody, najnowsze modele. Zresztą „kupiono” to złe słowo. Firma wytwórcza pojazdów przetwarzających była państwowa, kierował nią przyjaciel zarządcy poczty. Zarządcy, który zamiast podwyżek dał pracownikom samochody. Który podobno nie zapłacił za nie ani grosza. Mówiono, że otrzymał je w ramach współpracy instytucji państwowych na rzecz rozwoju kraju.
Media za wszelką cenę starały się zdobyć dowody obarczające zarząd państwowej poczty cywilnej. Jakiś wiecznie rozkrzyczany reporter ogłosił, że jest w ich posiadaniu. W kilka dni później zniknął. Podobnie jak temat z łam prasy i telewizji. Brukowce domniemywały likwidacji reportera przez specjalne służby bezpieczeństwa. Ewentualnie dawały do zrozumienia, że reporter wyjechał na jakąś egzotyczną wyspę, ułożywszy się ze skorumpowanymi urzędnikami.
W obecnych czasach nie wiadomo, kto mówił prawdę. I czy w ogóle istniała jakaś prawda. Nie miało to większego znaczenia.
– Ładny wóz.
Listonosz mruknął coś pod nosem, prawdopodobnie zaklął.
Marek uśmiechnął się i podszedł do samochodu. Listonosz otworzył bagażnik i wskazał wielkie pudło.
– Proszę tu podpisać – dał Markowi formularz. Gdy go odbierał, Marek zauważył na jego dłoniach ciemne plamy. Niby zwykłe, ale Marek pamiętał jak kiedyś musiał pomóc ojcu przy oporządzeniu zwierzyny. Pierwszy i ostatni raz. Zwymiotował wtedy i ojciec był bardzo zły. Pobił go i skrzyczał, był pijany, jak po każdym polowaniu. Śmierdział wtedy wódką i krwią. Krwią, która po pobiciu zaschła na twarzy Marka.
Następnego dnia Marek spojrzał w lustro i zobaczył na twarzy plamy. Identyczne jak te na dłoniach listonosza.
Ale czy listonosz mógłby mieć na rękach plamy od krwi? (cha cha cha, no pewnie, rozerwał na kawałki poprzedniego frajera, który nie chciał przyjąć paczki z potrójnym kodem – przecież od razu widać, że to wraży agent opozycji, prowadzący dywersję).
Ale plamy naprawdę wyglądały jak po krwi.
Marek wspomniał jak ojciec popatrzył na niego następnego dnia po pobiciu. A spojrzał jak na psa. Marek nie lubił o tym myśleć. Starał się opędzić od nieprzyjemnego wspomnienia.
– No to jak, bierzemy? – zapytał listonosz.
Marek skinął głową i podszedł do samochodu. Poczuł, że listonosz musiał się dawno nie myć, bo lekko od niego zajeżdżało. Tak jak kiedyś od ojca Marka. Czy był to zapach tylko niemytego ciała, czy może czegoś jeszcze?
Marek pamiętał jak kilka dni po pobiciu, ojciec wrócił do domu z kolejnego polowania i kazał mu jeszcze raz pomagać przy oporządzaniu zwierzyny. Dziecko, którym był wtedy Marek, nie było w stanie, nie mogło być w stanie, pomagać przy patroszeniu. Przy wyjmowaniu flaków.
Marek wtedy odmówił. I ojciec zaczął go bić. Marek czuł wtedy nie tylko ból, ale i smród ojca. Smród niemytego ciała, wódki i krwi.
– Coś się stało? – zapytał listonosz.
Miał dziwne spojrzenie. Marek uśmiechnął się nieco zmieszany.
– Przypomniało mi się jak chciałem uciec z domu jako dzieciak. Ale nie mogłem uciec, ojciec by mnie znalazł, był bogatym biznesmenem, miał wpływy… możliwości.
Listonosz zacmokał, nie patrzył na Marka.
– Ot, takie tam dziecięce rozterki, każdy chyba czasem ma ochotę uciec.
– Pewnie tak.
– A pan ma dzieci?
– Syna – listonosz nadal nie patrzył na Marka. Nie miał też najwyraźniej ochoty na dalszą rozmowę.
– Sprawia jakieś problemy?
– Nieustannie.
Marek nie pytał (mina listonosza jasno wskazywała na to, by nie pytać). Ujął paczkę i pomógł zatachać ją do domu.
– Gdzie stawiamy? – jęknął listonosz.
– Tu, w korytarzu – wydyszał Marek. – Może się pan czegoś napije?
– Chętnie.
– Proszę spocząć.
Marek poszedł do kuchni i przeklął swoją uprzejmość. Trzeba było wywalić listonosza za drzwi, cholera wie, kim on jest. Poza tym może pobrudzić kanapę.
Wyjął szklanki (szlag, czemu mam same czyste, ładne szklanki? Czemu nie przewidziałem wizyty takiego gościa?) i sklął się w duchu. Od wczoraj potwornie źle się czuł. Teraz dostał paczkę z potrójnym kodem i zaprosił do domu listonosza, który przywodził na myśl same złe wspomnienia. Wspomnienia o ojcu.
Nalał do szklanek wody mineralnej. Przez chwilę zastanawiał się czy do szklanki listonosza nie nalać wody z kranu (stopień twardości jest duży, proszę pana, ale założymy filtry – powiedział gość, który oprowadzał go po domu przed kupnem. Jak dotąd jakoś nie założyli, a minęło już sporo czasu).
– Niech cię szlag… – wyszeptał sam do siebie. – Co ci odbija, uspokój się.
Nie chciał przyznać się sam przed sobą, ale… chyba bał się nieco tego całego listonosza. Najchętniej wyrzuciłby go zaraz z domu. Ale tego też się bał.
– Proszę – wszedł do salonu i postawił szklankę na stole.
Drugą trzymał w ręce. Pociągnął mały łyczek.
– Wie pan… Z synem to ciężka sprawa – listonosz spojrzał nieco niepewnie na Marka. Najwyraźniej oczekiwał jakiejś jednoznacznej reakcji, odpowiedzi na nieme pytanie: „mówić o tym czy nie mówić?”.
Marek ochoczym kiwnięciem głowy zapewnił, że mówić. Zawsze był uprzejmy i lubił słuchać ludzi. Czuł, że im to pomaga. Kiwnął w odruchu (kretyn!).
– Nie dogadujemy się najlepiej – listonosz podjął opowieść nieco pewniejszym głosem. Spojrzenie przeniósł gdzieś w bok, zapatrzył się w przestrzeń – czynność nieodzowna przy opowiadaniu (człowiek nigdy nie patrzy w oczy, gdy opowiada, zerka co jakiś czas, ale nie utrzymuje ciągłego kontaktu wzrokowego).
– On jest ode mnie zupełnie inny, mamy różne zainteresowania (a jakie ty możesz mieć zainteresowania? – zapytał w duchu Marek i poczuł się jak ostatnia świnia). Nie wiedział, czemu listonosz budzi w nim negatywne emocje… po prostu czuł do niego niechęć.
– Jedynymi dłuższymi formami wymiany zdań są kłótnie…
Skąd prosty człowiek zna takie słownictwo, skąd u prostego człowieka taki sposób wypowiedzi? (maniacy i seryjni mordercy często są erudytami, którzy doskonale się maskują i ujawniają dopiero przed ofiarą, którą postanawiają zabić). Marek pokrzepił się tą pocieszającą myślą.
„Zebrało ci się na zwierzenia. Po co cię w ogóle o cokolwiek pytałem?”.
Listonosz mówił. O kłótniach, nieporozumieniach, wrogości, braku porozumienia, zniechęceniu. Typowe sprawy, nic niezwykłego. Ale mówił już dość długo, a Marek źle się czuł.
„Źle to mało powiedziane, muszę chyba pójść do lekarza”.
Nagle listonosz zapytał zmienionym głosem:
– Jest pan odwodniony? (zabrzmiało to jak: „jest pan ubezpieczony?” i Marek przestraszył się, że listonosz postanowił go zabić, ale martwi się o rodzinę przyszłej ofiary).
– Słucham?
– Ciągle pije pan tą wodę… jakby się panu nie chciało, ale co chwila pociąga pan łyczek.
Oznaka niepokoju, pomyślał Marek. Mój Boże, jak ja się denerwuję! I dlaczego?
Popatrzył na listonosza. Zwykły facet, opowiada o problemach z synem. Czasem komuś trzeba, a Marka najpewniej już nie spotka. Chyba, że znowu przyjdzie paczka i nie będzie mógł jej zostawić w skrzynce. No, a oprócz tego… trochę brudny, spocony, pewnie gdzieś dorabia (albo pije po nocach), ale zwykły facet.
„To nie on jest głównym sprawcą zła, rzecze prorok. On tylko trochę irytuje” (czy nie widzisz człowieku, że mam cię już dość? I twojej obecności też mam dość!).
– Proszę mówić dalej, nic mi nie jest – zapewnił Marek.
Listonosz mówił dalej.
I wtedy Marka sparaliżował strach.
„On wie, doskonale wie, co czuję. Żali się, jest zupełnie taki sam jak mój ojciec (ciężko mi synku… ale, czemu ty właściwie jeszcze, kurwa, nie śpisz, co?). Czy ten stary dziad mógł kogoś kiedyś skrzywdzić… poza mną? A listonosz…”
– Ale… Nie będę pana nudził – powiedział w końcu (tak, nie nudź, mam już dość ciągłego słuchania innych). – Samemu trzeba sobie jakoś radzić. Czasem tylko… chce się o tym komuś opowiedzieć. Kumplom w pracy nie ma za bardzo jest jak. Przepraszam i dziękuję.
Marek skinął.
Listonosz wstał i skierował się do wyjścia. Już naciskał klamkę, gdy…
– Paczka… nie chce pan… – Marek urwał w pół słowa (czemu to powiedział? No czemu, do cholery, czemu?!).
– Ach, no tak. To w gruncie rzeczy ciekawe, skoro nie wie pan, co tam może być.
Podszedł do paczki, zaczął rozrywać opakowanie i plomby potrójnego kodu. Marek też podszedł, też zaczął zrywać (co ci tak spieszno?).
Otworzyli paczkę i szybkim ruchem wyciągnęli folię ochronną. Spojrzeli do środka pudła. Przez niewyobrażalnie długą chwilę stali w bezruchu i nie byli w stanie niczego zrobić. Nie tak szybko jak by chcieli. W sekundę później obaj zareagowali sięgając po zawartość paczki. Sięgając błyskawicznie. Marek nie myślał o tym, nie miał na to czasu, ale znał typ ludzi do jakiego należał listonosz (tylko sekundy dzielą cię od śmierci, nie jestem facetem, który rozmienia się na drobne). W paczce była broń. Dla cywila takie odkrycie oznaczało śmierć. Cywil nie może mieć broni i jeśli zostanie z nią znaleziony podlega natychmiastowej eksterminacji. Chyba, że znajdzie winnego, który mógł być właścicielem broni. Najlepiej takiego od razu zabić, łatwiej się później bronić przed trybunałem (problem stwarza to, czym takiego zabić i jak). Poza tym cywil ma obowiązek donieść, jeśli widział kogoś z bronią. Ostatnimi czasy ludzie stali się na tym punkcie strasznie wyczuleni. Być może powodowała to statystyka i sześć tysięcy ofiar „natychmiastowej eksterminacji”.
Listonosz był zwalistym facetem, ale bardzo szybkim zwalistym facetem. Marek był szybszy, o wiele szybszy.
Listonosz runął na ziemię i dostał dwa kopnięcia w żebra. Skulił się, stracił oddech. Przez chwilę sądził, że zwymiotuje śniadanie.
Ale nie zwymiotował, został związany.
Marek wymierzył do niego z broni. Dyszał ciężko.
– No proszę, broń… kto by się spodziewał.
Listonosz wyglądał na nielicho przestraszonego.
– I co my teraz zrobimy? – zapytał Marek. – Potrójny kod to zbyt duża tajność by prowadzić śledztwo. Zginiemy obaj. Chyba, że znajdzie się jakieś logiczne wyjaśnienie. Prawda? Mam rację?
Miał rację. Obaj, gdy tylko zobaczyli zawartość paczki, wiedzieli co muszą zrobić (prawo dżungli).
– Wie pan, ochłońmy – Marek był bardzo podniecony. Chciał sobie dać chwilę, nie mógł działać pochopnie, może coś jeszcze da się wymyślić. – Opowiem o moim ojcu, trochę nam zejdzie. Też mieliśmy różne zainteresowania i byliśmy inni. Ja chciałem zostać architektem, tworzyć wielkie budynki. To była moja wielka pasja. Ojciec… to był dekadent. Polował. W dzisiejszych czasach! Wyobraża pan sobie? Skurwysyn, ktoś rozwalił go nożem laserowym. Może wtedy tatuś przypomniał sobie o tym, że czasy się zmieniły i technologia poszła naprzód.
Marek zamyślił się na chwilę i zapatrzył w przestrzeń.
– Nie lubiłem ojca, chyba go nawet nie kochałem. Zabił go pewien dzieciak, był wtedy w moim wieku (miałem już chociaż siedemnaście lat?). Byłem zszokowany. Nie zrozpaczony, nie, po prostu wstrząśnięty. Taki gówniarz jak ja, zabił mojego ojca, prawdziwego myśliwego, jednego z ostatnich. O ile nie ostatniego.
Listonosz zajęczał.
– Cicho, przyjacielu, cicho. Chciałeś mnie zabić, nie licz na to, że puszczę cię teraz wolno. Zaraz coś wymyślimy…
Listonosz zajęczał jeszcze głośniej.
– Jesteś niemożliwy (cholera, czyżbym połamał ci żebra?). Ucisz się, to powiem, co było dalej.
Listonosz uciszył się. Wiedział, że powinien, jego w końcu wysłuchano.
– Ten chłopak, który zabił mojego ojca… Złapałem go i, jakkolwiek by to brzmiało, zamknąłem w klatce. Pozwoliłem mu żyć, rozmawiałem z nim. I czytałem książki o ludzkiej psychice. Zastanawiałem się, czemu on to właściwie zrobił. Taki śmiały, miły chłopiec… zupełnie różny ode mnie – mrukliwego i zamkniętego w sobie. On był kimś, taki właśnie chciałem być. Przebojowy, fajny, przystojny… no, wie pan.
Listonosz najwyraźniej wiedział, bo nie zaprzeczył.
– No… i potrafił sobie z nim poradzić. Z ojcem. Ja tego nie potrafiłem. To chyba dlatego go wypuściłem. Nie był mną ani jakąś drugą osobowością. Ja, on – nie było różnicy, stanowiliśmy jedność. Mimo to była wyraźna różnica. Przynajmniej do czasu, gdy trzymałem go w klatce.
(Ale później go wypuściłem).
– Ojciec kazał mi patroszyć zwierzynę. Nie umiałem tego, nie mogłem umieć. Ale on mi kazał. Znowu, mimo, iż wiedział jak na to reaguję… Zabiłem go nożem laserowym, tym do patroszenia. No i nie było tak źle, nie bił mnie przynajmniej. Już nigdy mnie nie bił. Twardziel z niego był…
Listonosz wpatrywał się w Marka. Już nawet nie myślał nad tym w jaki sposób może spróbować uciec (to było widać w oczach, wcześniej rozbieganych, rozgorączkowanych… teraz niemal martwych). Listonosz już tylko patrzył. Po prostu.
– Fajnie jest, jak ktoś cię może wysłuchać.
Listonosz nie odpowiedział. Patrzył.
– Taak, jest fajnie… – Marek zamyślił się na chwilę. – Wiesz, źle cię oceniłem. Początkowo myślałem, że jesteś głupim prostaczkiem. Ale okazałeś się inny… Trochę jak mój ojciec. A trochę nie, trochę różny, inny (powiedz, też bijesz syna? Czasem trzeba, co?).
Poszedł do kuchni i napełnił szklankę do połowy. Nawet nie zauważył, gdy zdążył ją opróżnić.
– Strasznie się denerwuje – powiedział tonem faceta, który czekając w kolejce po badania tłumaczy się innym ludziom: „Nieco się denerwuję, mogę mieć AIDS, a może nawet katar”. – Ale wiesz co?! – wykrzyknął nagle, jakby znalazł jakąś pozytywną stronę życia, która może poprawić listonoszowi nastrój. – Nie jest źle, nie jest źle być człowiekiem, który ma w sobie podwójną osobowość, a nie ma nawet rozdwojenia jaźni (nie, stanowczo nie jest źle). Może nawet trochę lepiej… Tylko czasem nieco wkurza… Chcesz? Przeczytam ci list, który do mnie napisała ta „druga strona” przy wysyłaniu paczki.
Marek, stary przyjacielu. Kiedy czytasz te słowa, ja najpewniej nie żyję. Prawdopodobnie jestem już tobą. I chcę ci powiedzieć, że żałuję tylko jednego. Tego, że gdy skończysz załatwiać swoje sprawy z listonoszem, zginiesz. Wtedy znów staniesz się mną. I znowu będę musiał przejąć pałeczkę. Wiesz, że tego nie lubię, w końcu to ty jesteś mordercą. To ty mnie stworzyłeś.
Listonosz przełknął z trudem. Za cholerę nie zrozumiał o co w liście chodziło.
– Niech pan w to nie wierzy – powiedział z tłumioną złością w głosie Marek. – To nie ja jestem mordercą. To on mnie do tego zmusza, on kazał mi patroszyć. Napisał „najpewniej nie żyję”, a czy może żyć skoro już go nie ma, skoro jestem ja? Dworuje sobie ze mnie, skurwysyn. Ale już niedługo to on będzie musiał się o wszystko martwić. Głównie o pana ciało. Rozumie pan, patroszony facet zawsze się tak zabawnie miota i wszystko brudzi.
Marek uśmiechnął się jakby powiedział naprawdę dobry żart. Wyraz jego twarzy świadczył o tym, że oczekuje na wybuch śmiechu ze strony listonosza.
Ale listonosz nie wybuchnął śmiechem.
Listonosz wybuchnął płaczem.
I dopiero to było zabawne. Stary facet, a płacze.