Panna i demon: Shalgar
Zeskoczyła zwinnie z wierzchowca, który nie był ani nieskazitelnie biały, ani też czarny jak noc, lecz biały w czarne i brązowe ciapki. Przechodnie zazwyczaj witali czarodziejkę z drwiącym uśmieszkiem. Kto szanowałby kobietę ubraną w męski strój nawet, jeśli była czarodziejką? A do tego jej koń był śmiesznie mały. Vejda jednak nie przejmowała się docinkami i nadrabiała ciętym językiem.
Rozejrzała się po lesie. Mimo, że było już ciemno, widziała doskonale dzięki zdolności infrazji, którą odziedziczyła po babce. Jej także zawdzięczała dużą część swojego potencjału magicznego. Jednak początkowo nie magię miała w planach, lecz wojaczkę. Ojciec świetnie ją wyszkolił w walce wszelakim orężem, choć ona preferowała krótki miecz i sztylety. Najchętniej jednak załatwiałaby wszystko bez użycia siły, bądź w najgorszym razie, posługując się magią. Jednak życie rzadko bywa takim, jak sobie je wymarzymy.
Czarodziejka odrzuciła kaptur płaszcza; jej faliste, tycjanowe włosy niesfornie się rozsypały, okalając twarz. Podobno kobiety o rudych włosach sprowadzają nieszczęście. A ludzie w dzisiejszych czasach są bardzo przesądni. Kościół, który niedawno pojawił się na tych terenach, próbował wyperswadować gawiedzi pewne rzeczy, jednocześnie zakorzeniając inne, lecz jak na razie z marnym skutkiem.
Dziewczyna wyciągnęła z torby kawałek skóry, która po dłuższych oględzinach okazałaby się ludzką, i zielonymi oczyma zaczęła wodzić po doskonale wykonanej mapie-tatuażu.
- Dlaczego najsilniejsze rytuały zawsze muszą się odbywać przy pełni księżyca? – mruknęła niezadowolona pod nosem.
Gdy cholewy jej butów zaczęły uderzać o skalne podłoże, zatrzymała się. Znalazła właściwe miejsce. Mapa, co prawda, nie była zbyt dokładna, ale musiała zaryzykować. Nie było już czasu a musiała przygotować jeszcze tak wiele…
Pierwszą czynnością, było oczyszczenie ogromnej kamiennej pokrywy z roślinności. To akurat było banalną sprawą - wystarczyło jedno proste zaklęcie. Następnie musiała wyrysować potężny symbol ochronny, zwany pentagramem. W to włożyła najwięcej wysiłku i koncentracji. Najmniejsze załamanie linii mogło doprowadzić do znacznego osłabienia pola. Najmniejsza wyrwa a groziła jej śmierć lub opętanie. I tak wiele ryzykowała. Nie była jeszcze zbyt doświadczoną czarownicą a i nie miała żadnej pewności, że ducha, którego ma zamiar przyzwać, powstrzymają te środki ostrożności. Na wszelki wypadek barierę ochronną obsypała jeszcze solą. Był to kolejny zabobon, ale we wszystkim można doszukać się ziarnka prawdy. Niczego nie straci a może jej to uratować życie. Vej na środku pentagramu rozpaliła ognisko. Koń zarżał niespokojnie, choć był całkowicie bezpieczny. Zwierzętom nie działa się tutaj krzywda.
Czarodziejka usiadła na skale i zaczęła nucić coś w pradawnym języku. Sięgnęła po swoją torbę z przygotowanymi uprzednio miksturami i ziołami. Rozłożyła je przed sobą, nie przestając śpiewać. Wrzuciła do ognia pokruszone zioła, aż dym zaczął boleśnie drapać w gardle i wyciskać łzy z oczu. Następnie wypiła eliksir o jadowicie zielonym kolorze. Dziewczyna zaczęła kołysać się w przód i tył, śpiewając w innym starodawnym języku, który nie był już tak melodyjny jak poprzedni, lecz dziwnie twardy z ostrymi głoskami. Kolejno wrzucała do ognia zawartość torby, wprowadzając się w trans.
Wokół nastała cisza, którą przerywał tylko trzask drew w ognisku. Nawet las przestał oddychać.
- Przybądź duchu, po wsze czasy uwięziony w kamieniu. Wysłuchaj mego głosu, nakazuję Ci! – zaczęła mówić prastarym, szorstkim językiem. – Wysłuchaj mnie Ty, ukarany za swą pychę i chciwość! Daj znak mi, Córce Mocy, że obudziłam Cię z odwiecznego snu! Wysłuchaj mnie! Odezwij się Duchu Ognia, Synu Piekielnych Czeluści, Panie Wulkanów, zwany Barethanem, Ode...
Wtem ziemia się zatrzęsła i czarodziejka upadła na skałę. Usłyszała coś na kształt głośnego ziewnięcia i następującego po nim sarkastycznego prychnięcia. Zadrżała na całym ciele, bojąc się wydać z siebie najmniejszego odgłosu.
- PRZESTAŃ KALECZYĆ JĘZYK, KTÓRY ISTNIAŁ, ZANIM STWORZONA ZOSTAŁA TWOJA RASA. JAK ŚMIESZ GO BESZCZEŚCIĆ TY, LUDZKIE SZCZENIE, KTÓRE NIE POTRAFI GO NAWET DOBRZE WYMÓWIĆ - usłyszała potężny basowy głos, który wydawał się być niezbyt zadowolony z jej wizyty, odnoszący się do niej z jawną pogardą.
- Nie... Nie jestem szczenięciem - wyjąkała. - Mam na imię Vejda, córka...
- WSZYSTKO JEDNO - ziewnął przeciągle. - OBUDZIŁAŚ MNIE, WIĘC LEPIEJ ZNIKNIJ TAK SZYBKO, JAKBYŚ BYŁA PRAWDZIWYM MAGIEM.
- Ja jestem prawdziwym magiem – syknęła przez zaciśnięte zęby.
W odpowiedzi usłyszała gromki śmiech, aż zatrzęsły się drzewa stojące w pobliżu i przerażone ptaki uciekły, szukając spokojniejszego miejsca.
- Słuchaj… demonie – warknęła rozjuszona dziewczyna, nie mogąc znieść tego, że ktoś sobie z niej tak bezczelnie żartuje. – Przebyłam długą drogę, żeby cię stąd wyrwać a ty skutecznie niweczysz swoje szanse na uwolnienie.
Słysząc to demon zaczął śmiać się jeszcze głośniej. Gdy wreszcie się uspokoił, odparł wesołym głosem, próbując stłumić śmiech:
- POSŁUCHAJ MNIE LUDZKIE SZCZENIĘ…
- Vejdo…
- NIECH CI BĘDZIE… VEJDO… OD 70 LAT NIKT MNIE TAK NIE ROZBAWIŁ, JAK TY DZISIAJ. BYŁO TU WIELU POTĘŻNIEJSZYCH SPRYTNIEJSZYCH ISTOT NIŻ TY… I NIE UDAŁO IM SIĘ, WIĘC OSZCZĘDŹ CZAS SWÓJ I MÓJ, I WRACAJ SKĄD PRZYBYŁAŚ… - westchnął.
- Może i byli sprytniejsi, może nawet potężniejsi, ale wątpię, czy któryś z nich posiadał to… - wyciągnęła z woreczka przytwierdzonego do pasa wisiorek w kształcie łzy.
- CZY TO…
- Tak – odparła z nieukrywaną satysfakcją i dumą. – To pierwsza łza nowonarodzonego feniksa.
- ALE JAK…
- Chyba jednak nie jestem tak naiwna i niedoświadczona, jak ci się wydawało…
- NO DOBRZE… PRZYJMIJMY, ŻE UDA CI SIĘ MNIE UWOLNIĆ – zaczął już nieco innym tonem. – CO CHCESZ W ZAMIAN?
- 100 lat będziesz ze mną podróżował, ucząc mnie wszystkiego, co wiesz i nie ukrywając swojej wiedzy.
- ILE??? CHYBA POSTRADAŁAŚ ROZUM, DZIEWCZYNO. 50.
- 75
- ZGODA. ALE NAUCZYSZ MNIE ŻYĆ NA TYM ŚWIECIE, KTÓREGO NIE ROZUMIEM I KTÓREGO NIE ZNAM.
- Zgoda. Za 75 lat będziesz mógł chadzać po tej ziemi i nikt nawet nie domyśli się, że jesteś demonem, który od setek lat był uwięziony na odludziu.
Położyła łzę feniksa na środku kamienia, uniosła ręce ku niebu i zaczęła odmawiać zaklęcie w melodyjnym języku, przypominającym starodawną pieśń. Gdy skończyła, nic się nie stało. Czekała w napięciu i gdy już chciała opuścić ręce zrezygnowana, niebo otworzyło się i ogromna błyskawica uderzyła z głośnym hukiem w drogocenny wisiorek. Dziewczynę odrzuciło kilkadziesiąt stóp dalej. Gdy nieco oprzytomniała, rozgoniła zaklęciem chmurę dymu, unoszącą się wokół więzienia i podeszła do skały, która teraz była przepołowiona na dwie równe części. Zaczęła nerwowo przesiewać przez palce piasek i pył, który powstał, poszukując kamienia, dla którego omal nie zginęła. Odetchnęła z ulgą, gdy wreszcie go znalazła. Był nietknięty, lecz już nie był bezbarwny, połyskujący srebrem. Teraz jarzył się w nim malutki płomień, jarzący się wszystkimi odcieniami czerwieni i pomarańczy. Przez chwilę podziwiała go zdumiona, po czym delikatnie przełożyła srebrny łańcuszek przez głowę. Już chciała wstać, gdy momentalnie straciła przytomność.
Nie wiedziała, ile czasu tak leżała w amoku, próbując przebrnąć przez sen na jawie, próbujący nią zawładnąć. Otworzyła oczy i spróbowała się podnieść, po czym zwymiotowała.
- HEJ! CHYBA NIE UWOLNIŁAŚ MNIE PO TO, BYM MÓGŁ PODZIWIAĆ DZIAŁANIE TWOJEGO ORGANIZMU?!
Otarła usta rękawem i rozejrzała się wokół. W głowie czuła pulsujący ból, jakby ktoś porządnie przyłożył jej czymś ciężkim.
- Gdzie…
- JAK TO GDZIE? W TWOJEJ GŁOWIE – zaśmiał się. - TYLKO TY MNIE SŁYSZYSZ. A TERAZ ZBIERAJ SIĘ. WYSTARCZAJĄCO DUŻO CZASU TU SPĘDZIŁEM.
Oszołomiona zawołała przerażonego konia, wskoczyła na niego i czym prędzej pogalopowała przed siebie, by wydostać się z tego lasu. Zatrzymała się przy strumieniu, kilka mil od drogi do pobliskiego miasta, rozkulbaczyła konia, rozpaliła ognisko i zasnęła kamiennym snem.
- POBUDKA!
Vejda poderwała się z prowizorycznego posłania i zorientowała się, o co chodzi demonowi. Jakiś opryszek przeczesywał już jej juki, drugi zajął się koniem a trzeci właśnie stał nad nią i uśmiechał się obleśnie.
- No patrzcie, chłopcy, kogo my tu mamy? – zaśmiał się ochrypłym głosem.
- Kobiety nie powinny samotnie zapuszczać się w te okolica – dodał drugi z wąsami zawiniętymi do góry, wciąż grzebiący w jej rzeczach. – Jeszcze ktoś mógłby je… napaść – zarechotał a wraz z nim pozostali dwaj.
Dziewczyna zrobiła hardą minę i odparła, mając nadzieję, że jej głos jest spokojny i surowy:
- Samotne i bezbronne – a owszem, ale nie potężne czarownice, jak ja.
Trójka mężczyzna spojrzała po sobie.
- Któryś z was słyszał, że w okolicy kręci się jakaś gruba ryba? – spytał wąsaty.
Obaj pokręcili głowami.
- A do tego gruba ryba, która zwie się Vejda Asterlaght – dodał, wyciągając z torby jakiś dokument. – Pierwsze słyszę a skoro pierwsze słyszę, to nie możesz być tak potężna, jak mówisz.
Czarodziejka pobladła.
- MÓWIŁEM, ŻE JESZCZE SZCZENIĘ Z CIEBIE – warknął demon. – TYLU MAGÓW NA ŚWIECIE A UWOLNIĆ MUSIAŁAŚ MNIE WŁASNIE TY…
- Zamknij się – warknęła.
- Co mówiłaś, złotko? – spytał ten, który stał nad nią, gdy się obudziła.
- Nie mów do mnie złotko – wycedziła, rozbawiający tym samym rabusi.
Vejda wymamrotała zaklęcie, porażając brodatego piorunem kulistym. Nieco zdezorientowana, że udało jej się całkiem potężne zaklęcie, nie zauważyła, że drugi złapał ją wpół, przykładając nóż do gardła. Trzeci puścił konia i rzucił się na pomoc koledze.
- Oddycha!
- Dobrze… A teraz rusz się złotko a poderżnę ci te śliczne gardziołko – warknął jej do ucha.
- Może byś mi jakoś pomógł? – mruknęła pobladłymi wargami do demona.
- ZAWSZE MUSZĘ WSZYSTKO ROBIĆ SAM? – westchnął teatralnym szeptem.
Opryszek nie zauważył, że iskierki ognia jedna za drugą, delikatnie przeskakują na jego brudne spodnie. Potarł jedną nogą o drugą czując, że coś go swędzi. Pociągnął nosem.
- Coś śmierdzi… Zupełnie jakby… jakby…
- Twoje spodnie się palą! – ryknął drugi, próbujący do tej pory ocucić kolegę.
Rabuś upuścił nóż i rzucił się w kierunku strumienia, próbując ugasić palące się spodnie. Ta chwila wystarczyłaby Vej rzuciła się do posłania i wyciągnęła swój miecz. Nieproszeni goście rzucili się na nią z wściekłym rykiem, lecz nie mogli dać jej rady. Dziewczyna, co prawda miała problemy z zaklęciami, ponieważ była zbyt żywiołowa i niecierpliwa jak na maga, lecz w sztuce walki mało kto mógłby być dla niej równym przeciwnikiem. Rabusie szybko zdali sobie sprawę, z kim mają do czynienia i rzucili się do ucieczki, zabierając ze sobą nieprzytomnego kolegę.
- Tylko na tyle cię stać? – warknęła zdyszana.
- TYLKO TYLE? GDYBY NIE JA, JUŻ LEŻAŁABYŚ MARTWA – prychnął zdenerwowany. – PYZA TYM… POZA TYM POTRZEBUJĘ CZASU, BY ZREGENEROWAĆ SWOJĄ MOC. UWOLNIENIE BARDZO MNIE OSŁABIŁO.
- Co?! O żadnym osłabieniu nie było mowy!
- SKĄD MOGŁEM WIEDZIEĆ? PIERWSZY RAZ UWOLNIONO MNIE Z WIĘZIENIA, Z TAK POTĘŻNEGO WIĘZIENIA.
Dziewczyna westchnęła i gwałtownie zaczęła pakować swoje rzeczy. Gniew zaczynał w niej wzbierać. Dzięki demonowi miała nadzieję stać się naprawdę potężną czarownicą a tutaj okazuje się, że stracił większość swojej mocy…
Wsiadła na konia i zaczęła jechać traktem w stronę znajdującego się o dzień drogi stąd miasta. Gdy już nieco ochłonęła, spytała wreszcie:
- Jak ma cię nazywać, demonie? Barethan? Oderon?
- NIE LUBIĘ TYCH IMION – skrzywił się. – NAPRAWDĘ NIE WIEM, KTO JE WYMYŚLIŁ… MUSIAŁO TO BYĆ JUŻ DAAAWNO TEMU… KTO TERAZ CHCIAŁBY SIĘ TAK NAZYWAĆ? MOŻESZ MÓWIĆ MI ADAREY.
- Dobrze… Adarey\'u. Jak właściwie zostałeś uwięziony? Księgi o tym nie wspominały. Mówiły tylko coś o pysze i dumie…
- WIDZISZ… TO NAPRAWDĘ DŁUGA I NUDNA HISTORIA. RACZEJ NIE BĘDZIESZ CHCIAŁA JEJ WYSŁUCHAĆ, BO ZAPEWNIAM CIĘ, ŻE NIE MA W NIEJ NICZEGO CIEKAWEGO.
Vejda uśmiechnęła się złośliwie. O tak… To pewnie było bardzo ciekawe a ona już znajdzie sposób, żeby się tego dowiedzieć. Może stuletnie towarzystwo Adarey\'a wcale nie będzie tak złe, jak jej się wydawało? Może być całkiem… interesująco…##edit_byatak 2006-02-07 23:38:21##ed_end####edit_byclops 2006-07-19 17:04:03##ed_end##