Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Parszywa szesnastka

septirion ·

Mieszkańcy wioski już od godziny obserwowali nadjeżdżający od południa orczy oddział. Od kilku tygodni od osady do osady szły wici, że po Kresach grasuje zielona banda. Mieszkańcy postanowili bronić swoich osad, rodzin i bydła. Wydobyli ze skrzyń miecze, wiele było zardzewiałych, inne swojego czasu przetopiono. Po raz ostatni widziano orki ponad sto lat tamu. Bez mała po wieku zieloni wrócili, był to co prawda mały oddział liczący ledwie kilkanaście łbów, ale każdego dnia mogła przybyć armia. Osada, do której zbliżały się orki była jedną z większych na Kresach. Dlatego też obrońcy, przygotowani na nadejście nieprzyjaciela byli dosyć liczni.
Z każdą minutą oddział zbliżał się do swojego celu. Około dwustu metrów od osady przystanęli. Dowódca przyłożył rękę do oczu, wytężył wzrok, zobaczył jak na szczycie drewnianej palisady ustawiają się obrońcy. Ork odwrócił się, i powiedział do siedzącego na czarnym wilku goblina:
- Gerst, my zrobić swoje a ty swoje. Jak ty rozbić brama, my atakować.
- Dobre jest – odpowiedział mu czarodziej – tylko musieć się trochę zbliżyć, i wtedy ja spalić, ta brama. Od razu przypalić paru ludzie – zachichotał. Tylko wy pamiętać o owcach. Żeby nie być tak jak ostatnio, że część wy spalić, dużo uciec, a te które zostać to wy zgwałcić i dla mnie nic nie być. Ja nie lubić rozepchana owca.
- Słyszeć debile, nie zabijać, nie palić, nie wypuszczać, nie jeść i nie gwałcić żadna owca – ostatnie cztery słowa, wykrzyczał tak głośno, że echo niezrozumiałego hałasu dotarło do obrońców.
- Szef, Shrenk, zgwałcić ta owca – odezwał się nieśmiało jeden z jeźdźców.

Jednak to ostatnie zdanie nie trafiło do uszu dowódcy oddziału, który zaczął szarżę, na osadę. Zanim ruszyło czternastu orków na dzikach, oraz goblin na wielkim wilku, który szybko zrównał się z dowódcą. Podczas jazdy szykował czar, kiedy zbliżyli się do palisady na odpowiednią odległość, gobliński czarodziej puścił w kierunku bramy ognistą kulę. Pocisk rozwalił bramę, jednocześnie podpalając palisadę i najbliższe domostwa. Zaraz potem wpadła orcza banda z przygotowanymi małymi kuszami. Obrońcy mieli przewagę, jednak brak im było doświadczenia w walce. Wewnątrz na wrzeszczących orków czekali mieszkańcy osady, uzbrojeni w miecze, kosy i widły. Z kusz wypadły bełty, które ze świstem przeszyły powietrze, a zaraz wbijały się w swoje cele. Od bełtów zginęła niemal połowa obrońców. Reszta straciła ochotę na walkę z dziką zgrają i rzuciła swoją broń na ziemię, mając nadzieję, że napastnicy zabiorą bydło i odejdą. Na przód wysunął się dowódca oddziału.
- Wieśniak przyprowadzić bydło i owce – kiedy sołtys i paru mieszkańców wykonywali polecenie Briska, kilka orków zaczęło przeszukiwać chaty. Po kilkudziesięciu minutach, kiedy większość cenniejszych przedmiotów, leżało przed dowódcą, z jednej z chat wyszedł ork popychając żonę sołtysa.
- Szef, widzieć jaka dorodna baba – ork nie kłamał, ponieważ sołtysowa była kobietą przy kości, miała sporą nadwagę, ale Briskowi to nie przeszkadzało.
- Dawać tu. Dużo dorodna baba. Kiedy ja się zabawiać, wy pilnować wieśniak.

Po czym poklepał sołtysową po tyłku i pchnął w kierunku stodoły. Na pomoc żonie natychmiast ruszył sołtys, ale od razu dostał pięścią w łeb. Po chwili, ze stodoły zaczęły wydobywać się płacz kobiety i okrzyki zadowolenia Briska. Wkrótce płacz ustał, zamiast niego w całej wiosce słychać było okrzyki ekstazy kobiety, na zmianę z porykiwaniami orka. Na twarzach zielonych pojawiły się uśmiechy. W końcu Brisk wyszedł ze stodoły i rzekł do swoich kompanów.
- Żadna orcza samica, mie tak nie zmęczyć. Ona nie podnieść się przez dużo dni.
- Szef potrafić dać dużo radość każda baba. Nawet krowy muczeć z radości – powiedział ktoś z oddziału.
- Dobra brać bydło i owce, i iść. Dać mi ogień – zaraz, jeden z podwładnych przyniósł mu pochodnię – ja chcieć spalić jakaś chata.

Przed odjazdem rzucił pochodnię na dach najbliższej chaty, z której zaraz wybiegły kobieta i dwoje dzieci. Po czym oddział wyjechał z osady i ruszył na wschód. Po kilku godzinach skręcili na południe, do kryjówki w górach, aby spędzić kilka przyjemnych dni na gwałceniu bydła, konsumowaniu wołowiny, piciu grishki i bijatyce. Przez pewien czas mieszkańcy osady słyszeli orczy śpiew. A w każdym bądź razie coś, co orki uważały za śpiew:
Wypić kiedyś dużo grishka.
Pobić wtedy se ludziska.
Spalić ludziom chate wtedy.
Zgwałcić se kobiety.

Hej, ho krasnolud zabić.
Wypić butelka grishka.
Wtedy dużo we łbie zmieści.
Orcze opowieści.

W kilka dni po tym wydarzeniu do wioski przebyła grupa poszukiwaczy przygód. Drużynę prowadził elficki przewodnik. Szli z nim elficki mag, krasnolud z wielkim młotem, trzech ludzi z wielkimi toporami, dwóch wojowników oraz dwóch paladynów w srebrnych zbrojach. Z daleka zauważyli ludzi pracujących, przy odbudowie palisady. Kiedy dojechali wieśniacy przywitali ich bardzo zadowoleni.
- Witajcie wielmożni panowie, witajcie w naszych skromnych progach. Zechcecie u nas gościć? Jestem sołtysem tej osady i będzie to dla nas wielki zaszczyt jeżeli u nas zagościcie.
- Powiedz mi sołtysie – odezwał się przepatrywacz – co się tu wydarzyło.
- Panie orki nas zaatakowały. Zabrały bydło, owce i pieniądze, które mieliśmy na ziarno.
- Dużo było tych orków? – kontynuował rozmowę elf.
- Dużo panie, dużo. Ale zapraszam, każe przygotować jadło i napitek. Nie zostało nam tego wiele, ale jak zjemy to porozmawiamy. Wyglądacie na strudzonych panie.
Podczas posiłku jeden z paladynów zapytał sołtysa:
- Dawno te orki was napadły?
- A bedzie ze dwa dni panie. Tak, dwa dni temu zaatakowały naszą wioskę.
- A jak wam rozpieprzyli bramę – odezwał się milczący do tej pory krasnolud.
- A mości panie krasnoludzie maga mieli ze sobą, goblina panie krasnoludzie.
Jak dojechali do bramy to on ją jakimiś czarami panie krasnoludzie zniszczył. Brama wybuchła nagle i zaczęła się palić, a od niej zajęła się palisada. Wtedy wpadli do wioski, część naszych mieszkańców zabili z kusz panie krasnoludzie, reszta już nie miała ochoty z nimi walczyć. nie jesteśmy wojownikami panie krasnoludzie, nie znamy się na walce. A później zabrali co było cenniejszego w wiosce bydło i owce i pojechali na wschód.
- Nie ma co radzić panowie – powiedział krasnolud – mam ochotę wpieprzyć jakiemuś zielonemu zgniłkowi. Kiedy ruszany? – zapytał pozostałych.
- Zaraz!!! Natychmiast!!! Chaos trzeba tępić!!! – odezwał się jeden z paladynów.
- Tak dla chwały pięknych dziewic ruszajmy natychmiast – dodał drugi.
- Uspokójcie się – utemperował ich zapały elf. – Zmierzcha się, rano wyruszymy, o tej godzinie nie będzie widać śladów i lepiej żeby w nocy nie padało.

Ledwie słońce zaświeciło nad horyzontem jak dziesięcioosobowa grupa wyruszyła na wschód. Nie mieli trudnego zadania, ponieważ orki specjalnie nie kryły swoich śladów, a poza tym prowadziły ze sobą stado krów i owiec. Po kilku godzinach ślad skręcił na południe w kierunku pobliskich gór. Drużyna skręciła kierując się tropem od celu dzieliły ich zaledwie godziny.
Tymczasem od dwóch dni orcza banda imprezowała z krowami i piła grishke i bez przerwy śpiewała „Orcze opowieści”. Trzeciego dnia koło południa, strażnik podszedł do Briska.

- Szefie, e... tego... no... bo... zbliżać się jakaś banda.
- Gdzie?! – wykrzyczał Brisk i poderwał się na równe nogi.
- E... no szefie od... tego... no... od księżyc.
- Pewnie byli w ta wioska co my ją spalić.
- Tak, ta co szef zgwałcić ta wielka baba – rzucił jakiś ork.
- Tak i ona wrzeszczeć jak cholera tak jej szef zrobić dobrze – dodał następny i roześmiał się na całe gardło. Zawtórowało mu czternaście innych gardeł. Nawet Brisk się uśmiechnął swoim krzywym uśmiechem.
- Idź obserwować ta banda i przyjść jak być blisko i wiedzieć ile dużo być banda – rzucił szef do strażnika. Już miał wydać rozkazy orkom żeby przygotowali się do obrony, kiedy z jednej pobliskich jaskiń wyszedł goblin.
- Co się do cholery dzić, nie móc się skoncentrować – zaskrzeczał do orków.
- Jak szaman nie dać rady owce to Shrenk pomóc dużo chętnie – powiedział ork zwany Shrenkiem i zaśmiał się ile miał tylko sił w płucach, inne orki mu zawtórowały.
- Milczeć!!! - krzyknął Brisk. – Słyszeć co się dziać. Banda zbliżać się. Musieć przygotować obrona.
- Co?! Ktoś nas będzie atakował? Może będzie z nimi jakiś mag i będzie miał przy sobie błyskotki – ostatnie zdanie gobliński szaman wypowiedział tylko w myślach.
- Tak – odpowiedział mu Brisk. – musieć się przygotować.
Kiedy prowadzona przez elfa drużyna zbliżała się do gór, wszyscy zsiedli z koni. Krasnolud z trudem wygrzebał się z wozu, który prowadził. Od kilku kilometrów słyszeli orki wrzeszczące jakąś pseudo piosenkę.
- He he te moczymordy się schlały. Nie będziemy mieć większych problemów z nimi – powiedział pewny siebie krasnolud.
- Powinniśmy być ostrożni, mogli wystawić straże odpowiedział mu przewodnik.
- Tak, drą się tak jakby było ich tam nie szesnastu a co najmniej czterdziestu. Ta ich piosenka jest tak głośna i nieskładna, że nawet jakbyś się tam zakradł i poderżnął jednemu gardło reszta by go zagłuszyła. Moi bracia śpiewają dużo lepiej.
- Tak to muszę przyznać ci krasnoludzie. Wy ludzie podziemi nie macie talentu do śpiewu, ale to jest koszmar.
- Może tak skończycie swoją gadkę i wreszcie ruszymy skopać im tyłki – przerwał wymianę zdań paladyn.
- Tak ruszajmy – zgodził się czarodziej.
- Tylko ostrożnie, bardzo ostrożnie, może są pijani i głośni ale nie musieli stracić czujności – przestrzegł elf.

Drużyna ruszyła wąskim wąwozem. W kierunku dochodzących krzyków. Z każdym krokiem wąwóz coraz bardziej się rozszerzał, a wojownicy nie tracili czujności, poruszali się bardzo ostrożnie żeby nie pośliznąć się na jakimś obluzowanym kamieniu. W miarę jak zbliżali się do orków, wzmagał się hałas jaki wydawali z siebie zieloni. Towarzyszył mu smród, bo jak wiadomo porządny ork myje się tylko wtedy kiedy musi czyli nigdy.
- Cholera, nie wiem co mi bardziej przeszkadza ten jazgot czy ich smród.
- No cóż krasnoludzie, wkrótce przynajmniej ich hałas przestanie im przeszkadzać – wyszeptał elf.
Przed wojownikami został już ostatni zakręt. Stanęli przed nimi wszyscy gotowi do walki. Ich plan był prosty zaskoczyć zielonych zatłuc ich i jak najszybciej uciszyć. W mgnieniu oka wyskoczyli wszyscy do kotliny i przez chwilę stanęli jak wryci. Zobaczyli przed sobą zaledwie pięć orków. Bez chwili wahania rzucili się na zielonych, kiedy gdzieś z góry usłyszeli głos krzyczący: „Strzeeelaaać!!!”. W tej chwili na zboczach kotliny pojawiła się reszta orków oraz gobliński szaman. Orki od razu wystrzeliły ze swoich kusz. Paladyni tylko uśmiechnęli się na odgłos brzęczenia pocisków o ich srebrne zbroje. Krasnolud chroniony własnoręcznie wykutą zbroją krzyknął do nich: „chodźcie tu cholerne zgniłki, tylko na tyle was stać, zaraz wsadzę wam te bełty w dupę i wtedy poczujecie co to znaczy zadzierać z krasnoludem”. Kolejne strzały dobiły elfiego przewodnika. Na placu boju pozostali już tylko: krasnolud, dwaj paladyni oraz spanikowany czarodziej. Ciało elfa nie zdążyło jeszcze opaść kiedy wojownicy w srebrnych zbrojach rzucili się na piątkę orków pozostających w kotlince. Ku ich wielkiemu zdziwieniu orki nagle znikły i pojawiły się na szczycie kotlinki. „Robić dobra robota szaman” – podziękował jeden z orków goblinowi. Nie zwracając uwagi na orcze odzywki szaman wypuścił w czarodzieja ognistą kulę, która spopieliła jego ciało. Paladyni, którzy doszli już do siebie zaczęli uciekać, drogą którą przyszli.
- Ha ha ha – zaczęły śmiać się orki.
- Ty małyludź nie uciekać? – zapytał Brisk, krasnoluda zakutego w zbroję płytową i z wściekłością dzierżącego wielki młot.
- Nie ty pieprzony śmierdzący zieleńcu. Zejdź tu na dół i będziemy walczyć.
- Brisk zejść, wtedy krasnolud paść – kończąc ripostę czarny ork zeskoczył na dół ze swoją wielką maczugą.
- Myślisz, że przestraszysz krasnoluda tym kjiasz...
Nie skończył. Maczuga zerwała mu głowę razem z hełmem, który po odbiciu od ściany wypluł krasnoludzki łeb.
- Tak, myśleć, że tak – powiedział Brisk i roześmiał się.
Paladyni natomiast udali się na zachód w kierunku osad ludzkich z wieściami o grasującej na Kresach wielkiej orczej bandzie, a która jest zaledwie małą częścią nadciągającej ogromnej armii...

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...