Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Pawła Barwińskiego przypadki niezwyczajne… - „Po mszy w lesie”

karsten ·

Ostatnie dni Maja tego roku były bardzo gorące, wbrew wcześniejszym zapowiedziom meteorologów z brukowców. Według nich lato też miało być bardzo chłodne, nie żeby mnie to jakoś szczególnie ruszało, ale od dziecka byłem bardzo ciekawski. Teraz jednak zaspokajałem tylko moją wrodzoną próżność. To w końcu pierwsze dni po maturach, trzeba zachwycać się odzyskaną wolnością i spokojem. Teraz jest właściwy czas na hołdowanie mojej próżności, wrodzonemu lenistwu i niezwykłemu talentowi do odnajdywania przyjemności w spokoju domowego zacisza. Dlatego już od kilku godzin nie odrywam wzroku od ekranu monitora, obserwując pojawiające się z rzadka litery, czy emotikonki na otwartych przeze mnie okienkach komunikatora gg. Cóż zajęcie to pochłania mnie czasami bez reszty, a jednocześnie zapewnia kontakt ze znajomymi. Nie żebym był jakimś maniakiem, po prostu lubię od czasu do czasu włączyć komputer. Delektowałem się tymi chwilami spokoju, aż usłyszałem pukanie do drzwi mieszkania. Wpisałem pośpiesznie do każdego okienka „z/w” po czym szybko znalazłem się przy wizjerze, by zobaczyć kogóż to licho niesie. Przed drzwiami stała jakaś kobieta około trzydziestki, która mimo dość niechlujnego wyglądu roztaczała wokół siebie dziwną aurę zaufania. Mimo jakiś pierwotnych oporów chwyciłem za klamkę, otwierając na oścież drzwi. Nieschodzący z twarzy kobiety uśmiech jeszcze bardziej się rozszerzył, upodabniając ją do jakieś nędznej karykatury nieźle pijanego pseudo- artysty. No cóż Bóg musi mieć niezłe poczucie humoru, skoro stwarza takie typy. Jednak to nie uśmiech był najgorszy u tej kobiety, znacznie bardziej przerażające wydawały się jej oczy, pełne jakiegoś niezrozumiałego mi upojenia. Zmusiłem się do uspokojenia, chciałem teraz rozgryźć kim jest ta kobieta. Znacznie pomogły mi w tym słowa pełne pasji, jakie wypłynęły z jej ust po chwili napięcia.
- Bóg cię kocha, Synu!- Nie wiedziałem w pierwszej chwili czy się śmiać czy płakać nad głupotą tej kobiety. Szczerze to takich ludzi, pełnych pasji fanatyków bardzo nienawidzę, ale nie mogłem tego okazać. A nie było łatwo powstrzymać uśmiech starający się pokazać na mej twarzy. Co zrobić w takie chwili? Trzasnąć drzwiami, przed nosem głupiej fanatyczki zwiedzonej fałszywymi obietnicami i przykazaniami? A może naprowadzić ją na mielizny rozumowania, gdzie załamują się najsilniejsze umysły?
- Bardzo się cieszę z tego powodu, że aż nie umie pohamować mej radości. Choć myślałem że takich jak ja Bóg omija z daleka.
- Synu, Bóg kocha nas wszystkich… - chwila przerwy jakby kobieta nad czymś myślała, jeśli oczywiście wierzyć, że umysł tak przeżarty przez różne głupoty jest jeszcze do tego zdolny…
-Zrzuć z siebie to co trapi twą duszę.
No kto by odmówił takiej miłej pani? Ledwo powstrzymując śmiech zaprosiłem ją do środka. Za co Bóg mnie tak pokarał jej wizytą? Czy nie wystarczy, że pode mną mieszka katechetka? Ciekawe co ona chce zrobić? Zasiać w tym mieszkaniu ziarno prawdziwej wiary? Czy ja wyglądam na idiotę? No może lepiej by to pytanie zostało bez odpowiedzi. No ale teraz nie zazdroszczę kobiecie wysłuchiwania moich grzechów… No cóż, gdy tylko kobieta wyprzedziła mnie wchodząc do pokoju moich rodziców, na mojej twarzy pojawił się dyskretny uśmiech. A on nigdy nie wróżył niczego dobrego dla osób w mym pobliżu… Trzeba pogratulować pani katechetce Marii Capińskiej, bo wytrzymała całe 10 min mojej spowiedzi. Choć trochę się zawiodłem, że ta miła pani tak przedwcześnie opuściła moje mieszkanie. Tym bardziej, że nawet nie zdążyłem dokończyć przyzywania pomniejszego demona, chcąc unaocznić pani Marii grzechy kalające moje sumienie… A katechetka widząc pojawiającą się postać pomiędzy kręgiem z piasku i czując przypływ mrocznej siły odbierającej dech w piersiach zaczęła krzyczeć, wzywać Boga i bardzo, bardzo szybko dobiegła do drzwi. Niechciałem jej aż tak nastraszyć, naprawdę chciałem tylko jej się wyspowiadać, wyrzucić z siebie ciężar wspomnień minionych miesięcy. Wiem, że odpuścić grzechów to ona nie może, ale przynajmniej nie jest księdzem. I ona naprawdę wierzyła w to co mówiła, nie to co ta obłudna hołota. Widzicie, ja od dziecka podejrzewałem, że jestem niezwykłym przykładem uczulenia na kościół. Choć oficjalnie głosiłem, że w żadnego Boga to nie wierze(przynajmniej tak mówiłem wśród mych przyjaciół) to naprawdę miałem tylko awersje do kościoła katolickiego. W końcu kto może sobie uzurpować wyłączne prawo naprawdę? Miałem pewne podejrzenia…
* * *
Pewnie się zastanawiacie kim, lub czym jestem? Ja sam nie potrafię tego pojąć. Wychowywałem się jako normalny dzieciak, miałem swoje wzloty, upadki, dni szczęśliwe i te gorsze. Od wielu już lat mieszkam w bloku, w centrum niewielkiej miejscowości- Wodzisławia Śląskiego. Dwupokojowe mieszkanie dzielę razem z moimi wiecznie zapracowanym ostatnio rodzicami, oraz młodszym o trzy lata bratem. Zawsze byłem trochę zagubiony, ale cieszyłem się dużą swoboda i wolnością(mogłem całymi dniami tylko zmieniać kanały na telewizorku). Jednak nic co dobre nie trwa wiecznie. Dlatego w końcu musiałem wydorośleć, nie żebym się jakoś z tego powodu teraz cieszył, lecz już nic innego mi nie pozostaje. Wszystko jeszcze się skomplikowało parę miesięcy temu.
Był koniec października, opadłe liście w parku miejskim nadawały niezwykłości scenie która się wydarzyła tego dnia. Wracałem z przystanku PKP odprowadzając kumpli z klasy, którzy dojeżdżali do liceum z podwodzisławskich miejscowości. Postanowiłem trochę odpocząć przed powrotem do domu, siadłem więc na jednej z ławek. Wtedy to poczułem. Czyjaś obecność, nieokreślona bliżej. Nic nie widziałem, ani nie słyszałem, ale coś, a może ktoś było obok mnie. Wyczuwałem to, mimo, że mój racjonalny rozum to odrzucał. Naglę zamajaczył mi kobiecy kształt, widziałem ją nie patrząc na nią. Myślałem, że oszalałem. Tyle dziwnych rzeczy przychodziło mi do głowy. Zamiast odpoczynku los zgotował mi prawdziwe piekło. Widziałem ludzi przechodzących obok tej młodej, atrakcyjnej dziewczyny, nie widząc jej. A przecież ona tam była. Patrzyła na mnie, jej zimne, puste oczy w jednym momencie zapłonęły nadzieją. Wyciągnęła do mnie rękę. Powiedziała do mnie coś, czego wtedy nie mogłem pojąć. Patrzyłem oczarowany jej niesamowitym pięknem, było w niej coś dziwnego, nieosiągalnego. Chciałem wstać, chwycić ją w ramiona, całować i nigdy już nie puścić. Już wstałem, ona tylko się jeszcze bardziej uśmiechnęła. Pomachała mi uroczo, z taką dziewczęcą manierą. Była tak urzekająca. Wtedy coś mnie ostrzegło. Jakieś przeczucie. Instynkt? Nie wszystko jest takie jakim nam się wydaję. Otrzeźwiałem. Zrozumiałem kim ona jest. To był trup, zimny i sztywny od paru lat. Właściwie dusza zmarłej wiele lat temu w tym miejscu dziewczyny. Nagle przestałem ją odbierać jak człowieka. Musiała być kiedyś piękną dziewczyną. Teraz to już tylko przeszłość. Jej dusza pragnęła zaznać spokoju, lecz wspomnienie ostatnich chwil życia nie pozwoliło jej opuścić w pełni materialnego świata. Za silnie była z nim związana. Pragnęła poczuć życie, była gotowa je czerpać ze mnie. Chciała poczuć mój ból, moją radość, wszystko co kiedyś było jej udziałem. A teraz wspomnienia o tym, uniemożliwiały jej opuszczenie naszego świata. Wtedy jej pomogłem. Wyciągnąłem rękę, musiałem się z nią połączyć. I odesłałem ją w zaświaty. Nie wiem skąd wiedziałem jak to zrobić. To było dla mnie oczywiste. W chwili gdy chwyciłem ją za rękę, gdy jej dusza odpływała, poczułem szczęście. Wszystko stało się nie ważne. Poczułem zew. Silną chęć by podążyć za nią. Nie uległem. To jeszcze nie był mój czas.
W ciągu ostatnich miesięcy uczyłem się moich mocy. Tak to chyba mogę nazwać. Właściwie cały czas się ich uczę. Mogę przywoływać demony. Mogę przyzywać duszę zmarłych do tego świata. Wiem to, tak jak wiedziałem jak odesłać duszę dziewczyny z parku na tamtą stronę. Lecz boję się. Dusza z parku była słaba, bardzo silnie związana z owym miejscem. A co jeśli przywołam coś nad czym nie zapanuję. Mówiłem, że mogę przyzywać demony do naszego świata. Ale jak na razie zrobiłem to tylko z jednym demonem. Spotkałem go gdy wykonywał swoją pracę. Poczułem jak próbuje zarazić jakiegoś biednego mężczyznę w krawacie grypą. Właściwie to spotkałem tylko część jego aury, bowiem jego materialne ciało nadal znajdowało się w mrocznych krainach . On nie został przyzwany do naszego świata, lecz był częściowo z nim związany, co pozwoliło mu na wykorzystanie czyjegoś pragnienia zemsty, jako rozkazu dającego możliwość posłużenia się swoimi mocami. Był to pomniejszy półdemon mogący zaledwie wywołać zmęczenie, osłabienie, nudności, brak koncentracji, oraz jeśli bardzo się postara to także przeziębienie, grypę czy anginę. Zapamiętałem jego aurę. Następnego dnia przywołałem go w lesie, daleko od domu, by nikogo nie narażać, jeśli popełnię błąd. Ale wszystko wykonałem dobrze. Odtąd zaczęła się moja znajomość z demonem Kazt’hu…
* * *
Po spotkaniu z katechetką powróciłem do rozpoczętych rozmów na gg. Jednak po 14 musiałem wybrać się do sklepu, by zaopatrzyć moją rodzinkę na kolejny dzień…
Po odszukaniu między regałami niezbędnych produktów, odstaniu kilku minut przed jedyną czynną kasą w supermarkecie, zagłębiłem się w sklepie z prasą. „Codzienny rytuał” jakim stało się dla mnie przeglądanie komentarzy prasy codziennej co do bieżących wydarzeń politycznych, czy sportowych było jedyną atrakcją moich codziennych, wymuszonych przez rodziców wypadów do sklepów. Jednak dzisiejszego dnia tylko pogorszyłem sobie humor. Bo wśród artykułów o biednych, pokrzywdzonych ludziach przez zachłanne korporację, różnych niegodziwców itp. Mogłem się dowiedzieć o „nowych pomysłach rządu na Polskę”, które oczywiście miały zapewnić wszystkim dobrobyt i szczęście… Głupi ludzie, którzy wierzą w takie rzeczy. Później będą narzekać, a przecież sami sobie wybrali tę pętle zaciskającą się na szyi. Dobrze, że choć Mundial coraz bliżej. Będzie co robić w czerwcu. Ostatnie strony gazet pełne były doniesień o naszych orłach, taktyce jaką przygotowuje trener Janas, czy menu naszych gwiazd. Wpadłem w zadumę, wyobrażając sobie wyjście z grupy Polski, lecz szybko i brutalnie zostałem z niej wciągnięty. Wylądowałem kilka metrów dalej, prawie na kolanach amortyzujących pęd jaki nabrałem. Tylko co się stało. Czułem wyłącznie jakiś ból w ramieniu. Dopiero słysząc chichot dwóch wysokich, szerokich blondynów w miejscu gdzie kilka sekund wcześniej stałem do moich szarych komórek doszło co się wydarzyło.
- Zrób nam miejsce wieśniaku! – odezwał się nieco większy z dwójki napastników, który dużo bardziej pasował do stereotypu wieśniaka. W końcu ja jestem brunetem o przenikliwych zielonych oczach, pogodnym uśmiechu, dosyć wysokim czole(też bez przesady), choć niestety nie zostałem obdarzony ciałem herosa. Lecz typ stojący naprzeciwko mnie raczej nie miał wiele wspólnego z rozwinięta zdolnością myślenia. Jego towarzysz też nie prezentował się lepiej. Tylko niepokoiło mnie, że skądś ich znam… Tak, nagłe olśnienie uzmysłowiło mi kim oni są. To są ministranci z naszego kochanego kościółka na rynku. Że też musiałem mieć bliskie spotkanie z najgorszymi mendami w mieście i to akurat dziś. Ale jeszcze się spotkamy, i to szybciej niż myślicie. Swoją drogę do domu odbyłem z trochę pochmurną miną, która mogła oznaczać tylko bardzo pracowity wieczór.
* * *
Ale to miasto wygląda! Pełno żuli z mętnymi oczyma przy sklepach z tanim winem, w lepszych miejscach bandy cwaniaków czy jakichś hiphopowców śliniących się na widok każdej ładniejszej laski. A dziewczyny zadowolone z takiej adoracji tylko jeszcze bardziej rozbudzają pożądanie wielbicieli ledwo zasłoniętymi ciałami. No cóż, wodzisławianki są bardzo atrakcyjne, ale mają marny gust. Lecz ja dziś nie poluje na was dziewczyny. Nigdy nawet żadnej nie poderwałem, bo nie umiem po prostu. Ale ministrantom nie odpuszczę. Znajdę ich a wtedy zobaczymy kto jest wieśniakiem… Tak dziewczyno, boisz się mnie gdy widzisz ten żar w oczach. Idź dalej, on nie płonie dla Ciebie. Dziś zobaczę jak mocni są ci, których w Wodzisławiu nazywa się nawet „mafią”. Nadszedł czas łowów.
Przemierzałem zapełnione ulice, pełen pragnienia zemsty, odszukując aurę ministranta jakiego dziś miałem „zaszczyt” poznać. Byłem już w tym dosyć dobry, więc wiedziałem, że mi nie wymkną. Nie dziś. I nie myliłem się. Odnalazłem ich, już za miastem, po zachodzie słońca, w wodzisławskim lesie. Byli na wzniesieniu, obaj moi znajomi wraz z grupką kilku innych kolegów. Patrzyłem na nich z jawną wrogością. Ale czekałem. Znam to miejsce, uświadomiłem sobie. To była górka pieczonego ziemniaka, jak ktoś ją kiedyś żartobliwie nazwał. Ale była bardziej znana jako miejsce spotkań satanistów. Wszystko pasowało, ministranci stali w kręgu, w środku musiał być mały krąg z kamieni, na którym kiedyś miano składać ofiary ze zwierząt w odprawianych tu rytuałach. Tylko co tu robią dziś ci chłopcy? Czekałem, oglądając, jak jeden z ministrantów wstępuje do kręgu, coś mówi do swych towarzyszach, a ci odpowiadają mu ponurymi skinięciami głowy. Po chwili zapalili świeczki, rozpoczęli wspólny monolog(modlitwę?), jednak byłem zbyt daleko by posłyszeć ich rozmowy. Siedziałem ukryty za drzewami, ledwo dostrzegając rytuał dokonujący się pośród kręgu. Zresztą nie musiałem wiele widzieć, by wiedzieć, że to amatorzy, którzy pewnie przeczytali w Internecie o zakazanych rytuałach i chcieli poczuć dreszczyk emocji. Mimo mojej antypatii do nich, postanowiłem, że nie pozwolę by ten rytuał przywoławczy im się powiódł. Dla ich dobra. Nie zasługiwali na śmierć. A szczególnie na bolesna śmierć jaką zgotowałby im demon widząc niedoszłych satanistów. Poczułem na plecach dreszcz. Intuicja podpowiadała mi, że to nie z zimna włosy się elektryzują, a skórę przeszywa zimny dreszcz. Z tym kręgiem była silnie związana jakaś istota. Potężny demon, który poczuł ciepło naszego świata. I żądze krwi. Sprawy przybierają zły obrót. Nie mogę dopuścić by otwarli drzwi demonowi. Był zbyt potężny, bym próbował go podporządkować mojej woli. Może by mi się to udało. Ale jeśli nie… Rozsmarowałby mnie po całej okolicy. Nie mieliby czego zbierać do trumny. A ja miałem przemożną ochotę by dalej wąchać kwiaty, a nie ich korzenie… Tylko co robić? Co robić?
Po dłuższej chwili moje szare komórki znalazły rozwiązanie. Rano, gdy chciałem przy katechetce przywołać Kazt’hu , przerwałem otwieranie wrót dla mojego towarzysza. Ale jego aura była ze mną dzięki temu jeszcze silniej związana. I nie miałem kłopotów by po kilkudziesięciu sekundach zmaterializował się obok mnie półdemon. Demony po przywołaniu łączyła dosyć mocna więź z przywołującym, co pozwalała nawiązać kontakt telepatyczny demonowi z chwilowym „panem”. Demon nie potrafi czytać w myślach, ale może odbierać rozkazy, jeśli jego władca potrafi się odpowiednio skoncentrować. A ja umiałem opanować emocję i przekazać Kazt’hu do czego mi dziś potrzebny. I choć byliśmy silnie związani, półdemon nie chciał wykonać mojej prośby. Musiałem ją mocno umotywować…
Ministranci czekali w oczekiwaniu, wpatrując się w krąg z przerażeniem, ale i oczekiwaniem. Nagle pojawiła się mgła. Szara. Brudna. Nieciekawa i mało efektowna. Ale za pierwszym razem to robi piorunujące wrażenie. Niektórzy z chłopców to pewnie ledwo powstrzymywali swe pęcherze. Patrzyłem na to ubawiony, bo mimo iż sprawa nadal była poważna, to widok rysującego się przerażenia na twarzach ministrantów w pełni mnie satysfakcjonował po wydarzeniach z południa. Z mgły zaczęła wyłaniać się postać. Sama sylwetka mogła łudzić, że ma się do czynienia z człowiekiem. Ale gdy mgła już zniknęła ministranci ujrzeli krótkie czerwone futro pokrywające demona. Nie było żadnych rogów, demonicznego śmiechu. Wystarczyły czarne oczy Kazt’hu. Jedno spojrzenie demona przeraziło by największego twardziela… A naprzeciw mojego towarzysza stali tylko ministranci, nie mający żadnego pojęcia o mocach jakie przywołali. Wydali mi się tacy mali przy Kazt’hu. Tacy śmieszni z tymi ukradkowymi spojrzeniami na demona, drżącymi nogami i przerażonym szeptami. Ale przerwali przywołanie. Potężny demon nie wejdzie do naszego świata. Nie dziś. I nie przy mnie.
Po kilku minutach ciszy przerywanej pojękiwaniem najmłodszego z chłopaków, ich przywódca, jak sądziłem, zebrał resztki siły i przemówił:
- Demonie, przyszedłeś tu dziś na nasze wezwanie i podporządkujesz się naszym rozkazom. A zaczniesz od wyjawienia swojego imienia.
Chłopak nie umiał ukryć przerażenia w swoim głosie. Chyba sam nie wierzył w to co mówi. Bo demon nie podporządkowuje się przerażonym chłopcom. Demon wykona rozkazy, jeśli uzna wyższość osoby przywołującej go nad nim samym. Po przywołaniu toczy się nieustanna walka między wolą demona a jego „pana”. Człowiek musi udowodnić, że jest wart usług demona. I nie wyobrażajcie sobie, że zmusicie demona do wykonania każdego waszego rozkazu. Każda z istot mrocznych krain wykona tylko to polecenie, które będzie zgodne z jego własną naturą. Żaden demon nie będzie nigdy czynił dobra! Czy ministranci nie wiedzieli tego? No pewnie nie. Tego nie piszą w Internecie. Zobaczyłem, że Kazt’hu z rozbawieniem szykuje się do odpowiedzi ministrantom. Rozkazałem mu by udawał posłuszeństwo wobec nich. Nie chciał na to przystać, ale dałem mu w zamian coś, czym nie mógł pogardzić. Dostał prawo do wykonania ich polecenia. A on kochał swoją pracę.
- Jestem demon Mietek- odpowiedział ze śmiechem Kazt’hu. Demony nie wyjawiają swoich imion. Człowiek sam musi je odkryć. Ale ja nie umiałem się powstrzymać, by nie pobawić się z ministrantami. Pomysł z wymyślnym imieniem demona był mój. – Czego chcecie marne istoty. Czego żądacie ode mnie i co otrzymam w zamian. – Ciągnął demon, wywołując jeszcze większe przerażenie u moich popołudniowych oprawców, bo nie mogli wiedzieć, że nie muszą nic dawać w zamian demonowi, jeśli ten jest posłuszny ich woli.
- O potężny, wszechmocny demonie, chcemy byś nam pomógł. Damy ci co zechcesz, tylko pozbądź się naszego nowego księdza. – Wyjąkał przywódca, a ostatnie słowa o nowym księdzu dodały mu jakby pewności siebie.
- To nie moja działka, amatorzy. Następnym razem zamówcie sobie właściwego demona do takiego zadania. Jeśli doczekacie następnego razu. – Ostatnie zdanie Kazt’hu wypowiedział w turze z okropnym, gardłowym śmiechem. Nie myślałem, że ministranci są tak żądni krwi. Mimo wszystko to nie byli mordercy. Ale niechęć demona do wykonania ich zadania dodała im tylko odwagi. Chyba muszę się przyjrzeć temu nowemu księdzu…
- To co ty potrafisz?
- To jakiś lipny ten demon.
- Co myśmy przywołali?
Ministranci przekrzykiwali się w obrazach względem demona. Ich błąd. Demona się nie obraża. Ale Kazt’hu nie miał nikomu z nich zrobić krzywdy. A to oznaczało że wykona ich zadanie, ale nie tak jak by oni sobie życzyli.
- Janek, on pewnie nie umiałby sprawić, że Polska przegra z Ekwadorem na mundialu. – Kur.. Kazt’hu odebrał to jakie wyzwanie. Chłopak chciał tylko zażartować… No to mu się kur.. udał żart. Demon rozpłynął się w ciemności, wywołując silny podmuch wiatru rozwiewający włosy ministrantów. Nieźle go wkurzyli. Jeszcze nie widziałem by tak szybko zabrał się do wykonywania zadania. A to źle wróży naszym orłom…
* * *
Pomarańczowe drzwi były otwarte na oścież. Po przestąpieniu dwóch niewielkich stopni i przekroczeniu progu znalazłem się obok lady. Za nią młoda pracownica obsługiwała stojącego przede mną starszego pana o siwych włosach ubranego w starą skórzaną kurtkę. Gdy klient odebrał kupon, zwróciła swoje niebieski oczy do mnie.
- Przepraszam, ale obsługujemy tylko dorosłych klientów.
- Proszę, to mój dowód. – wyciągnąłem w jej stroną lewą rękę trzymającą mój dowód tożsamości. Nieufna, przyglądała się mu bardzo uważnie, co mnie za bardzo nie dziwi gdyż nie wyglądam na dziewiętnastolatka…
- Pan Paweł Barwiński?
- Tak, Paweł Barwiński. - w myślach dodałem jeszcze, „przywoływacz Paweł Barwiński”, ale pewnymi rzeczami lepiej się nie chwalić.
- To czym mogę służyć?
- 150 zł na wygraną Ekwadoru w meczu z Polską… - Powiedziałem to z dość ponurym uśmiechem.##edit_bydarco 2006-08-23 11:46:05##ed_end##

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...