Pech czy zły dzień?
-Kurczę nie mam dziś formy- przeklął głośno, gdy po kurczaku pojawił się niekształtny obłok.
-To nie jest mój dzień-dodał po chwili. I miał rację, bo czy szczęśliwym dniem można nazwać dzień w, którym przegrywasz z Legolasem w chińczyka, i dzień w którym przegrywasz zakład z Gimlim i musisz postawić mu za to Coca Colę? Nie, wręcz przeciwnie jest to dzień, który na długo zapadnie Aragornowi w głowie, dzień który psuje mu reputację.
-Mamo ratuj- powiedział z goryczą w głosie.
Wtem ktoś zapukał do komnaty...
-O nie to na pewno Gandalf, chce ze mną pograć w szachy, muszę się schować, nie cierpię tej gry - krzyknął zrozpaczony i szybko włączył odkurzacz. Pukanie powtórzyło się.
-Otwórz to ja Gandalf pogramy w szachy, to na pewno poprawi ci humor - usłyszał nalegający głos zza drzwi.
-Wątpię czy ta twoja gierka poprawi mi humor-pomyślał i po chwili dodał:
-Nie słyszysz, że odkurzam nie przeszkadzaj mi.
I po tych słowach włączył na cały regulator „Ich Troje” nie przejmując się wcale czarodziejem. Po chwili podszedł do drzwi i nasłuchiwał przez chwilę, czy pozbył się natręta.
-Fiu, na szczęście się go pozbyłem, no dobra chyba nie mogę cały dzień przesiedzieć w pokoju, idę się przejść może to poprawi mi humor.- powiedział i otworzył drzwi.
Gdy wychylił głowę, aby zbadać teren ujrzał Gandalfa rozmawiającego z Bilbem.
Automatycznie cofnął głowę i zamknął za sobą drzwi.
Widocznie czarodziej musiał usłyszeć odgłos zamykanych drzwi, bo po chwili ruszył za Aragornem.
-Otwórz, widzę że już skończyłeś odkurzać- znów usłyszał ten zachrypły głos.
-Co robić, nie mam gdzie umknąć-rozpaczliwie rozmyślał - nie mam wyjścia trudno...
Ale jest przecież sposób - pomyślał i od razu przystąpił do działania.
Otworzył w okno i spojrzał w dół. Akurat pod oknem stał stóg siana. -Trochę wysoko -powiedział ze strachem.- Ale czegoż to nie robi się dla ojczyzny.
I gdy drzwi były już otwarte, skoczył w dół krzycząc: Kamikadze!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Po chwili leżał już w końskim łajnie????!!!!
Wszyscy zebrani wkoło leżeli na brzuchach: Elfy, Krasnoludy, Hobbici ich też nie oszczędził śmiech. Inni natomiast którzy nie rechotali wspominali coś o „samobójcach wojennych”.
Aragornowi jednak wcale nie było do śmiechu, wstał otrzepał się ze śmierdzącego nawozu i ruszył prze siebie nie zwracając uwagi na drwiny.
Po drodze poczuł głód więc postanowił coś przekąsić. Akurat w tym momencie ujrzał przed sobą automat z batonami w kształcie smoka.
-Świetnie, jest milkaway, mam nadzieję, że mam jakąś drobną monetę, jest złotówka!- krzyknął entuzjastycznie. I nerwowym ruchem włożył pieniążek do maszyny.
Za pierwszym razem automat zwrócił monetę, jednak Aragorn nie zraził się tym wcale i znów moneta powędrowała do maszyny, chwila niepewności i pieniążek jeszcze raz zwrócony, tym razem spokojnie powoli, ale następna nieudana próba.
Aragorn zacisnął pięści i roztrzęsiony włożył monetę, długie oczekiwanie...
Brzdęk- moneta wyleciała na ziemię...
W jednej sekundzie Aragorn wyciągnął miecz i z impetem rzucił się na smoka....
Jednak nim zdążył zrobi choć jedną rysę na maszynie stanął przed nim Elf w śmiesznym kapeluszu wyciągając w jego stronę odznakę policyjną.
-Nad inspektor Marlis, głównodowodzący siłami zbrojnymi Armii Zbawienia w skrócie jest pan osądzony o popełnienie przestępstwa. Pana broń zostaje skonfiskowana oto mandat jaki ma pan zapłacić za naruszenie własności państwa.
-Ale ja nic nie zrobiłem, nawet nie tknąłem...
Bez gadania, bo zaraz zabierzemy pana na komisariat - warknął nieprzyjemnie inspektor, i odszedł powoli pogwizdując.
-Cwaniak, myśli, że mu wszystko można - powiedział Aragorn i splunął.
Po chwili ruszył w stronę stadionu, który znajdował się w pobliżu.
Po drodze spotkał Legolasa, którego starał się unikać, (nie mógł sobie wybaczyć porażki w chińczyka) jednak i tak został przez niego zauważony i szczerze wyśmiany.
Kilka sekund później stał już przed stadionem. –Zrelaksuję się, pooglądam jakiś mecz, przypuszczam, że dzisiaj grają... Przepraszam, czy wie pan może kto dzisiaj z kim gra?
Zapytał Krasnoluda stojącego obok. –Elfy i Krasnoludy...-powiedział krasnal i zatkał nos, gdy poczuł zapach gnojówki. –Przepraszam nie chcę być nieuprzejmy, ale jakich perfum pan używa?
-Idiota, kompletny idiota!- wrzasnął i zasiadł na widowni z kuflem piwa.
Mecz się rozpoczął, najpierw Elfy strzeliły gola, kilka minut później niezawodny golkiper Krasnoludów musiał wyciągać piłkę z bramki. Jeszcze w końcówce Krasnoludy trochę przycisnęły, ale nie udało się im strzelić gola.
Mecz dobiegł końca, jeden do jednego, rzuty karne.
Jako pierwsi strzelają Elfy, Lopatil wyborowy strzelec, ze spokojem podchodzi i kopie, piłka szybuje, szybuje... ponad bramką. Widownia podskoczyła z radości szczególnie Krasnoludy, a z nimi Aragorn, który po przegranej grze z Legolasem obraził się na jego rasę.
Wtem piłka wleciała na widownię i z impetem wleciała w... Aragorna!
Piwo trzymane przez niego poszybowało gdzieś w powietrze i spadło z łoskotem na głowę nieudacznika.
-Mam tego dość, wracam do domu !!!!!!!!-krzyknął z goryczą w głosie.##edit_byxeross 2006-01-16 09:51:42##ed_end##