Pewna noc w tawernie
- Panowie, bo jak powiadają... echem... powiadali u nas, na Gerveryjskich wzgórzach: jak piwo w dom, to i bogi w dom!
- Zara to dom, ale w dupę, zboczony frędzlu! – służąca wracająca po dokładkę zupy chlasnęła szmatą jego rękę, niechybnie zmierzającą ku falującym pośladkom.
- Miejże, wiatraki przy sobie, mości krasnoludzie – rzekł z uśmiechem wysoki człowiek z długimi wąsami, który dosiadł się do stołu, uprzednio wieszając na stojaku futrzany płaszcz i dużą czapkę.
- Bregwald?! Bracie! Karczmarzu, dwa piwa!
- Pozwól, że sam za siebie zapłacę, przyjacielu. Tawerna, jakich mało widziały moje oczy, ha!
- No ma się rozumieć, niedługo zajedzie kapela i zagrają nam do frykiecika albo innego tańca.
- Ale żem trafił na ognisty wieczór. Przed wojaczką miło będzie wspomnień do łba nawbijać, żeby mieć do czego wracać myślami.
- Na północ jedziesz?
- Na zachód. Dostałem rozkaz. Jak widzisz moi druhowie również dzisiaj zabawią – wskazał prawą ręką na grzejącą się przy kominku gromadkę ludzi, gwarzących z pannami noszącymi wianki na głowach.
- Polityki i wojny na bok, przyjacielu – przyjaźnie zdzielił Bregwalda pięścią w ramię, pod naramiennik. Ten zaśmiał się i pomasował pulsujący mięsień, kiedy krasnolud nie patrzył.
Wszyscy klienci skupieni byli przy dwóch dużych, kamiennych piecach, w których miło trzaskały żarzące się drwa. Nowoprzybyli stąpali jeszcze z nogi na nogę, przeciskając się jak najbliżej zbawiennego żaru. I nie było się czemu dziwić. Na zewnątrz panował suchy mróz, zmrażający wilgoć w środku nosa przy każdym wdechu, bezlitośnie kąsający czerwone od zimna lica przybyszów. Wszystkich klientów rozgrzewała sama świadomość przebywania w tawernie. Każdy stóg siana wrzucony na wóz, każda sprzedana mąka, czy oporządzony wierzchowiec, przybliżał ich powolutku do wieczora. Robotnik zgarniający z duktów śnieg, widział na łopacie kufel pełen pieniącego się piwa miast białego puchu. Rzeźnik nie mógł się doczekać chwili, kiedy będzie mógł spożyć to, co sam zabił i pociął na kawały. Młoda dziewczyna liczyła chwile na listkach wplecionych we włosy bealflennów, kwiatów, które nie zamarzają zimą. Czekała, by zobaczyć się z ukochanym, o umówionej porze, w tawernie. W taki też sposób do jednego budynku, każdego wieczora, przybywało wielu mieszkańców okolicznych wsi. Swoisty symbol miejscowej tradycji, kultury i rozrywki - karczma.
Salę wypełniał stukot wysokich, drewnianych kufli, tryskających gęstą pianą, szepty, rozmowy, wrzaski, piski, śmiechy, westchnienia, mlaskania, siorbania, charczenia i od czasu do czasu – kasłania. Męskie, damskie oraz bliżej nieokreślone… Skrzypiały krzesła, przesuwane stoły, zgrzytały sztućce o miski pełne zupy. A wszystko to w bursztynowym świetle kaganków i płomieni bijących z pieców.
Przez tłum przedarła się służąca w długim, błękitnym fartuchu, nosząca warkocz. Pochyliła się nad piecem, mieszając chochlą zawartość osmalonego garnka – ostatnią porcję zupy gulaszowej. Zdjęła naczynie znad ognia przez szmatkę.
- Z drogi mili panowie – rzekła z uśmiechem.
- Życzenie pięknej pani to dla mnie rozkaz – odrzekł z niskim ukłonem młody czeladnik o jasnych włosach, ustępując drogi.
- A pan, powinien nieco ciszej prawić komplementy.
- Który taki zazdrosny? Zaraz go na miecze wyzwę! – Rozejrzał się przesadnie energicznie, sięgając po rękojeść miecza. Zabrzmiało jak żart. Chciał, żeby tak zabrzmiało.
- Aj głupiś mój panie, przecież nie noszę wianka – mówiąc te słowa uśmiechnęła się szeroko i przyjaźnie, żartobliwie okazując współczucie. Znajomi czeladnika jak na zawołanie zawyli śmiechem, zionąc odorem piwa zmieszanego z grzybami. Czeladnik zaś z grymasem na twarzy jeszcze chwilę wodził oczami za służącą. Odwrócił się do towarzyszy.
- Czy właśnie nazwała mnie swoim panem?
Tymczasem z drugiego końca Sali...
- Psia jego jurna morda!
- O! Tego żem… Hiik! …wcześniej nie słyszał. – odparł wsparty na dwóch krzesłach mieszczanin w czerwonej kamizelce i koszuli z obszernymi rękawami. Był już lekko wstawiony, plątał mu się język. Dręczyła go natrętna czkawka.
- Ze ćwierć łokcia będzie od środka! – krzyknął drugi raz myśliwy Hlod Hlonvard. Odgarnął długie, ciemne włosy z czoła i przyjrzał się dokładnie, z niedowierzaniem, nożowi wbitemu w zawieszoną na ścianie drewnianą tarczę.
- Hlod, dawaj mi tu te blaszaki. – niemiło odezwał się zza stołu robotnik Sufa. Po chwili zgrzytnęły miedziane monety w jego garści. Miał już wstać, kiedy nad stołem nachylił się wysoki Kronn. Walnął pięścią w stół. Przez chwilę połowa sali wodziła oczami na niego, zamilkła. Potężny Kronn pracował w kamieniołomie, miał dłoń jak te kufle, z których popijano. Powoli otworzył dłoń, wysypały się monety.
- Stawiam dwanaście, że mój druh przebije cię bez problemu. – Sufa prawie wrósł w krzesło, zbladł momentalnie, nie do końca rozumiejąc znaczenia jego słów.
- Aj Sufa, nie ciebie, tylko twój wynik, drabie chędożony! – przyjaźnie potargał tłuste włosy robotnika, który poczuł się o wiele lżej. Kronn wytarł wilgotną rękę o spodnie.
- Niech więc tak będzie, dwanaście! – robotnik rzucił monety na blat. Przy stole nieopodal prowadzono inne zakłady dotyczące rzucających, ale - ma się rozumieć- za mniejsze pieniądze.
Nad tarczą posadzony był skorodowany hełm garnczkowy – tandetny wyrób o kształcie przeciętej rury zakrytej wieczkiem i z nieproporcjonalnymi wizurami. Sama tarcza nie posiadała umba, była wyrobem domowym, podobnie jak hełm. Ktoś bardzo trafnie pomalował tarczę w dwukolorowe obręcze. Trafnie, w sensie – trafnie wyznaczały one punkty zmagającym się miotaczom. Jedynymi, w miarę prezentującymi się atrybutami całej tej „ozdoby”, były skrzyżowane za tarczą, proste miecze. Zupełnie nagie, bez rękojeści, sama zimna, brudna, ale solidna stal. Rzucano małym, lekkim nożem, który nie powodował znacznego uszczerbku na tarczy po wbiciu. I tak była ona już pozbawiona dość sporej części, jeszcze za czasów, kiedy nikt nie wpadł na genialny pomysł dotyczący rzucania lżejszym ostrzem, niż siekiera.
Tymczasem zza Kronna wylazł mały człowiek, dziecko, mówili. Rzeczywiście, był młody, choć nie tak bardzo, na jakiego wyglądał. Konkurencja rozpoczęła się bez ociągania i zbędnych, pysznych ceremonii, jak to zwykle miało miejsce. Mały człowiek zważył nóż w dłoni, zrobił lekki zamach, po chwili powtórzył, puszczając nożyk, który zabłysnął w świetle kaganków.
- Kurcze pieczone! – krzyknął z podziwem Hlod.
- Prosto w Złote! – zawył Kronn spodziewając się takiego wyniku. Za nóż złapał Sufa. Machnął mocno. Mimo względnego braku precyzji w tym zamachu…
- Trafił w Dupę Sołtysa! – Ktoś z tłumu obstawiających upewnił się, widząc nóż Sufy, wbity o pole dalej od niskiego miotacza Kronna. Sam Sufa był zdziwiony swojej celności.
- Ktoś zamawiał pieczonego kurczaka?! - krzyknął przez całą salę karczmarz, stojąc obok służącej, która patrzyła na niego pytająco. Dzierżyła półmisek z pieczonym mięsiwem, zalanym lśniącym rumieńcem. Z tłumu nikt się nie odezwał na to pytanie, wszyscy patrzyli po sobie i kręcili głowami przecząco.
- Eee… hmm… Nie to nie, sam zjem… - puścił oczko młodziutkiej służącej i zabrał półmisek. Uwiódł go zapach pieczonego mięsiwa, skromnie przyprawionego.
Położył posiłek na swoim specjalnym stole, nieraz mylnie kojarzonym z ladą (jaką spotkać można było zwykle w miastach). Przy tym stole siedzieli tylko zaproszeni goście, zwykle znajomi i przyjaciele gospodarza. Dzisiaj miał ich dwoje. Ledwo miał czas na rozmowę z nimi, więc robił co mógł, żeby popędzić sługi do pracy, zwykle oferując premie. Ale to i tak w chwilach, kiedy gości miał ważnych, szczególnie z rodziny. Dziś był taki dzień. Gościł córkę.
- Nie chcieli kurczaczka to sam wszamam, a co mi tam.
- A to soli nie macie, papo, że takiego surowego jeść chcecie?
- Przypraw mało nam zostało, córeczko, a sól miała być już wczoraj. Śnieżyca zapewne opóźniła dostawę.
- Oj nie martw się, wróci… Jaki zbój by w takie mrozy chciał zasadzki robić, miast grzać rzyć między czterema ścianami ciepłej chatki – córka karczmarza miała krótkie, czarne włosy, nakryte czapką z lisa. Brązowe oczy patrzyły z jej jasnych lic. Była dość zamożną osobą, jak na bawiących w tawernie. Mimo to jej biżuteria była skromna, nawet w porównaniu do chłopek - ograniczała się tylko do wisiorka, srebrnych obręczy i dwóch pierścionków – jeden dostała od męża, na którego teraz czekała. W tych rejonach to zwykle biżuteria określała statut kobiety. Nie dziwne więc, że wszystkie nosiły, ile tylko mogły na sobie, od kolczyków po obręcze i pierścionki, wisiorki, medaliony i korale, szczególnie popularne u chłopek.
- Żaden zbój by mi spod żelastwa nie uciekł, w drodze do was, tutaj. A przecież tą samą tłukłem się drogą, co twój syn, przyjacielu. – rzekł nieco przesadnie ceremonialnie, przyjaciel gospodarza, Lubind Jutrymor. Ale to również nie uspokoiło karczmarza Borsuka. Przydomek wziął się właściwie od imienia - Barzog.
- Powiedzcie mi, przyjacielu – zmienił temat Lubind – nie boicie się o jaką bójkę, gdy tak gwarno, a w powietrzu unosi się woń narastającej nietrzeźwości?
Karczmarz zmrużył oczy w zamyśleniu, chwilowo podparł głowę pięścią.
- Jedna bójka w karczmie mi się zdarzyła. Do ochrony mam sługi, ale co mi po nich… Gdy cos się zapowiada – wyganiam na zewnątrz, gdzie i tak zwykle kończy się na wyzwiskach i przepychankach. A i to też rzadko się zdarza.
- Nie zwykłem widywać tak ufnych gospodarzy. Niemal wszędzie gdziem był, wiało wzajemną podejrzliwością.
- Lubind, klienci czasem sami nie wiedzą, czego chcą. Grunt w tym, żeby dać im to, czego potrzebują.
- Do czego zmierzasz? – Lubind skrzywił lekko głowę, nastawiając ucha. Namiętnie pocierał czarny zarost.
- Miałem raz sytuację, kiedy dwie zamożne rodziny gościłem, całkiem niedawno. Ostrzeżenie dostałem już wcześniej od znajomków, że ci jak psy pogryźć się mogą i pozabijać, wszystko zapowiadało, że przyjdą jednego dnia. Więc pozostała modlitwa o to, by owego dnia przyszli w różnych porach. Co oczywiście było niemożliwe. Siedząc daleko od siebie knuli i nie wiedzieli, co robić, zachować spokój, czy skoczyć do gardeł, błyskały miecze i toporki. Ale ja byłem gotów, kazałem żonie i sługom upiec piernika i szarlotkę. Wierzaj mi, jedli jak zagłodzone psiska, aż im te klingi z kolan pospadały. Od razu pokraśniały lica – karczmarz poprawił siedzenie i przysunął się z krzesłem bliżej, spoglądając na kurczaka – a i do bitki iść się nie chciało, jeno z pyskami szczęśliwymi, ale oddzielnie, nie dziwota, opuścili tawernę.
- Pomysł wielce błyskotliwy… aż ślinka cieknie.
- Ha! Taki piernik, co moja żona upiecze, to mógłby uszami wychodzić z przejedzenia. A i tak nie miałbyś dość! – Córka Borsuka kiwnęła głową twierdząco, z rozmarzonym uśmiechem. Sam karczmarz zaś zabrał się za kurczaka, odrywając udko od reszty.
- Trafił w Krowie łajno! Bu ha ha! – zawył ktoś od strony zmagających się miotaczy.
- Umiesz postępować właściwie z klientami, Borsuk.
- Każdy gospodarz powinien…Słucham? Nie ma, wszystkie są zajęte dla ekipy towarowej. No chyba, że chcesz na koc zostać, tutaj – odparł na pytanie jednego z klientów o wolne pokoje. Ten zgodził się przenocować na sali.
- A więc o czym to ja…
- Każdy gospodarz… - Lubind delikatnie przypomniał jego słowa.
- Aha, właśnie. Każdy gospodarz ma przecie pierwotne zadanie opieki nad gośćmi. Niestety z tego, co mówisz przeradza się to w zwykłe wyciąganie zawartości sakiewki z jak najmniejszym trudem.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo. – Lubind powstrzymał się od odruchowego splunięcia na ziemię.
- Grunt w tym, przyjacielu, że ci tutaj to spokojni ludzie… oni zawsze będą grzeczni, bo jedyne, czego chcą, to miłego odpoczynku od rutyny ciężkiej pracy. – mówił z pełnymi ustami, rwąc chleb na kawałki. Gdy przełknął, ciągnął dalej - Jeśli im to ofiarujesz, oni odwdzięczą ci się tym, że nie będą sobie sami szukać rozrywek. Poza tym to w większości uczciwi ludzie.
- Dlatego wynajmujesz bardów na własną rękę? Nie z kieszeni gości? Ha, ta konkurencja z rzucaniem do tarczy to też pewnie twój pomysł, mam rację?
- Dokładnie! Seinia, może jednak coś zjesz? Ciałka to ty nie masz po mamusi.
- Po tobie też nie, papo – poklepała go po okrągłym brzuchu, chichocząc cicho. Ojciec również udzielił się śmiechem, nieskromnie głośniejszym i przezabawnie wibrującym.
Jedyny krasnolud w tawernie wrzasnął charcząco w stronę Borsuka:
- Gospodarzu, wypijże z nami, twoje zdrowie! – towarzysze chwytali wstającego krasnoluda, opuszczając go pod swoim ciężarem z powrotem na siedzenie. Szybko zajęli go rozmową, żeby jak najszybciej zapomniał o propozycji złożonej zajętemu gospodarzowi. Dźwięcznie zagrzmiały kufle, buchając pianą na klejące się stoły. Zawtórowały im chóralne okrzyki i pozdrowienia. Jak jeden mąż wychylili wysoko naczynia, brzęcząc miedzianymi pokrywkami. Służący ganiał od stołu do stołu zbierając puste naczynia i sztućce, wycierał mokrą szmatką lepiące się blaty stołowe. Przypadkiem upuścił ścierkę na podłogę, już schylając się do stołu krasnoluda. Ten zaś wstał gwałtownie kierując ostrzem noża ku górze z krzykiem:
- A tych Felenów to bym ja wszystkich... – stanął nogą na mokrej ścierce, lekko się poślizgnął i stracił równowagę. Gwałtownie machnął rękami za siebie, jakby chcąc sprowadzić się nimi do pionu. Puścił nóż, którego świst nastroszył gęsiej skórki na karku wszystkim, których jakimś cudem omijał. Potężne capnięcie krasnoluda na ziemię poprzedził brzęk noża, który trafił, o dziwo, w ostrze turniejowego ostrza wbitego w Dupę Sołtysa. Oba żelastwa upadły na deski.
- Ooo… A tego już chyba nigdy nie zobaczę – wymamrotał wstawiony mieszczuch w czerwonej kamizelce, rozwalony na dwóch krzesłach, opartych o ścianę. Czknął głośno.
- Czyj to nóż?! – krzyknął przez salę Sufa.
- Mój, panie ktoś tam… – krasnolud podnosił się, nie bez pomocy towarzyszy rozmówców.
- Sufa jestem. Zali był to rzut przypadkowy, prawda?
- Przypadkowo to kogut znosi jaja, panie Szafa.
- Zdecyduj się pan. Widział kto? – wszyscy, którzy widzieli, nie chcieli mieszać się do tej sprawy, a nawet byli ciekawi dalszego jej przebiegu, gdyż zapowiadało się przekomicznie.
- Ja od dziecka taki mam manewr wyuczony – krasnolud z dumą i chrzęstem pogłaskał zlepioną brudem brodę – że jak krzyczą „Felen”, to mi lekkie głazy i celność doskonała. Tym drugim, widać, dzisiaj zabłysłem, he he!
- A mości zwiesz się jak? – myśliwy wtrącił. Krasnolud na prostych już w pełni nogach (choć pojęcie prostych nóg u krasnoludów jest warte spekulacji), zaparł się pięściami na biodrach i wyprostował pokazowo. Chwilowo ciężar jego ciała wyraźnie spoczął na lewej nodze, szybko jednak złapałł równowagę. Rzekł, jakby z pełnymi ustami:
- Gefeg Nenedarg.
- Gfe... Gefgd Negarg? – mieszczuch w kamizelce wysilał język odmawiający posłuszeństwa.
- Gefeg psiamać! – warknął krasnolud.
- Panie Ge… krasnoludzie – wyrzucił po chwili Sufa – może pokaże nam pan swój talent ponownie, powiedzmy… trzy rundy, o połowę stawki. Z czymś muszę, cholera wrócić, a przyjaciel Kronn złupił ze mnie już sporo. Gefeg zakołysał ciałem, lekko zakłopotany. Podrapał się w głowę, wyszczerzył zęby z jednej strony ust i rozwarł oczy. Spostrzegł mokrą szmatę na ziemi. Rychło postąpił krok do tyłu.
- Auuuaaaaa!!!
- Panie Gegfeg!
- Łapta go!
- Łoo! Takiej gleby dawno… Hiik! …żem nie widział.
- Podnieście go do cholery!
- Aua, moja ręka, bogowie, jakżem przychrzanił, aua! – mamrotał krasnolud chwytając się za przegub, podnosząc się z ziemi.
- Gospodarzu, opatrunek jaki… albo nie, wódka jakaś! Chyba nie będzie nic z tego dzisiejszego turniejowania – rzekł, wodząc oczami po towarzyszach przy stole, tłumiących śmiech. Skurcze brzuchów targały nimi do góry, łzy napływały do oczu. Nikt jednak nie dał wyraźnie po sobie poznać, że poznał się na podstępie.
Zaraz po tym otworzyły się drzwi gospody, zadzwonił dzwoneczek nad nimi, targnięty miotełką. Do sali wleciały drobinki śniegu zdmuchniętego z ganka. I trzy osoby. W tym jedna kobieta. Gospodarz energicznie podszedł w stronę przybyszów. Ale jego emocje momentalnie zmalały. To była dwuosobowa świta minstreli, flecistka i bębniarz. Trzecią osobą był ukochany córki gospodarza, który strzepnął z czapki śnieg i jako pierwszy przywitał się z Borsukiem, pytająco wodząc oczami po knajpie. Borsuk pozdrowił go serdecznie i wskazał mu miejsce, gdzie siedziała jego córka. Następnie przywitał minstreli, ubranych bardzo kolorowo, noszących tradycyjne, wysokie okrycia głowy z piórkami. Wyszczerzył zęby przyjaźnie, przyjmując okrycia i natychmiast zanosząc je do pokoju noclegowego.
- Czy czegoś jeszcze potrzeba? Może napić się czy zjeść coś? – spytał grzecznie, gdy wrócił.
- Picia jeno ciepłego, byle nie piwa, a i chleba kawałek nam wystarcza – rzekł mężczyzna, rozkładając siedzenie i wieszając trzy bębenki przy pasie.
- Moi mili, do diabła z taką skromnością, już wam coś przyniosę… bez skromności mówiłem! Nie rozwierajcie ust, ino czekajcie na mnie, rychło będzie ciepła strawa i picie.
- Dziękujemy – miękko odpowiedziała flecistka, rozpuszczając jasne włosy, uprzednio spięte mosiężną wsuwką.
Borsuk, po wydaniu poleceń, postanowił zapytać o wieści narzeczonego córki, Hafsa. Zastał go przytulającego się z Sienią. Oboje stali, zaspokajali potężne stęsknienie. Zauważyli go, rychło więc usiedli przy stole. Hafs podjął od razu:
- Widziałem twojego syna, nie ma się o co martwić!
- Gdzież go widział?
- Wozy im zasypało, musieli zmienić kierunek podróży, przez Lasy Tabed do Uzgaraf, gdzie przenocowali. Tam też ich zastałem w drodze tutaj, przy naprawie wozów i liczeniu towaru. Będą najpóźniej jutro w południe. – karczmarz kraśniał w oczach, wieści wyraźnie go uspokoiły. Mimo to nie bardzo ufał ludziom z Uzgaraf. Przynajmniej wiedział, gdzie jest jego syn i czy w ogóle żyje.
I tak się zaczęło. Muzyka jest jak droga w gęstej puszczy, ściąga z gęstwin błądzących i prowadzi ku jednemu celu. Ku tańcu. Grali pieśni bardziej znane, oraz te zupełnie obce, ale z równą mocą bawiące. Borsuk wytargał z kuchni żonę, która nie dała się długo namawiać do frykieta. Poprzesuwano stoły, tańczono wedle woli, klaskano, śpiewano, tupano. I jak zwykle, po długim czasie, zmęczeni, usiedli przy stołach. Przy dźwiękach nieco spokojniejszych piosenek, każdy zamykał się w sobie, filozofował, poruszał problemy egzystencjalne, całował z ukochaną osobą, lub patrzył na takie osoby tęskniąc wyraźnie za czymś podobnym. I wszechobecny alkohol, którego już zaczęło brakować, dokończył dzieła. Błogie zamyślenie świadczyło o wyraźnym odpłynięciu świadomości do świata bliżej nieokreślonego. I jak zwykle, połowa gości nie była w stanie wrócić do swoich domów owej nocy. Spali na sali, przykryci kocami. Ci, dla których zabrakło koców, gromadzili się przy piecykach i spali na dywaniku.
I jak zwykle, w momencie najmniej pożądanym, trzeba było wrócić do świata rzeczywistego, świata zawiłych przygód, cierpień, pracy, wojen, rutyny, tęsknoty, podejrzliwości, miłości, obowiązku, walki o przetrwanie i byt. Do świata zbyt dużego, jak dla tych ludzi, którzy chcieli po prostu odpocząć. Którzy jeszcze nieraz będą tęsknić za małym światem, pełnym śmiechu, filozofii, tańca, zalotów, hazardu, pachnącym piwem i mięsiwem. Za światem, między czterema ścianami tawerny.