Piłka w potrzasku
- Co to ? - zapytałem
- Lekarstwo - odpowiedział skupiony lekarz.
No tak, przecież wiem. Mogłem nie pytać.
- A na jaką chorobę?
- Na wiele. Na twoją również. Leczy ludzi w tym przybytku. - powiódł oczyma dookoła. - Leczy niekonwencjonalnie. Spełnia marzenie.
- Moje również? - zapytałem
- Być może.
- Więc dziś jest szczęśliwy dzień. - odparłem z kpiną. To był ostatni lekarz u jakiego próbowałem wyleczyć moją chorobę.
- Dzień, w którym poznałem piłkę.
- A czymże dla ciebie jest piłka?
- Tym samym, co dla Pana. Lekarstwem.
Lekarz zmarszczył czoło.
- Nie, dla mnie piłka jest małą piłeczką. Leży sobie o tu, na biurku. Czy leczy, nie wiem. Mnie nigdy nie wyleczyła. Ale moja choroba jest i tak nieuleczalna. Dobrze jednak, że się rozumiemy.
- Powiedzmy. Mnie męczą koszmary. - powiedziałem i czekałem na dalszy rozwój wydarzeń.
- Ciebie? Tak. Ciebie wyleczy. Ale nie mnie. Ja jestem poszukiwaczem i muszę znaleźć dopiero moją piłeczkę. Ty masz już swoją. Wiesz, że zielony to kolor nadziei? Nie trać jej.
- A Pan co zrobi tymczasem?
- Ja? Ja poszukam Graala.
- Co Pan przez to rozumie, mówiąc: poszukam Graala?
- To coś, czego się szuka.
No tak, znów jesteśmy w punkcie wyjścia.
- A jakiego Graala Pan szuka?
- Mojego własnego. Zielonego. A w nim będzie piłeczka.
- Więc każdy może znaleźć swojego Graala?
- Jeśli umie szukać.
Ten lekarz należał chyba do rodzaju tych, którzy sami powinni się leczyć. Cóż. Oni też mają dar leczenia.
- Ale mojego nie widzę. - wzruszyłem ramionami - Widzę samą piłeczkę.
- Powiedzmy, że ten schemat nie zawsze ma zastosowanie.
- Proszę Pana, wyjaśnijmy jedną rzecz. - zrobiłem poważną minę. - Pan nie będzie oszukiwał mnie, a ja Pana.
- Nie oszukuję.
- Ale mówi Pan inaczej, niż inni doktorzy, u których się leczyłem.
- Powiedzmy, ze ja jestem...specjalny. W końcu to niezwykłe miejsce.
- Dom wariatów.
- Ależ nie. To tylko dom chorych. Ty również jesteś chory. Ale chyba nie chciałbyś być nazywany wariatem.
- Przypuśćmy, że nie. - przewróciłem oczami
- Przypuśćmy.
- Więc kim ja jestem?
- Ty od teraz jesteś Pacjentem piłki.
- Nie Pana?
- Nie. Ja będę tylko nadzorował.
- Więc już chyba wyjaśniliśmy sobie większość?
- Dokładnie wszystko. Może wypisać ci receptę na odchodne?
- Na co?
- Na co chcesz. Na przykład, na witaminy. Na specjalne, tylko dla Pacjentów piłki. Weź je z myślą o piłce i o tym, że jutro do mnie przyjdziesz.
*
Co się tyczy piłki, nie ruszyła się ani na krok. Leżała nadal niewzruszenie na biurku i nie było widać żadnego Graala obok. Jak dla mnie, to chyba bujda. Łykam witaminy, myślę o piłce, a tu nic. Nie wierzę w to.
Mimo wszystko, siedzę w zielonym gabinecie, patrząc na lekarza w sterylnie białym kitlu i na moje lekarstwo i wybawienie.
- Co konkretnie cię dręczy?
- Pająki. - odparłem - Wszędzie pająki. Owijają mnie w swoje niecne sidła, oblepiają siecią i robią ze mnie kokon.
- Rozumiem. Piłka powinna dać radę już dzisiaj. Najdalej jutro. A teraz przejdźmy do należności. Pięć złotych.
- Co?
- Pięć złotych. Myślisz, że te piłeczki leżą na ulicy?
- Zapłacę, oczywiście. - wyłuskałem z portfela piątaka. - Sądziłem, że to będzie droższe.
- Ja jestem artystą. Wyrabiam piłki dla ludzi różnych wyznań i ras. Od każdego biorę pięć złotych. Żeby starczyło na farby i na surowiec. Może dzięki tym pieniądzom będę bliżej Graala.
- Ty też tak możesz.
Pomyślałem, ile mogę mieć takich piątaków i jak blisko Graala mogę być. Nie posiadałem jednak żadnego zielonego kielicha.
- Dziś wieczorem opleć piłkę we wszystkie pajęczyny w domu, a jeśli możesz, to nawet oczyść z nich sąsiadów.
Zrobiłem, jak mi kazał. Sąsiedzi dziwili się, ale poddali się temu zabiegowi. Sen miałem nie o pająkach tym razem, ale o doktorze, a dookoła niego było tysiące zielonych piłeczek.
Chyba nie o to chodziło.
- Pomogło?
- Niezupełnie. Nie śnię przynajmniej o pająkach.
- A o czym śnisz?
- No właśnie, w tym sęk... śnię o Panu. I o piłkach.
- O mnie...Tak, o mnie. No tak. Mogłem nie pytać. Wiadomy efekt. Teraz idź i utop ją w jeziorze.
- Co?
- Utop ją. A najlepiej, to wrzuć ją do rzeki, tak abyś nigdy więcej jej nie zobaczył. Zlikwidujemy w ten sposób przyczynę. A i pozbywaj się wszelkich pajęczyn w mieszkaniu.
Zgodziłem się tylko dlatego, aby mnie już wypuścił. Zaczynałem się cieszyć. Dolegliwość przechodziła.
Oczywiście, utopiłem ją w rzece.
- No, i dobrze zrobiłeś. Teraz twój Graal jest pusty.
- Nie mam żadnego zielonego kieliszka. - powtarzałem z uporem.
- Może masz, tylko nie uświadamiasz tego sobie. A jeśli nie masz, nic nie szkodzi. Mieć możesz. W każdym razie jest już pusty i będziesz mógł czerpać z niego głębokimi łykami. Rób tak, bo szybko ktoś może zabrać ci ten Graal.
Nic nie rozumiałem.
- Nic nie rozumiem.
- Ależ nie musisz. To samo przyjdzie. Teraz idź, pobiegaj, zrelaksuj się i połóż się spać. Jutro mnie odwiedzisz. Tylko nie myśl już o piłce - myśl o Graalu.
Nic nie rozumiem.
Sen przyszedł łatwo i szybko, śniłem rzeczy piękne i wreszcie prawdziwie wypocząłem. Dolegliwość minęła.
*
Gabinet doktora był pusty. Nie było w nim nic, a ściany ktoś pomalował na żółto. Chyba zwariowali.
Doktora spotkałem na korytarzu, siedział przykuty do krzesła, a ramiona sztywnie obezwładniał biały kaftan.
Zwariowali.
- Co się stało?
- Cóż, jakiś zawistny lekarz, który widział moich zadowolonych pacjentów ubzdurał sobie, że jestem świrem. Moje metody są niewytłumaczalne naukowo, a przy okazji, każdorazowo, pobieram łapówkę w wysokości pięć złotych. No, ale już lepiej zmywaj się stąd. Zaraz posądzą cię o współudział. Pamiętaj, myśl o Graalu. Tylko o nim, a na pewno już nie myśl o piłce.
W drodze powrotnej do domu przechodziłem wzdłuż rzeki i zobaczyłem mały, zielony przedmiot, widocznie wyrzucony przez nurt.
Była to moja piłka.
Opleciona pajęczynami nagle przywołała dawne wspomnienia.
Wtedy pojawiło się Zwątpienie. I dolegliwość wróciła.