Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Podróż przez nicość

kidd_ ·

Niaala biegła ciemnymi, wąskimi uliczkami. Oddychała szybko, para wydobywająca się z jej ust, kłębiła się w powietrzu. Serce biło przyspieszonym, równym rytmem. Nie zatrzymywała się, nie mogła. Wiedziała, że gdzieś tam, za nią, podążają Łowcy Dusz. Ona swojej oddać nie zamierzała. Zimne powietrze kłuło w płucach, nogi bolały z wysiłku, palce zdrętwiały z zimna. W ciszy słychać było tylko jej kroki, stukot ciężkich butów o grubej podeszwie, które miała na sobie. Oprócz tego ubrana była w zwykłe jeansy i szarą, rozpinaną bluzę z kapturem, a był już listopad. Niaala jednak nie skupiała się na uczuciu przejmującego chłodu, miała ważniejsze rzeczy na głowie, a raczej samą głowę, nie chciała jej stracić. Skręciła w lewo, wąski przesmyk między blokami kończył się gdzieś w ciemnościach, ale nie mogła się zatrzymać, biegła dalej, przez kałuże zalegające na spękanym betonie. Przeskoczyła nad dużym kartonowym pudłem. Przebiegła jeszcze kawałek i zamarła. Przed nią wyrosła ceglana ściana budynku; nie zdołałaby się na nią wdrapać, nawet ze stojącego obok kontenera.
Była zgubiona.
Odwróciła się i wbiła wzrok w ciemność. Dyszała z wysiłku. Zmęczona i pozbawiona broni nie miała wielkich szans. Księżyc wyjrzał zza chmur i oświetlił kawałek dróżki. Niaala wiedziała, że tam są, czuła to. Ściągnęła mocniej długi, czarny kucyk, jakby przygotowywała się do kolejnego biegu. Bała się, ale starała się do tego nie przyznawać przed samą sobą. Zgięła i rozprostowała zgrabiałe z zimna palce. Z jej ust znowu wydobyły się kłęby gorącej pary. Myśl, myśl - powtarzała usilnie - jeśli nie wpadnę na jakiś genialny pomysł, cud się nie zdarzy.
Usłyszała ciche kroki. To byli oni. Stanęli w świetle księżyca i Niaala mogła zobaczyć ich twarze. Kobieta po jej prawej stronie miała sięgające szczęki, ciemnobrązowe włosy, przylegające do ciała ubrania i sznurowane buty prawie do kolan. Mężczyzna wyglądał raczej zwyczajnie. Miał jasne adidasy i spodnie, zaś rozpięty płaszcz w odcieniu zgniłej zieleni. Niaala wiedziała, że oboje mają przypasane miecze. Zbliżali się do niej, świdrując drapieżnym wzrokiem. Przeszli połowę dzielącej ich odległości i zatrzymali się jednocześnie.
- Nie mam czym się bronić - rzekła Niaala, starając się powstrzymywać drżenie głosu. - Szanse są nierówne.
Mężczyzna, nie spuszczając z niej wzroku rozchylił płaszcz i dobył przypasanego przy lewym boku miecza.
- Nie zależy mi na równych szansach. Wszystko mi jedno czy będziesz się broniła, Maruderko z Kirenah. Wykonuję tylko swoją pracę, zabiłaś jednego z Wysłanych, zapłacisz za to duszą. Rachunek jest prosty i jak sądzę, sprawiedliwy.
Kobieta znowu zaczęła się zbliżać, jej towarzysz pozostał w miejscu, zapewne w celu odcięcia jedynej drogi ucieczki.
- Cerxas zaraz pokaże ci, co robią Łowcy Dusz, by przygotować szamoczącą się w sieci ofiarę do przyjęcia przeznaczenia. Szkoda tylko, że nie będziesz miała okazji przestrzec innych, podobnych tobie kanalii.
Niaala cofając się spojrzała na błyszczące ostrze miecza Cerxas. Wiedziała, że broń nie może zabić, lecz tylko okaleczyć. Bardziej obawiała się tego, co nastąpi później. Stanie się bezwolną kukłą, wykonującą każdy rozkaz Władcy, jej dusza będzie skazana na wieczne błąkanie się między światami.
Przez pierwszą minutę, Niaala skutecznie omijała śmigające w powietrzu ostrze. Potem, gdy cios dosięgnął jej ciała, straciła rytm, miecz przeciął ją, a raczej przeniknął przez nią, pozostawiając na ciele krwawe rozcięcia i piekący ból. Widmowa broń zdawała się niemal palić jej ciało, czerwone smugi pojawiały się na jej ubraniu za każdym razem, gdy nie zdołała zrobić uniku. Zapędzono ja tuż pod ścianę ceglanego budynku, po prawej ręce miała kontener ze śmieciami, po lewej mężczyznę, przed sobą Cerxas.
Wybrała kontener. Jednym susem znalazła się w środku, zachwiała się, bo miękkie podłoże nie pozwalało jej utrzymać równowagi. Wyskoczyła po drugiej stronie, chcąc ominąć łowczynię, ale nie zdołała. Pięść kobiety trafiła ją w rozpędzie w twarz i Niaala zachwiała się jak pijana, upadła na mokry, brudny i zimny chodnik. Cerxas chwyciła ją za włosy i zmusiła do utrzymania się na kolanach, przyklękła, drugą ręką przytrzymała ją w okolicy obojczyków. Mężczyzna najwyraźniej był Lichwiarzem, tylko on miał moc pozbawiania duszy, Niaala zaszamotała się w uścisku, kiedy zbliżył się do niej na krok. Zdjął jedną rękawiczkę.
- Pomocy! - krzyknęła Niaala rozpaczliwie. - Błagam, nie pozwólcie mu na to!
Nie wiedziała do kogo woła. Była sama, zdana tylko na siebie, jak zawsze, lecz po raz pierwszy sama siebie zawiodła. Zacisnęła powieki. Zaraz potem poczuła chłód jego dłoni na swojej twarzy. Wydawało jej się, że oddech zamarzł w płucach zanim wydostał się na zewnątrz.
Zniknęła. Może nie dosłownie, bo jej ciało zwiotczało w ramionach Cerxas, ale Niaali z pewnością w środku już nie było.

Ciemność została rozorana przez jasne smugi bieli. Przez chwilę światło zdawało się walczyć z cieniem. Potem czerń ustąpiła. Niaala z trudem otworzyła obolałe od jaskrawej bieli oczy. Stało się, była już po drugiej stronie.
I co teraz? - zapytała sama siebie w myślach.
Miejsce, w którym się znajdowała wyglądało na opuszczone, o ile oczywiście można to było nazwać miejscem. Daleko, w zasięgu jej wzroku rozciągała się biała płaszczyzna zasnuta mglistym białym oparem.
Kobieta wstała opierając się na rękach i ze zdumieniem zauważyła, że ślady na ciele po cięciach widmowego miecza Cerxas zniknęły.
Wspaniale – pomyślała - a teraz trzeba się stąd wydostać. To wszystko nie wygląda dobrze, to nie może być Międzyświat... Gdzie jest Władca, dusze i Drzwi?
Tuż za jej plecami rozległ się dźwięk jaki zwykle wydaje zapałka pocierana o draskę,
zapachniało siarką. Niaala odwróciła się i spojrzała prosto w twarz półelfce o długich kasztanowych włosach. Kobieta ta zapalała właśnie cygaro, zaciągnęła się dymem i rzuciła zapałkę na idealnie równe podłoże. Przez jakiś czas obie przyglądały się sobie w milczeniu.
- Kim jesteś? - zapytała w końcu Niaala podejrzliwym tonem.
- Nazywam się Mahiahvassa, jeśli o to ci chodzi - odparła nieznajoma i strzepnęła popiół z cygara. - Wiem kim ty jesteś, inaczej bym tu nie przylazła - dodała po chwili bez uśmiechu.
- Po co więc przyszłaś?
Mahiahvassa zakrztusiła się i przez pół minuty kaszlała sobie w mankiet.
- Sterczałam tu sama od długiego czasu - wykrztusiła wreszcie - i wtedy wyczułam, że się zbliżasz. Pomyślałam sobie, że może wiesz co tu się dzieje i pomożesz mi odnaleźć Władcę.
- Skąd ten pomysł... - mruknęła Maruderka z Kirenah usiłując przebić wzrokiem wszechobecną mleczną poświatę.
Tymczasem popiół z cygara półelfki zaczął wsiąkać w podłoże.
Niaala, która tego nie zauważyła, ruszyła bez słowa przed siebie.
- Ej, gdzie leziesz! - zawołała za nią Mahiahvassa.
- Gdzieś, wolę iść niż tak sterczeć bez celu - odkrzyknęła nie zwalniając kroku.
Za chwilę nieznajoma znalazła się przy jej boku.
- Idę z tobą - oświadczyła zdecydowanie. Niaala nie zaprotestowała. Tym razem nie mogła zyskać na samotności.
Szły w milczeniu. Mahiahvassa dopaliła cygaro i po chłopsku pozbyła się jego resztek, które zaraz zaabsorbowało podłoże. Mijały minuty, ale nic nie wskazywało, by krajobraz miał ulec choćby najmniejszej zmianie.
- To bez sensu, zauważyłaś już? - odezwała się półelfka.
Niaala burknęła coś niezrozumiałego pod nosem, ale nie zwolniła.
- Będziemy tak leźć bez końca, wiesz? To równie bezsensowne jak stanie.
- Co proponujesz w takim razie?
- Jeśli już pytasz, to można spróbować wyobrazić sobie, że dotarłaś do Międzyświata, nie wpadając po drodze w żadne niewidzialne pułapki...
W chwili, kiedy skończyła to zdanie, Niaala poczuła, że nagle zabrakło jej gruntu pod nogami. Obie zaczęły spadać gdzieś w mlecznej mgle. Po jakimś czasie przestrzeń wokół nich zmieniła się w coś przypominającego wielki szyb wentylacyjny. Chwilę później wszystko się zatrzymało. Na pierwszy rzut oka Niaala oceniła, że znalazły się w holu wyjątkowo surowej posiadłości. Posiadłością tą był oczywiście Międzyświat, bo tu, gdzie się znajdowały, nie było takich pojęć jak wewnątrz czy zewnątrz. Ściany sprawiały wrażenie zrobionych z metalu, nie było okien, tylko prostokątne przejścia prowadzące do innych stref.
- Jak to zrobiłaś?! - wydarła się czarnowłosa zabójczyni na towarzyszkę. - Dlaczego mi wcześniej nie powiedziałaś, że można się tu w taki sposób dostać?!
- Bo potrzebowałam kogoś, kto nie wie nic o prawach rządzących w Międzyświecie, sama nie mogłam się w ten sposób dostać, bo z jakiegoś powodu Władca nie życzy sobie tutaj posiadających taką wiedzę jak ja - odparła półelfka spokojnie, a potem ku zdumieniu Niaali kopnęła ją celnie w kostkę i rzuciła się biegiem do następnego pomieszczenia.
- Ej, wracaj! - krzyknęła za nią, podskakując na jednej nodze. - Ty ździro, wracaj!
Ale Mahiahvassa zniknęła już w następnym przejściu.
Maruderka z Kirenah rozmasowała obolałą kostkę i powoli ruszyła przez szary obszar. Ostrożnie zajrzała do następnej strefy, ale nie zauważyła nic niepokojącego ani potencjalnie niebezpiecznego.
Pośrodku sali znajdowała się sześciokątna sadzawka na podwyższeniu. Niaala już miała ją minąć, kiedy kątem oka dostrzegła pływające w niej ryby. Przez chwilę patrzyła na lekko falującą powierzchnie wody, potem pochyliła się i zanurzyła w niej rękę. Było tak jak się spodziewała, nie mogła dosięgnąć żadnej z ryb. Cofnęła rękę, która ku jej zdumieniu była całkowicie sucha.
No dobra – pomyślała rozglądając się po sali – trzeba znaleźć jakiś skrót, w przeciwnym razie ta wycieczka potrwa wieczność.
Przypomniała sobie co mówiła zdradliwa półelfka i skupiła się na jednej myśli:
Chcę znaleźć Klatkę Międzywymiarową.
Międzyświat ani myślał posłuchać.
Zalała ją fala irytacji i poczucia bezsilności. Musi znaleźć się inny sposób...
Chcę znaleźć strefę leżącą najbliżej Klatki Międzywymiarowej.
Mimowolnie mrugnęła oczyma, kiedy je otworzyła, zobaczyła, że szary obszar zniknął. Teraz znajdowała się w wysokiej i długiej sali zbudowanej z białych cegieł. Przy ścianach rosły symetrycznie rozsadzone grusze, a z sufitu, w równych szeregach zwieszały się zielone sztandary.
Ciszę zakłóciło jakieś kaszlnięcie dochodzące gdzieś z kąta. Niaala odwróciła się gwałtownie i wbiła wzrok w miejsce, z którego dobiegł dźwięk.
Pod gruszą siedział jakiś mężczyzna w płóciennych spodniach, szerokiej koszuli i dziwnych usztywniaczach na nadgarstkach. Niaala patrzyła na niego z mieszanką zaskoczenia i wrogości. Ktoś siedzący sobie ot tak, pod gruszą w Międzyświecie nie musiał być normalny, a przede wszystkim – żywy. Korytarz dziwnie się skrócił, jakby chciał zbliżyć tych dwoje do siebie. Kobieta cofnęła się, ale odległość między nią a nieznajomym wcale się nie zmniejszyła.
Siedzący Pod Gruszą wstał i spojrzał prosto na nią. W tym momencie Niaala nabrała pewności, że stoi twarzą w twarz z Władcą. Jego postać nie była ani chuda, ani gruba, trudno było też powiedzieć coś na temat jego urody. Po prostu był. Przez długi czas stali w milczeniu przyglądając się sobie nawzajem. Kobieta spodziewała się, że zostanie powitana nie milczeniem, lecz kajdanami, toteż po kilku minutach do głowy napłynęły jej niekoniecznie związane z przetrwaniem myśli.
- Zaraz, możesz mi powiedzieć dlaczego właściwie jesteś mężczyzną? - zapytała nagle uderzona tą niesprawiedliwością. - To nie fair, Władca nie może mieć trwałej postaci! Nawet Międzyświat jest zdominowany przez szowinizm!
Siedzący Pod Gruszą przechylił głowę i przyjrzał się kobiecie z zainteresowaniem godnym plamy na starym prześcieradle.
- Przybieram taką postać, która możliwie uprzykrzy ci pobyt tutaj. Zmieniam ją w zależności od twoich obaw i staniu emocjonalnego – jego głos brzmiał jak żaden inny. Z hukiem rozchodził się po całej komnacie i odbijał od ceglanych ścian, był po prostu... ogromny, pomimo, że zdawał się falować w powietrzu i niknąć gdzieś w połowie drogi z gardła.
- To znaczy, że chcesz mnie możliwie najbardziej zdenerwować? - zapytała Niaala odważniej niż poprzednio.
Władca uraczył ją pustym, papierowym uśmiechem.
- Równie dobrze możesz z tego wywnioskować, że sama do tego dążysz. Ale dajmy temu spokój, zjawiłem się tu tylko i wyłącznie po to, aby zobaczyć człowieka, który tak odważnie zadarł ze światem... niematerialnym.
Znowu zapadła cisza. Maruderka z Kirenah niepewnie przygładziła włosy, czekając na dalszy rozwój sytuacji.
- A więc napatrzyłeś się? Mogę już iść? - zapytała nie wierząc w sens wypowiadania tych słów.
Władca przywołał na twarz z niejakim trudem coś w rodzaju grymasu zniesmaczenia. Trzeba było mu przyznać, że niezbyt często miał okazję ćwiczyć ludzką mimikę.
Niaala co prawda nie usłyszała zbliżających się kroków, ale poczuła napływającą czyjąś obecność.
Odwróciła się. Wokół niej stało kilkanaście dusz, wyobrażeń istot żywych spoglądających na nowo przybyłą pustymi oczami.
- A teraz idź - oświadczył Władca spokojnie.
- Żartujesz? - Niaala spojrzała na niego czujnym wzrokiem. Od kiedy to umarłym przydatne jest poczucie humoru?
- Nie żartuję, strażnicy dopilnują, byś nie zbłądziła na drodze do Koszar Wieczności. Twoje ciało na Ziemi oddam pod władanie jakiejś przeszkolonej już duszy, a ty w tym czasie podejmiesz... odpowiedni trening...
Zabójczyni nie doznała jakiegoś straszliwego ciosu po usłyszeniu jego wypowiedzi. Prawdę mówiąc spodziewała się, że za duszę Wysłanego będzie czekała ją kara w postaci zastąpienia go na służbie. Co oczywiście nie zmniejszało faktu, że się z tym przeznaczeniem nie pogodziła.
Silna, twarda ręka zacisnęła się na jej ramieniu i pociągnęła w tył. Niaala nie widziała sensu w stawianiu oporu, pozwoliła się prowadzić przez salę w kierunku następnego przejścia. W pewnym momencie kopnięta kostka przypomniała o sobie ostrym bólem. Kobieta spojrzała za siebie i z czymś podobnym do ponurej satysfakcji dostrzegła, że uszy Władcy stają się bardziej szpiczaste, a włosy nabierają kasztanowego odcienia.
Na to co wydarzyło się chwilę później nie liczyła nawet przez minutę.

Istoty mające jakieś długi lub zobowiązania względem świata niematerialnego nie trafiają do Zaświatów, ani nawet nie odradzają się w innym ciele. Zostają odesłane do Międzyświata, obszaru zawieszonego między Ziemią, a Krainą Duchów, gdzie spłacają „zaciągnięte” kredyty Władcy. Zwykle polega to na tym, że taki dłużnik pozostaje między tym, a tamtym światem i jako okaleczony z woli posłannik poszukuje dusz gotowych zasilić listę winnych służbę Władcy, lub wymusza spłatę na już się na niej znajdujących. Nieszczęśnicy skazani na wieczność egzystencji w Międzyświecie stają się Wysłanymi - cielesnymi posłańcami krążącymi po Ziemi, całkowicie poddanymi rozkazom Władcy i skazanymi na wieczne cierpienie. Tyle przynajmniej wiedziała Niaala. Wiedziała również, że za zabicie Wysłanego czeka ją właśnie taki los.

Ciężką, wszechobecną ciszę przerwał ostry krzyk.
A potem z sąsiednich stref zaatakowali buntownicy. Obszar zaroił się od uzbrojonych po zęby istot, wśród których znajdowała się również i Mahiahvassa. Najwyraźniej znalazła się tu w jednym celu: miała uratować swoich ziomków przeznaczonych na bezmózgich służalców Władcy.
Zabójczyni poczuła, że uścisk na jej ramieniu słabnie.
Strażnicy powyciągali broń. Zanim zaroiło się od zwabionych hałasem błąkających się w okolicy dusz, Niaala zdążyła zadać sobie pytanie, dlaczego Międzyświat nie pójdzie za głosem czasu i nie pozbędzie się mieczy? Potem korzystając z zamieszania jakie powstało rzuciła się do pierwszego przejścia.
I wszystko zapewne poszłoby gładko, gdyby nie potknęła się o czyjąś podstawioną nogę. Mahiahvassa sparowała cios jednego ze strażników i krzyknęła:
- A gdzie ty się wybierasz, walcz z nami! Obalamy władzę rynsztokowego tyrana! - zawołała z miną, jakby właśnie wspaniale się bawiła, odepchnęła kopniakiem walące się na nią półprzeźroczyste ciało. - Co się tak gapisz?! Rusz dupę!
- Wasza wojna to nie moja sprawa! - odkrzyknęła Niaala cofając się poza strefę walki.
- Nie twoja? - ryknęła półelfka rzucając się na kolejnego przeciwnika. - Uratowaliśmy cię, otworzyliśmy zapieczętowane przejście między wymiarami, jesteś naszą dłużniczką!
Niaali o mało szczęka nie opadła ze zdumienia, kiedy usłyszała tą nowinę. Przejście między wymiarami mógł otworzyć tylko ktoś niesamowicie potężny, ktoś złamał pieczęć Władcy, wtargnął do Międzyświata, a teraz nazywa go rynsztokowym tyranem...
Maruderka z Kirenah nie była skłonna do poświęceń, ale nie miała ochoty również ściągać na siebie
nieprzychylnych spojrzeń kogoś tak... utalentowanego.
Półelfka zauważyła zmianę na jej twarzy, kopnęła w jej stronę długi, osierocony przez kogoś miecz i uśmiechnęła się drapieżnie.
Potem Niaala odwróciła wzrok. Zdecydowanie nie była mistrzynią w walce starodawną bronią, ale uderzała celnie, oddawanie celnych strzałów to w końcu jej specjalność. Zabójczyni skrzyżowała miecz z duszą rosłego mężczyzny o pustym spojrzeniu. Atakował jakoś powoli, jakby ręka była dla niego stanowczo za ciężka. Przemknęło jej przez myśl, że to Władca zmusza go do każdego kolejnego ciosu, ciska jego ramieniem, ale nie sięga do woli straceńca. Są jak marionetki na sznurkach, robią to co się im każe, bo nie mają innego wyboru.
Mahiahvassa uwalnia ich wszystkich, strażnicy pragną prawdziwej śmierci...
Niaala raz po raz rozdawała wolność, ale czuła, że to wszystko na nic się nie zda. Władca nie odda Międzyświata, za nic. Przyjdzie to, spuści im łomot i osobiście porozdziela kary.
I nie myliła się, przynajmniej na początku. Siedzący Pod Gruszą zmaterializował się pośrodku sali, a walczący zostali roztrąceni na boki. Władca nie miał broni, nie potrzebował jej, przecież to był jego świat.
Jak mogli być tacy głupi?
I na tym skończyła się rola Maruderki z Kirenah w walce o wyzwolenie dusz z Międzyświata. Zanim przekroczyła przejście do sąsiedniej strefy usłyszała za sobą krzyk półelfki:
- Ej, wracaj! Ty...
Pewnie dalsza część wypowiedzi obfitowała w niecenzuralne epitety i przekleństwa, ale czarnowłosa zabójczyni już jej nie usłyszała. Zgiełk walki stawał się coraz odleglejszy, Niaala biegła długim, brudnozielonym korytarzem, w którym aż roiło się od drzwi...
Znajdowała się na Klatce Międzywymiarowej.
Niaala dzieliła ludzi na trzy rodzaje: ludzi godnych zaufania, tchórzy i ludzi odważnych dbających wyłącznie o własne interesy. Tą ostatnią grupę stworzyła w przeciągu ostatnich dziesięciu sekund i od razu mianowała się jej jedyną członkinią. Może i mydliła sobie teraz oczy, ale w obecnej chwili w pełni satysfakcjonowało ją takie podejście do sprawy. Pozwalało zagłuszyć niskie, wibrujące tony rozbrzmiewające gdzieś ze stref, które pozostawiała za sobą.
Tylko które drzwi mogą prowadzić na Ziemię?
Zabójczyni przystanęła i zaklęła pod nosem siarczyście. Jednak los, lub inne diabelstwo czuwało nad jej duszą, bo jedno z przejść wystrzeliło razem z zawiasami, mijając ją o kilkanaście centymetrów.
- Burgundzi, ruszcie tyłki, potrzebują nas! - dobiegł ją głos i chwilę później jej oczom ukazał się cały dziwaczny oddział przyodziany w skórzane zbroje, dzierżący rozmaity oręż, od krótkich mieczy po ogromne młoty i topory. Przybysze zdawali się nie zauważyć kobiety, zgodnie ruszyli w stronę stref, w których rozgrywała się walka.
Niaala wątpiła, by istoty te pochodziły z JEJ ZIEMI, tam nikt nie używał od dawna takich przeżytków jak te, w które byli wyposażeni ci wojownicy. Wątpiła również, że na któryś z drzwi napisane będzie wyraźnie: Ziemia, pięć kilometrów. Więc...
Podłoga pod jej nogami zatrzęsła się, jakby miała się za chwilę zapaść.
Skoczyła w kłębiącą się, znajomą mleczną mgłę.

Mahiahvassa odwróciła się i spojrzała prosto w oczy samego Władcy Międzyświata. Płynący i tak powoli tutaj czas zatrzymał się całkowicie.
- Nie wygrasz ze mną, Tropicielko Rosy Na Zeschniętych Liściach. Jestem wszystkim - jego głos, jak zwykle monumentalny, nie zrobił wrażenia na półelfce. - Naprawdę sądzisz, że to możliwe?
Mahiahvassa podniosła w dłoni coś wyglądającego jak zwykły czarny kamień i uśmiechnęła się tryumfalnie.
- Czytasz za dużo książek przygodowych, mieszańcu - stwierdził z niejaką pogardą Władca.
- Ja przynajmniej umiem czytać - odparła kobieta, a w jej oczach zagościł morderczy błysk.

Niaala otrzepała spodnie i powoli podniosła się z ziemi.
- Rzeczywiście, to nie jest mój świat - stwierdziła patrząc na dwa słońca rozpoczynające wędrówkę po nieboskłonie. Cokolwiek działo się teraz w Międzyświecie, czuła, że trudno jej będzie rozmyślać o tym przez najbliższe kilka dni. Rozpuściła luzem długie czarne włosy i wcisnęła ręce w kieszenie.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...