Polowanie na mgłę- cz. 1: Obrączka
Seweryn Rufin Krański, stojąc w oknie gabinetu, pustym wzrokiem swych mądrych oczu przypatrywał się sylwetce latarnika. Małe ogieńki tliły się już nieśmiało w kloszach kilku lamp; słabe akty bezbronności ludzkiej, próbujące osłonić swych opiekunów przed wszechogarniającym mrokiem nocy. Seweryn Rufin błądził myślami gdzieś daleko - nieobecny duchem był również i ów latarnik. Obydwaj martwili się nadchodzącą zimą; obydwaj obawiali się głodu i zimnych, długich nocy; obydwaj pokładali nadzieję w jasnej i ciepłej Światłości; obydwaj, w końcu, chcieliby skończyć pracę przed zapadnięciem zmroku i jeszcze przed snem posypać sobie głowę popiołem.
Jednak Kazimierz Lotzt, latarnik, musiał jeszcze udać się za miasto, by dolać oliwy do zbiornika wiecznie tlącego się Blasku, świętego znicza. A droga wiodła w góry i stary Lotzt nienawidził tam chodzić.
Natomiast Seweryn Rufin, Arcykleryk i Syn Świętego Słońca oraz Burmistrz miasta Wschodni Kurhan, miał przed sobą rozmowę z podwładnym, najlepszym pracownikiem i uczniem. Na niełatwy i delikatny temat, a nienawidził takich rozmów.
Krański wyczuł znajomą obecność ucznia i skinął w jej kierunku, pozwalając tym samym młodemu człowiekowi mówić. Ten skłonił się, dotykając serca na znak szacunku i powiedział:
- Mój mistrzu, przyprowadzono kleryka Konrada Mora. Czy..?
- Każ go wprowadzić. Samego.
- Tak, mój mistrzu.
Mor zakuty w kajdany. Nie do pomyślenia, choć ostatnimi czasy mocno się zmienił. Niestety… Mars na twarzy łysego Arcykleryka pogłębił się.
Po chwili drzwi otworzyły się i pojawił się w nich człowiek, mniej więcej dwudziestoletni, ubrany w białą szatę kleryka, przyozdobioną szarymi pasmami. Pociągłą, długa twarz i krótkie, ciemno-rude włosy. Jednak nie był w kajdanach – jego wzrok natomiast przygasł, a twarz pobladła, jakby spędził w lochach wiele dni. Podobnie jak poprzednik, skłonił się na znak szacunku i podszedł.
Długo mierzyli się wzrokiem. Metaliczny chłód Arcykleryka kontra zamglony i zamknięty w sobie brąz ucznia. Jeden drugiemu chce zajrzeć na dno duszy, przemknęło Krańskiemu przez myśl. W końcu, Seweryn Rufin westchnął, spuścił na chwilę swoje badawcze spojrzenie i powiedział:
- Więc jednak to uczyniłeś, nieszczęśniku. Do końca nie chciałem uwierzyć.
Konrad Mor milczał.
- Wiesz dobrze, to nie pierwsze twoje wykroczenie. Ale pierwsze tak poważne. Nie mogę tego… - zwiesił głos i zacisnął wargi, Konrad beznamiętnie znosił jego spojrzenie – … Puścić płazem. Tego, co już było, nie zmienisz. Weź się za siebie, Konrad.
Seweryn wiedział, że to banał. Najszczerszy banał, na jaki było go stać.
- Wiem, mój mistrzu. Tego nie da się zmienić.
Cień uśmiechu zagościł na twarzy młodego kleryka. Krański położył dłonie na stole.
- Posłuchaj. To była świetna dziewczyna, wspaniały mistyk. Jej śmierć nie zabolała tylko ciebie, ja również cierpię, byłem przecież dla niej jak ojciec. Ale losu nie da się zawrócić - tak było jej przeznaczone. Nie możesz postępować w ten sposób, to droga do nikąd.. – znów przerwał, zdaje się tylko po to, by powoli i dokładnie rozcierać jedną dłoń o drugą. Konrad zacisnął zęby. - Taka kobieta jak ona nie poświęciła życia bezcelowo, jej ofiara może być..
- Czym może być? No, czym? – młody kleryk zmarszczył brwi, a w jego oczach zapalił się blask. Już palce drżały mu z gniewu, zbyt długo się powstrzymywał – Drogowskazem, tak? Bym wrócił na drogę swojej karmy. Żebym coś zrozumiał i wyciągnął naukę. To chcesz powiedzieć? Gówno prawda! Sam tego nie rozumiesz i po prostu chrzanisz!
Spojrzenie Arcykleryka zdusiło słowa w krtani, Konrad zamilkł. Wiedział, że posunął się na daleko – i to nie tylko teraz, już wiele razy to zrobił. Tydzień temu nawet zastanawiał się, jak to możliwe, że jeszcze nosi przy boku Ziemny Sztylet, symbol stanu duchownego. Widać, jak wtedy myślał, bycie ulubieńcem Seweryna Krańskiego miało wiele zalet…
Teraz jednak miał to wszystko gdzieś. A już w szczególności Arcykleryka, którego twarz przypominała maskę.
- Tak myślisz? – odrzekł ze ledwo wyczuwalnym smutkiem – a kim jesteś, o człowieku, by wyrokować co komu jest pisane? Jakie ścieżki wyznaczy nam Światłość? Jakie próby będziemy musieli przejść, by dowieść, że jesteśmy godni? Nasze życie to nieskończona wędrówka, pamiętaj, że niezbadany jest do końca wyrok: kto zbawiony, kto potępiony. – odszedł od biurka i wciąż mrożąc kleryka swoim spojrzeniem, podszedł do półki z książkami - Ja nie tracę nadziei, co do losu twojej żony; bardziej martwi mnie twój los. Ty nie masz nadziei. Ostatnio brak ci wiary!
Ostatnie słowo zabrzmiało jak wyrok. Konrad wbijał wzrok gdzieś w ścianę; nie miał ochoty na etyczne dysputy i moralizatorskie rozmowy, a potakiwanie w nieskończoność „tak, mój mistrzu” zawsze uważał za szczyt kretyństwa.
Seweryn Rufin zdjął z półki grubą księgę, przekartkował kilka pierwszych stron i odczytał
- Jeżeli kleryk, sługa Światłości, duchem światły i na duchu czysty, umysłem wolny i ciałem swobodny, dopuści się czynów bluźnierczych, złamania praw, sprzeniewierzenia, mhrwyrywyy… – arcykleryk przemruczał dalszą cześć - …powinien zostać wygnany, a wszelkie mienie jego, co w służbę plugawych owych czynów zostało użyte, winno zostać zniszczone. Arcykleryk, Syn Świętego Słońca, mądrość i prawość wiekuista, przedwiecznie zbawion i na zawsze zbawion, duchem światły i na duchu mhyryywyrry… - z lekkim grymasem Krański pomijał resztę tytułów. Konrad już bombardował wzrokiem swoją ścianę. Znał ten tekst i był pewny, że on o tym wiedział - w końcu każdy kleryk znał na pamięć jedną czwartą tej księgi. Krański jednak wolno zmierzał do końca cytatu i zapewne robił to z rozmysłem. - … powinien przekląć owego zdrajcę i skazać tym samym na potępienie. Dalszą część sobie darujemy. Jak pewnie sobie doskonale zdajesz sprawę, twój czyn doskonale pasuje do większości wymienionych tu grzechów. – odłożył książkę na półkę i podszedł do Konrada. Zmusił go, by ten popatrzył mu w oczy. – To koniec. Podjąłem decyzję. Z tą chwilą przestałeś być klerykiem, Światłość gaśnie dla ciebie w tej chwili. – Konradowi, choć spodziewał się tego, zrobiło się strasznie zimno. Głos Seweryna dosłownie przeszywał powietrze – Dawałem ci szansę. Przebaczałem. A mam na głowie nie tylko ciebie, mam całe miasto. Kiedy karawany przybędą, pojedziesz z następnymi. Do Małego Kurhanu, do Miasta-Grzbietu, gdziekolwiek. Przykro mi. Miałem nadzieję, że przynajmniej wyrazisz skruchę. Że szczerze porozmawiamy. O tamtym zdarzeniu, o niej. Pomyliłem się.
Mor milczał.
Grube podeszwy w zetknięciu z mokrym podłożem wydawały nieprzyjemny, mokry plusk. W nocy padało. W powietrzu przez chwilę unosiły się dźwięki kilkunastu cichych pluśnięć, później wszystko ucichło. Kapitan Marek Nowak wskazał kilka razy drobnym ruchem na prawo, później na lewo, potem jego ludzie ustawiali się plecami do drzew. A las w zupełnej ciszy przyglądał się temu, przyglądał się wraz z murowanym domem, teraz na wpół zapadłym w grunt. Ciemne oczy okiennic wpatrywały się prosto w Marka, Marek odwzajemniał spojrzenie. Przeklął w myślach.
Od trzydziestu lat był najemnikiem, od ośmiu w służbie u Seweryna Rufina Krańskiego, burmistrza Wschodniego Kurhanu. Był szczęściarzem. Wiele akcji i zadań zakończyło się dla niego i jego ludzi sukcesem. Znalazłby na swoim ciele - gdyby chciał szukać - aż sześć blizn po ranach postrzałowych, a z kończyn, to stracił tylko trzy palce u lewej dłoni. No i żył. Po trzydziestu latach, to był sukces na skalę światową.
Do tego lubił swoją pracę. Zwykle siedział w mieście, pilnując porządku i spokoju. Z rzadka pacyfikował kilku młodych – gniewnych, którym namiastka potęgi, w postaci metalicznego chłodu rękojeści pistoletu w dłoni, czy ciężaru noża w kieszeni czasem mieszała w głowach. Od wielkiego dzwonu eskortował karawany, gdy np. okoliczni mieszkańcu stali się zbyt łasi na przewożony ze Wschodniego Kurhanu węgiel. Było natomiast o wiele gorzej, gdy do jego interesów mieszał się Kler.
- „Dokładnie tak jak teraz – myślał - Ta cisza. Przeklęta! Aż dzwoni w uszach! I czego my do cholery chcemy od tej chałupy?”
Ciche plaśnięcia. Jeden, drugi, trzeci, kolejne. Marek obejrzał się, w jego kierunku szedł człowiek ubrany w biała tunikę z szarymi pasmami, beżowe spodnie, czarne buty. Rudowłosy. U jego nóg plątały się pasy materiału, kojarzące się Markowi zawsze z suknią z głębokimi wcięciami.
- „Karabin w dłoni, jakiś pancerz, koszula, wysokie buty – pomyślał, wykrzywiając usta – tak powinien wyglądać mężczyzna. A nie jak oni!”
Mistycy. Kler. Słudzy Światłości. Ezoterycy. Obdarzeni darem i przekleństwem odczuwania spraw nie z tej ziemi, nosili wiele imion i przyświecało im, jak sami twierdzili, wiele celów: powstrzymać piekło, na jakie skazany jest nasz świat, zatrzymać degradację społeczeństw, krzewić nadzieję i wiarę w Światłość. Lecz przede wszystkim pilnować, aby martwi nie ingerowali zbytnio w życie żywych.
Zdaniem Marka byli zwykłymi oszołomami, choć fakt faktem, czasem w związku z nimi działy się rzeczy co najmniej dziwne… I trudno zgadnąć, czy Zewnętrznym Siedliskom, w tym miastu Wschodni Kurhan żyłoby się lepiej bez nich.
Kleryk z wolna podszedł na odległość mniej więcej dziesięciu metrów od dziwnej, na wpół zawalonej chaty. Przez chwilę w zupełnej ciszy (prawie; mąconej oddechami najemników i biciem serc) przeszywał ją swoim spojrzeniem, poczym wyciągnął z kieszeni kwadratowy przedmiot i półkulistą porcelanową miseczkę. Wykonał jakiś gest którym rozpalił znicz i postawił go przed siebie na otwartej dłoni. Zielony płomień figlował, jakby w rytm niesłyszalnej muzyki, po chwili jedno dmuchnięcie zakończyło jego żywot. Mistyk uklęknął i wbił palce w rozmiękły grunt. Marek tego nie wiedział, ale usta kleryka poruszały się nieustannie.
Nie minęła minuta, jak kleryk stał już przy kapitanie najemników.
- Zwykła chata. Rob swoje.- rzucił, patrząc gdzieś w bok
- Jesteś pewny? To znaczy.. – zawahał się – Tu jest jakoś dziwnie, ten las…
- To nie jest las.
- …taki cichy jakiś, normalnie słychać jakiś szum, czasem zdarzają się ptaki, ale nigdy… co?
- To cmentarz. Wydaj rozkazy.
Marek zacisnął zęby. Prawdziwa kanonada mokrych plusków była jedynym słyszalnym dowodem na to, ze rozkazy zostały, i natychmiast wydane, i natychmiast wykonane.
Drzwi rozleciały się w drzazgi już po pierwszym solidnym kopnięciu. W środku sześcioosobowa hanza złodziejaszków czekała na ich wejście. Na stoliku pod ścianą leżało sześć karabinów w dobrym stanie, wszystkie puste. Podobnie, jak pistolety przy pasie dwóch mężczyzn i kobiety. Ostatnie kule poniosło przeznaczenie w kierunku dzikich, przeklętych psów; na amunicję musieli czekać. Teraz, gdy ich najlepsza kryjówka została namierzona (jakim cudem?) jako potencjalna siedziba czarnoksiężników, czekali tylko z rękami wysoko w górze na aresztowanie, ciepłe łóżka w celi, posiłek oraz wilczy bilet. Raz na wozie, raz pod wozem, bywa.
Przywódca hanzy był mądrym człowiekiem - gdyby wyszli przed oględzinami mistyka, to nawet dziesięć metrów kwadratowych białych flag i „poddajemy się” wyśpiewywane w sześciu językach nie uchroniłoby ich od śmierci i potępienia. Przywódca jednak nakazał im siedzieć z rękami w górze i obiecał, że wyjdą z tego cało. Nie przeliczył się. Szkoda, że sam nie będzie mógł sobie tego pogratulować z dziewięcio-milimetrową kulą w głowie – cóż, siedział najbliżej miejsca, w które wparzył kapitan Marek Nowak.
Obezwładnienie szajki poszło jego ludziom niespodziewanie szybko, tak samo jak wstępne przeliczenie wartości zrabowanych tu i ówdzie dóbr. Nawet kleryk szybko uporał się z odprawieniem rytuału odkupienia nad ciałem dawnego przywódcy grupy (Marek wolał się temu nie przyglądać; podobno chodziło o to, by jego dusza nie poczuła nagłej awersji to rodzaju ludzkiego) – choć pośpiech zaowocował tym, że uświnił sobie szatę krwią. Teraz wyglądał jak rzeźnik w pidżamie, co wprawiało kapitana w jeszcze lepszy humor. Nie minęła godzina, jak grupa najemników i piątka związanych ruszyła w drogę powrotną do Wschodniego Kurhanu, a las przyglądał się temu w milczeniu, jakby znal dalsze losy tej historii.
- Cześć, Piżmak! Jak tam nocka?
Radosław Piżmak, młody najemny żołnierz na służbie Kleru, gwałtownie zamknął starego, przedmorowego „świerszczyka”, aż mu się potargały strony. Spojrzał na nieoczekiwanego gościa i odetchnął z ulgą – głos nie należał do Nowaka, a tego się Piżmak przez chwile obawiał, w końcu kapitan ostatnio nie miał kompletnie poczucia humoru. Nie mógł spać, darł się na wszystkich, klną na wszystko, reumatyzm pewnie dawał mu popalić. Taka nagłą nocna wizytacja mogła się skończy niewesoło, no, ale to na szczęście nie był Nowak.
Choć rzeczywistość okazała się jednak niewiele lepsza, gościem był Konrad Mor.
- W porządku.
- Widzę – kleryk uśmiechnął się kpiąco – Co z tą naszą piątką?
- Z lasu? Bezboleśnie. Tylko Grześ dostał od takiej jednej dziwki z kopniaka w jaja. Się rzucała za mocno przy oględzinach.
- U, łła. Nieładnie, co, Piżmak? Karcer.
Odpowiedział mu skrzywieniem warg. Radek Piżmak był głęboko wierzącym żołnierzem, jednym z tych, którzy ochotniczo wstąpili na służbę do Kleru. Jednak gdy przyjechał do Wschodniego Kurhanu, przyszło mu przeżyć swoją pierwszą, jak to mówią mistycy, próbę niezłomności. W osobie rudego palanta Mora, jak sam go tytułował w myślach, w którego „służbowym” oddziale musiał służyć, gdy obaj skończyli szesnaście lat.
- Taa, siedzi w karcerze. Raporty będą na jutro, tak myślę. Co sprowadza…?
- Sprawy ochrony miasta – odpowiedział niby spokojnym tonem, który jednak zdawał się dopowiadać „..a nie jakieś chrzanione liczby w twoich raportach”. Ezoterycy od zawsze rozwijali swoje zdolności aktorskie, i Piżmak doskonale wiedział, że Mor nawet nie sili się na to, by ukryć kpinę. – Daj klucze do cel, Piżmak.
- Będziesz przesłuchiwał, tak? Tylko nie obiecuj za dużo, my ich mamy zamiar...
- Wiem. Sądzić. Daj klucze.
Radek Piżmak zacisnął zęby i otworzył jedną z szuflad.
Moja służba u niego skończyła się trzy lata temu, pomyślał, czego widać ta żałosna suma wszystkich wad Kleru nie zauważa. Szkoda, że nie było mnie przy tym, gdy się dowiedział, że Lidia prawdopodobnie nie żyje. Żal dziewczyny, ale dużo bym dał, żeby zobaczyć na własne oczy, jak ten pajac beczy.
A wszystko zaczęło się w sumie banalnie. Od nazwiska. Wszyscy od zawsze powtarzali, że los pokarał Radka durnym nazwiskiem, że on sam ucieszył się na wieść, że będzie służył u młodego kleryka, którego nazwisko też się za dobrze nie kojarzy. W końcu „Wielkim Morem” nazywa się tą ogromną zarazę, która jako „pięść każącej pomsty na nieprawości” wykosiła poprzednich mieszkańców Wewnętrznych Miast i Zewnętrznych Siedlisk, na długo przed przybyciem Ludu Wybranego. Tak przynajmniej nauczają mistycy i Radkowi zawsze wydawało się zabawnym, że jeden z nich nazywa się właśnie „Mor”.
Rzeczywistość jednak okazała się bolesna. Na dźwięk imienia i nazwiska Konrada Mor wszyscy jakoś poważnieli, a sam Konrad często już przy przedstawianiu się uzyskiwał przewagę nad rozmówcą, jakby od samego słowa „Mor” coś niezwykłego zawisało w powietrzu. A Radek? Cóż, kamieniem milowym w jego życiu była chwila, gdy ludzie na apelu przestali już parskać śmiechem, gdy wyczytywano z wojskowym zaśpiewem „Piiiiżmaak Radoosłaaaw wyyystąp!!”
Mor zręcznie złapał rzucone klucze i udał się w dół korytarza, nawet się nie żegnając. Szedł wolno, mijając kolejne cele, kroki niosły się w ciszy. Kiwnął głową od niechcenia jakiemuś nieznanemu bliżej strażnikowi, minął zakręt i skierował się dalej w dół, wprost do karceru. Zawsze ciekawiej wyciągać informację z jednej bandytki, niż z czterech chłopa, z których pewnie połowa to ćwierć- debile. Kobiety są zwykle inteligentniejsze, pomyślał, podrzucając klucz do celi.
Nie rozumiał ich. Gardził nimi, lekceważył jak robactwo, ale też nie rozumiał ich. Bandytów, rabusiów, oczywiście. Co prawda pojmował doskonale, dlaczego uciekli oni z Wewnętrznych Miast, dużych, zadymionych, pełnych ignorancji i braku wiary, czci czy szacunku do życia. To przeklęte i zdegenerowane miejsca i Konrad nie dziwił się, ze ostatnio wiele osób emigrowało z nich tu, do małych Zewnętrznych Siedlisk, zapewne by ukryć się przed tyranią Strażników Czaroprotektu, włodarzy tamtych miast. Nie potrafił natomiast pojąc tego, że po przybyciu tutaj, zamiast udać się na pokutę i wyznać nową wiarę, wielu z emigrantów wybiera życie na „wolności” (co to za wolność, prychał do siebie Mor, jeżeli dusza zniewolona?!), poza prawem, życie z odpadków i z rabunku. Życie skazane na brudną śmierć z łap bestii, żałosną celę lub szaleństwo i w najlepszym razie marny los po śmierci, w najgorszym zwyrodnienie ciała i klątwę.
Każdemu, któremu się marzy bandyterka, powinno się dawać brzytwę, żeby w porę podciął sobie żyły. Ale nie robi się tego, bo pozarzynaliby się nawzajem zaraz po opuszczeniu murów miasta, ironizował w myślach Konrad, i nie miałby kto tego sprzątać…
Owa bandytka rozmijała się nieco z wyobrażeniami Konrada (wtedy, podczas akcji, bardziej był zajęty tym, by nie pobrudzić się mózgiem sztywnego delikwenta i nie zauważył żadnej kobiety, teraz już wiedział dlaczego): miała ogoloną na łyso głowę, szwy na twarzy i śmierdziała – nic z seksapilu. Siedziała oparta plecami o ścianę, ręce oparła na kolanach.
- Chciałem ci zadać klika pytań. Odnośnie sytuacji na zachodzie, na równinach.
Uśmiechnęła się pogardliwie, odsłaniając zaskakująco białe zęby. Jak hiena, pomyślał.
- Słuchaj, nie obchodzisz mnie ty, ani to, co robisz. Chodzi mi tylko o aktywność… „guślarzy”. Kilka szczegółów, nic więcej. Mogę ci załatwić lżejszy wyrok i większą celę.. tylko nie kłam. Wyczuję to.
Znów te kły. Miał ochotę kopnąć ją w ten jej krzywy ryj i odejść. Ale służba nie drużba…
- Te psy jedzą ci z ręki? – zachichotała ohydnie – Może ci coś szepnę, chłopczyku. Zwą mnie Rita.
Normalnie starałby się ją zdusić samym spojrzeniem, ale Mor lubił się przedstawiać, nawet takim brudnym dziwkom, choćby z czystej próżności.
- Ja nazywam się Konrad…
- Konrad Mor.
Weszła mu w słowo wciąż szczerząc się złośliwie, teraz nawet szerzej niż na początku.
Zna mnie?, pomyślał, ale skąd, do diabła? Ogarniając ją wzrokiem dostrzegł cos jeszcze, bandytka obracała między połamanymi pazurami mały, okrągły przedmiot. Pierścionek. Mor tylko przez chwilę zastanawiał się, jakim cudem go wniosła do karceru.
- Suka. Za chwilę zawołam kogoś, kto cię pozbawi ostatniego łupu – teraz on mógł się uśmiechnął pogardliwie, Rita zmrużyła tylko oczy i znów zachichotała.
- Sam go weź. To obrączka. Weź mnie na żonę, w końcu jesteś wdowcem..
- Nie wezmę tego świństwa do ręki, ty.. – i zamurowało go na moment. Skąd ta suka wie o Lidii?, przeleciało mu przez głowę i zaraz po tym rodziły się kolejne niewesołe myśli.
Nie! Obrączka… Nazwisko!
Wyrwał jej pierścionek nim zdążyłaby mrugnąć i nie zważając na miejsce jego poprzedniego przechowania zaczął go gorączkowo obracać. I znalazł, a coś ogromnie obślizgłego chwyciło go za żołądek. Krzywe litery, wydrapane w pocie czoła, układały zgrabny grawer „s. Ś. K. Mor”.
Obrączka Lidii, jego zmarłej żony. Tu. W takim miejscu, w takich okolicznościach.
Trzasnął bandytkę z całej siły z otwartej dłoni w twarz, aż się zachwiała
- Skąd masz, suko, tę obrączkę?!
Bandytka, przyzwyczajona widać do uderzeń, wyszczerzyła się tylko.
- Ukradłam. Tak cię to boli, pętaku?
Chciała wstać i porządnie się mu odwdzięczyć, ale najwyraźniej nie widziała tego, co odmalowywało się od kilku chwil w oczach Mora. Ten odchylił się na tyle, na ile pozwalał niski strop karceru i kopnął wstającą złodziejkę najpierw w żebra, a gdy odsłoniła się – prosto w twarz.
- Skąd wzięłaś tą obrączkę?! Komu, dziwko?! – wydrał się. Podniosła się powoli rozwścieczona, wytarła krew i wysunęła wulgarnie język
- Wyliż mi. Myślisz, ze jestem głupia? Nie możesz mi nic zrobić. Ci twoi z tej durnej religii powieszą cię za jaja, jeśli jeszcze raz…
Wyszarpnął zza paska rewolwer. Miała rację, mistycy pod żadnym pozorem nie mogli skrzywdzić innego człowieka – do brudnych spraw wynajmowali najemnych żołnierzy - tak kazał kodeks, nie mogli też nosić broni palnej (Seweryn Rufin jednak przymykał oko na rewolwer Mora, stara broń była prezentem). A za morderstwo, nie ważne z jakiego powodu, zwykle byli wydalani z miast i przeklinani, czasem i tak wiązało się ze śmiercią, zwykle jednak z czymś gorszym.
Konrad miał jednak teraz wszystkie te zasady w najgłębszych czeluściach własnej dupy.
- Zapytam.. tylko raz. Czy widziałaś… Czy byłaś… Czy był on przy właścicielce tej obrączki? – głos mu się łamał z gniewu, odbezpieczył broń.
- Sukinsyn! Schowaj tego gnata! Nie wiem, o czym mówisz, do cholery! Kupiłam tą pieprzoną blaszkę!
Kłamała. Albo i nie kłamała? Mor nie wiedział, ale przyjemnie było mieć pewność, że łgała. Łgała na pewno. Tak, nie mógł się pomylić. Łgała jak suka, pewnie to jej banda napadła pielgrzymów. Z ich brudnych łap mogła zginąć Lidia… To oni zabili Lidię! Z zimną krwią! I pewnie zgwałcili, sukinsyny… Nie… A ona obrabowała jej zwłoki!
To szansa od karmy, że ich spotkałem, błogosławieństwo!
Był tego pewny, a przynajmniej wtedy, gdy bandytka skomlała i wyła, zaraz po tym, gdy przestrzelił jej kolana.
Później nabrał wątpliwości. A jeśli.. jeśli Lidia żyje? Jeśli to łowcy niewolników? To co miała, sprzedali, ta suka kupiła obrączkę…Lidia może żyć. Gdzieś w niewoli, ale może żyć. Na pewno żyje, ta suka się mną bawi! Ona wie, teraz ja się zabawię. Ta suka wie! I wyśpiewa!
Przydusił ją ramieniem do ziemi i wrzeszcząc pytania, wbił jej lufę rewolweru w brzuch. Mocno, brutalnie. Gdy wbiegli strażnicy, darł się, wrzeszczał, coś o łowcach i o obrączce. Nim ktokolwiek z nadbiegających zdążył ochłonąć, huknął strzał.
Radek Piżmak z radością trzepnął Konrada Mora kolbą karabinu przez łeb.