Przeklęta Potęga Rozdział 1
Do cesarskiego pałacu prowadziła długa prosta droga wyłożona idealnie dopasowanymi kamykami. Po obu jej stronach, w równych odstępach rosły topole, które w tym roku wcześnie się zazieleniły. Między drzewami rosnącymi bliżej pałacu stały posągi najwspanialszych władców cesarstwa. Ich zadaniem było ukazanie długiej i chwalebnej drogi prowadzącej do straszliwej potęgi Rzymu, a nie, jak sądziła większość przybyłych na dwór cesarski dostojników, wspominanie byłych królów. Kamienną drogę wieńczyły marmurowe schody. Po prawej stronie białych stopni górował złoty lew z dumnie wypiętą piersią, natomiast po lewej orzeł ściskający w szponach wieniec laurowy.
Tego ranka niebo lśniło czerwoną barwą.
Między topolami rozbrzmiewał tętent kopyt oraz furkot proporca przyczepionego do rydwanu. Biały rumak zatrzymał się tuż przed schodami wstrząsając grzywą. Rosły mężczyzna zeskoczył z rydwanu, zdjął hełm z czerwonym pióropuszem, który wsadził pod pachę jak to mieli w zwyczaju dowódcy legionów i ruszył w pośpiechu do pałacu przeskakując, co drugi stopień.
Marek przechadzał się wokół atrium i udawał, że pilnie obserwuje każdy ruch swego kuzyna, który ćwiczył walkę z sześcioma przeciwnikami. W rzeczywistości Marek szukał słów, którymi mógłby powitać ojca.
Syn cezara nie był wojownikiem. Prawdę mówiąc brzydził się przemocy. Spokój, rozwaga i skromność sprawiały, że wszyscy go kochali. Był również uczciwy i sprawiedliwy, chciał, aby Rzym stał się znów prawą republiką wolną od korupcji. Młody mężczyzna, ubogiej postury o włosach koloru słomy był całkowitym przeciwieństwem swego kuzyna. Lucius miał kruczoczarne włosy i zimne, błękitne oczy, które sprawiały wrażenie podkrążonych, co tylko dodawało mu uroku. Był wprawnym szermierzem i jeszcze lepszym jeźdźcem, zawsze mówił prawdę prosto w oczy, miał mnóstwo pomysłów i nigdy nie żałował swoich czynów. Był również odważny i starał się za wszelką cenę osiągać swój cel. Lecz w przeciwieństwie do Marka posiadał wiele wad, których nie próbował ukryć: był porywczy, podstępny i doskonale kłamał. Lubił bawić się cudzym kosztem, ale ostatnimi czasy odpuścił sobie tę przyjemność i wrócił do ćwiczeń, gdyż chciał jechać na front do swego wuja Marka Aureliusza.
- Kuzynie – rzekł Lucius odprawiwszy żołnierzy, z którymi walczył co ranek – wydaje mi się, że nie uważałeś.
- Nie gniewaj się. Próbuję ułożyć mowę na cześć mego ojca, ale brakuje mi odpowiednich słów.
- Zajrzyj w głąb swego serca i użyj synowskiej miłości. – Odparł z kwaśnym uśmiechem Lucius.
- Po co ta ironia kuzynie?
- Ależ ja próbuję ci tylko pomóc. – Lucius zdjął koszulę i włożył głowę do miski z wodą. Mokre kosmyki przysłoniły mu oczy, a pojedyncze krople spływały po jego nagiej piersi.
- Pomódl się do bogów, a oni dadzą ci tą siłę, jeśli zaś poczujesz się słabiej wesprzesz się na mym ramieniu, a ja będę przy tobie tak długo jak to tylko będzie możliwe. - Czy musisz to robić? – Zapytał Marek.
- Kuzynie ja tylko chciałem…
- Wiesz, o czym mówię. – Przerwał odprawiając skinieniem ręki młode służące – Przestań się popisywać.
- Czyżbyś był zazdrosny?
- Nie obchodzi mnie ciało, lecz przyszłość i potęga umysłu. – Rzekł Marek mrużąc oczy.
- Filozof się znalazł – rzucił od niechcenia Lucius.
- Rzym jest republiką, a senat obraduje w pokoju. Tam nie zdobywa się szacunku mieczem, lecz mądrością i sprawiedliwością.
- Twoja republika chłopcze rozpada się. Senat jest gorszy niż Hannibal, który okradał ludzi z życia. Tak, wiesz co mam na myśli, twój senat najpierw pozbawia ludzi dobytku na rzecz dostojników, następnie rozdziela rodziny, by każdy osobno pracował na rzecz państwa, czyli senatu, a na sam koniec kradnie im dusze, aby zapewnić sobie ich lojalność. Oto, czym jest Rzym. Ale możesz to zmienić. Ci wszyscy poddani potrzebują pasterza, silnego pasterza. Pomódl się do bogów, a oni dadzą ci tę siłę, jeśli zaś poczujesz się słabiej wesprzesz się na mym ramieniu, a ja będę przy tobie tak długo jak to tylko będzie możliwe.
- Do końca świata i jeden dzień dłużej? – Zapytał Marek wyciągając dłoń do kuzyna.
- Do końca świata i jeden dzień dłużej. – Lucius uścisnął wyciągniętą dłoń. Był to ich tajny gest, który powtarzali zawsze, gdy wpadli na jakiś pomysł lub, gdy coś spsocili. Po tych słowach mieli pewność, że żaden z nich nie zdradzi.
- A co, jak znajdziesz kandydatkę na żonę? Będziesz miał mniej czasu i siły by być moją podporą. – Marek spojrzał na kuzyna, który się uśmiechną. – Nie, żebym miał coś przeciw temu. Nie chcę cię zadręczać. – Sprostował.
- Już znalazłem odpowiednią kobietę, ale nie martw się, ona mnie nie chce.
- To dlatego jedziesz do mego ojca?
- Tak. Może spełnię swoje ambicje i zostanę bohaterem. – Odparł Lucius wycierając włosy w ręcznik, który podał mu kuzyn.
- Ale obiecałeś, że będziesz strzegł pałacu, mnie i mojej przyszłej żony, a ty nigdy nie łamiesz danego słowa – ciągnął Marek.
- Cóż… kiedyś musi być ten pierwszy raz! – Krzyknął rzucając ręcznikiem w kuzyna i wyszedł z atrium.
Lucius kochał kobietę, którą miał poślubić Marek. Było to małżeństwo z przymusu, rodzice obu stron ustalili to jeszcze przed narodzinami potomków. Lucius robił wszystko by nie dopuścić do ślubu, a wspierał go fakt, iż jego kuzyn nie kochał tej dziewczyny i mógłby przeciwstawić się ojcu, lecz Cassiopea, bo tak miała na imię, kochała Marka, a jego traktowała jak brata.
Gdy Cassiopea miała czternaście lat Lucius ujrzał ją po raz pierwszy i pokochał całym sercem. Wtedy uczył ją jeździć konno. Ona też coś do niego poczuła, lecz było to tylko dziecinne zauroczenie, które prysło, gdy się pocałowali. Cassiopea przeraziła się swego czynu, więc zmusiła Luciusa by wyjechał i przemilczał całe zajście łamiąc mu serce. Po sześciu latach ojciec dziewczyny wyjechał na wojnę, a ona musiała zamieszkać w cesarskim pałacu. Luciusa ucieszył ten fakt, lecz Cassiopea unikała go tak często, jak to było możliwe, a on czuł jeszcze większe pragnienie spotkania.
Lucius szedł rytmicznym, miękkim krokiem zakładając w pośpiechu czarną jedwabną koszulę. Wyglądał jak wściekła pantera, której nie pozwolono rozszarpać skazańca na piaszczystej arenie Koloseum. Był tak zaślepiony gniewem, że nie zauważał nikogo ani niczego prócz drogi do swej komnaty. W furii strącał wazy z kwiatami, na których barwnie ukazano historię założenia Rzymu, bądź bitwę pod Kartaginą. Ominął próbującego go zatrzymać młodego chłopca oraz piękną, czarnowłosą kobietę, która sprawiała wrażenie bardzo zbulwersowanej tym faktem i niezwłocznie podążyła jego śladem. Lucius przeszedł na przełaj przez ogród położony wewnątrz pałacu skracając sobie drogę. W głębi serca miał nadzieję, że zastanie w nim Cassiopeę, lecz tak się nie stało. Po chwili ponownie podążał korytarzem, który tym razem był nieco węższy. Na ścianach w zdobionych złotem i drogimi kamieniami uchwytach umieszczono pochodnie, które oświetlały freski oddające chwałę bogu wojny. Mężczyzna zerknął nieświadomie na jeden z nich. Przedstawiał on wojowników przekraczających bramę Pół Elizejskich pod przewodnictwem wiecznie nienasyconego boga wojny. Lucius westchnął i rzekł cicho:
- Najwspanialszy Marsie pozwól mi przekroczyć tę bramę razem z Tobą i z chwałą, którą zamierzam zdobyć na tym i tamtym świecie.
Kiedy już zbliżał się do swej komnaty usłyszał za plecami czyjeś kroki, a po chwili poczuł dłoń na swym ramieniu. Zatrzymał się i spojrzał na długie zgrabne palce, które zdobiły liczne pierścienie. Ktoś szepnął mu do ucha:
- Czyżbyś mnie unikał Luciusu? – Głos należał do kobiety.
- Wybacz Aleera, śpieszy mi się. – Odparł chcąc iść dalej, lecz złapała go za rękę. Z niechęcią odwrócił się i rzekł znudzonym tonem: – Czego chcesz?
-Słucham? To tak się do mnie zwracasz po czterech latach? Zawsze cieszył cię mój widok, a od jakiegoś czasu w ogóle mnie nie zauważasz. – Krzyknęła głosem pełnym pretensji.
Aleera była wysoką kobietą o jasnej cerze, ciemnych oczach i czarnych włosach. Prowadziła romans z Luciusem, który od jakiegoś roku zaczął go nudzić, na szczęście Aleera miała córkę, która pomimo młodego wieku dorównywała matce urodą. Na imię jej było Gaia.
- Daj spokój, nie mam nastroju.
- A co z moją córką? Dla niej też nie będziesz miał nastroju?
Lucius spojrzał kobiecie prosto w oczy i zobaczył w nich to, czego się spodziewał – satysfakcję.
- Co, myślałeś, że o was nie wiem? – Uśmiechnęła się. – Gdyby twoje dziecko z dnia na dzień z bezwartościowego pąka rozkwitło w najpiękniejszy kwiat ogrodu też byś się domyślił.
- Dobrze, powiem ci. – Mężczyzna oparł się plecami o ścianę. – Powinniśmy się rozstać. Jadę do Marka Aureliusza, a ty powinnaś wrócić do męża. Co do twej córki, to ona na pewno mnie zrozumie. Jest bardzo ładna i bystra, szybko kogoś znajdzie.
- Ona chciała ciebie. Złamiesz jej serce, nie mówiąc już o moim.
- Może bym się skusił gdyby nie… - przerwał.
- Gdyby nie co? – Zapytała zniecierpliwiona Aleera.
- Gdyby nie ty. – Rzekł pośpiesznie. – Pomyśl, co poczuje jak dowie się o nas.
- Nie to chciałeś powiedzieć. Chodzi ci o narzeczoną Marka prawda? Służba stale o tym mówi.
- Skoro wiesz tak dużo to nie powinien cię zdziwić fakt, że byłem z tobą, aby zapomnieć o niej, a gdy mi się znudziłaś zająłem się twoją córką. To było nawet zabawne. – Na ustach Luciusa pojawił się szyderczy uśmiech.
- Ty draniu. – Szepnęła Aleera i z siłą, która odzwierciedlała jej złość uderzyła go w twarz.
Lucius pod wpływem uderzenia, którego się nie spodziewał odwrócił głowę. Dotknął ciepłej, wilgotnej wargi i zerknął na kobietę powoli obracając głowę. Patrzył chwilę w jej załzawione oczy, a następnie spojrzał na swoje palce. Były czerwone od krwi.
- W czym ona jest lepsza ode mnie? – Krzyknęła Aleera chcąc go ponownie uderzyć, lecz tym razem Lucius zdążył ją złapać za nadgarstek. Na jej środkowym palcu znajdował się pierścień, który był odwrócony ostrym diamentem do wewnętrznej strony dłoni. Próbowała się wyrwać, co spowodowało, że wzmocnił uścisk i sprawił jej ból. Po nieudanej próbie ucieczki kobieta przeszła do ataku, lecz i tym razem Lucius był szybszy. Sprytnie obrócił Aleerę tyłem do siebie obejmując ją w pasie i przytrzymując jednocześnie jej ręce. Zbliżył twarz do jej twarzy i szepnął:
- We wszystkim. Ona jest mą boginią i tylko jej będę służył, a jeśli mnie odrzuci zginę w chwale by spotkać ją ponownie wśród Pól Elizejskich. – Puścił ją i poszedł.
Dwudziestosześcioletni mężczyzna wszedł do swej komnaty z furią w oczach, która w minimalnym stopniu ogrzała jego lodowe spojrzenie i usiadł bezradnie na łóżku przeczesując wilgotne włosy.
Komnata była przestronna, lecz ciemna. Duże okno z tarasem wychodziło na północno-zachodni kierunek, więc rzadko w pomieszczeniu gościło słońce. Na środku sypialni stało wielkie łoże z kolumnami na rogach. Pościel była jedwabna o lekko błękitnym odcieniu. W pobliżu łoża stało drewniane, wspaniale rzeźbione biurko, na którego blacie leżał pergamin i orle pióro. Dalej sekretarzyk, dwa fotele i stare krzesło, do którego Lucius był ogromnie przywiązany, choć nie miał pojęcia skąd się wzięło.
Ciemnowłosy mężczyzna patrzył tępo na gładką, czarną posadzkę i wspominał ostatni raz, kiedy widział Cassiopeę. Ubrana była w zieloną suknię obszytą złotymi nićmi i boso spacerowała po pałacowym ogrodzie. W jej kasztanowych włosach beztrosko igrały promienie słoneczne. Mógłby tak obserwować ją przez wieki, lecz jedna ze służek spostrzegła go i poinformowała o tym swą panią. Cassiopea znikła jak poranna mgiełka.
Wtem rozległo się pukanie. Po chwili w drzwiach pojawił się przygarbiony starzec w białej todze. Był to zaufany służący i wieloletni przyjaciel Marka Aureliusza, który, zbyt słaby by iść na front, stacjonował w pałacu. Na imię miał Gwydion.
- Panie, generał Ksimo żąda audiencji. Mówi, że to ważne.
- Witaj Gwydionie – rzekł Lucius – wpuść go.
Do komnaty wszedł rosły mężczyzna trzymający pod pachą hełm z czerwonym pióropuszem. Lucius wstał, podszedł do sekretarzyka i oparł się o niego tak by widzieć generała.
- Bądź pozdrowiony. – Rzekł Ksimo.
- I wzajemnie generale. Co cię do mnie sprowadza?
- Wieści z frontu.
- Mów dalej. – Rzekł Lucius udając brak zainteresowania.
- Marek Aureliusz planuje dłuższy pobyt w Germanii, więc ustanawia zastępstwo na okres jego nieobecności. Powołuje swego syna na cezara, no a w razie wypadku ciebie. – Ksimo sprawiał wrażenie podekscytowanego.
- Dlaczego sądzisz, że mnie to zainteresuje? – Spytał, Lucius, który podczas wypowiedzi generała wyjął z sekretarzyka złoty wieniec laurowy i przyglądał mu się z iskierką pożądania. – Zawsze chciałem go ponosić oficjalnie, ale chyba wydoroślałem.
- Nie rozumiesz – Ksimo podszedł bliżej i ściszył głos na wypadek gdyby ktoś ich podsłuchiwał – Marek Aureliusz nie ma pewności, czy wróci z tej wojny. Powołanie syna przyśpieszy zaślubiny. Masz niewiele czasu, by przekonać do siebie Cassiopeę. Jeśli nie, to jedź na front, zostań bohaterem.
- Tak zachęcacie wstępujących do armii? – Zapytał z uśmiechem – Nie Ksimo, ja się tak łatwo nie poddaję. W razie wypadku mówisz? – Generał skinął głową, a Lucius założył wieniec, zerknął do lustra, a następnie przeszył generała lodowym spojrzeniem i rzekł – Zabiję Marka.
Ksimo miał rację, ktoś ich podsłuchiwał...