Przypowieść o krzaku na pustyni
Pejzaż przedstawiał brutalnie poszarpane, złote pagórki pustyni. Tam, gdzie piaszczyste piramidki zasłaniały ziemię przed słonecznymi promieniami, układały się cienie, nadające krajobrazowi trzeciego wymiaru. Ale to były tylko enklawy trzeźwości pośród pijanego światłem bezkresu. Wyzuta z ludzkich uczuć ognista kula na lazurowym nieboskłonie prażyła opuszczone przez życie ziemie. Skwar popołudniowego piekła palił skórę wyczerpanej niewiasty, stąpającej po rozżarzonych węglach. Czuła, że podeszła do tego ogniska zbyt blisko, jednak ognisko było wszędzie, a wszystko inne nigdzie.
W największym wysiłku wspinała się po postrzępionych falach zburzonego morza suchego gruntu. Gdzieniegdzie w oceanie złotych piasków podbarwionych cytrynem i miedzią zatopione były karłowate suchorośla, samotni idealiści i ekscentrycy w świecie roślin. Były ponurym i godnym pożałowania zaprzeczeniem teorii, twierdzącej, że na pustyni nie da się żyć.
Niewiasta ubrana była w szmaragd wschodnich tkanin, bujnie skrywający jej ciało aż po stopy. Kasztanowy wodospad spienionych włosów oblewał jej nagie ramiona i kuszący dekolt.
Każdym ciężkim krokiem pokonywała milę drogi. Była na skraju omdlenia. W jej zmęczonym rozumie pękły okowy wiążące myśli w tych samych, sztywnych pozycjach. W kotle chaosu pierwotnej kreacji mieszały się rozbiegane wspomnienia, nieposkromione marzenia i grasujące po całym umyśle, kłamliwe wrażenia zmysłowe. Nie wiedziały, gdzie jest ich miejsce, ani jak do niego wrócić. Zapanował harmider i bałagan, jak w niesprzątanym przez dłuższy czas pokoju.
Kobieta patrzyła na jednolity pejzaż – on wszędzie był taki sam.
W samym jądrze pustyni zwanej Złotymi Piaskami maszerowały gęsiego markotne wielbłądy. Na swych poznaczonych górami, porastanymi przez cedrowe lasy brązowego owłosienia grzbietach nosiły ludzi, którzy w całym swym człowieczeństwie byli zbyt dumni na wędrowanie pieszo. Stado tych miejskich bestii prowadził blady jak księżyc, opasły wielmoża w stroju sułtana. Za nim, niczym mrówki za miodem podążali czarni niewolnicy w łachmanach.
Pochód zamykały kobiety z haremu, a pośród nich żona sułtana. Choć on o tym nie wiedział, zdradzała go wielokrotnie z kochankiem. Mąż nie był już jej potrzebny. Potomków nie miał, więc cały jego skarbiec należał się jej. Przyspieszyła i wyrównała wierzchowca z koniem sułtana. Ten obejrzał się na bok i zapytał beznamiętnie:
-Co tu robisz?
Wymienili nieme spojrzenia. Niewiasta wyciągnęła mu z pochwy sejmitar i cięła go przez pierś. Sułtan wrzasnął. Sznur wiążący jego ducha z ciałem został przerwany ostrzem jej zdrady. Niewolnicy obu płci przyglądali się temu zdziwieni, ale akceptując całą sytuację i przyjmując ją jak przyjaciela w progu swego domu. Ich wieloletni ciemiężyciel, który traktował ich jak narzędzia mówiące lub jak zwierzęta został zgładzony. Złożono im wolność u stóp. Zatrzymali się i patrzyli, jak wszystko potoczy się dalej.
Kobieta zatrzymała wielbłądy i sfrunęła na ziemię pociągając ze sobą konającego władcę. Stanęła nad nim. Chciał coś powiedzieć, ale chlasnęła go mieczem po gardle. Cięcie było niezgrabne i niedokładne. Ostrze ledwie musnęło szyję, ale raz na zawsze zatrzymało jego wielkopańskie głoski przed wydobyciem się na zewnątrz. W jego oczach jaśniała cała tęcza uczuć: od przerażenia, przez ból po rozpaczliwe błaganie o szybką śmierć. Uśmiechnęła się i rzuciła sejmitar daleko przed siebie.
Odeszła. Niewolnicy, choć wdzięczni za wolność, zostawili ją samą i obrali przeciwną drogę. Nie chcieli mieć do czynienia z mordercą. Zabrali jej wielbłąda i przywłaszczyli sobie cały prowiant. A gdy nie patrzyła, zabrali jej bukłak z wodą. Woleli mieć więcej, nie zważając na to, że sprzedali swojej wyzwolicielce śmierć. Mimo wszystko nie udało im się wrócić cało do domu. Wszyscy stali się martwą ozdobą jednolitego krajobrazu.
II
Ledwo trzymała się na nogach, niczym delikatna roślinka targana złośliwym wiatrem. Uginała się, choć cel wędrówki podtrzymywał ją na chwiejnych nogach.
Na szafirowo utkanych przestrzeniach niebios krążył złowrogo sęp, niczym wróżbita przepowiadając nieubłagany kres wędrówki przez życie. Nie mogła go poznać, lecz był to ten sam sęp, który przyleciał, by pożywić się martwym ciałem sułtana. Jednak zawiódł się niezmiernie. Nie znał legend o zamordowanych ludziach, którzy powstają jako ogniste ifrity, by dokonać zemsty.
Po zwłokach ciekł górski potok rześkiej krwi. Mijał zimne wzgórza i doliny, by dotknąć suchej ziemi i zabarwić ją karmazynowo. Wtedy melodia jego życia zaczęła grać ponownie. Rany się zagoiły i zarosły świeżą skórą. Ożył. Przez chwilę jego ciało płonęło. Udało mu się jednak nad tym zapanować i skryć ogień w głębi siebie.
Gorąca krew przelewała się przez jego szarpane wichurą złości żyły. Sapał jak rozjuszony byk. Z nozdrzy jego buchała para gotującej się duszy. Bulgotała w nim mieszanina uczuć, a najpiękniejsze z nich uleciały na zawsze w postaci bąbelków. Celem jego życia była teraz krwawa zemsta.
Zmysły zawodziły kobietę, a linia horyzontu się zamazała. Zlewały się ze sobą piaski pustyni oraz niebo, tworząc jeden wielki gradient złota i szafiru.
A zła bliźniaczka ukryta gdzieś w labiryncie jej podświadomości szarpała ją za wolę i próbowała zatrzymać. Wędrówka nie ma sensu. Pomimo garbatych pagórków żółtego piasku na horyzoncie widać było wszystko – to znaczy nic. Ale brnęła rozpaczliwie do przodu, obiecując sobie na każdym kroku, że jeszcze tylko trochę.
Później nie widziała już niczego. Wiedziała, że idzie po pustyni tylko ze wspomnienia ulatującego z jej duszy. Zaczynała się zastanawiać, o co tu chodzi, dokąd zmierza.
Mijał dzień, a na nieboskłon wdzierał się wieczór. Wylał nań atrament, który powoli zabarwiał diamentowe sklepienie w czerń nocy.
Słoneczny bóg zniósł z ludzkiego świata swe karne oblicze absolutu i obdarzył całą jego promienistością podziemia. Gdy mijał mistyczną bramę światów, zasalutowały mu gwiazdy z księżycem, stojący jak srebrne posągi w boskiej świątyni, o spojrzeniu stanowczym i bezwzględnym niczym wyrok samej śmierci. Słońce cieszyło się w głębi swej ognistości z oddania służby, tak jak królowa mrówek musi się cieszyć widząc rosnące z wysiłku poddanych mrowisko. Zabłysnął po raz ostatni i odszedł.
III
Ze szponów nocnej śmierci uwolnił ją ból. Krzyk zaczął się jeszcze we śnie i ciągnął się jednolitą wstęgą długo po zbudzeniu. Koło niej stał sęp i trzymał w dziobie krwawy kęs ludzkiego mięsa. Myśląc, że już umarła ugryzł kobietę podczas snu. Zawiódł się niezmiernie jej nader żywą reakcją i uciekł w przestworza.
Ubytek w lewym ramieniu ociekał czerwienią i przyprawiał niewiastę o ból nie do wytrzymania. Ale i to musiała ścierpieć. Przez kilka minut walczyła z sobą, po czym ruszyła dalej.
Ze Złotych Piasków wyrastał kudłaty krzew będący zaledwie wysuszonym przez bezwzględne słońce trupem rośliny. Nie wiedział, skąd przywędrowało niesione przez wiatr jajo jego egzystencji, ani czy było w nim kiedykolwiek coś zielonego. A pamiętał wiele. Zaledwie przed pięcioma dekadami, które minęły z zawrotną prędkością pikującego w dół sokoła, który z lazurowych przestworzy wolności rzuca się na swą nieszczęsną ofiarę, odwiedził to miejsce wielki mag. Niczym dziecko żyjące pod kloszem rodziców, nierozumiejące jeszcze istoty bólu, ani wrażliwości względem innych istot, ułamał jednym ruchem zwinnych palców suchą gałązkę, zadając krzewowi męki okaleczenia. Gdyby nie troska o wodę, spróchniała roślina wypuściłaby swoją żółtawą krew.
Nie mogąc zrobić nic więcej krzew zawył w milczeniu, musząc się pogodzić z ekshumacją swych zwłok, swej ręki przerobionej na różdżkę magika ze wschodu. Wiele on potem nią zdziałał. Wiele niedobrego.
Kobieta nachyliła się nad krzakiem i łapczywie wylizywała jego gałązki. Przysiadło na nim kilka kropli rannej rosy. Były jedyną rzeczą, która pozwalała mu choć na trochę ulżyć cierpieniom życia na pustyni. Zabrano mu i to. Był tylko nieznaczącym nic krzakiem, najniższym ogniwem łańcucha pokarmowego. Nie mógł się obronić, nie potrafił zaprotestować, więc nie liczono się z nim. Niewiasta chciała za wszelką cenę uratować się, nie zwracała więc uwagi na to, że krzywdzi po drodze innych. Nikogo nie widziała, przecież to tylko krzak.
Nie zdołała zaspokoić swego palącego pragnienia. Poczuwszy cudowny smak wody zapragnęła jej więcej. Trudno się było pogodzić z faktem, że więcej nie ma.
Ruszyła dalej. Jej wiotkie ciało sunęło powoli, a właściwie to wlokło się niczym mumia.
Na pustyni trudno o pożywienie. Wygłodniały sęp raz upatrzywszy kopalnię ludzkiego mięsa nie spuszczał swej przyszłej żywicielki z oka, patrząc na nią jak na mesjasza w udręce głodu. Z każdą niemiłosiernie dłużącą się godziną zataczał coraz mniejsze kręgi. Spoglądał błagalnie na kobietę. Byle tylko umarła szybko. Nie było w nim żadnego współczucia. Chciał tylko zaspokoić swoją żądzę głodu.
IV
Ifrit szarpiąc kobietę za ramię gnał do przodu. Jego dłoń była gorąca i parzyła ją jak sam ogień. Po godzinie straciła w niej czucie - na szczęście. Nie musiała z tego powodu dłużej cierpieć. Była wyczerpana, lecz ifrit zmusił ją do przyspieszenia kroku. Czasem się przewracała, a wtedy on targał ją po ziemi. Czasem chodziła na czworakach, upodlona jak pies podążający za swym panem. Nie poznała w upiorze swego byłego męża, ani nie otrzymała żadnych wyjaśnień, choć wielokrotnie pytała, płacząc, czemu jej to robi.
Gdy podniósł się z martwych, usłyszał w głowie głos maga. Mówił, że to on dał mu drugie życie i że nie chce od niego nic w zamian. W całej swej dobroci pozwoli mu ją zamordować. Warunek postawił jeden – chce czuć, jak wydaje ostatnie, rozpaczliwe tchnienie. W jego siedzibie, na jego własnym ołtarzu. Sprawiała mu przyjemność zabawa w boga.
Ifrit dosyć szybko dogonił niewiastę. Była przerażona i bezbronna. Nie wiedziała, co ten potwór chce jej uczynić. Nie otrzymała ani słowa wyjaśnienia. Z czasem pogodziła się ze swoją sytuacją.
Upiór chciał ją zabić od razu, bez tego wszystkiego. Ale nie pozwalała mu na to wola maga, który stał się teraz jego panem. Musiał mu służyć, upokorzony, jak niewolnik. Wielokrotnie próbował wyrwać się z jego drapieżnych łap, bezskutecznie.
Gdy kobieta zemdlała z braku wody, mag widząc wszystko użył zaklęcia, a z morza piasku wypłynęły podziemne ludy złośliwych robali. Była cała familia wielkich jak pięść człowieka skarabeuszy. Ifrit wziął do dłoni cztery naraz. Zgniótł je, a wtórował temu odgłos chrupania i zgrzytu. Wsłuchując się, można też było odróżnić cichy pisk – to żuki krzyczały z bólu. Ich ciała zostały zmiażdżone. Czarno-żółte pancerze wgniotły się w delikatne mięso wnętrzności. Wypłynął z nich czerwony sok. Ifrit wyciągnął dłoń i zrosił ich krwią spragnione usta kobiety. Na początku smak ciepłej krwi przyprawił ją o zawrót głowy. Jednak był to sposób na zaspokojenie pragnienia, więc wypiła wszystko, a miazgę robali zjadła zaspokajając największy głód. W jej zębach skarabeusze chrupały jak orzechy.
Wysoko nad nimi krążył wygłodniały sęp. Wiedział, że zbyt już oddalił się w głąb piaszczystych bezkresów. Wiedział, że na każdym kroku pozostawia garść swoich sił witalnych i stawia całą swoją żałosną egzystencję na jedną kartę, licząc, że ktoś niedługo umrze. Musiał ktoś umrzeć – tam niczego nie ma – tylko śmierć.
Zmęczonym oczom kobiety ukazało się coś… niewiarygodnego. Może to była tylko jej fantazja, może straciła już kontakt z rzeczywistością. Tak czy inaczej na horyzoncie zobaczyła zieloną plamkę. Poczuła w głębi umysłu chłodny wiatr i wilgoć. Choć dzielił ją od oazy jeszcze kawał drogi, myślami już dawno w niej była.
Ten odcinek wędrówki wydłużał się do granic wytrzymałości jej słabego umysłu. Wydawało się jej, że choć porusza nogami, stoi w miejscu. Z czasem jednak obraz stawał się bliższy i wyraźniejszych.
Zielona wyspa obiecująco rześkich palm jawiła się jej niczym w fatamorganie. Świeże liście drzew zdawały się być zrobione jedynie z gaszącego pragnienie płynu, który rozlewał się po płaszczyźnie brązowych pni, tworząc fantastyczne wzory swymi gałęziami, zachodzącymi na siebie niczym stado gazeli.
V
Nareszcie stanęła w zielonym przytułku, przywodzącym na myśl wielkie, pałacowe ogrody. W kotle niewiasty mieszało się uczucie lęku przed tym, co nastąpi oraz szczęście wydostania się z pustyni. A kocioł chwiał się i chybotał, grożąc wylaniem całej wrzącej zawartości.
Wody było pod dostatkiem. Ifrit pozwolił jej napić się. I tak zginie w mękach gorszych od pragnienia. Tak jak krzew, gdy stanął naprzeciw niego. Wcześniej. Zanim jeszcze dopadł kobietę.
Upiór brnął do przodu zaślepiony gniewem, a gniew ten był nie do wytrzymania. Trafił na nieszczęsny krzak, okaleczony i ograbiony z wody. Bezwartościowy. Ifrit nie mógł znieść, że roślina nie chce usunąć się z jego drogi. Dotknął go swą dłonią, a suche gałązki zajęły się czerwonym płomieniem. Krzak skwierczał w ogniu – krzyczał! Ból. Powoli uciekało jego życie. Jego ręce, gryzione przez ostre płomienie spływały krwią. Choć ból był nie do zniesienia, cieszył się z rozstania z tym światem. Złym światem. Jego męka skończyła się wreszcie. Strawił go ogień. Wydał z siebie ostatni dech i odszedł z ulgą.
Ale ogień płynący w żyłach ifrita palił przede wszystkim jego samego. Czuł okropny strach. Bał się, bo nie wiedział, dokąd to wszystko zmierza. Po co on żyje? Żeby mordować? Było w nim jednak coś oprócz złości. Nie chciał tej zemsty, to sama zemsta chciała swego dopełnienia. I mag tego chciał.
Leżał jak zwykle na stosie wielobarwnych poduszek. Jego wola i wzrok sięgały daleko, ale prawdziwą przyjemność sprawiało mu morderstwo tutaj, w podziemiu, na ołtarzu ku swojej czci. Lubił czuć się jak bóg, decydując kto będzie żyć, a kto nie.
Cała oaza pływała wodą. Była wszędzie. Napełniała zielone liście bujnej roślinności, unosiła się w wilgotnym powietrzu, a niewykorzystana gromadziła się w jeziorku. Było to niezwykłe marnotrawstwo na pustyni, gdzie stanowiła najrzadszy z surowców i każda jej kropla warta była wszystko.
Z zielonych wód wynurzały się surowe skały, a pośród nich jama. Tu kończyła się nadzieja, zapadał mrok. Ciemność wyciągała swoje drapieżne ręce poza jaskinię, jednak ulegała rozproszeniu po pierwszym kontakcie z promieniami słonecznymi.
VI
Podziemie otwierało przed dwójką swe głębiny. Tworzący labirynt węzeł korytarzy był silnie zapętlony i zasuplony. Czasem dzielił się na kilka mniejszych nitek, które wiły się to w górę, to w dół lub na boki. Źle wychowane korytarze nie potrafiły ustawić się prosto.
W podziemiu jak dym unosiła się wola przenikająca przez wszystkie korytarze i jaskinie. Wypełniała każdą niszę i każdy kąt. Była to wola władającego tu maga. Kobieta cały czas czuła na sobie jego wzrok, choć nie wiedziała o jego istnieniu. Widział ją, gdziekolwiek by nie poszła. W tym miejscu jest bogiem i może wszystko. Ale nikt nie doceniał tej potęgi, jego geniuszu.
Odwrócono się na jego talent. Zamiast nagrody za wiele lat doskonalenia swych mocy otrzymał pogardę. Uciekł od wszystkiego. Zmusił pustynię, by ona samo go ukryła. Tam też zamknął się przed światem. Mijały lata, a jego schronienie stało się jego grobowcem. Zapomniano o nim i on zapomniał o innych. Jedyną rozrywką w jego monotonnym życiu było teraz manipulowanie życiem nieszczęsnych mieszkańców Złotych Piasków, niszczenie go, jednocześnie dowodząc sobie własnej wartości.
Ifrit usłyszał jego głos.
-To już koniec twojej męki. Zejdź na dół i uciesz mnie widokiem jej śmierci.
Upiór targał kobietę w głąb ciemności, by dokonać okrutnej zemsty. Prowadził ją na smyczy swych trupich rąk. Próbowała się wyrwać. Na próżno. Wierzgała, wiła się i krzyczała:
-Co chcesz ze mną zrobić?! Odpowiedz!
Nie uzyskawszy żadnej odpowiedzi zaniosła się płaczem. Zagrzmiała żałosnym jękiem, a deszcz słonych kropli łez zrosił jej policzki. Ifrita kłuły wyrzuty sumienia. Chciał to zakończyć. Jak najszybciej – przerażało go to wszystko. Przerażało go jej łkanie.
Płakała rozpaczliwie, gdy mściciel przytargał ją do dziwnej komnaty i przywiązał do centralnie położonego ołtarza. Nie mogła się wyrwać. Kręciło jej się w głowie, zwłaszcza, gdy myślała o bliskiej przyszłości.
Ścisnął jej szyję sznurem. Nie mogła krzyczeć. Brakło jej powietrza. Bezskutecznie próbowała złapać oddech. Gałki oczne wystawały ze swoich legowisk niczym dwie piłeczki, które zaraz wypadną. Otwierała panicznie usta, ale korytarz w jej szyi został zawalony i nic już go nie przejdzie.
Ifrit chwycił pięknie zdobiony sztylet z kości słoniowej i wbił jego kolec w pierś kobiety. Trzęsła się spazmatycznie, rozpaczliwie krzywiła twarz i pociła się. Nic więcej zrobić nie mogła. Napastnik pociągnął ostrze w dół rozrywając jej całą klatkę piersiową i brzuch aż po pępek. Wszystko było we krwi. Strzępy szmaragdowej sukni zabarwiły się szkarłatnie. Widać było jej wnętrzności. Wyrywał jej organy, które płonęły w jego ognistej dłoni. Nim się udusiła, czuła odór swoich palonych wnętrzności.
Narzędzie zbrodni zostało opuszczone na ziemię. Stuknęło parę razy, odbijając się od niej. Coś stało się z ifritem. Był inny. Pusty w środku.
W tym momencie cała jego złość się wypaliła jak drewno pożarte przez płomień. Pozostał tylko popiół. O ile można żyć samym gniewem, gdy jego także mu zabrakło, a piec ifrita pozostał pusty wszelkich uczuć – musiał nadejść koniec. Zaskwierczało, a nad jego oczami uniosła się para. To łzy parowały.
Był to tylko moment, ale moment maksymalnie wydłużony. Czuł się w tej chwili wykorzystany, choć wiedział, że wina leżała zdecydowanie po jego stronie. Rozumiał, że całe jego życie było złe. Od czasów, gdy opływał w bogactwa sezamu i pastwił się nad niewolnikami, po ostatni dzień jego egzystencji, po dodatkowe kilka dni w ciele mściwego jak sam los ifrita. Teraz był tylko zużytą materią.
Nie przyszło mu to z trudem. Podniósł z ziemi sztylet z kości słoniowej i wbił go sobie głęboko w pierś. Wylał się z niej wulkan lawy. Płomienie tryskały jak fontanna, a upiór się kurczył z każdą kroplą ognia. Na ziemi leżała kupka prochu.
A mag żył dalej w osamotnieniu, odrzucony. Nikt nie mógł podziwiać jego mocy, jedynie jego ofiary. Jednak pogrążone w letargu życie w końcu minęło. Nawet on musiał kiedyś umrzeć. Ostatnie chwile spędził zupełnie sam, cierpiąc, że wszystko musi teraz zostawić. Popłynęły po jego obliczu łzy, których nie znał od czasów młodości. Dwie, żałosne łzy, za jego żałosne w swym okrucieństwie życie.
VII
Na gorących piaskach pustyni leżał konający sęp. Tu i ówdzie jego pokryta włosiem skóra była już wypalona przez słońce. Był tak blisko pożywienia, gdy stało się coś niespodziewanego. Dwie sylwetki znikły. Pustynia była wszędzie jednolita, nikt nie mógł się na niej skryć. A mimo to jego niedoszłe ofiary przepadły. Po prostu zdezintegrowały się.
Był za słaby, żeby polecieć, by się pożywić i nie miał najmniejszej nadziei na zmianę swej tragicznej sytuacji. Teraz nie mógł już zrobić niczego. Czekał na śmierć w okrutnym bólu pragnienia, głodu i skwaru. Ostatnie godziny były najgorsze. Jednak los zlitował się nad nim w końcu. Sęp zemdlał. Nie musiał patrzeć na swoją śmierć.
A trochę dalej leżały resztki popiołu, którego nie rozniosły jeszcze do końca delikatne podmuchy wiatru. Szary popiół po samotnym krzaku, który nigdy nie krzywdził innych, choć wszyscy go krzywdzili. Najniższe ogniwo łańcucha pokarmowego. Nim umarł w męczarniach całopalenia, obserwował wszystko i nie rozumiał, dlaczego nie pozwolono mu żyć w spokoju, czym sobie zasłużył na to wszystko.