\"Bajka o Franciszku\" i \"Jutro\" (dwa opowiadania)
Był sobie Franio. Nie miał rodziców, nie miał domu, a nawet butów. Pasł boso owce.
Pewnego dnia wyprowadził trzódkę na łąkę, usiadł sobie w cieniu wierzby, gdyż było gorąco. Odmawiał różańce, bo naturę miał pobożną. Około południa zasnął.
Sześć godzin po pianiu kogutów, wśród pienia anieli, dusza Frania dostała się do nieba, do Matki Bożej.
Matka Boża powiedziała:
- Maleńki, jeszcze wiele wycierpisz, ale wkrótce będziesz tu z nami. Zapamiętaj to sobie.
Tymczasem owce weszły w szkodę, w dworskie zboże, przyszedł zły ekonom i sapiąc sprał Frania w całe cztery litery. Chłopiec bardzo cierpiał, a potem nie mógł usiedzieć, aby go nie bolało.
Jesienią padały deszcze i miała przyjść zaraza zabrać pastuszka ze sobą: ciało na smentarz, a duszyczka do Matki Bożej.
Ale zaraza nie przyszła: w sierpniu zorganizowano szczepienia przeciwko ospie. Biedny pastuszek też dostał szczepionkę (wiadomo gdzie) i nie umarł.
Lata mijały. Franio przestał paść owce i przestał się modlić. Teraz zajmował się czymś innym, a w niedzielne wieczory wypuszczał się na swawole do karczmy Kulawego Żyda. Starsi parobkowie namówili go raz na wódkę; spodobało mu się to, choć potem wymiotował. Namówili go też na tytoń.
Pewnego razu w Galicji, (bo tu rzecz się miała), wybuchła rewolucja: „Rabacja”.
Starsi parobkowie namówili Frania, ale już nie na tytoń i alkohol, bo na to już nie trzeba go było namawiać, aby poszedł z nimi do dworu wyrównywać krzywdy.
Poszli do dworu nocą całą kupą i z pochodniami. Franio wypił wcześniej prawie dwie kwarty wódki, więc był odważny. I przypomniał sobie ten dzień, kiedy pasł owce.
Postanowił porozmawiać ze starym, złym ekonomem. Spotkał go przy zabudowaniach dworskich. Z rozmowy nic nie wyszło. Ktoś dał mu widły, więc niewiele myśląc zadźgał ekonoma. Pamiętał tylko dawny ból:
- To za odebranie mi nieba i marzeń! – Krzyczał do trupa.
Parobkowie piłą rżnęli* pana dworu, a potem rżnęli panią i ich córki. Franek początkowo patrzył na to i bardzo się dziwił. – Przecież oni są porządnymi ludźmi. Czy aby na pewno? Na pewno w kościele na kazaniu.
- Franek, co tak stoisz, bierz i ty!
Wziął córkę, bo przed panią czuł respekt. Córka opierała się, wiła i krzyczała. Franio chciał ją uspokoić, ale się spieszył.
- Bezczelny! – Uderzyła go w twarz.
Bardzo go to zezłościło. Był przecież po wódce. Pobił bardzo córkę i wziął ją zemdlałą i nieprzytomną.
Spodobało mu się to i owo, więc rozpoczął hulaszcze życie. Razem z innymi parobkami, którym zbrzydła uczciwa praca i przymieranie głodem na przednówku. A że Franio był odważny, to szybko stał się hersztem.
W okolicy buszowała inna grupa rozbójników. Przewodził im sam Janosik. Franio postanowił z nim konkurować.
Janosik miał maxymę: odbierać bogatym, dawać biednym.
A Franio postępował inaczej: odbierał majętnym, rabował biednych. I w ten sposób sam stał się szybko bogaty.
Lubił też napadać na konwoje żołnierzy i palić karczmy. Na pierwszy ogień poszła karczma Kulawego Żyda.
- To tu za bardzo posmakowała mi wódka.
Żyda kazał oczywiście powiesić:
- Za to psie, że twoje dziady umęczyli Jezusieńka!
Kulawy Żyd miał córkę, rudowłosą Ryfkę. Swego czasu Franio bardzo się w niej kochał. Udało mu się raz ją podejrzeć, gdy się kąpała w rzeczce. Teraz mógł kupić jej serce za zrabowane klejnoty. I kupił.
Na tym można by zakończyć, lecz jeszcze to nie koniec.
Franio kryjówkę miał pod Giewontem. Zakopał tam wiele skarbów. Czasem śmiał się, że nikt jego nie znajdzie, bo wejścia do jaskini pilnują sami rycerze Bolesława Krzywoustego. Czy był szczęśliwy? Był. Posiadał ogromne bogactwa, jego ukochana spodziewała się dziecka.
Ale miał też wroga w osobie osobistego zastępcy. Samuel, jako najstarszy z parobków, zostałby hersztem, gdyby Franio nie okazał się zbyt odważny. Złościło go, że Franiowi, tak dobrze się wiedzie. Postanowił się zemścić: miał wydać go Austryjakom, a sam potem zagarnąć bogactwa. Tylko on, oprócz swego pryncypała, znał miejsca, gdzie były zakopane skarby.
Plan udało mu się wykonać. W połowie. Austryjacy naszykowali zasadzkę na herszta i go złapali.
Oprócz wrogów, Franio miał też przyjaciół. Reszta zbójców, gdy się dowiedziała, kto zdradził, szybko odnalazła Samuela i bez dwóch zdań go zadźgała.
- Giń Judaszu! – Krzyczeli zbójcy, gdy Samuela mordowali.
Zapomnieli zapytać, gdzie są skarby. No cóż, nie byli zbyt mądrzy.
Tymczasem Ryfka powiła syna. Chciała uwolnić ukochanego z kryminału. Wiele klejnotów przeznaczyła na łapówki dla urzędników. Interweniowała nawet u cesarza, ale cesarz po namyśle, nie ułaskawił biednego herszta.
W taki sposób Ryfka straciła cały swój majątek, ale na szczęście pozostawali jeszcze krewni i Gmina Żydowska. Oni na pewno nie pozostawią jej samej.
Po dwóch latach nadszedł sądny dzień. Frania postanowiono powiesić. Dla dodania splendoru całej ceremonii, wieszać miano również Janosika.
Na placu egzekucji ostre haki połyskiwały. Do Frania podszedł xiądz kapelan:
- Proszę cię: pojednaj się z Jezusieńkiem. On będzie smutny, jeśli tego nie zrobisz. A kiedy byłeś mały, tak pięknie grałeś na organach, tak pięknie śpiewałeś pobożne piosenki. Chciałeś zostać xiędzem. Sam mi to powiedziałeś.
- Zamknij się klecho! Mówią: masz być zły, jestem zły. Muszę grać swoją rolę do końca.
I powiesili Janosika z Franiem. Było wielkie widowisko. Ryfka wzięła ze sobą synka, Piotrusia. Synek wiercił się i pytał:
- Dlaczego dynda? Dlaczego tata dynda?
Ryfka nie odpowiadała. Tylko zalewając się łzami, z zaciśniętymi pięściami ku niebu, krzyczała:
- Dlaczego mnie to spotkało? Dlaczego akurat mnie? Dlaczego kocham człowieka, który na moich oczach zabił mojego ojca?
A Franio słuchał lamentu obojętnie. Obojętnie patrzył na złorzeczącą tłuszczę. Powoli zabierał się na drugi świat. Przypomniał sobie Matkę Bożą i się bardzo przeraził. Wtem wokoło niego pociemniało, pojawili się dwaj panki ubrani z niemiecka:
- Chodź z nami. Zleź szybko z tego haka. Chodź z nami, zagramy kartami ludzkiego losu o twe cierpienie. Poznasz ich wartość, gdy się im z bliska przypatrzysz. Już zły, stary ekonom na ciebie czeka, już sposobi widły na twoje cztery litery…
Przypisy:
*piłą rżnęli – nadaję tu nawiązanie do „Wesela” S. Wyspiańskiego.
\"Jutro\"
Łopaty zgrzytały o kamienie, wyrzucały żółty piasek. Zaczął padać drobny deszcz. Dołek musi być odpowiedni. Powinien być w miarę szeroki i głęboki. Zwłoki nie dały się łatwo ułożyć. Nie chciały wpaść do dołu twarzą do ziemi. Ciało było wiotkie i ciężkie, ale jedna z rąk nie chciała się zgiąć. Widocznie była wybita kość. Naszykowano całą betoniarkę do wylania. Ktoś rzucił grudę piachu do grobu.
- No dobra. Zalewać.
Gdy grób został zalany, stali jeszcze jakiś czas. Ktoś wypalił papierosa i zgniótł peta butem.
- Chodźmy stąd, nic tu po nas.
„Kiedy on wróci? Co on sobie wyobraża?” Dochodziła dwudziesta trzecia. Wyjrzała przez zasłonki. Deszcz dzwonił w rynnach. „Co on sobie wyobraża, miał zrobić zakupy”.
Jeszcze się nie pobrali. Mieli to zrobić po rozwiązaniu. Dziewczyna była w zaawansowanej ciąży.
Przeczesała ręką włosy. „Może coś mu się stało? Gdzie on jest?”
Kręciła się po ciemnym mieszkaniu. Usiadła w fotelu. O trzeciej nad ranem zasnęła.
„Jutro zadzwonię na policję. Teraz i tak nic nie można zrobić.”
Rankiem niedaleko budowy czekał Dawny Przyjaciel. „Cholera, przecież tu mięliśmy się spotkać. Gdzie jest kasa? Pewnie znów nie ma. Gnój jeden!”
Umarły miotał się w swoim nowym grobie, cement jeszcze nie stężniał. Otworzył oczy. Zobaczyły palącą ciemność.
Złamana dłoń jak peryskop wystawała ponad poziom. Była zimna i szara. Umarły chciał ją poruszyć, ale nie miał już nad nią władzy. Chciał krzyczeć:
- Pomóżcie mi! Ja jeszcze nie umarłem, ja muszę spłacić długi. Pomóżcie mi.
Nie mógł ruszyć ustami, bo cement wlał mu się aż po gardło.
Zresztą i tak nikt by go nie usłyszał.##edit_byatak 2005-12-11 12:31:55##ed_end##