Raven
Kabriolet zatrzymał się. Zgasły światła. Podeszwy glanów stuknęły o beton parkingu. Płaszcz zafalował na wietrze. Mężczyzna podniósł głowę i popatrzył na budynek. Opera… Boczne wejście…
-Pan Raven ! Witamy !
Czarno ubrany człowiek minął portiera bez słowa.
-Proszę pana… - rozległ się za nim niezdecydowany głos. – Musi pan złożyć broń…
Tej części powitania nie lubił najbardziej – Elizjum… Bez słowa sięgnął pod płaszcz. Kolba strzelby stuknęła o kontuar.
-Całą… - recepcjonista starał się nie okazać strachu.
Zmasakrowana twarz obróciła się ku niemu. W czarnych oczach zalśniła złość. Z rękawa bezszelestnie wysunął się ciężki pistolet. Bez słowa położył go na ladzie.
-Dziękuję… - wydukał odźwierny.
-Nie zatrzymuj mnie więcej – matowy głos zabrzmiał jak nagły krzyk w ciszy. – Nigdy.
Glany zastukały o posadzkę.
-Aida… Verdi… Słyszałeś kiedyś ?
Prychnięcie wystarczyło za odpowiedź.
-No tak, jak zwykle odporny na sztukę. Z czym przychodzisz Malkavianie ? – pytanie dobiegło z ciemnej loży.
-Potrzebuję twojej pomocy, Belfegorze – mężczyzna o zmasakrowanej twarzy usiadł.
-Ostatnio coś często ci się to zdarza. Jeśli chcesz rady, to mam dwie. Przestań słuchać tego twojego metalu a weź się za klasykę. A druga, to zrób coś z twarzą. Z nas dwóch to ja jestem Nosferatu.– z ciemności dobiegł rechot. – A tak poważnie, to co się stało ?
Raven zaczął opowiadać.
Samochody zatrzymały się w zaułku. Z kabrioletu wysiadł mężczyzna w płaszczu, z trzech wanów po sześciu następnych.
-Panowie, akcja jest prosta i rutynowa. Wchodzimy, strzelamy, wysadzamy, wychodzimy. Jest tu z nami jeden Brujah, ale będzie nas tylko krył ogniem snajperskim. Więc jak mówiły motomyszy – niech gra muzyka i gaz do dechy !
Szczęknęły magazynki, zabłyszczały celowniki laserowe. Na dachu mężczyzna oparł na trójnogu Dragunova. Akcja rutynowa…
Drzwi do magazynu otworzyły się z trzaskiem. Padły strzały. Paru ludzi osunęło się na ziemię.
-Czysto !
Drużyny rozproszyły się po magazynie. Akcja przebiegała rutynowo. Niestety, żadna akcja nie jest rutynowa.
-Bomba !
Licznik piknął ostatnie trzy razy… Wybuch targnął magazynem. W tym samym momencie zaczęło się piekło. Rozległy się strzały. Serie z karabinów przecięły powietrze. Rwały się w bezładzie walki.
-Odwrót !
Wampiry pod dowództwem Ravena zaczęły cofać się w stronę wyjścia. Osłaniali się ogniem.
-Co ten cholerny Brujah sobie myśli ! Powinien strzel… - Malkavian nie dokończył. Pocisk z Dragunova przebił ścianę i roztrzaskał mu czaszkę.
-Jeszcze tego brakowało ! Uciekać ! Rozproszyć się. ! Każdy za siebie !
Wampiry rozbiegły się. Raven dotarł do drzwi. Został mu jeden pocisk w strzelbie. Wybiegł na ulicę. Krew zagotowała się w jego ciele gdy przyspieszył. Żaden śmiertelnik nie byłby w stanie go dogonić. Dopadł do swojego samochodu. Przed śmiercią ocalił go chrzęst podeszew na stłuczonym szkle. Zdążył się schylić. Kula z Dragunova rozsadziła pokaźną część drzwi furgonetki. Brujah nie zdążył przeładować. Strzał z shotguna rzucił nim pod ścianę.
Raven włożył broń do swojego samochodu. Urwał nogę od leżącego na śmietniku krzesła i podszedł do rannego.
-Ciebie zostawię sobie na koniec – przebił mu serce.
Ciało wampira zwiotczało. Raven wsiadł do BMW i wyjechał na ulicę. Niestety szczęście mu nie sprzyjało. Z płonącego magazynu z rykiem wypadły cztery czerwone samochody. Malkavian uśmiechnał się. Teraz to oni byli na jego terenie. Z zadowoleniem włączył radio. Z głośników huknął ciężki metal.
-No to się zabawimy – wrzucił wyższy bieg i zjechał na autostradę.
-Kolesie byli beznadziejni. Dwóch rozwaliło się przy nawrocie. Dwóch pozostałych nie wyrobiło się i już mnie nie dogonili.
-Znaczy się… mam rozumieć… że podejrzewasz kogoś o wystawienie twoich podwładnych. Kim oni byli ? – w ciemności coś się poruszyło.
-Wszyscy byli Malkavianami, a nas tu nie lubią. Podejrzewam, że to książę.
-Raven… takich podejrzeń nie wysuwaj zbyt pochopnie. Tutaj, w Los Angeles książę ma zdecydowanie za mało do powiedzenia. Ale idź do niego. Może się czegoś dowiesz – cień zamilkł.
-OK. dzięki. A jak ty sądzisz, kto mógł to zrobić ? – Malkavian popatrzył na scenę, z której jakaś kobieta wydzierała się w niebogłosy z towarzyszeniem chóru. Jak on nie cierpiał opery.
-No cóż, wy Świry macie wielu wrogów, nawet w otoczeniu księcia. Uważaj, Raven. Twój ojciec nie ucieszyłby się, gdybym cię nie dopilnował – w ciemności błysnęły zęby.
-Będę – wampir wstał. – I muszę ci podrzucić trochę lepszej muzyki. Tych potępionych wyć nie da się słuchać.
-Tak samo jak twoich potępionych ryków – doleciał go głos Belfegora. – Tak wiec Raven… bądź miły i wyjdź.
Malkavian tylko się roześmiał.
„Mach 2” nie był speluną. Nie był też zwykłym barem. Był ekskluzywnym klubem, do którego prawo wejścia mieli jedynie wybrani. Wybrańcy ci posiadali długie zęby. Wejścia zazwyczaj pilnowało dwóch goryli o odpowiedniej masie i inteligencji. Obecnie spoczywali pod pobliskim murem.
Wnętrze baru było dosyć typowe stoliki, bar, miejsce do tańczenia, techno sieczka i kolorowe reflektory. Jednak gdzieś w kącie znajdowały się drewniane drzwi nie pasujące do otoczenia. Właśnie tam kierował się Raven. W jakiś cudowny sposób tłum rozstępował się przed nim jak lód przed palnikiem. Gdy do nich dotarł znowu go zatrzymano… to był błąd… kolejne dwa bezwładne ciała osunęły się na podłogę. Kopnięcie obutej w glana nogi otworzyło drzwi. Raven wkroczył do następnej sali. Panował w niej półmrok, a głowy wszystkich obecnych były skierowane w kierunku nowoprzybyłego. Jeden ze starszych wstał
- Co to ma znaczyć świrze?! W historii tego miasta jeszcze nikt nie zszargał tradycji elizjum! Wyjdź stąd natychmiast, albo zostaniesz usunięty! – mężczyzna nie starał się ukryć groźby.
- Gdzie jest Książę? Mam z nim do pogadania. – mówiąc to bezceremonialnie minął starszego.
- Książę jest tam gdzie zwykle, ale ty do niego nie pójdziesz… - strzał posłał wampira do tyłu. Raven przeładował.
- Nie podskakuj wnerwionemu świrowi.- wyważył następne drzwi. Kolejne pomieszczenie było mniejsze i prawie całkowicie ciemne. Po bokach stały rzędy kolumn a na końcu, po drugiej stronie od wejścia, na podwyższeniu stał tron. Jedyne jasne miejsce bo oświetlone punktowym reflektorem.
-Raven. Raven. Raven. Masz zbyt filmowy styl… czarne BMW, czarny płaszcz, koszulka zespołu metalowego… no i ten brak manier… drzwi były otwarte.- Książe siedział, a raczej leżał na swoim tronie z nogami przerzuconymi przez podłokietnik i jedną ręką niedbale położoną na oparciu. – Gadaj po co przylazłeś?
- Dlaczego zostałem wystawiony?- Raven był bliski wybuchu – Wypuściliście nas jak owce na rzeź! Co to ma do cholery znaczyć!?- Książe zachował wystudiowaną minę czystego lekceważenia.
-Nikt Cię nie wystawił. Źle zaplanowałeś akcję taktycznie. To twoja wina. Czemu masz do mnie pretensje?- Władca bawił się monetą. Lekceważenie przechodziło powoli w olewanie.
- Miało tam być tylko kilku sabatników z lekką bronią a był zaminowany budynek i karabiny maszynowe, brakowało tylko moździerzy! Moi podwładni nie mieli szans! Ich nie trafiali tylko od razu rozczłonowali. Do tego jeszcze daliście nam snajpera-zdrajcę, który rozstrzelał połowę mojej grupy!
-Ale ty przetrwałeś… - Książe wyrzucił monetę – czy to nie dziwne? Wszyscy giną, po przeciwnikach ani śladu, a ty jako jedyny świadek zdrady snajpera przychodzisz tu i jeszcze oskarżasz mnie o wystawienie Cię… Straż! Aresztować go! Będziesz musiał się gęsto tłumaczyć Malkavianie.- wyraz tryumfu na twarzy władcy zastąpił dotychczasowe znudzenie.
-To się jeszcze okaże – Raven już ściskał pistolet. Krew zawrzała w jego żyłach i przyspieszył. Druga ręka automatycznie sięgnęła pod płaszcz. Wampir obrócił się wyjmując strzelbę. Zza drzwi bardzo powoli wbiegali strażnicy. Pociągnął za spusty. W zasadzie kula z pistoletu może jedynie spowolnić wampira. Jednak pocisk z Desert Eagla może go unieruchomić. Śrut na dobrą metę też jest skuteczny. Dwa ciała uderzyły o podłogę. Lufa strzelby zatoczyła koło. Za pierwszymi poszły kolejne kule. Strażnicy upadli. Raven odwrócił się i przyklęknął. Wycelował w księcia. Szczęk! Komora w pistolecie była pusta.
- Jeszcze sobie pogadamy.- schował broń i wybiegł. Nikt go nie zatrzymywał. Wskoczył do swojego BMW, zapalił silnik i ruszył.
- I jak rozmowa z księciem? – Cień na siedzeniu pasażera zmaterializował się w odrażające ciało Belfegora. Samochód zatańczył na drodze. Raven z trudem opanował siebie i pojazd. Było to po nikąd zrozumiałe gdyż twarzy Nosferatu bliżej było do filmowego „Obcego” niż człowieka. Pozbawiony skóry w procesie przemiany wampir nie przedstawiał sobą ciekawego obrazu. Jego mięśnie poczerniały a gdzie niegdzie zzieleniały. Do tego został on obdarzony nad wyraz szczodrze uzębieniem, które gdzie niegdzie poprzebijały się przez pokryte śluzem mięśnie.
-Nigdy więcej tak nie rób!- wrzasnął Raven- to jest bardzo drogi samochód! Jak będziesz chciał sobie pojeździć to mnie uprzedź, wyjmę pokrowce na siedzenia.
-Skoro tak mnie traktujesz to nie powinienem Ci tego dawać tylko zostawić tam gdzie było. Ale masz. Weź sobie.- szponiasta dłoń położyła coś na desce rozdzielczej.
-Co to? Zapalnik? Skąd go wziąłeś?- Malkavian nie krył zdziwienia.
-Ze stacyjki twojego drogiego samochodu. Niepotrzebnie sprawiłeś sobie kabriolet – zbyt rzuca się w oczy.- mentorski ton Belfegora odrobinę drażnił zszargane nerwy kierowcy.
- Chcesz wiedzieć jak moja wizyta czy będziesz mi prawił morały- Nosferatu wzruszył ramionami- Otóż była niezbyt owocna. Możesz przeładować mi broń? Magazynki są w schowku.
Xxx
- Drodzy Spokrewnieni! Ogłaszam krwawe łowy na Malkaviana Ravena! Zdrajcę i Sabatnika! Niech na ulicach poleje się krew! – na słowa księcia odpowiedziały dzikie wrzaski.
Xxx
-Skręć tutaj- Nosferatu wskazał ciemny zaułek- A teraz bądź tak łaskaw i odsuń ten kontener.
Raven wysiadł i przesunął śmietnik. Nosferatu wyjął małego pilota i nacisnął przycisk. Na miejscu gdzie stał kontener otworzył się wjazd do podziemnego garażu.
-Wprowadź samochód i poczekaj na mnie. Zaraz przyjdę tylko tu posprzątam. – Malkavian wsiadł do samochodu i zjechał w dół. Był bardzo ciekaw co jego mentor jeszcze przygotował. BMW zatrzymało się w mroku. Wampir nie wysiadł. Czuł na sobie wzrok setek oczu. Nagle rozbłysnęło jasne światło. Nosferatu wkroczył do swojego schronienia. Wnętrze było rozległe i nieźle urządzone.
-Chodź Raven zjemy coś. – mówiąc to podszedł do lodówki i wyjął z niej woreczki z krwią używane w szpitalach.
-Widzę, że zająłeś się bankowością.- rozgryzł swoją torebkę i wypił zawartość. – Trochę się dziś zmachałem, trzeba by się przekimać.
-Jakie masz palny na jutro? Pójdziesz do księcia z kwiatkami i bombonierką i będziesz go przepraszał? – Nosferatu bawił się bąbelkiem powietrza w swoim worku.
-Raczej nie bardzo. Troszkę mnie poniosło i złamałem zasadę elizjum. Więc bombonierka nie wystarczy. Ale potrzebuję znaleźć jednego osobnika.
-kogo?
-Brujaha – snajpera. Jakieś sto kilo łysego koksu. Wymachuje Dragunovem. – Raven wywalił się na jednej z sof – będzie trudno, ale w końcu go znajdę.
Nosferatu uśmiechnął się pobłażliwie.
- Zaraz się go znajdzie.- Wstał i podszedł do nie zagospodarowanej części pomieszczenia. Uniósł ręce do góry. Przez chwile nic się nie działo. Lecz nagle w mroku zalegającym w kącie coś się poruszyło. Na środek wolnego miejsca wybiegł szczur, najpierw jeden, potem jeszcze dwa, a wreszcie całe steki. Popiskująca masa zapełniła całą wolną przestrzeń. Raven nigdy nie widział tylu szczurów naraz… i miał nadzieję już nie zobaczyć. Zwierzęta stały wpatrzone w Nosferatu. Chwile nic się nie działo, po czym wszystkie gryzonie rozbiegły się. Belfegor uśmiechnął się w sposób, który miał być czarujący…
-No to odpoczywajmy. Czeka nas pracowita noc.
Xxx
Bar powinien być pełen ludzi. Brujah uwielbiał tu polować. Wystarczyła krótka gadka i panienka przyjmowała zaproszenie na kolację. Tak było zazwyczaj. Dziś knajpa była jakby wyludniona więc siedział przy barze i zastanawiał co ze sobą zrobić. Trzeba poczekać na następne zlecenie. Rozmyślanie przerwało mu coś ciężkiego co oparło się na jego ramieniu. Odwrócił głowę. To była klinga miecza. Jakieś litery zdobiły zbrocze, ale jakoś nie ciekawiło go co głosił napis. Za to bardzo ciekawiło go kto stoi po drugiej stronie ostrza. Oczy rozwarły mu się z przerażenia gdy zobaczył właściciela broni.
-Witam pana, panie snajper.- lekki ton Ravena nie pasował do jego twarzy… a do oczu już w ogóle. – co to pan porabia oprócz zdradzania innych? – ostrze lekko zmieniło położenie.
- Czego chcesz? – nic innego nie przyszło Brujahowi do głowy
-Powspominać… a właściwie to dowiedzieć się kto cię wynajął… no chyba że to tajemnica handlowa… - Brujah skoncentrował się na broni i alternatywa tajemnicy handlowej wydała mu się dziwnie bezsensowna.
-Jeżeli powiem to mnie nie zabijesz? – postanowił się targować
-Pomyślimy… a teraz gadaj!- głos nie znał sprzeciwu
-To Salltore, Książe… - tyle wystarczyło Ravenowi. Szybkim ruchem skrócił Brujaha o głowę. Zbroczem spłynęła krew i powoli zakryła napis.
Xxx
Gruchnęły strzały. Ktoś próbował odpowiedzieć ogniem, ale szybko został uciszony. Drzwi zostały niemalże wyrwane z zawiasów. „Mach 2” stanął otworem. Na strzelbie błyszczał napis Tantum Deus immortalis est … tylko Bóg jest nieśmiertelny… o prawdziwości tego stwierdzenia przekonali się ci, którzy stanęli na drodze Ravenowi. Ósma łuska brzęknęła o podłogę. Broń zniknęła pod płaszczem. Pistolet pojawił się w dłoni. Woe to the defeated… Biada pokonanym… W konfrontacji z gniewem Malkaviana każdy był pokonanym… wszyscy, którzy stali między nim a salą księcia dowiedzieli się o tym za późno… Stal zniknęła z dłoni i stal się w niej pojawiła. Długa klinga półtorarocznego miecza zabłysła… Litery na zbroczu ułożone były w napis
Le sang je convoite
Le sang je desie
Je suis l`image
De mon signeur
Krwi pożądam
Krwi ja pragnę
Jestem odbiciem
Mojego pana
Drzwi trzasnęły. Glan był jakby stworzony do ich otwierania. Salltore jak zawsze na swoim tronie i jak zawsze otoczony światłem reflektora.
-Mówiłem Ci Raven, masz zbyt filmowy Styl. – Książe jakby nie zauważył rzezi zza drzwi. – Ja ogłaszam na ciebie krwawe łowy a ty po prostu przychodzisz tutaj, mordujesz moją straż i wchodzisz sobie tutaj jak gdyby nigdy nic. Co to się porobiło z tymi świrami. Książe jak zawsze bawił się monetą.
-Mamy do pogadania – Wampir ruszył ku księciu – Dlaczego zginęli moi podwładni? Dlaczego zostaliśmy zdradzeni? Dlaczego wypuszczeni? – Oczy Ravena płonęły. Był coraz bliżej podwyższenia z tronem.
-Bo byli za dobrzy.- Głos nie należał do księcia. Z mroku wyłoniła się druga postać. Jej tważ była idealnie symetryczna, idealnie kobieca, idealnie piękna… Tzimisce. Diabeł…
-Byli zbyt skuteczni. Hamowaliście nasze działania zbyt efektywnie. Teraz gdy twoje komando zostało rozbite Sabat ma większe możliwości. Niewielu stanie przeciw nam z taką zaciekłością jak wy. – Słowom towarzyszył idealny uśmiech idealnych ust. Był przerażający. Gdyby Raven był żywy pewnie dyszał by ze wściekłości, a że nie oddychał to tylko stał nieruchomy niczym posąg. Płaszcz spływał do ziemi, na piersi w furii kolorów widniało logo jakiejś kapeli. Głowa powoli podniosła się do góry… twarz była kwintesencją furii… Odsłonięte zęby wraz z potężnymi kłami, zmarszczone brwi, przekrwione oczy, bruzdy na czole…
- Komando istnieje dopóki istnieje ostatni z jego członków – wyszeptał. Krew zagotowała się w jego żyłach. Skoczył i przeszył księcia ostrzem. Klinga przebiła ciało i weszła w oparcie tronu. Raven wyszarpnął broń. Poprawił przecinając czaszkę księcia. I wtedy poczuł ból. Całe wnętrze go bolało. Miliony kostnych ostrzy przebiło go od środka. Zwalił się na podłogę, miecz upadł obok niego. Perlisty śmiech rozległ się w Sali. Był idealny jak jego właścicielka.
-Widzisz świrze, cały problem z wami to ten że nie wiecie kiedy umrzeć. Ale spokojnie, twoje niby życie potrwa jeszcze długo i to w wielkim bólu. Uśmiech zabłysnął na tważy Malkaviana. Mimo bólu chwycił miecz i wstał… usłyszał trzask własnych, łamanych nóg. Upadł znowu.
-Wierz mi, nawet do mnie nie podejdziesz, choć może było by to ciekawe… - szponiasta łapa gładko przeszła przez ciało. Pomiędzy palcami biło serce.
-On nie musi do ciebie podchodzić słonko- Belfegor zacisnął pięść. Wyszarpnął rękę i bezwładne ciało padło na ziemię. Nosferatu podszedł do Ravena i dał mu worek z krwią.
-Masz postawi cię na nogi. – dowcip był zdecydowanie Ne na miejscu. Leżący wampir wypił łapczywie.
-Wyjdźmy stąd – wycharczał.
Xxx
-Więc to Sabat pociągał za sznurki- Raven zamknął drzwi BMW
-Tak to wygląda i tak jest w wielu miastach- Nosferatu pokiwał głową
-Tylko mi nie mów, że wiedziałeś- Malkavian odwrócił się do rozmówcy – wiedziałeś!…
-Nie pytałeś czy wiem- Nosferatu zrobił niewinną jego zdaniem minę – a czy ty wiesz co się stało z C4 z twojego samochodu- Raven włożył kluczyk do stacyjki…
-Nie- przekręcił…
Okolicą targnął wielki wybuch… klub „Mach 2” przestał istnieć. Czarne BMW pomknęło ku autostradzie…