Reb
– Ależ oczywiście Starszy Bohaterze, naturalnie Starszy Bohaterze...
– No, już! Pakuj się i Danzel podrzuci cię do Krańców, dalej będziesz musiał pójść pieszo.
Danzel był dość wysokim i szerokim w barach człowiekiem, odzianym w smoczą skórę. Kiedy Reb spakwał się, Danzel kończył montować uprząż dla koni. – Witaj panie! – powiedział człowiek do swego elfiego przełożonego; Reb nie zareagował. Nigdy nie reagował na powitania ludzi, a już szczególnie tego właściwego człowieka. Danzel był przyzwyczajony do ignorowania jego osoby; w sumie nic dziwnego – był człowiekiem. Reb wsiadł do powozu, usadowił się obok Carlosa, ochroniarza. Każdy członek Krajowej Gildii Bezimiennych posiadał swego ochroniarza, który towarzyszył mu od wstąpienia do gildii do śmierci któregokolwiek z nich – jeżeli zginął ochroniarz, działacz musiał poprosić o przydział następnego, jeżeli zaś działacz, ochroniarz był zabijany, aby – wedle powszechnych wierzeń – pilnować mentora w Zaświatach. Danzel usiadł na koźle, wziął bat w dłoń i machną nim z całej siły nad głowami dwóch wystraszonych koni. Zwierzęta ruszyły do przodu, najpierw stępa, następnie kłusem by za chwilę pocwałować ku granicy. Krańce leżały jakieś dwa dni drogi od Ationu, skąd wyruszali, więc oczywiste było, że będą musieli zatrzymać się gdzieś na noc. Podróż mijała im w milczeniu, przerywana tylko od czasu do czasu okrzykami woźnicy, który poganiał konie. Około godziny dwudziestej drugiej, Reb zarządził postój; mały przydrożny zajazd „U Mietka” jak głosił szyld nad starymi, pokrytymi złuszczoną farbą drzwiami zapraszał wprost zmęczonych wędrowców ciepłym blaskiem ognia w kominku, widocznym przez okna, oraz zapachem pieczonego indyka i mocnym odorem wina. Poza tym za zajazdem znajdowała się stajnia, a miejsca dla powozu nie brakowało obok niej, tuż przy kamiennej budowli „Służba ochroniarska”. Reb i Carlos bawili się wyśmienicie przy muzyce gitar i pianin oraz przy tak cudownej obsłudze Mietka oraz jego żony i dzieci; córki Marysi oraz syna Hipolita. Około godziny drugiej, podróżnicy poszli spać; Danzel spał już od dłuższego czasu nie mogąc wytrzymać odgłosów zabawy, na ktorą nie zaproszono jedynego człowieka w zajeździe.
Wyruszyli rano, żegnani przez właściciela, jego rodzinę oraz jajka na bekonie i piwo. Carlos i Danzel byli wypoczęci, jako że zostali przyzwyczajeni do krótkiego snu, Reb jednak, który wychowywał się w przeświadczeniu, iż może spać do obiadu, musiał odsypiać na kanapie powozu. W okolicach podwieczorku Reb otworzył oczy i nie spał już do końca podróży. Żaden z bohaterów nie miał nic do zrobienia, więc oboje podziwiali widoki za oknem; jadąc coraz dalej na południe mijali wielkie zielone wzgórza pokryte lasami, olbrzymie polany, które zapewne kiedyś były lub będą polami walk, widzieli w oddali małe wioski oraz wieże strażnicze wielkich miast, na własne oczy oglądali zapewne jako pierwsze istoty rozumne wiele ras zwierząt jak na przykład Certafiny – wielkie, podobne trochę do smoków zwierzęta, z tym, że ich skrzydła były opierzone, a na pysku i bokach mieli wielkie plamy takiego samego koloru, co z daleka dawało efekt jakby były ubrane w rodowe znaki. Innym przykładem dzikiego zwierzęcia były Sucheby, przypominające driady stworzenia, lecz znacznie mniejsze i zielone, z brązowymi włosami i ostrymi ząbkami. Danzel przekonał się na własnej skórze, jak ostrymi, ponieważ kiedy jedna Sucheba poddryfowała do niego, zamachnął się na nią ręką odsłaniając nos. Zwierzaczek nie zawachał się ani chwili i teraz Danzel wygląda bardziej szpetnie niż na początku, a to już wyczyn nie lada. Kiedy powóz dojechał prawie do krańców, było już ciemno. Przy granicy podróżnicy rozbili obóz i zaczęli przygotowywać kolację. Mimo, iż bez towarzystwa Marysi posiłek nie był tak smaczny – był pożywny. Wszyscy najedli się do syta pieczonym kurczakiem, popili to wodą ze strumienia i piwem, po czym położyli się spać. Noc była ciepła i spokojna, nikogo nie obudziły dziwne rzeczy, które działy się w pobliżu; Sucheby, jak co noc, urządziły sobie tańce przy muzyce, natomiast Certafiny poleciały do wieży Certafa, króla tych dziwacznych stworzeń, robiąc przy tym straszliwy hałas. Nasi przyjaciele, którzy – bądź, co bądź – spali w pewnej odległości od dzikich stworów nie słyszeli niczego i spali jak zabici. Nie obawiali się tutaj przeciwników, więc nie wystawiali patroli na noc, aby rano wszyscy byli wypoczęci. Było to dobre posunięcie, ponieważ w okolicy nie było poważnych zagrożeń, a nie ma nic gorszego niż wstawanie w środku nocy z miękkiego posłania z mchu, głębokiego na piętnaście centymetrów, a rano żeczywiście wstali wypoczęci jak nigdy. Danzel zobowiązał się rano, że odwiezie ich do samego Głazu, na co bohaterowie chętnie przystali, jako, że nie było sensu męczyć się bardziej niż to konieczne. Tak więc ostatni odcinek drogi do Krain Ościennych przebyli równierz powozem, natomiast przy Głazie kazali woźnicy zdiąć uprząż z koni, osiodłać je oraz zapakować prowiant i wodę do juków przytroczonych do jednego wierzchowca. Następnie wsiedli oboje na drugiego konia – który przecież uniesie dwóch elfów – i ruszyli przed siebie – do pierwszego napotkanego miasta. Jeszcze długa droga przed nimi, więc będą pewnie mieli wiele przygód zanim dotrą do Ostoi Człowieczeństwa – Odeivo.
Tym czasem Danzel stał na trakcie oparty o Głaz i wściekły na cały świat splunął na ziemię, a jego ślina wznieciła obłok kurzu; zza Głazu wysunęła się Sucheba.
– Mogę ci pomóc – rozłegł się skrzekliwy głos w okolicach kolan Danzela.
– Ciekawe jak – zapytał nieco zdezorientowany bardziej odruchowo niż umyślnie – ja potrzebuję transportu i broni...
– Jesteśmy silne, kiedy trzeba! Poza tym myślisz, że walczymy gołymi rękami?
Carlos i Reb jechali opustoszałym gościniem ku Odeivo, podziwiając monotonny krajobraz nizinny, od czasu do czasu widząc w oddali stado centaurów lub jednorożców.
Reb nie był lubiany przez elfy; jego wiecznie nienaganna fryzura, cynizm oraz chęć dokuczania innym nie przysparzały mu przyjaciół już w przedszkolu. Nikt bardziej od niego nie wyżywał się na niewolnikach czy ludziach. Poza tym jego sztuczna uprzejmość w stosunku do przełożonych, doprowadzała ich do szału. Przy okazji wymieniania cech charakteru, nie wolno zapomnieć o jego umiejętnościach, a te z pewnością małe nie były; od zawsze miał smykałkę do mieczy oraz łuków, a ze sztyletem w dłoni potrafił upolować Szarego Rozpruwacza w minutę. Niestety, w dzieciństwie miał wypadek i jego ręka została zmiażdżona przez skałę. Od tej pory sztylety nie były już jego mocną stroną.
Kiedy mijali skrzyżowanie, gdzie była droga do jednej z wiosek, Carlos zauważył w oddali sylwetkę chłopca oraz mężczyzny. Chcłopiec był chyba poszkodowany, ponieważ szedł nierówno, poza tym był przez drugiego ciągniety... Reb zobaczył, na cóż to taką uwagę zwrócił jego ochroniaż i już w następnej chwili biegł cichutko w stronę złoczyńcy. Wyciągnął z pochwy miecz, zatrzymał się i natarł na przeciwnika; ten nawet nie zdążył się odwrócić, już stał przebity mieczem na wylot, oczy wyłaziły mu z orbit i ból nie dał mu nawet krzyknąć. Po chwili szoku przedśmiertnego, mężczyzna zawisł bezwładnie na mieczu, aby Reb wyciągnął go z ciała zabitego. – Dziękuję Ci, o Panie! – zawołał uradowany chłopiec – Nazywam się Cid, i jestem do twoich usług... jeżeli pozwolisz, przenocuj u mnie, poczęstuję Cię wieczerzą oraz zaopatrzę w prowiant na drogę!
– Dziękujemy bardzo. Chetnie skorzystamy...
– Chodźcie za mną!
Pobiegli za chłopcem do jego woski, gdzie wszyscy przywitali przybyszy z szeroko otwartymi ramionami, pozdrawiajac ich na głos i mówiąc: Niech Sheba ma Cię w swojej opiece, zacny elfie!
W domu Cida przywitał ich starszy, łysiejący, lecz bardzo żwawy mężczyzna, który przedstawił się jako Lupus, wój chłopca; w kuchni zastali piękną młodą dziewczynę – chyba półelficę – o imieniu Sahewa. Miała ona krucze włosy, ciemną skórę, piękne niebieskie oczy oraz pełne czerwone usta. Na samym końcu poznali ostatniego z rodziny – małego Aarona o jasnych włosach i czarnych oczach, bladej cerze i dosyć wąskich barkach; Aaron miał najwyżej dziesięć lat.
Posiłek, jakim ich tu uraczono był wprost wyborny i Reb osobiście chciał podziękować gospodyni, która nie jadła wraz z nimi. Znalazł ją w miejscowym domu kultury, gdzie siedziała w kącie płacząc. Kiedy jednak zapytał co się stało, rozpłakała się jeszcze bardziej i pokazała tylko jakiś tobołek, leżący na ziemi dość daleko od niej. Rebilian spojżał nań i... zwymiotował; na ziemi leżał owinięty w czarną płachtę chłopiec, mniej więcej w wieku Aarona, z wyprutymi wnętrznościami, wyrzuconymi na podłogę, rozbitą głową oraz wydłubanymi oczami, które leżały nieopodal.
Kilka dni później, medycy wioskowi orzekli nastepującą diagnozę: Chłopiec został zamordowany. Morderca bestialsko zabrał serce oraz mózg, natomiast wszystkie tętnice zostały poprzecinane... Największym jednak szokiem były słowa wypisane na plecach ofiary: Nikt mnie nie zniszczy poza tym jedynym, co brata ma młodszego, i nawet jedyny mnie nie zniszczy, gdyż młodszego brata już nie ma, a on miał mnie zniszczyć, bo jedyny nie byłby w stanie do końca tego uczynić, jeżeli by potem nie zabił brata młodszego, który był z nieprawego łoża. Tekst ten napisany został ostrzem stali krasnoludzkiej lub Tytaniej nawet, co można wywnioskować z grubości linii.
Wioska pogrążyła się w żałobie, wszyscy płakali, zastanawiając się, cóż to za potwór mógł tak potraktować dziecko; wszyscy poza jedną rodziną – rodziną Cida. W jego domu wszyscy pakowali się powtażając, że ich misja została wypełniona i, że nie muszą już tutaj tkwić nic nie robiąc. Reb i Carlos chcieli zabrać się z nimi, lecz Cid powiedział, że to zbyt niebezpieczne. Roześmiali się tylko i wsiedli do wozu Lupusa.
Jechali dwa dni w spokoju zostawiając wioskę za plecami, lecz trzeciego dnia pod wieczór wydażyło się coś, co zmieniło wszystko... siedzieli przy ognisku, kiedy Cid zaczął się dziwnie zachowywać; siadł nagle prosto wpatrzony w pustkę i zaczął się powoli podnosić. Kiedy wstał jego ciało nie zwalniajac ani na sekundę podnosiło się dalej, zatrzymując dopiero ok. 10 cali nad ziemią. Wtedy rozbłysło dziwne światło jakby z wnętrza chłopca i ten przemówił grubym, zupełnie nieswoim głosem:
- Rebilianie! Musisz stawić się w bazie w ciągu godziny, lub... KONIEC!!!
Po tych słowach chłopiec znów stał się sobą i zapadł na nowo w sen. Carlos i Reb siedzieli przy ogniu całą noc; milczeli, ale oboje wiedzieli o czym myśli drugi. Jeżeli Reb nie stawi się w kwaterze, wyrzucą go z KGB, a wtedy Carlosa spotka śmierć...
Rano Cid zachowywał się, jakby nic się nie stało, lecz kiedy zostali z Rebem sam na sam zapytał
– Reb? Dlaczego nie powiedziałeś mi, że jesteś agentem KGB? Zawsze chciałem mieć przyjaciela z tajnej organizacji... a teraz Carlos zginie i ty nas opuścisz...
– Nie opuszczę was na pewno... A Carlos będzie żył!
Danzel rozmawiał z przywódcą Sucheb. Obiecały mu broń oraz lokomocję i dotrzymały słowa, lecz teraz zażądają zapłaty; głowy Carlosa de Santae, elfa z rodu Santae, syna Virteora i Feanny, wnuka Sablimioreda z miasta Haldereviabin, zabójcy Simenza. Jest on podobno bardzo niebezpieczny dla Sucheb, Driad, Najad oraz Verieb. Danzel nie chciał wierzyć; znał Carlosa dziesięć lat, nie wierzył, że byłby zdolny do czegoś takiego.