Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Róża

jan_waga ·

Mgła powoli zaczęła się rozpraszać w pierwszych, ciepłych promieniach wschodzącego słońca, odkrywając brudny kobierzec utkany z pożółkłej trawy i niebieskoszarych porostów. Wiatr co chwila przepędzał tumany ciężkiego, mokrego śniegu, który padając na ziemię szybko topniał zasilając w wodę wielką kałużę. Można było zobaczyć w niej odbicie ołowianego firmamentu, wiszącego nisko nad powierzchnią ziemi. Nagle lustrzany obraz nieba znikł. Tafla wody została brutalnie wzburzona uderzeniami drobnych stóp. Mały dzieciak dziarsko przemaszerował przez sam środek bajorka, specjalnie tupiąc nóżkami. Nie zwracał kompletnie uwagi na przemoczone ubranie, fontanny wody tryskające spod zbyt dużych butów sprawiały mu dziką radochę. Niemożebnie umorusany skierował się natychmiast w stronę następnej kałuży. Żadnej nie zamierzał przepuścić...
-O! Czarnucha! - na chwilę się zatrzymał, skierował roześmiany wzrok w stronę starego, samotnego dębu.
-Czarnucha! Czekaj ty! - Schylił się sięgając po kamień, który z trudem mieścił się w jego niewielkiej dłoni. Wziął wielki zamach i cisnął z całych sił w kierunku wrony siedzącej na czubku drzewa.
-Pokaż jak potrafisz latać. - Efekt był łatwy do przewidzenia, pocisk nie doleciał nawet do wysokości na której pojawiały się pierwsze gałęzie. Czarne ptaszysko zareagowało jedynie niewielkim, lekceważącym przekrzywieniem głowy, spokojnie i beznamiętnie z wysokości łypnęło grafitowym okiem na swego \'prześladowcę\'.
-Czekaj ty! - Malec wpadł w złość. Jak szalony zaczął rzucać czym popadnie w kierunku ptaka. W górę leciały patyki, kępki trawy oraz kamienie. Jedyne co osiągnął to to, że jeden z nich spadając trafił go w głowę nabijając bolesnego guza. Malec zapiszczał ze złości, lecz pomimo przeciwności losu nie zamierzał się tak łatwo poddać. Ze zdwojoną energią kontynuował zaciekły atak. Po chwili jednak się zasapał i usiadł zmęczony pod drzewem na kępie mokrej trawy. Ciężko dysząc popatrzył na swą niedoszłą ofiarę. Wrona szeroko rozwarła dziób bezczelnie ziewając, nastroszyła pióra i przymknęła oczy wpadając w drzemkę.
-Ja tu jeszcze kiedyś wrócę! - Wstał, pogroził jej pięścią i poszedł dalej błotnistą ścieżką oglądając się jeszcze kilka razy z nieskrywanym zawodem wymalowanym na brudnej twarzyczce. Po kilkudziesięciu krokach zapomniał o niepowodzeniu i śmiertelnej obrazie jakiej doznał. Jego uwagę przykuło coś nowego. Zatrzymał się znów na chwilę nasłuchując uważnie, do jego uszu docierał szum płynącej wody.
-Zły. - Wyszeptał wylękniony.
-Uwaga. Zły. Trzeba iść cichutko. - Mówił sam do siebie – Może się uda. Ten głupek pewnie jeszcze śpi. - Bardzo ostrożnie zaczął posuwać się naprzód, rozglądając niespokojnie dookoła szeroko otwartymi, niebieskimi oczami. Z rozchylonych ust wydobywał się szybki, płytki oddech, który w zetknięciu z zimnym powietrzem zamieniał się w niewielkie obłoczki białej pary. Zatrzymał się nad brzegiem wartkiego, szerokiego strumienia. Woda bystro przemykała pomiędzy wystającymi z dna dużymi, obłymi głazami. To było jedyne miejsce, w którym można było się przedostać na drugi brzeg - zarówno powyżej jak i poniżej było zbyt głęboko by myśleć o przejściu po dnie, a nurt był zbyt silny by dało się przepłynąć wpław. Ostrożnie stanął na pierwszym z brzegu kamieniu, cały czas niespokojnie rozglądał się na wszystkie strony, przeskoczył lekko na następny kamień, potem znów na następny i znów, po czym zatrzymał się na środku przeprawy. Nic się nie działo, ale on nie zamierzał prowokować losu. Ruszył w dalszą drogę skacząc z kamienia na kamień tym szybciej im bliżej był drugiego brzegu. Na ostatnim poślizgnął się i z piskiem wpadł do wody. Przestraszony zatkał sobie ręką usta, przez chwilę sprawdzał czy aby na pewno nikt go nie usłyszał, po czym na czworakach wdrapał się na brzeg. Nie oglądając się już za siebie puścił się biegiem w kierunku niewielkiego wzniesienia. Na jego wierzchołku poplątały mu się nogi, potknął się, przewrócił i zjechał na brzuchu głową w dół, wzdłuż przeciwległego, stromego zbocza. U jego podnóża zarył twarzą w ziemię, szybko zerwał się na nogi, z obrzydzeniem wypluł z ust kilka źdźbeł trawy i już chciał biec dalej, ale stara, pocerowana torba, którą niósł, jak na złość zsunęła mu się z ramienia. Zdążył już przebiec kilka kroków zanim to zauważył. Zatrzymał się w rozterce nie wiedząc, co dalej robić. Czy uciekać, czy wrócić po zgubę. Z niechęcią cofnął się w kierunku pagórka, chwycił za pasek torby i nawet nie założył jej na ramię, tylko ciągnąc po ziemi zaczął biec przed siebie. Najpierw bardzo szybko, potem coraz wolniej i wolniej, kilka razy oglądał się do tyłu, później bieg zamienił się w szybki marsz. Malec czuł się coraz pewniej, spojrzał jeszcze kilka razy, już bez lęku, w kierunku strumienia.
-A nie mówiłem? - zachichotał wyraźnie dumny z siebie. - Głupek jeszcze śpi. Ale z powrotem może być gorzej. – Na jego twarzy pojawił się wyraz zafrasowania
– Trzeba się spieszyć.
Rozejrzał się wokoło. U jego stóp rozpościerał się zielono-czerwony dywan utworzony przez niskie, krzaczaste roślinki, upstrzone apetycznymi jagodami.
-Trzeba się spieszyć. - Ukląkł na kolanach, otworzył torbę i położył ją tuż przed sobą. Zaczął energicznie zrywać całkiem duże, krwistoczerwone owoce. Jednakże większość z nich bynajmniej nie trafiała do torby.
-Dobre. - Powiedział niewyraźnie z pełnymi ustami. Nagle jego ręka zatrzymała się w połowie drogi do otwartej już buzi. Kilkanaście kroków od niego majestatycznie przedefilowało stado dzikich kuraków. Spojrzał z niechęcią na trzymane w dłoni jagody, po czym bez żalu wysypał je na ziemię.
-Zbieranie jagód dobre jest dla bab. -Mruknął pod nosem – Mężczyźni polują na grubego zwierza.
Choć kuraki trudno było uznać za grubego zwierza, to w jego oczach pojawił się mistyczny blask.
-Polowanie! Urządzimy sobie polowanie. Chrzanić jagody. - Powoli, by nie spłoszyć ptactwa, podniósł się, podszedł do rosnącej kilka kroków dalej młodej brzózki. Chwycił jej pień, po czym z całych sił wygiął drzewko chcąc je złamać. Pień pękł z głośnym trzaskiem. Zaniepokojone tym faktem ptaki oddaliły się pospiesznie i ukryły w rosnących nieopodal zaroślach utworzonych przez pokrzywy i tarninę. Tymczasem Malec ze złamanego drzewka zdążył już zrobić coś w rodzaju ni to dzidy, ni to maczugi. Miał już broń, ale chyba sam nie był pewien w jaki sposób ma jej użyć. Ostatecznie zdecydował się na maczugę, bo chwycił oburącz drzewko i uniósł nad głowę. Ostrożnie ruszył w kierunku zarośli.
-Nooo.... Gdzie jesteście? - Ptaki dobrze się ukryły, obszedł zarośla dookoła kilka razy, ale nie był w stanie ich zauważyć. Po krótkim namyśle, odgarniając swą \'maczugą\' pokrzywy, zaczął się przedzierać w kierunku ich środka. Daleko nie zaszedł. Nagle ciszę rozdarł głośny furkot kilkunastu par skrzydeł. Ptaki niczym z procy wystrzeliły pionowo w górę. Malec był kompletnie nieprzygotowany na taki obrót sprawy, stanął zaskoczony bez ruchu. Jeden z kuraków zrywając się do lotu uderzył go w pierś, spadł na ziemię, po czym znów błyskawicznie poderwał się do góry i odleciał. Malec krzyknął przestraszony, upuścił kij, zakrył rękami głowę. Szybko się opanował, podniósł z ziemi swoją broń i ze złością rzucił za odlatującym stadem. Ale było już za późno, ptaki zdążyły oddalić się na bezpieczną odległość.
-I po polowaniu. - mruknął ze skwaszoną miną. Bez entuzjazmu wrócił do przerwanego zajęcia, ale zbieranie jagód wyraźnie go nudziło i męczyło.
-Jeszcze zdążę. Mam czas. - Usprawiedliwiał się sam przed sobą ze swego lenistwa. Znalazł sobie małe zagłębienie w ziemi wyściełane rosnącym tam, miękkim mchem i bez zbędnego namysłu postanowił zrobić sobie odpoczynek. Położył się na mchu i rozmarzony zaczął się gapić w chmury. To było bardzo miłe miejsce, zimny wiatr cicho zawodzący powyżej nie miał do niego dostępu, rozpadlina chroniła go przed jego lodowatym oddechem. Słońce tymczasem zdążyło już się przemieścić nieco wyżej w swej wędrówce po niebie i jego promienie zaczęły przyjemnie grzać. Zrobiło się ciepło, przytulnie, oczy same zaczęły mu się kleić, szum wiatru zadziałał niczym najpiękniejsza kołysanka. Malec usnął.

***

Otworzył oczy. Przez chwilę zdumiony rozglądał się wokoło próbując przypomnieć sobie gdzie się znajduje i skąd się tu wziął. Spojrzał w górę, słońce znajdowało się w najwyższym punkcie swej drogi, było południe. Niczym błyskawica w jego głowie pojawiła się ta myśl.
-Rany! Babcia się wścieknie. - Już dawno powinien był wrócić do domu. Zerwał się na równe nogi, szybko odnalazł swoją starą torbę. Niestety była prawie pusta. Nerwowo i z pośpiechem zaczął zrywać jagody, ale torba nie chciała się jakoś zapełnić. Przez chwilę pomyślał, zastanowił się, po czym wyrwał brutalnie z korzeniami kilka niewielkich, owocujących krzaczków i upchnął je w torbie. Wprawdzie ta się zapełniła, przybrała teraz kształt grubego rogala, ale jej zawartość nie przedstawiała się imponująco. Zdecydowanie więcej było tam zielska niż owoców.
-Trudno. - Popatrzył krytycznie na swoje zbiory. -I tak oberwę. Trzeba już wracać.
Szybko drobiąc małymi nóżkami skierował się w drogę powrotną do strumienia. Im był bliżej tym bardziej zaczął zwalniać. Widać było, że zaczyna się bać.
-Rano mi się udało. Głupek pewnie jeszcze spał. Ale co będzie teraz? -Był wyraźnie zmartwiony. W pewnym momencie na twarzy pojawił się wyraz determinacji. Usta ułożyły się w wąską linijkę, zmarszczył brwi i zacisnął mocno pięści.
-Nie przestraszę się. Uda mi się. Dam radę - Dodawał sobie otuchy. Tymczasem dotarł nad brzeg strumienia. Znad zarośli rosnących po drugiej stronie opodal unosiła się cienka smużka dymu. Ktoś musiał palić tam ognisko. Nie wróżyło to niczego dobrego. Ciężko westchnął i z rezygnacją zaczął przeprawiać się na drugi brzeg. Ostrożnie, ale jednocześnie sprawnie skakał z kamienia na kamień. Tym razem obyło się bez przymusowej kąpieli. Po przejściu na drugą stronę wbił wzrok w ziemię tuż przed czubkami swych butów i ze spuszczoną głową szybko ruszył przed siebie.
-A teraz do domu... do domu... szybko... szybko... do domu...
-Hej! Mały! - Zza pleców dogonił go złowrogi głos -No co? Nie przywitasz się nawet z kolegami?
-Róża... - wyszeptał niemalże bezgłośnie drżącymi ustami. Zatrzymał się w miejscu, tak jakby jego stopy wypuściły korzenie i wrosły w ziemię. Chciał biec, uciekać, lecz nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Przerażony powoli odwrócił się do tyłu. Wiedział, że już za późno na rejteradę. I tak by go dogonili. Czterech wyrostków nie spiesząc się szło w jego stronę. Każdy z nich był starszy i wyższy co najmniej o głowę. Wziął głęboki oddech i podjął desperacką próbę obrony, postanowił użyć swego najmocniejszego argumentu.
-Babcia powiedziała, że jeżeli dalej będziecie mi dokuczać to pozamienia was w ropuchy.
Wydawało się, że jego słowa odniosły pożądany skutek. W grupce wyrostków zapanowała konsternacja.
-Eee... -zaczął niepewnie pierwszy z brzegu -nie boimy się twojej babci.- powiedział bez przekonania.
-Ostrzegam...! Pozamienia was w ropuchy.
-Nie boimy się twojej babci. - Widać było, że groźba przestała robić na nich wrażenie.
-Twoja babcia jest stara. Ma kłopoty z pamięcią. Receptury jej się pomieszały.
-Tak! - Kontynuował następny – Ma kłopoty z pamięcią. Sołtys chciał miksturę na porost włosów, ale pomyliła składniki i włosy wcale mu nie urosły. Za to przez trzy dni chodził na czworaka i beczał jak koza. - Ta uwaga wywołała szydercze uśmiechy.
-Z twojej babci teraz to już dupa a nie wiedźma. Nie obroni cię. Sam musisz walczyć.
-Idę do domu! - Odparł malec z determinacją, obrócił się na pięcie i ruszył przed siebie. Daleko nie uszedł. Jeden z wyrostków podbiegł do niego i podciął mu z tyłu nogi. Malec jak długi runął na ziemię. Ze złości napłynęły mu łzy do oczu.
-No i gdzie ta twoja babcia? - Rozległy się szydercze śmiechy – Jakoś jeszcze nie przyleciała na miotle by ci pomóc.- Zanim zdążył wstać napastnicy otoczyli go. Trzech z nich rozłożyło się wygodnie na ziemi, jakby czekali na jakieś widowisko. Czwarty podszedł i pochylił się nad nim.
-Wstawaj gnido! - Mówiąc to kopnął go lekko w nogę. Malec posłusznie wstał, wystraszony podniósł wzrok na prześladowcę. Stał przed nim Zły. Powoli zaczął się rozbierać, najpierw zdjął z siebie wełnianą opończę, a następnie szarą, lnianą koszulę. Był dość chudy, dumnie wypiął goły tors eksponując wszystkie swoje żebra.
-Walcz łajzo. - Wycedził przez zęby. Zdjął z szyi rzemyk, na którym wisiał metalowy emblemat w kształcie róży i rzucił jednemu z kompanów.
-Popilnuj. Jeszcze gdzieś zgubię.
-Nie chcę się bić. - Odpowiedział Malec.
-Walcz tchórzu. - Wrzasnął Zły.
-Róża dawaj... dokop gnojkowi! - Kompani zachęcali go z boku.
-Tchórz! Tchórz! Tchórz! - Wołali do niego pogardliwie wykrzywiając twarze.
Róża podszedł bliżej i mocno go popchnął, Malec upadł na plecy, ale zaraz szybko wstał.
-No co jest mięczaku? Będziemy płakać?
-Muuu... Muuu ... Babciu ratuj... – widownia ze śmiechem go przedrzeźniała. Kpiny i szyderstwa zrobiły swoje, strach i obawa ustąpiły miejsca złości. Malec zdjął z ramienia torbę i z zaciśniętymi pięściami rzucił się z impetem na Różę, chciał go uderzyć, ale ten sprytnie zrobił unik i małe pięści trafiły jedynie w próżnię.
-Ole! - Rozległ się okrzyk coraz bardziej rozochoconej widowni.
-No dawaj, dawaj mały! Dobry jesteś! Tym razem dasz radę! - Podpuszczali go złośliwie. - O to chodzi. Dołóż mu. Nie jest taki straszny. - Krzyczeli tarzając się ze śmiechu na widok dzieciaka, który bezskutecznie uganiał się za Różą. Machał rękami niczym cepami, ale młócił tylko powietrze, bo przeciwnik był dla niego zbyt sprytny i zbyt szybki. Róża drażnił się z nim, dręczył swą ofiarę niczym kot, który złapawszy mysz, zanim ją pożre najpierw musi się jeszcze zabawić jej kosztem. Biegał wokół niego, tańczył, robił uniki, przedrzeźniał i od czasu do czasu lekko poszturchiwał. Złość w Malcu gwałtownie rosła, emocje sprawiły, że po policzkach popłynęły łzy.
-Patrzcie! - Zatriumfował Róża – Jeszcze go nie dotknąłem, a już beczy.
-Muu... Muuu – Rozległy się z boku szydercze okrzyki. Zły odwrócił się do swych kompanów i w geście zwycięstwa uniósł ręce do góry. Malec wykorzystał jego chwilę nieuwagi, swoją jedyną szansę, podbiegł i kopną go w kostkę.
-Ty podstępna, mała gnido! - Syknął z bólu Róża. Wziął potężny zamach i nim Malec zdążył odskoczyć uderzył go pięścią w twarz. Drobne ciałko bezwładnie osunęło się na ziemię. Na parę chwil stracił przytomność, gdy wróciła mu świadomość jego ciałem wstrząsnął gorzki szloch. Widowisko było skończone. Kompani Róży wolno podnosili się z ziemi, jeden z nich podszedł do Małego, chwycił go za kołnierz, podniósł do góry i chciał postawić na nogi, ale ten znów upadł na ziemię.
-No wstawaj łajzo – nie dawał za wygraną – Babka na ciebie czeka. -Dodał śmiejąc się. Ale dzieciak nie chciał wstać, ukrył twarz w dłoniach i dalej łkał.
-Wstawaj, bo jeszcze raz dostaniesz! – Warknął na niego Róża. Poskutkowało. Powoli podniósł się, założył torbę na ramię i połykając łzy, ze spuszczona głową, powłócząc nogami, ruszył do domu.
-Do jutra. – Usłyszał za sobą złowieszczy głos.

***

Był zimny, mglisty poranek, ciężkie chmury smagane bezlitosnym wiatrem szybko przepływały nisko zawieszone nad ziemią. Na szczęście nie padało. Malec zatrzymał się przy starym dębie. Tak jak i poprzedniego dnia na jego czubku siedziała samotna wrona. Tym razem nie zwrócił na nią uwagi. Dotknął ręką policzka – jeszcze bolało. Zrezygnowany, pogodzony z okrutnym losem wolno ruszył przed siebie. Jednakże co kilka chwil przystawał, jakby wciąż od nowa musiał sam ze sobą staczać wewnętrzną walkę - walkę, w której szala zwycięstwa przechylała się raz po raz na stronę strachu, by później ulec poczuciu obowiązku. Każdy krok wymagał wysiłku, determinacji, przezwyciężenia instynktu, który przyprawiał o drżenie drobne ciało, rozpaczliwie nawołując do ucieczki.
Zobaczył ich z daleka. Leżeli na trawie w niedbałych pozach wokół niewielkiego ogniska, dłubiąc patykami w zębach. Nudziło im się. Też go zauważyli, jego pojawienie się wyrwało ich z letargu, w wilgotnym powietrzu rozległy się, przytłumione odległością, gwizdy i podekscytowane okrzyki. Słów nie dało się zrozumieć, porywisty wiatr skutecznie je zagłuszał i odzierał z treści. I bez tego Malec wiedział co go czeka. Szykowały się igrzyska, a on miał być ich główną atrakcją. Z ziemi wstał tylko Róża, przeciągnął się leniwie, zrobił kilka wymachów ramionami, jakby chciał rozruszać zastałe kości. Wyszedł dzieciakowi kilka kroków naprzeciw, stanął na wąskiej, błotnistej ścieżce prowadzącej ku strumieniowi, podpierając nonszalancko boki rękami. Już czekał na swoją ofiarę.
Babcia potrzebowała nowej porcji jagód, pomyliła składniki i mikstura jej się nie udała. A to niestety była jedyna droga na drugą stronę strumienia, jedyna droga, którą można było dotrzeć do pola porośniętego jagodonośnymi krzewami...

***

Nie mogła sobie znaleźć miejsca. Chłód nocy sprawiał, że marzły jej plecy, gdy chciała się ogrzać i bardziej przysunąć do ogniska wtedy bijący od niego żar zaczynał parzyć twarz, ramiona i nogi. Gdy odsuwała się od ognia znów zaczynały marznąć plecy, było albo za zimno, albo zbyt gorąco. Rozwiązanie tego problemu okazało się banalnie proste, było w zasięgu ręki – miękka niedźwiedzia skóra, na której rozłożył się ojciec. Bezceremonialnie wyszarpnęła mu ją spod zadka ryzykując, że będzie musiała słuchać jego zrzędzenia przez resztę wieczoru. Na szczęście skończyło się tylko na kilku ponurych, pełnych wyrzutu spojrzeniach i paru pomrukach niezadowolenia. Otuliła się swoją zdobyczą i wyciągnęła bose stopy w kierunku tańczących płomieni. Teraz było cudownie. Sosnowe polano mocno już nadtrawione przez ogień przełamało się na pół sprawiając, że w górę poszybowały snopy iskier. Większość szybko zgasła, ale jedna była wyjątkowo uparta, jakby pozazdrościła długowieczności gwiazdom. Wzniosła się wysoko nad ziemię, po czym powoli zaczęła po spirali opadać w dół. Jej los dokonał się na obnażonym ramieniu mężczyzny. Siedział dokładnie naprzeciwko dziewczyny.
-\'Ależ to barbarzyńca\' – pomyślała z zachwytem.
-A więc jesteście myśliwymi? - Odezwał się jej ojciec.
-Trzeci raz się o to pytasz – parsknęła opryskliwie nie spuszczając wzroku z mężczyzny. Był wysoki, miał ciemne długie włosy związane w kucyk, gapił się bezmyślnie w ogień, machinalnie strugając niewielki patyk swym wielkim nożem. Jego twarz była jak kamienna maska, nie wyrażała żadnych emocji.
-Tak. Tak, jesteśmy myśliwymi. - przytaknął jego towarzysz.
-Bo widzicie – kontynuował Ojciec – ja jestem biednym kupcem – mówiąc to mocniej przytulił do siebie torbę ze swoimi skarbami – a tacy mają pecha... zawsze można natrafić na jakiś zbójców co to chcą okraść biednego człowieka... ale my mieliśmy szczęście, że trafiliśmy akurat na was – podejrzliwie i uważnie zlustrował dwóch mężczyzn siedzących z nimi przy ognisku. - No bo przecież jesteście myśliwymi a nie zbójcami. - w jego glosie dźwięczała nutka niepewności i obawy.
-Chcesz posłuchać jak ostatnio upolowałem niedźwiedzia? - Towarzysz ignorując przestraszonego Ojca zwrócił się z pytaniem do dziewczyny.
-Nie! - Odpowiedziała niegrzecznie nie spuszczając wzroku z Barbarzyńcy. Starała się jakoś zwrócić jego uwagę, zrobiła \'maślane oczy\' i gapiła się bezceremonialnie. Bez rezultatu.
-Co za czasy... co za czasy – jęczał Ojciec. - Dwa dni temu, właśnie na tym szlaku, Morgowie napadli mojego sąsiada. - pokręcił głową z przejęciem. - Też biedny kupiec tak jak i ja.
-Kilka miedziaków – ciężko westchnął. - Zabili dla kilku miedziaków. Takie nieszczęście.
-Morgowie to wściekłe bestie – Towarzysz splunął z odrazą w ognisko. - Potrafię zabijać. Zwierzęta dla skór, na mięso... ale człowieka? Nie. - Skrzywił się z dezaprobatą. - Nie byłbym w stanie.
-Jak to dobrze, że na was trafiliśmy. – ucieszył się Ojciec - Jak to dobrze…
-A ja tam byłbym w stanie zabić człowieka. - Słowa Barbarzyńcy sprawiły, że atmosfera nagle zagęściła się. W ognisku coś złowieszczo trzasnęło, w górę znów wytrysnął gejzer gorących iskier.
-Taak? - Zapytał niepewnie falsetem Ojciec.
-Ale tylko jednego, konkretnego. Mówiłem ci. - Spojrzał na Towarzysza.
-Mówiłeś? - Ten z zakłopotaniem podrapał się po swej bujnej, rozczochranej czuprynie.
-Róża. - Syknął złowieszczo przez zęby.
-A... rzeczywiście – przytaknął Towarzysz - mówiłeś.
Ojciec wiercił się niespokojnie, jakby gruby pęk skór na którym wygodnie się rozłożył nagle zaczął go uwierać. Z nieskrywanym strachem patrzył na Barbarzyńcę. Naprawdę można się było przerazić. Jego twarz oszpecił grymas nienawiści, blask bijący od ogniska rozjarzył jego duże, dotychczas zimne oczy, sprawiając, że wyglądał teraz jakby trawiła go gorączka, jakby był bliski obłędu. Podniósł z ziemi niewielki kamień, przez chwilę ważył go w ręce i nagle cisnął z całych sił w kierunku wierzchołków drzew. Niemalże w tej samej chwili rozległ się żałosny, pełen bólu skrzek. Jakiś cień przeleciał pomiędzy rozłożystymi gałęziami starych sosen by ostatecznie rozpłynąć się w mroku u ich podnóża. Ciche kwilenie wskazywało, że nie była to zjawa.
-Co ci zrobiło to biedne stworzenie? - Z wyrzutem zapytała dziewczyna.
-Jestem myśliwym – Odparł dumnie.
-Zamierzasz ją zjeść? - Zmierzyła go zimnym, pełnym wyrzutu wzrokiem. Po \'maślanych oczach\' nie było już śladu.
-To tylko wrona. - Odpowiedział zaskoczony i zmieszany.
-Przecież ona tam zdechnie, a zanim to nastąpi jeszcze będzie musiała cierpieć. Dlaczego to zrobiłeś?
-Złe wspomnienia. – Odpowiedział niepewnie.
Pokręciła z dezaprobatą głową. Cała sympatia, którą jeszcze przed chwilą dla niego miała prysła jak bańka mydlana. Popatrzyła na Towarzysza, ten wzruszył obojętnie ramionami, tym gestem zdawał się mówić: \'A kto tam jest go w stanie zrozumieć?\' Dopiero teraz zauważyła, że Towarzysz wygląda na sympatycznego mężczyznę, oczywiście daleko mu było do pomnikowej postury Barbarzyńcy, był dużo niższy i wyglądał przy nim jak chuchro, ale za to miał ładne brązowe oczy, w których czaiły się wesołe ogniki i zmysłowe usta o lekko uniesionych ku górze kącikach, co mogło sugerować, iż był wesołym i pogodnym człowiekiem.
-Opowiedz o tym niedźwiedziu.
-Ee... przecież nie chciałaś – Widać było, że ogarnęła go trema, nawet przy blasku ogniska mogła zauważyć, że zaczerwienił się po same uszy.
-Kobieta zmienną jest. – Uśmiechnęła się zalotnie i zarazem zachęcająco. -Opowiedz. Proszę. Chyba mi nie odmówisz.
-To dłłługa hiiistoria... - Wyjąkał zmieszany.
-Przed nami długa noc. W sam raz na długą opowieść.
-Na pewno cię to interesuje? - Zapytał niepewnie z dźwięczącą nadzieją w głosie.
-Chyba nie dasz się prosić? - Obdarzyła go najbardziej promiennym i życzliwym uśmiechem na jaki ją było w tej chwili stać.
Barbarzyńca poczuł się nieswojo. Dziewczyna najpierw świdrowała go oczami, potem jawnie zaczęła okazywać mu wrogość, a teraz demonstracyjnie skierowała swoje zainteresowanie na Towarzysza. Ojciec był tak przerażony, że za chwilę mógł wyzionąć ducha.
\'Nic tu po mnie\' – pomyślał. Był wśród ludzi, ale jednak poczuł się wykluczony z ich grona. Jak kłopotliwy i niechciany gość, którego wprawdzie przez grzeczność, nikt nie wyrzuci z przyjęcia ale wszyscy tylko czekają aby sobie już poszedł. Wstał i powoli skierował się w głąb lasu.
-Z tym niedźwiedziem to było tak. Ubiegłej jesieni... - Towarzysz z entuzjazmem w głosie rozpoczął swą opowieść. Barbarzyńca coraz bardziej oddalał się od ogniska, zatrzymał się dopiero wtedy, gdy odgłos rozmowy stał się ledwo słyszalnym szmerem. Nagle w powietrzu rozległ się jej głośny, wesoły śmiech. Niczym dźwięk srebrnych dzwoneczków. Zabolało. I to bardzo. Podobała mu się od chwili gdy ją pierwszy raz zobaczył. A teraz... przecież to nie on sprawił, że się roześmiała. Poczuł nieprzyjemne ukłucie w okolicy serca. Ciężko westchnął, oparł głowę czołem o pień drzewa. Szorstka kora nieprzyjemnie wpiła się w skórę.
-Znowu wszystko spieprzyłem. - Wyszeptał cicho. Usiadł na ziemi, podciągnął kolana pod brodę. Zamknął oczy i zatkał sobie rękami uszy. Przeszedł jakąś zadziwiającą metamorfozę. Bardziej przypominał teraz bezradne, nieszczęśliwe dziecko, które obrażając się na świat postanowiło schować się przed rodzicami w najciemniejszym zakamarku swej duszy, niż dumnego, silnego i aroganckiego myśliwego z przed paru chwil.
-Znowu wszystko spieprzyłem...

***

Dzień zapowiadał się fatalnie i wcale nie chodziło o kaca czy potworny ból głowy. Róża miał po prostu złe przeczucia. Zawsze tak było. Zawsze tak było po powrocie z wyprawy do miasteczka. Ktoś to musiał robić, zapasy same się nie uzupełnią, a ostatnimi czasy ruch w jego gospodzie był spory, więc i spiżarnia szybko się opróżniała. Ciągle sobie powtarzał, że już nigdy więcej, przysięgał przed samym sobą, że nie ulegnie, że będzie silny... daremnie. Był tylko słabym, nieodpornym na pokusy człowiekiem. I nic tu nie pomagało, że przecież w domu zawsze czekała na niego zjawiskowo piękna żona, której miastowe dziewki do pięt urodą nie dorastały, nic nie pomagało, że przecież szczerze ja kochał... Gdy był w miasteczku nie potrafił oprzeć się pokusie, powstrzymać by nie skorzystać z okazji, które po prostu same pchały mu się do rąk. Potem zawsze żałował, co więcej – bał się. Po takiej wyprawie zawsze przytrafiało mu się jakieś nieszczęście. Pół roku temu, nazajutrz po jednej z tych gorących, miasteczkowych nocy jakiś przybłęda wykorzystał jego roztargnienie i bezczelnie ukradł całodzienny utarg. Wiele tego nie było, nie raz sam więcej wydawał jednorazowo by się zabawić, ale tu chodziło o zasadę, a nie o pieniądze. Dał się podejść, oszukać, a tego bardzo nie lubił. Kolejnym razem, mniej więcej po upływie miesiąca, gdy przygotowywał w gospodzie dla przyjaciół swoje popisowe danie – prosię pieczone na rożnie – nieostrożnie zbliżył się do ognia tak, że aż zapaliło się na nim ubranie. To było dziwne zdarzenie, ciągle zachodził w głowę jak mogło do tego dojść? Z ogniem umiał się obchodzić od swych najmłodszych lat, nigdy wcześniej nic podobnego mu się nie przytrafiło. Nie odniósł żadnych obrażeń, kompani szybko go \'ugasili\' nie szczędząc cienkiego piwa, którym ich wcześnie uraczył, ale nowe, odświętne ubranie szlak trafił. Ostatnim razem było najgorzej. W okolicy pojawili się kupcy z północy, przynajmniej sami podawali się za kupców. Róża miał poważne wątpliwości co do ich prawdziwej profesji. Więcej - nie wierzył w ani jedno ich słowo. No bo co to za kupcy co nie mają żadnych towarów na handel, za to mnóstwo rozkosznie brzęczących monet. Ale jak je zdobyli kompletnie go nie interesowało, nie zamierzał zadawać niedyskretnych pytań, bardziej go zajmowało jak sprawić, aby choć trochę im ulżyć, aby w dalsza drogę wyruszyli lżejsi o parę uncji srebra. Oczywiście nie omieszkali odwiedzić jego gospody. Efekt? Zarzucili mu, że serwuje słabe trunki, oszukuje rozcieńczając je pół na pół wodą. Dalekie od prawdy to nie było. Róża od zawsze uważał, że kto nie kombinuje ten nic nie ma. Miejscowi się już przyzwyczaili, zresztą i tak nie mieli wyboru. Żadnej konkurencji w pobliżu nie było. Obcy nie znając miejscowych realiów trochę się jednak zdenerwowali. Jak na spokojnych kupców to nawet bardzo się zdenerwowali. Nie dość, że nie chcieli zapłacić specjalnie na ich cześć podniesionych cen, to jeszcze próbowali utopić go w beczce ze śliwowicą. Wprawdzie udało mu się ujść z życiem, ale śliwowicy już chyba do końca życia nie weźmie do ust. No i te wyrzuty sumienie. Czuł się winny wobec swojej żony. Im więcej miał na sumieniu tym więcej uczucia mu okazywała. To było straszne. Zaczął podejrzewać, że ona coś wie, choć nigdy nie dała mu żadnych powodów by tak myślał. Doszedł do wniosku, że te nieszczęścia, które spotykały go po eskapadach do miasteczka to nie mógł być zwykły przypadek, zbyt dużo zbiegów okoliczności, to wzbudziło jego podejrzliwość. W głowie pojawiła się natrętna myśl. Odrzucał ją jako niedorzeczną, ale ona ciągle powracała. A może jednak to nie jest niedorzeczność, może to prawda? Może jego żona jest wiedźmą, wszystko wie i mści się za niewierność za pomocą czarów? Poczuł jak mu ciarki przechodzą po plecach. W jego sytuacji to byłby cholerny niefart gdyby naprawdę okazała się wiedźmą. Właściwie nie wie, dlaczego wybrała właśnie jego, mogła przecież mieć każdego mężczyznę mieszkającego w ich gminie, a przystojnych chłopów tu nigdy nie brakowało, pod tym względem Róża niczym szczególnym się nie wyróżniał. W swych najśmielszych snach nie przypuszczał, że może spotkać go takie szczęście, że może się nim zainteresować taka kobieta - przepiękny anioł, który zechciał zstąpić na ziemię by rozświetlić ją swym niebiańskim blaskiem. Dlaczego właśnie on? Jako stąpający twardo po ziemi realista długo się nad tym nie zastanawiał, tylko po prostu zaczął pełnymi haustami pić wodę ze źródełka szczęścia, które nieoczekiwanie wytrysnęło u jego stóp. Ale im dłużej pił, tym częściej nawiedzał go lęk, czy ten zdrój aby na pewno jest krystalicznie czysty.
-Nic się dziś nie może wydarzyć - dodawał sobie otuchy – wszystko jest pod kontrolą, wszystko przewidziałem.
Na wszelki wypadek, by nie kusić złego losu, nie zamierzał otwierać swojej gospody. Od ognia też postanowił trzymać się jak najdalej. Chyba po raz setny przeanalizował sytuację by kolejny już raz dojść do wniosku, że jest bezpieczny. Z zadumy wyrwało go skrzypienie powoli otwieranych drzwi.
-Zamknięte! - Warknął gburowato nawet nie podnosząc wzroku na intruza.
-No nie... po co się zaraz tak denerwować...? Zaraz mogę otworzyć...
W jego kierunku powoli zbliżał się olbrzym o ciemnych, związanych w kucyk włosach. Nóż w jego ręce sprawił, że Róża nagle stał się życzliwszym i serdeczniejszym człowiekiem.
-Czy my się czasem nie znamy? - próbował nawiązać z nim jakiś kontakt, ale Barbarzyńca nie zareagował. Utkwił w nim swój zimny wzrok i powoli się zbliżał. Sytuacja nie była ciekawa, Róża szybko ocenił, że przeciwnik ma fizyczną przewagę. I to dużą. Sam był wzrostu raczej nikczemnego. Otwarta walka nie wchodziła w grę, szanse na wygraną były marne. Pozostawał podstęp lub ucieczka. Ogarnęła go panika, jak na złość wszystkie konstruktywne myśli ulotniły się z głowy. Rzucił się gwałtownie w kierunku tylnego wyjścia, ale Barbarzyńca przewidział jego ruch, błyskawicznie odciął mu drogę ucieczki, zapędził w narożnik gospody. W akcie desperacji Róża chwycił niewielki stołek i cisnął nim z całych sił w napastnika, ten zrobił unik, pocisk chybił celu i z hukiem roztrzaskał się w drzazgi na przeciwległej ścianie. Rozejrzał się wokoło, ale pod ręką nie było więcej żadnych użytecznych przedmiotów.
\'Idiota\' – skarcił się w myślach – \'teraz jestem kompletnie bezbronny. Nóż przeciwko gołym rękom\'
Poczuł jak oblewa go zimny pot. Był jak zaszczute zwierze, niczym ranny jeleń otoczony przez żądną krwi watahę wilków, daremnie usiłujący wyrwać się z matni.
-Czekaj! - Nagle doznał olśnienia. Oderwał przytroczony do pasa trzos i wysypał jego zawartość pod stopy napastnika. Garść srebrnych monet z brzękiem potoczyła się po podłodze.
-Chcesz? Mam więcej. - Z uwagą obserwował reakcję Barbarzyńcy. Ten wydawał się być zainteresowany pieniędzmi, w jego zaciętych oczach pojawiła się chciwość.
\'Będę żył\' – odetchnął w duchu. W jego sercu pojawiła się nadzieja, uczepił się niej niczym tonący brzytwy.
-Możemy się dogadać. Mam tego sporo, chętnie się podzielę z bliźnim w potrzebie. Chcesz?
-Chcę... - Barbarzyńca zbliżył się do niego na wyciągnięcie ręki - ...twoje życie! - Mówiąc to wbił mu nóż w pierś. Kompletnie zaskoczony Róża nawet nie drgnął, gdy zimne, stalowe ostrze przeszywało jego ciało. Dosięgło serca, z przebitych płuc wyrwał się cichy stłumiony jęk bólu. Wszystkie siły jak na komendę opuściły jego członki, mięśnie zwiotczały, zachwiał się i jak bezwładna kukła, z łoskotem zwalił na podłogę. W stęchłym powietrzu zawirowały drobiny kurzu wyłowione z półmroku przez blady promień słońca, któremu udało się przedrzeć przez od lat niemytą szybę. Upadł na plecy. Spojrzał na stojącego nad nim mordercę, trzymającego w zaciśniętej dłoni narzędzie zbrodni. Po długim, srebrzystym ostrzu spływała krew. Jego krew! Skapywała na podłogę by zmieszać się z brudem naniesionym przez buciory miejscowych pijaczków. W gasnących, pełnych wyrzutu, oczach pojawiło się niewypowiedziane pytanie: \'Dlaczego?\' - Odpowiedzi już nie poznał.

***

Rozluźnił pięść, nóż wyśliznął się z dłoni i wbił w drewnianą podłogę u jego stóp. Stało się. Wyobrażał sobie tę chwilę tysiące razy, przez te wszystkie lata kiedy nosił w sobie poczucie krzywdy, karmił i podsycał swój gniew wciąż wracając myślami do dzieciństwa. Dzieciństwa, któremu nie pozwalał odejść w niepamięć, nie chcąc i nie potrafiąc przebaczyć małej, chłopięcej tragedii. Jednak wszystko odbyło się inaczej niż przewidywał, jakoś tak łatwo i szybko. Zbyt łatwo i zbyt szybko. Powinien poczuć dziką radość, wydrzeć się tryumfalnie na całe gardło, obwieścić całemu światu swe zwycięstwo... lecz jedyne co czuł to oszołomienie i pustkę. Machinalnie odwrócił się i skierował do wyjścia nie patrząc nawet na coś, co było kiedyś jego wrogiem a teraz leżało u jego stóp. Rozrzucone monety też nie przykuły jego uwagi. W drzwiach zderzył się z biegnącym chłopcem.
-Dzen dobly – wyseplenił z przejęciem mały rudzielec – ja muse do taty...
Jakby dostał nokautujący cios w twarz, przyspieszył kroku bo nogi zaczęły się pod nim uginać, podszedł do swej starej chabety, objął rękami jej szyję, musiał się przytrzymać by nie upaść. W powietrzu rozległ się przeraźliwy, dziecięcy pisk. Skulił się, zatkał rękami uszy ale żałosny płacz dziecka wciąż brzmiał w jego głowie. W tym chłopcu zobaczył siebie, zobaczył siebie z przed lat – małe bezbronne, skrzywdzone stworzenie... Barbarzyńca był twardym człowiekiem o sercu z kamienia, ale dzieci... dzieci sprawiały, że miękł niczym rozgrzany wosk.
Wsiadł na konia, stara chabeta bez żadnej zachęty powoli ruszyła przed siebie, zdał się na jej instynkt, nie był w stanie nią pokierować, wpadł w letarg, stracił poczucie czasu i rzeczywistości. Powoli jechał w nieznanym sobie celu i kierunku, mijał po drodze spieszących się gdzieś ludzi, przeprawiał przez strumienie, przejeżdżał przez niewielkie osady, a właściwie nie on, tylko jego kobyła. On siedział sztywno w siodle nie bardzo wiedząc co się wokół dzieje. Cały jego umysł, wszystkie myśli zostały zdominowane i przytłoczone przez jedną ideę, obraz – obraz twarzy dziecka, syna Róży. Obraz ten zmieniał się, pulsował, przekształcał, deformował... Widział przed oczami postać małego chłopca o rozmytej twarzy, jego rysów nie był w stanie rozpoznać, choć wytężał cały swój umysł. Przez chwilę wydawało mu się, że to jego własna twarz, niczym odbicie w tafli jeziora, tylko trochę taka dziwna, obca, jakby sprzed lat. To znów rozpoznawał małego rudzielca, by za chwilę zobaczyć... grymas bólu i gasnące oczy Róży. I tak w kółko, nic stałego tylko ciągłe zmiany, za którymi jego ociężałe i przytłumione myśli nie nadążały. Chciał zatrzymać tą wizję, unieruchomić by wreszcie przekonać się kogo naprawdę widzi. Skoncentrował wszystkie swoje siły psychiczne, zamknął oczy, naprężył wszystkie mięśnie, na czole pojawiły się kropelki potu, choć wokół było zimno. Wszystko daremnie, jedynie rozbolała go głowa. Wjechał w las. Zamieszkałe tereny już dawno zostały w tyle za jego plecami, gałęzie drzew biły go po twarzy do krwi, ale nic nie robił by ochronić się przed razami, wręcz przeciwnie, spinał ostrogami swego konia aby przyspieszył, chciał się ukarać, chciał bólem odkupić swą winę. Daremnie. Zmęczone zwierzę nie było w stanie przyspieszyć, ciężko sapiąc z wysiłku, żałośnie i bezradnie rzęziło skarżąc się światu na brutalne traktowanie. Czuł jakby jego pierś przygniatał wielki głaz. Fizyczny, powierzchowny i zewnętrzny ból nie pomagał, ciężar nie chciał choćby odrobinę zelżeć. Dał za wygraną, przestał torturować swego wierzchowca, przymknął powieki, skulił się pochylił, wtulił głowę w zmierzwioną grzywę szkapy. Jechał tak godzinę, może dwie, a może pięć minut. Znów stracił poczucie czasu. Ruch nagle ustał, kojące kołysanie skończyło się przywracając go do rzeczywistości. Kobyła stanęła w miejscu. Otworzył oczy, niechętnie i z ociąganiem wyprostował się, rozejrzał wokół siebie. Stare głupie bydle weszło do wąwozu biegnącego u podnóża góry, jego ściany zwężały się tworząc coś na kształt klina wbitego w litą skałę. Do przodu już nie dało się dalej jechać, bo było zbyt wąsko, nie było też miejsca by zawrócić. Zaklinowali się. Barbarzyńca zdezorientowany popatrzył wokoło. Stary, wielki kruk odpoczywający powyżej na półce skalnej rozdziawił swój dziób jakby śmiejąc mu się w twarz, tak jakby takiego dziwadła w swym długim życiu jeszcze nie widział. Chabeta odwróciła głowę w stronę jeźdźca patrząc bezradnie pustymi i tępymi oczami. Poklepał delikatnie ją po szyi, westchnął ciężko.
-No i co teraz?

Listopad 2007

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...