Rzecz o Mor Dagnir
Minas Ithil, dnia 6 sierpnia 2000 roku Trzeciej Ery Słońca
Coś nagle natchnęło jej myśli, spojrzała przez okno, jak zwykle. Nic innego nie pozostawało jej do roboty, tylko prace porządkowe i oglądanie codziennie tego samego widoku za oknem. Książki nie były dla niej, nawet jeśli chciałaby jakąś przeczytać, to ludzie jej statusu nie mieli wstępu do biblioteki Gondoru. Cóż ona, córka ubogiej sprzedawczyni mogła więcej chcieć od świata? Widoku szarości nieba, które od czasu splugawienia tych ziemi przez Czarnego Władcę, nie nabrało już pięknego, błękitnego odcienia. Słońca, które niechętnie prześwitywało zza gór, widoku drogi, którą szła codziennie, jej jedynej drogi. „Czy tylko na to w życiu zasłużyłam?” – Pytała samą siebie wznosząc oczy ku niebu. „Czy tylko tyle jestem warta?”
- Nie czas na rozmyślania, potrzebna mi Twoja pomoc. – Zza drzwi rozległ się głos matki, który powoli wytrącił ją z zamętu pytań, wciąż pozostających bez odpowiedzi. Szybkim krokiem zbliżyła się do matki, uprzednio ocierając łzy. Obie podążyły drogą na plac przy wieży Minas Ithil. Dagnir wśród tłumu żołnierzy dostrzegła Jego. Królewskiego potomka – Earnura. Mężczyzna ten od dawna gościł w jej myślach i snach, jedna co tak uboga osoba mogła żądać od przyszłego króla?
Earnur nie był sam, lecz w towarzystwie pięknej kobiety o delikatnej twarzy i smukłej sylwetce, otoczeni strażą dumnie podążali przez gościniec. Dagnir, niczym zahipnotyzowana patrzyła w ich stronę, oni nie zauważali jej, jak zwykle. Syn króla objął ramieniem towarzyszącą mu damę i odeszli, jak gdyby chcieli uciec przed ludzkim wzrokiem. Dagnir nie wiedziała kim była dziewczyna towarzysząca Earnurowi, ale poczuła dziwny ból w sercu, jakby przeszyło je ostrze miecza, jakby wycelowano w nie strzałę...Ból przeszywający niczym ostre kły zwierzęcia wpijające się dziko w ciało ofiary. Poczuła słony smak łez, tak dobrze jej znany. Taka właśnie była, niczym ptak zamknięty w zbyt ciasnej klatce, który pragnie zrobić wszystko, by się z tej klatki wyrwać, by twardym dziobem i sprawnymi pazurami rozewrzeć stalowe pręty i odlecieć daleko, nie oglądając się na nic. Jakże inaczej można się czuć, kiedy wszyscy naokoło posiadają wszystko, a ona była sama, ze swoimi pytaniami i myślami, zmieniającymi jej osobowość dzień po dniu, godzina po godzinie. Nawet zwierzęta chadzały własnymi drogami, trudno się dziwić, zwierzęcia, nawet najmniej wymagającego, nie da się wykarmić tylko dobrymi chęciami, prędzej czy później ono ucieknie, zacznie szukać pożywienia tam, gdzie może je znaleźć. A ona pragnęła kochać, nade wszystko, spotkać kogoś, kto nie zażądałby nic poza jej miłością, w czyich ramionach mogłaby się poczuć szczęśliwa choć na chwilę. Jej uczuciowość kłóciła się jednak z pragnieniem bycia kimś, z jej ambicjami.
Istniał bowiem człowiek, który od bardzo dawna zabiegał o jej względy. Dawny sługa króla Earnila – Knahtor. Sierota, którego dobroduszna żona króla wzięła na wychowanie. Niewysoki, niezbyt przystojny mężczyzna, wierny królowi, uczynny, jednak podejrzewany o konszachty z orkowymi szamanami, których po odzyskaniu przez Saurona wieży Cirith Ungol, pojawiało się w tych stronach coraz więcej. Przez te podejrzenia został on zwolniony ze swej służby. On i Dagnir znali się niemalże od dziecka, razem wspinali się na drzewa, kiedy on kradł owoce gospodarzom ona stała na czatach. Ale z biegiem czasu, tak jak zmieniła się ona tak i jego postać uległa zmianie. Kim był teraz? Bardzo egoistycznym człowiekiem, szukającym tu i ówdzie okazji do zarobku. Ich przyjaźń straciła na wartości, ona była zainteresowana kimś innym, może niekoniecznie Earnurem, ale kimś kto swoją rangą mógłby sprawić, że ona poczuje się lepiej, że w końcu pokaże, że jest coś warta. A jej wartość jest większa niż Knahtor bez perspektyw.
Po skończonej pracy jak zwykle udała się na przechadzkę po dolinie, którą spowiła już ciemność, ale ostatnimi czasy rzadko kiedy bywało tu jasno. Mordor rzucał na Minas Ithil większy cień niż na pozostałe ziemie królestwa Gondoru. Szła samotnie. Niczym wypędzona dusza, która szuka swego przeznaczenia. Och, ileż razy zadawała sobie pytania, co tak naprawdę czeka ją w życiu, kim będzie za kilka lat, kim staną się ludzie, którzy teraz ją otaczają. Czy naprawdę zasłużyła na ból i cierpienie? Na brak zrozumienia i szacunku? W końcu, kto chciałby szanować córkę biednej sprzedawczyni? Jednak pytania były pozbawione sensu, Dagnir wiedziała o tym. Kiedy odpowiedź na nie wszystkie, teoretycznie była zawarta w osobie Knahtora Dagnir mówiła „nie, jestem warta kogoś lepszego”.
Szła ścieżką spoglądając w niebo, nie było na nim chmur, brakowało też gwiazd jak gdyby ktoś okrył całe niebo ciężką, cienistą płachtą. Usiadła na skalnym pagórku, to jemu zawsze powierzała swe wieczorne troski, to na niego spływały jej łzy, głucha skała cierpliwie słuchała, nie miała możliwości wstać z miejsca i uciec przed jej zwierzeniami. Dagnir spojrzała w zakazaną stronę, stronę Mordoru. Czymże on był? W domu rodzinnym nikt nie udzielił jej nigdy odpowiedzi, nawet zabroniono o to pytać. Wiadome jej było tylko, że tam mieszka zło.,”Jeśli to, co przeżywam tutaj jest dobrem, to jak wygląda zło?” - Kolejne pytanie wypowiedziane do głuchej ciszy, pozostawione bez odpowiedzi. W jej głowie przewijało się wiele pytań, błahych, poważnych, głupiutkich, ale też bardzo mądrych. Wszystkie w jednej chwili zaćmił obraz ujrzany popołudniem na gościńcu. Sama siebie winiła, za to że jest tak głupia, że swoje serce chciała ofiarować komuś, kto zapewne nie wie o jej istnieniu i wcale nie chce się dowiedzieć. Ale też komuś, dzięki komu stałaby się kimś.
„Czy on jeden jest tak ważny na świecie!?” – Krzyknęła w stronę nagich skał. Dźwięk jej głosu i namaszczenie tonu, z jakim wypowiedziała te słowa wywołały w niej dziwne myśli, w pewien sposób straszne, w pewien fascynujące. Została odtrącona, to było pewne, ale to w porządku czy nie? Rozum podpowiadał, że w porządku, syn króla nie zna jej, nie pozna, więc i nie pokocha. Serce jednak nie myślało, ono czuło, że to nie w porządku. Dusza cierpiała, chciała pozwolić ujść cierpieniu. Zrodziło się pragnienie zemsty, bez wyraźnego powodu, niczym myśl obłąkanego człowieka. Chwila ciszy, bezmyślnej ciszy, po czym Dagnir rozpoczęła swój wewnętrzny monolog, swoją modlitwę do Anioła Zemsty. Kiedyś, jako młoda dziewczyna, wraz z Knahtorem stworzyli tą postać. Nie była ani dobra, ani zła, ale słuchała pragnień tych, którzy żądali sprawiedliwości i odwetu za swoje rozczarowania. Za jednym ze skalistych wzgórz po drugiej stronie ujrzała błyskawice, wpatrywała się w obrazy przemykające się przed jej oczami. Patrzyła na przepychających się między sobą ludzi, ale nie chciała ich widzieć, słyszała ich słowa nie chcąc ich słuchać. Zaczęła mówić, do nieba, do skał, do błyskawic za górami: „Chciałabym mieć anioła, na jedną chwilę miłości”. Nagle poczuła czyjś dotyk na swym ramieniu, ujrzała przed sobą mądrze wyglądającego starca.
-Nie jestem pewien, czy dobrze usłyszałem. Czyżbyś przyzywała Anioła Zemsty?
Nie odpowiedziała mu, starzec jednak kontynuował.
- Nie bój się mówić o swoich pragnieniach, oczy są zwierciadłem duszy, w Twoich widzę to, co kryje Twoja dusza, żądam tylko potwierdzenia z Twych ust.
-Pragnę pokochać kogoś i poczuć na twarzy swój szczery uśmiech. – Powiedziała po chwili namysłu.
-I tylko tyle? – Zapytał starzec z ironią.
-Tak... – Odpowiedziała pokornie.
-Niewinność w Twym sercu jest zmęczona, miej odwagę, daj uciec temu, czego nic już przy Tobie nie trzyma. Czy nie pragniesz by ten, którego pokochasz zadał ból temu, którego pokochałaś niewłaściwie?
-Ale to syn...
-Jakie to ma znaczenie? – Przerwał jej. Jakie ma znaczenie, kim jest człowiek, który uważa Cię za pyłek bez woli i rozumu, który poleci w stronę wskazaną mu przez wiatr?
Dagnir nie odpowiedziała, spojrzała w stronę ścieżki, stał tam Knahtor wraz z jakimś towarzyszem. Knahtor wziął od towarzysza jakieś zawiniątko, a towarzysz odszedł z jego kucykiem Llibem.
-Knahtor jest za słaby by spełnić Twe pragnienia, ale niebawem pojawi się ktoś, kto moim zdaniem jest do tego odpowiedni.
-Kimże on jest?
-O to się nie martw, nadejdzie kiedy noc zrówna się z dniem, kiedy słońce przeniknie w księżyc a gwiazdy spadną na ziemię i zamienią się w kwiaty. Chcesz tylko by przyjęto Twą miłość, nie dbasz o to, co stanie się później?
-Tak, tylko tego pragnę. – Szepnęła tak cicho, że starzec musiał zapewne wykazać wiele dobrej woli by ją usłyszeć.
-I tak się stanie... – Powiedział uśmiechając się tajemniczo, po czym odszedł w nieznaną jej stronę.
Długo jeszcze śledziła go wzrokiem, rozmyślając nad jego słowami. Trawa zaczęła pochylać się jakby chciała komuś złożyć pokłon, spomiędzy źdźbeł wykwitały małe zalążki kwiatów, na niebie nie zalśniła ani jedna gwiazda. „Więc on jest blisko” pomyślała, ślepa na wszystko, co działo się wokół podążyła w stronę Knahtora, który wyraźnie jej oczekiwał. Dostrzegła uśmiech na jego twarzy, sztuczny, cyniczny, nie pochodzący z serca. „Czego ten człowiek ode mnie chce” – pomyślała.
-Dobry wieczór. Co robisz sama o tak późnej porze? Czy nie dotarły do Ciebie wieści o niebezpieczeństwie?
-Nie. Nie sądzę też, żeby ktokolwiek zadał sobie trud powiadomienia mnie o tym....- Tu urwała, jakby bała się mu coś wyznać
-Mylisz się, wszyscy schronili się we wnętrzu wieży, także Twoja rodzina, zwiadowcy powiadomili nas, iż wróg szykuje atak. – Kłamał
Ale skąd Dagnir mogła wiedzieć, że on kłamie, że to część jego planu, który ma zamiar wykonać. A i on nie wiedział, że losy potoczą się zupełnie inaczej.
Razem poszli w stronę wieży, która nie emanowała już takim ciepłem i blaskiem jak wtedy, gdy oboje byli bardzo młodzi. Zawsze pozostawała w cieniu Minas Anor, była tylko jej marnym dopełnieniem, tarczą obronną przeciw Mordorowi. Teraz jej świetność zdawała się przygasać z sekundy na sekundę. Dagnir przemilczała słowa swojego towarzysza, pragnęła już tylko znaleźć się w środku, odnaleźć rodzinę i mieć spokój. Podążyła za nim, przekroczyli mury.
-Gdzie mogę znaleźć swą rodzinę? – Spytała, nie miała ochoty dłużej przebywać w jego towarzystwie.
Knahtor o tym wiedział, jego pusta duma bardzo bolała nad faktem, że ona nie odwzajemnia jego uczuć. Ale czy mogła tu być mowa o uczuciach? On nie kochał jej, kochał swą osobę u jej boku. Żądał kogoś przy sobie, pusty egocentryk był zawsze przekonany, że osoba taka jak Dagnir, przyjmie go z otwartymi ramionami. Mylił się, a teraz na dodatek nie wiedział jak wybrnąć z kłamstwa, szybko szukał jakiegoś logicznego wytłumaczenia, byle nie pozwolić dziewczynie odejść.
-Wszyscy schronili się na najniższym poziomie, wprowadzilibyśmy niepotrzebny zamęt szukając teraz czegokolwiek, zaufaj mi, zaprowadzę Cię do bezpiecznego pomieszczenia, gdzie czeka już strawa.
Miała inny wybór? Jeśli było tak, jak on mówi, to bezpieczniej pójść w miejsce, które wskaże. Osoba Knahtora zaczęła ją napawać coraz większym obrzydzeniem, jego głos, jego twarz. Nigdy nie była mu aż tak niechętna.
W końcu powoli po schodach doszli do pomieszczeń w piwnicach Minas Ithil. Dagnir zdziwiła pustka, jaką tam ujrzała, naokoło było cicho i ciemno, ale aby uniknąć kolejnych tłumaczeń i niepotrzebnie nie przedłużać rozmowy nie powiedziała mu nic o swoich wątpliwościach. Weszli do ostatniego pomieszczenia, ba, czy można to było nazwać pomieszczeniem? Niewielkie, słabo wyposażone, pozbawione okien, ukryte za mocnymi, żelaznymi drzwiami, bardziej zasługiwało na miano lochu. Knahtor wskazał jej niewielką pryczę, delikatnie przymknął drzwi, sam usadowił się na stołku obok ławy, na której znajdowała się miska z jarzynami a także dzbanek z pitną cieczą. Dagnir wzięła jedno z jabłek, przewracając je nerwowo w dłoni usiadła na pryczy. Mężczyzna widział jej zniecierpliwienie zwrócił się do niej.
- Cóż, jak widzisz nie ma tu miejsca dla nas dwojga. Ta strawa jest przygotowana dla Ciebie, posil się i postaraj się jakoś przetrwać te złe chwile. – To mówiąc położył jej dłoń na ramieniu.
Jednym ruchem strąciła jego rękę, spojrzała mu w oczy. Była w nich iskra rozgoryczenia i gniewu. Na pożegnanie pomachał jej ręką, wychodząc zatrzasnął drzwi i wyszeptał do pustych murów „Gdy się zbudzisz będziesz moja, czy tego chcesz czy nie”.
Dagnir została sama, przyzwyczaiła się do takiego stanu rzeczy. Gdziekolwiek by się nie znalazła była sama. Nadgryzła jabłko i zawładnęły nią myśli. Tysiące chwil, milion myśli, nie sposób je wszystkie zliczyć i opisać. Myślała o rozmowie z mędrcem, o słowach Knahtora, o swojej rodzinie i owym wymarzonym księciu, który według przepowiedni ma się pojawić. Uśmiechnęła się na samą myśl o czekającym ją szczęściu. W ciemnościach odnalazła dzbanek z napojem. Na zewnątrz była noc, a może dzień. Na niebie tkwił księżyc świecący złowieszczym blaskiem, słychać było dziwne kroki i okrzyki rozlegające się ze wszech stron. Ale Dagnir nie mogła tego słyszeć, była sama, ukryta w podziemiach, w dawnych lochach Minas Ithil. Znalazła się w dziwnym stanie, rozum kazał czuwać, ciało powoli usypiało za sprawą napoju, który przygotował dla niej Knahtor. Jej powieki stawały się coraz cięższe, ciało stawało się bezwładne, osunęła się bezszelestnie na pryczę, zasnęła.
Tymczasem Knahtor szykował się, przywdziewał swe najlepsze szaty. Uśmiechał się do swoich myśli, już za chwilę, za parę chwil jego upragniona zwierzyna stanie się jego zdobyczą. Za kilka godzin otworzy drzwi lochu, ona go zobaczy i pokocha. Nie na darmo oddał orkowemu szamanowi swojego oddanego kucyka Lliba. Cały flakonik sproszkowanych ziół rozpuścił w wodzie, starzec zapewniał, że dziewczyna po przebudzeniu pokocha pierwszego ujrzanego mężczyznę. Teraz już nic nie mogło pokrzyżować mu planów, do podziemi od dawna nikt nie zaglądał, to on przyjdzie pierwszy rano i ona pokocha go ślepą miłością. Niczym kwiat pragnący wody zwróci się w jego stronę i pozostanie na zawsze jego. „Moja własność” – już oddawał się marzeniom, wiedział, że podstęp się udał a plan się ziści. Nie przewidział jednego, ze jego kłamstwo może okazać się prawdą. Szybko uświadomiła mu to strzała przelatująca tuż przed jego twarzą i rozpaczliwy krzyk, wydobywający się z krtani jakiegoś człowieka. Mordor się zjawił, ta rzecz była pewna. Odgłos kopyt koni, na których ludzie w pośpiechu próbowali opuścić zaatakowane miejsce, krzyki przerażonych ludzi, rozpacz, śmierć, strach, zniszczenie. Knahtor patrzył na to wszystko, chciał uciec, ale jakaś tajemnicza siła trzymała go w miejscu.
Nagle...świst ciszy, lodowate ostrze wbija się w jego plecy. Padł na ziemię do czyichś stóp, nie miał siły ani odwagi spojrzeć w górę. Skonał na kamiennej posadzce we wieży, która nigdy już nie będzie taka, jaką pamiętał.
Minas Morgul, dnia 7 sierpnia 2000 roku Trzeciej Ery Słońca
Miasto prawie opustoszało, ludzie - uciekinierzy, ludzie- wymordowani, honor utracony. Cisza, naokoło brzmiała cisza, odtąd jedyna muzyka tej krainy. Zaczęło świtać, blade światło słońca, chcącego uciec jak najdalej od tego miejsca, przenikało góry od zachodu. Ukazywało leżące na sobie ciała niewinnych ludzi, krew zmieszaną z błotem i brunatnością ziemi. Chmury – ciemna jedność,poza którą nie widać nic. Słońce zgasło, umarł księżyc wraz z gwiazdami, pustkowie, skaliste pustkowie z budowlą na samym środku. Kamiennym gościńcem podążała garstka Orków a za nimi dziewięć postaci. Postacie były niemal identyczne, wysokie, ubrane w czarne szaty, każda z nich dzierżyła miecz w ręku. Jednak jedna z postaci była zdecydowanie wyższa a jej głowę zdobił stalowy hełm z otworami na oczy i lica. Jednak nie było możliwe ujrzenie ani oczu ani twarzy osobnika. Wszyscy weszli do wnętrza a wrota za nimi zatrzasnęły się. W poszukiwaniu ukrytych ludzi postacie rozproszyły się po wszystkich kondygnacjach. Były to Upiory Pierścienia, najokrutniejsze ze wszystkich sług Saurona. Ich Wódz, czyli owa postać w stalowym hełmie, udał się powolnym krokiem do podziemi. Głuche kroki po schodach, łomotanie w drzwi. Za każdymi drzwiami żadnego odzewu, oprócz jednych. Najwyższy z Dziewięciu skierował się do ostatnich drzwi, Załomotał, po chwili usłyszał za nimi trzask, łoskot, szmer.
Chwila skupienia, drzwi padają jakby pod naporem ciężkiego taranu. Smuga światła pada prosto na śpiącą Dagnir. Mruknięcie zadowolenia wydobyło się spod stalowej korony, szybkim ruchem dobył on miecza. Dźwięk szczękającego metalu obudził dziewczynę, otworzyła oczy i ujrzała swego wyśnionego księcia z mieczem w ręku. Czy ważne było, że miał zamiar ją zabić? Nie, ona patrzyła na niego z uśmiechem, jej serce napełniało się miłością, ogarnął ją dziwny stan. Czarnoksiężnik zawahał się przez chwilę, przyjrzał się dziewczynie. Ona w mroku dostrzegła zarysy jego twarzy i kształt rozmytych oczu. Podszedł do niej i żelazną rękawicą chwycił za gardło.
Patrzyli sobie prosto w oczy. Dagnir złapała jego dłoń. Zdezorientowany dostrzegł ,że dziewczyna próbuje coś powiedzieć. Zwolnił na chwilę uścisk. Podniósł głowę i głosem nie znającym sprzeciwu i mrożącym krew w żyłach powiedział
-Wypowiedz ostatnie życzenie, ścierwo.
-Kocham Cię. - wyrzuciła z siebie jednym tchem
-Głupia! Kimże Ty jesteś żeby mnie kochać? Mnie nie można kochać, należy się mnie bać, masz się trząść ze strachu wyklęta córo Gondoru. Będziesz błagać o śmierć
Głos śmierci wydobył się z jego krtani. Odepchnął ją z wściekłością, jego mgliste oczy zapłonęły gniewem. Dagnir poczuła na policzku mocne muśnięcie jego żelaznej ręki. Upadła na ziemię, krew potężnymi kroplami spływała po jej twarzy, kapała na ziemię. Podniosła głowę, wpatrywała się w twarz Wodza jednocześnie rozpaczliwie próbując wstać łapiąc się jego szat. Upiór wydobył z siebie kolejny krzyk, jeszcze bardziej przerażający od poprzedniego, ale Dagnir się nie bała. To był jej wybawca, jej wyśniony książę, kochała go.
Gdy udało jej się wstać stanęła naprzeciw niego, patrzył na nią z góry. Wydawał jej się tak majestatyczny, był dla niej kimś, tym kimś kto spełni jej pragnienia. Przed oczami mignęła jej rozmowa przeprowadzona zeszłej nocy ze starcem. Chciała tylko, by ktoś pozwolił się pokochać
Wódz Morgulu odepchnął dziewczynę, tym razem nie było jej tak łatwo wrócić do sił. Krzyk i hałas ściągnął kolejnego Upiora wraz z orkami.
Dagnir leżała na ziemi bez ruchu,ale żyła, jeszcze żyła,nie wiedząc co się dzieje,całkowicie zdezorientowana leżała u ich stóp. Bała się poruszyć,bała się pozostać bez ruchu.
-Zabierzcie ją stąd. – wypowiadając te słowa porozumiewawczo spojrzał na drugiego Upiora.
Ku uciesze Orków Dagnir nawet nie zaprotestowała kiedy brali ją za ręce i wynosili. Resztką sił otworzyła oczy i stęsknionym wzrokiem spojrzała na Czarnoksiężnika. Jednak jego spojrzenie zmroziło ją, zemdlała a może tylko osunęła się z wyczerpania,czuła ból w sercu,ale wiedziała że należy do niego,że tylko on jest w stanie posiąść jej umysł i jej serce. Drzwi zatrzasnęły się za Orkami.
-Co chcesz z nią zrobić? - wymamrotał drugi Upiór
-Każda ofiara stająca na Twej drodze jest warta uwagi, zadecyduję gdy ją doprowadzą do odpowiedniego stanu.
-A wtedy dowie się,że nie powinna się nigdy urodzić.
Drugi Upiór obrzucił ironicznym spojrzeniem kałużę krwi na ziemi. Czy tylko na to było stać Wodza? Dlaczego nie zabił jej od razu?
Książę Morgulu zdawał się czytać w jego myślach.
-Nagła śmierć nie jest karą, a to dopiero początek.
W milczeniu wyszli z lochu, Wódz przypadkowo zahaczył ręką o dzban z napojem znajdujący się w dalszym ciągu na ławie,cała jego zawartość wylała się na jego przedramię, otrząsnął się z obrzydzeniem.
Orkowie zanieśli Dagnir do niewielkiej ciemnej sali ze starymi okiennicami, sprawiającymi wrażenie że sala jest zapomniania i opuszczona. Cała we krwi Dagnir nadal się nie ruszała.
-Nie żyje? - rzucił jeden z Orków
Drugi dotknął swą wielką brudną łapą jej szyi,wyczuł słaby puls.
-Jeszcze żyje, ale możemy coś z tym zrobić
-Dlaczego chcesz pozbawić Wodza Krzykaczy tej przyjemności? To jego zabawka, niech się nią odpowiednio zajmie.
Przyglądali się jej, żartując z zaistaniałej sytuacji. Młoda kobieta w rękach Czarnoksiężnika z Angmaru, tutaj szykował się rozlew krwi, ogrom bólu i cierpienia.
-Chciałbym chociaż domyślać się cóż on wymyśli.
-To wie tylko Władca Ciemności.
Wszyscy zaśmiali się, ich śmiech był przykry, uciążliwy dla ucha, piskliwy. Wtem inny z Orków wbiegł do sali zdyszany.
-Na noc ma być gotowa, macie ją związać tak, żeby nie mogła sie nawet poruszyć. - oznajmił po czym wyszedł
-Ta noc zaboli ja jak nigdy wcześniej.. - mruknął pod nosem zamykając wrota.
Za zamkniętymi drzwiami nie było już nic słychać. Nie wiadomo co Orkowie robili, przekrzykiwali się między sobą, w potoku słów dało się usłyszeć jedno zdanie \"Przestań, zostaw to jemu\"
Czyżby sami próbowali wymierzyć sprawiedliwość? Co się z nią wtedy działo? Gdy drzwi ponownie otworzyły się przed wychodzącymi stamtąd Orkami Dagnir leżała na wznak na kamiennym pulpicie, w podartych szatach, jej ręce były związane z tyłu głowy, stopy włożone w ostre,metalowe strzemiona, takie, że każdy najmniejszy ruch spowoduje zranienie.
Po niedługim czasie otworzyła oczy. Chciała krzyknąć, ale nie umiała wydobyć z siebie głosu. Jej oczy były przewiązane ciemną chustą, jednak byla ona pół przezroczysta, więc gdy księżyc zaczął wschodzić na niebie i zajrzał przez okiennice mogła zobaczyć gdzie się znajdowała. Jednak w sferze domysłów pozostawało to, kto ją tu przyprowadził i tak skrępował. Nie pamiętała prawie nic, wiedziała tylko, że spotkała swego księcia i że ten książę chyba nie żywi do niej żadnych uczuć.
Łzy mimowolnie wyciekły z oczu, cichutki szloch wstrząsający gardłem. Próbowała się wyswobodzić, ale sznur zawiązany na nadgarstkach boleśnie otarł się o nie. Jęknęła z bólu, bała się poruszyć, chciała uciec ale nie mogła.
Gdzie była jej rodzina, gdzie był Knahtor, dlaczego jest tak cicho i pusto? Skąd mogła wiedzieć co się zdarzyło, nie była ani naocznym świadkiem ani też nie słyszała nic. Do podziemi nie doszedł żaden dźwięk. Przypomniała sobie o rozmowie ze starym mędrcem, nie wiedziała, że ów mędrzec był nikim innym jak orkowym szamanem, który chyba przewidział całą sytuację. Oszukał ją i Knahtora, wpędził ich w pułapkę bez wyjścia. Knahtor już nie żył, godziny życia Dagnir zdawały się być policzone. Starzec zabawił się ich kosztem, powiódł ku pewnej śmierci. W bezruchu czekała na to, co się stanie, nie wiedziała na co, miała tylko pewność, że się stąd nie wydostanie a i nikt nie pomoże jej w ucieczce.
W ciemnej komnacie komnacie, na samym szczycie Minas Morgul ,na kamiennym tronie siedział Wódz Nazguli. Trzymał miecz w rękach i zbierał myśli.
Cóż za uszczerbek na dumie, ta przeklęta dziewczyna śmie twierdzić, że go kocha, odważyła sie nie poczuć ani cienia strachu. Jak ją za to ukarać? Zadawanie bólu komuś kto kocha, jest wszakże większą satysfakcją niż zadawanie go temu kto nienawidzi. Ona wyszła z sercem, on jej już odpłaci, pokaże jej co znaczy miłość i wcale nie będzie tak różowo jak ona sobie to wyobraża. Był kiedyś człowiekiem, wiedział jak wygląda miłość ludzka, widział to wszędzie, napawało go to obrzydzeniem większym niż sami ludzie. Ludzie nie tacy jak on, ludzie słabi, nie potrafiący zdobyć władzy. On jej pokaże drugą stronę miłości, skoro wykazała się taką głupotą to będzie cierpiała,a już jego w tym głowa żeby tych cierpień nie zakończyła tak szybko. Choćby błagała o śmierć, nie ma zmiłuj się. Ale czy litością nie było to, że zostawił ja przy życiu? Mógł ją zabić,tak jak zabił wielu, wbić sztylet w serce i dać spokojnie umrzeć, ale nie..on chce się karmić jej cierpieniem, rozkoszować się bólem jaki jej sprawia, błaganiem o litość,krwią wypływającą z ran które jej zada. \"Jeszcze poznasz okrucieństwo miłości\" - pomyślał.
Wiedział doskonale czego pragnie człowiek. Ludzie w całej swej beznadziejności najśmieszniejsi byli marząc o słodyczy upojnego życia we dwoje, o gromadce wspólnych dzieci, o szczęściu. \"Zaznasz takiego szczęścia, na jakie Ci zezwolę,jeśli nawet uda Ci się zbiec, ludzie będą widzieli w Tobie znamię Morgulu, nie będziesz szczęśliwa nigdzie indziej, nikt Cię nie pokocha, nikomu nie urodzisz dzieci, postaram się o to\"
Szmer otwieranych drzwi wytrącił go z planów. W drzwiach stanął Ork, który wtedy przyszedł z rozkazem.
-Panie, dziewica czeka. – wysyczał
Wódz skinął głową i wstał, Ork powoli wycofał się. Jakże straszne musiało być przyjmowanie rozkazów wydawanych głosem śmierci, pół żywym, pół martwym, nieludzkim. Wolnym krokiem zeszli na dół po schodach, aż doszli do pomieszczenia w którym bezwładnie leżała Dagnir.
Ork otworzył wrota, w sali było jasno od blasku księżyca, za jasno. Nazgul polecił Orkowi przysłonić zasłony, kiedy zostało to zrobione zmierzył go wzrokiem. Poddany wiedział, że musi się oddalić.
Wrota zatrzasnęły się, Dagnir wiedziała, że ktoś wszedł, słyszała kroki, czuła, że ktoś sie do niej zbliża. Była przerażona, łzy napłynęły jej do oczu. Ktoś stanął za nią, czuła jego wzrok na sobie. Czarnoksiężnik czuł krew pulsującą w jej ciele, słyszał bicie jej serca, widział jej śmieszną dla niego bezbronność. Przyłożył rękę do jej policzka, była lodowata, dziewczyna lekko zadrżała. Bała się, nie wiedziała co się z nią dzieje. W ciemnościach jakie panowały o tej porze nie widziała wiele. Ze strachu czy z zimna zaczęła płakać. On dostrzegł łzy płynące po jej policzkach,usłyszał ciche zawodzenie.
-Po co płaczesz głupia? Myślisz,że to pomoże?
Dagnir nie odezwała się,nie miała nawet siły płakać nad sobą i swoją sytuacją. Pochwyciła jego spojrzenie,to był jej książę,ten którego wczoraj ujrzała w lochu. Wódz podszedł bliżej, stanął przy niej, nie mówił nic. Milczenie jakie zapadło wydawało się trwać w nieskończoność.
Wreszcie przemówił do niej.
-Zdaje Ci się że mnie kochasz,tak?
Dagnir spuściła głowę. Nie wiedziała co ma powiedzieć i czy w ogóle coś mówić. On zbliżył się do niej ,złapał za związany na nadgarstkach sznur przyciągnął ją do siebie,do góry, tak by widzieć jej twarz, jej stopy otarły się o metalowe strzemiona, sznur pękł ocierając się o nadgarstki. Twarz Dagnir przybrała wyraz piekielnej udręki, on trzymał ją w powietrzu i napawał się widokiem jej bólu.
-Nadal czujesz miłość? Odpowiedz!
-Tak, najdroższy...
-Więc pozwól, pokażę Ci moją miłość.
Rozluźnił ucisk rąk, ona mocno opadła na kamienny stół. Rękawicami przesunął po jej ramionach. Dagnir nie płakała, choć czuła ból rozrywający jej rękę. Jedną ręką dotknął jej twarzy, chłod metalu sprawił że zaczęła drżeć. Pojedyncze, cienkie smugi pojawiły się na jej policzku. Krew spłynęła z twarzy, z ręki, bolało coraz bardziej, pomyślała że za chwilę skona tu przy nim, pomyślała zbyt wyraźnie, zbyt głośno.
Jakby za dotknięciem różdżki, wir energii zatoczył wokół nich koło, ból ustał, krew zatrzymała się i po chwili zakrzepła.
-Nie łudź się, nie dam Ci umrzeć tak szybko, nie zabiłbym istoty która twierdzi że mnie kocha. - nie wyczuła ironi w jego słowach.
Wódz spod szaty wyciągnął swój sztylet. Zaczął przesuwać nim po jej ciele. Chłodny metal delikatnie głaskał jej ciało, kłuł, chłodził bardziej niż zimna wietrzna noc. Jej ciało uciekało przed ostrzem, ze strachu przed ranami, ze strachu przed zimnem. Złapała go za dłoń ,w której trzymał sztylet. Spojrzała błagalnym wzrokiem, jej oczy prosiły o litość, nie rozumiały dlaczego tak robi.
-I czym Ty jesteś? Niczym! Żaden to dowód miłości dla mnie, każdy mógłby z Tobą uczynić to co czynię ja, nawet moi Orkowie.
-Nieprawda. - odparła z rozgoryczeniem
Chwila ciszy, rany na jej ciele powoli się otwierały się, krzyknęła, ręką próbowała zatrzymać płynącą krew. Czerwona ciecz zastygła, rana się zabliźniła. Opadła bez sił.
-Nie przerywaj kiedy do Ciebie mówię. Jesteś dla mnie nic nie znaczącym robakiem, kogoś kto coś znaczy zgładziłbym na miejscu. Ale skoro tak wielka jest Twoja głupota, że żądasz miłości - dostaniesz ją. Jesli będziesz grzeczna, może okażę Ci trochę łaski.
Wbił sztylet w jej ciało, szybko wyciągnął go. Dagnir nie miała siły już nawet krzyczeć, nie czuła już bólu.
-Proszę okaż mi trochę litości, zrobię co zechcesz, proszę nie rób tego, nie zadawaj mi bólu – błagała
-Dla miłości trzeba ponosić ofiary, jeśli życie Cię tego nie nauczyło, ja Cię tego nauczę .
Nie zawahał się ani momentu, wbił ostrze w miejsce obok, nie gwałtownie, ból musi być wielki, on wbijał je w nią powoli. Drugą ręką uciskał jej ciało. Karmił się jej cierpieniem, im mocniejszy był ucisk, tym bardziej ona krzyczała, tego właśnie chciał, krzyku, bólu i krwi. Czarnoksiężnik odsunął się od niej, poczuła zimno na swojej skórze, nie wiedziała czemu, ale chociażby chwila bez tego ciepła, jakie poczuła gdy posuwał się w swoich czynach coraz dalej, dawała jej udrękę po stokroć większą niż tą, którą czuła gdy wbijał jej miecz w ciało. Uzależnił ją od cierpienia, nie cierpiąc fizycznie czuła boleść psychiczną, czegoś było jej brak. Zaczęła dygotać, nie obchodził ją metal wbijający się w stopy, zęby cicho szczękały. W sali robiło się coraz zimniej. Zmarznięte nerwy powolutku obumierały, dziewczyna nie miała już siły oddychać. Jej ciało zrobiło się sine, zlodowacone.
Nagle, zaczynało się robić cieplej, coraz cieplej. W pewnym momencie temperatura była nie do zniesienia. Dagnir wracała do życia, jej ciało oszalałe wiło się jak w transie. Dygotała, wstrząsało nią, jej zmysły szalały, nie wiedziała co ma z sobą zrobić, nie miała siły krzyczeć. Wszystko ustało, naokoło było cicho.
Westchnęła...raz, drugi, trzeci. Spojrzała na siebie, rany przypominały wypalone ogniem dziury, głębsze, płytsze, była skrajnie oszpecona. Nie umiała znieść tego widoku, spojrzała na Wodza. Patrzyła z wyrzutem, ze smutkiem. Dlaczego jej to robi, przecież ona go kocha. Gdyby tylko poprosił, zrobiłaby dla niego wszystko.
-Doskonała jesteś, kto by pomyślał że takie niepozorne dziewczę może znieść tyle bólu. Powiedz , czy posiadł Cię kiedyś jakiś mężczyzna, jeśli nie, uznam Twą miłość i puszczę Cię wolno. - jego głos pod wpływem czarów nabrał przyjemnego ciepłego tonu.
Wyczerpana, opętana strachem, mokra od krwi pokręciła głową.
-Nie wierzę Ci - roześmiał się, z jego gardła wydobył się okrzyk.
Zagłębił rękawicę w jej ciele, gwałtownie, bezlitośnie, nie zważając na to co przed chwilą powiedziała. Jej wnętrze zaczęło się rozrywać od środka, koszmarnie ją bolało, przeżywała piekło. Całym ciałem zdawała się odczuwać rękawicę wnikającą w jej ciało, każde jej ostrze, czuła wszystko razem i każde z osobna. Wszystko sprawiało jej taki sam ból, głęboki, przeszywający ją od stóp do głów. Jakby jakaś błyskawica przenikała jej ciało, dygotała, a im bardziej dygotała tym wolniej w nią wnikał, żeby zadać jeszcze większy ból. Krew polała się po jej udach, bladych ze strachu. Krzyczała, prosiła o litość, błagała go o koniec.Jęczała z bólu, jakby ktoś ją rozrywał na drobne kawałki, rozpadała się wewnętrznie.
-A wiec chcesz więcej?
Zadawał ból jej sercu, zadawał mękę ciału. Osunęła się bezwładnie na kamień. Ciepiała. Strzemiona trzymające jej stopy pękły, ich końce drażniły jej stopy. Cierpiała bardziej, z każdym jego ruchem, każdym wypowiadanym słowem. Zaczęło świtać. Resztkami sił uniosła głowę, spojrzała mu w oczy, tak bezlitosne, tak zimne, brak w nich było miłości, którą ona do niego żywiła. Był jej katem, bała się go, kochała go, czuła że on znosi ją na dno.Ocalił ją, gwałcił jej umysł, jej ciało. Im bardziej bolało tym bardziej on tego bólu pożądał. Obserwował ją, jej twarz pełną cierpienia, niewyobrażalnej katorgi. Dla niego nic to nie znaczyło. Miał ją tutaj, tutaj ją przyzwał, posiadł ją na wyłączność, powoli ją zabijał.
-Jesteś niczym, bezmyślną istotą, która zatańczy jak jej zagram w imię czegoś co nie istnieje. Mnie nie można kochać, nie pozwolę na to komuś takiemu jak ty.
Dagnir przeczuwała, że to koniec, otworzyła usta, skupiła na sobie jego uwagę. Teraz, gdy już poniżył ją do granic możliwości mogła błagać tylko o to, by ją zabił.
-Przyjmij moją miłość, o nic więcej nie proszę.
-Przyjmę...
Oto na jej twarzy zagościł uśmiech, którego nie było od tylu lat. Pierwszy, szczery uśmiech. Nic już nie było dla niej ważne, liczyła się tylko miłość i uśmiech. Teraz mogło się stać cokolwiek.
-Przyjmę ją wraz z Twoją śmiercią, a teraz zdychaj.
Szybki ruch ręki, ostrze wbite w serce. Pokochała, kochała w chwili śmierci, kochać i pamiętać będzie w innym, być może lepszym świecie.
Rany otworzyły się, sala wypełniła się jej krwią, krew wnikała w ziemię, nieżywe oczy obserwowały świat nie widząc go, on stał nad nią, pełen szyderstwa i nienawiści, wyjałowiony z uczuć. Kilka lat później do końca spełnił jej pragnienie, król Earnur przyjął jego wyzwanie i nikt nie zobaczył go już żywego. A od tej chwili Minas Morgul opiewało trupio-zielone światło, na pamiątkę przelanej tu krwi. Krwi zielonookiej dziewczyny, która pokochała Czarnoksiężnika z Angmaru.##edit_bymitnas 2005-11-19 11:24:21##ed_end####edit_bymitnas 2005-11-20 06:50:49##ed_end##