Sens
zmienia bieg histori...
Moje życie zaczęło się gdy...on mi o nim powiedział. On...pewnie zastanawiacie się kto...wierzcie gdy go ujrzałam
nie byłam na prochach czy czymś podobnym...poprostu go zobaczyłam.
Stał tam na tle białej ściany a przed nim biegali ludzie...czułam coś dziwnego w nosie, okazało się to rurkami doprowadzającymi
tlen. Nie czułam bólu, samku i zapachu powietrza...ale jego widziałam wyraźnie. Był normalnie ubrany i patrzył mi w oczy...
ale to spojrzenie czułam w swojej duszy. Nie przestraszyłam się go, bo nie był straszny, czułam, że znam go od dawna,
tylko byłam nieświadoma jego obecności. Poprawił koszulę, odkaszlnął i zbliżył sie do łóżka, na którym niechybnie lezałam
w okropnej szpitalnej piżamie. Szedł nie patrząc na ludzi, a oni nie patrzyli na niego. Szpitalna sala oddalała się z każdym
jego krokiem, który odbijał się echem wieczności. Wieczność też jest zabawnym słowem, bo zawarta jest w każdej sekundzie,
w każdym ruchu. Jest jak smuga tuszu tworząca kolejne litery historii naszego istnienia i ten tusz teraz czułam wokół. Chciałam
się uśmiechnąć i powiedzieć, że wszystko gra, ale rurki strasznie to utrudniały. Ale on wiedział...stał tuż obok i cicho coś mówił.
Nie rozumiałam dokładnie, ale nie były to słowa przykre, a raczej niosące nadzieję. Tego akurat nie potrzebowałam, ale
słowa nie były przeznaczone dla mnie...
Głowa mojej mamy opadła na piersi,a ręce zwisały bezwładnie po obu stronach krzesła. Oczy choć były zamknięte i skryte
grzywką miała zapuchnięte, a twarz strasznie szarą i cierpiącą. To dla niej były słowa...słowa od niego.
Spojrzał na mnie i skinął...
Czy on oszalał? Nie dla niego nie było po prostu nic nie możliwego...nakazał mi wstać i wstałam...bez dziwnego uczucia
w nosie i gardle. Szłam jak kiedyś...ale kiedy?
Tusz wieczności szczelnie mnie okrywał...dziwnie było spacerować korytarzem, obok ludzi, którzy tkwią w miejscu jak posągi.
Szłam za nim, ale nie bardzo wiedziałam do kąd...na pewno nie umarłam...chyba, że taki stan dopada każdego po morfinie
i innych specyfikach. Sama już nie wiem. Ale nagle doszliśmy, dotarliśmy w zasadzie, do innego pomieszczenia, biło z tamtąd
chłodem i śmiercią. Przeszliśmy do środka, na łóżkach pod rześcieradłami biły dziesiątki serc, od serc sarców, po maleńkie jak
śliwki serduszka dzieci. Biły wesołym rytmem a nie powinny. Usłyszałam coś jeszcze i poczułam, że coś ociera mi się o nogę.
Śmiech...cichutki jak tchnienie wiatru, w prosektorium ktoś się śmiał. On nachylił się i podniusł powietrze, koszula wgniotła się
jak przy uścisku, potem szedł dalej, a powiew śmiechu razem z nim. Zatrzymałam się...co on sobie myśli? Mógłby chociaż coś
wyjaśnić, ale nie zrobił tego...
Obudziłam się...wieczność odeszła, a on razem z nią. Rurki i pikanie mówiły, że wszystko jest jak kiedyś. Zniknęły tylko bandaże
z nadgarstków i szarość z twarzy mamy. Już nigdy nie dam jaj ani siebie skrzywdzić...
Koło łóżka przebiegł powiew śmiechu...nigdy więcej...niech oni idą do Diabła...ja zostaję przy niej.
Pod ścianą on patrzyła na nią, ale ona go nie widziała. Już nie teraz...wieczność pisała następne zdanie...a oni niech idą do
Diabła, za to co jej zrobili...