Shira i Narodziny Żywej-Martwej Legendy (Part 1/3)
Ciężko mi zacząć... Może się przedstawić na początek? W takim razie nazywam się Shira Yamadeko. Jestem zwykłą nastolatką, nie wyróżniam się zbytnio z tłumu. Mogłabym nawet rzec, że jestem szarą myszką idącą między masą setek ludzi. Nigdy nie miałam zbyt wielu przyjaciół, a nawet mogę powiedzieć, iż cierpiałam na ich brak. Mój dzień składał się z posiłków, szkoły, oglądania telewizji i potrzeb fizjologicznych.
Pustka...
Nic poza tym.
Jednak pewnego dnia cały mój świat, całe moje życie zmieniło się. Często żałuję tego, że poznałam „prawdziwą” rzeczywistość. Z początku myślałam, że śnię i zaraz się obudzę, ale na moje nieszczęście wcale tak nie było. Potem nie mogłam spać bojąc się, że już nigdy nie otworzę oczu. Z czasem jednak pogodziłam się z tym faktem i zaczęłam się w ten „nowy świat” wdrażać.
Mimo jego mroku i okrucieństwa... Chciałam go poznać.
Nie raz o mało nie przypłaciłam mojej ciekawości życiem, ale jestem twardym zawodnikiem i jeśli czegoś bardzo chcę to zrobię wszystko.
Było trudno.
Wielokrotnie traciłam wiarę w siebie próbując zapomnieć o tym co widziałam i słyszałam, ale byłam już za bardzo wciągnięta przez ten „świat”...
Nie było odwrotu. Nie można było powiedzieć „Nie mam siły!” gdy stał nad tobą twój kat. Życie to nie gra! Gdy zgubisz się lub cię zabiją nie zrobisz „Loading”, by zacząć od nowa. To nie tak działa. A bez ryzyka życie jest nudne i monotonne.
Spokojnie zaraz przejdę do „historii właściwej”. Przecież mój wstępik wcale nie jest taki długaśny, więc was nie rozumiem. Na czym to ja skończyłam? Ach tak!...
***
To był zwykły dzień jak co dzień. Niepostrzeżenie lato zaczęło zmieniać się w jesień, co oznaczało jedno – szkołę. W ogóle nie zwróciła bym na to większej uwagi gdyby nie moja mama, która wręcz z wywieszonym językiem biegała ze mną od sklepu do sklepu w poszukiwaniu podręczników na nowy rok szkolny.
Pierwszy rok w liceum... Wydawało mi się, że wszyscy z mojej rodziny bardziej ekscytowali się tym faktem niż ja sama. Właściwie to dla mnie to nie było niczym wyjątkowym. I tak szłam do tego samego budynku tylko, że piętro wyżej. Te same twarze, większość tych samych nauczycieli, podobny materiał do pierwszej gimnazjum... Wiele się nie zmieni...
I tak dziwnym trafem kolejne kilka dni uleciało mi między palcami w „stresujących przygotowaniach”. Przyszłam do szkoły. Szczerze powiedziawszy nie ma w tym nic wielkiego, ale... Do mojej ławki przysiadł się ktoś.
I co z tego? – zapytacie. A ja wam powiem, że to był Clark Florky. Dziwne nazwisko, ale to nie jest tak istotne jak to co działo się potem. Zaczęliśmy rozmowę.
Zazwyczaj ludzie omijali mnie szerokim łukiem, bo nie byłam... popularna. O tak! W mojej szkole jeśli nie jest się popularnym to inni traktują cię jak powietrze. Jak ją zdobyć? Trzeba być wybitnym sportowcem, różową barbie, mózgiem dającym ściągać albo zrobić coś szczególnie głupiego lub brawurowego. Nie należałam do żadnej z tych „grup” więc przerwy spędzałam na czytaniu książek lub słuchaniu muzyki z mojego odtwarzacza mp3 (chwała temu kto skonstruował to cacko!). Ale wróćmy do mojej historii.
Tak nam się dobrze rozmawiało, że musieliśmy nasze przemyślenia na temat książek i filmów przedłużyć o drogę prowadzącą do mnie do domu. Pożegnaliśmy się.
Dni mijały. Pierwszy raz od jakiegoś czasu nawiązałam z kimś kontakt. Choć czasem bałam się, że to znajomość dla ośmieszenia mnie. Jednak wolę przez pewien czas mieć z kim pogadać niż zawsze być tak samą jak palec.
Nic nie jest takie piękne jakby się mogło zdawać.
Często piękne rzeczy mają swoją złą stronę.
Na przykład taka róża. Pięknie się prezentuje i pachnie tak miło, ale posiada też ostre kolce. Może akurat w tym przypadku przykład róży nie jest trafny. Może lepszy byłby przykład monety. Z jednej strony połyskująca powierzchnia, a z drugiej strony zaśniedziała. Moneta jest tak ładna, ale ma też i swoją brzydką stronę. O tak! Ten przykład prezentuje doskonale to o co mi chodzi.
Zapytacie pewnie o czym ja właściwie opowiadam. A ja wam powiadam: czekajcie, a się dowiecie. Wiem, wiem jestem okrutna jeśli chodzi o tego typu sprawy, ale ja kocham trzymać innych w niepewności. To podobno jedna z głównych cech kobiecych. Coś na styl tego dowcipu z kurą i kogutem: „A zrobię jeszcze trzy kółeczka wokół kurnika żeby nie myślał, że jestem łatwa”. Wracajmy jednak do tego co mnie spotkało.
To był listopad. Zaczęły się pierwsze przymrozki, a drzewa wyglądały jak kikuty z palczastymi rękami. Na ziemi leżały cienką warstwą zżółknięte liście, a nawet powiedziałabym przygniłe przez te ciągłe deszcze. Jak co rok niebo o tej porze wyglądało jakby zbliżał się koniec świata.
Jednym słowem pogoda pod psem.
Każdego dnia.
Byłam strasznie ociężała, senna, bardzo flegmatyczna. Ale sama myśl o tym kogo spotkam w szkole dawała mi wewnętrzną siłę, której nigdy wcześniej nie odczuwałam. Moja mama nazwała to miłością. Ja bym tego tak nie określiła. Radość, że mogę z kimś pogadać – o tak! Tego jednego dnia listopada, gdy spadł już śnieg, wpadło mi do głowy by odwiedzić Clarka.
Czy tego żałuję?
Nie wiem.
Ale to co zobaczyłam z początku napawało mnie strachem, potem obrzydzeniem. W sumie jak mogłam się czuć?
Poszłam do jego domu, a że dzień stawał się coraz to krótszy więc było już ciemno jakby był to środek nocy. Co z tego, że ciemno?! Tylko małe dzieci boją się ciemności. Wtem czyjś zdławiony krzyk w uliczce biegnącej obok mnie.
Stanęłam jak wryta.
Zacięłam się jak to czasem Windowsy się zacinają. Spojrzałam w prawo właściwie bojąc się tego co mogę zobaczyć. Złodziej? Morderca?! Nie mam pojęcia, ale osoba która krzyczała umilkła dość szybko więc spodziewałam się najgorszego. Latarnie świecące wzdłuż chodnika, którym szłam nie świeciły na tyle jasno by pokazać owy epizod toczący się lub skończony już tam obok mnie.
Przełknęłam głośno ślinę.
Chciałam już dać nogę, ale tam w ciemnościach zobaczyłam dwie szamoczące się sylwetki. Znowu strach mnie ogarnął nie pozwalając mi drgnąć z miejsca. Obie postacie na moje nieszczęście zbliżały się w moją stronę. Nastała taka chwila, w której słyszałam tylko bicie mojego serca.
Jedna z sylwetek wyrwała się drugiej i zmierzała ku światłu latarni. Po dosłownie sekundzie ujrzałam nie znaną mi dziewczynę, która złapała mnie za rękaw kurtki szepcząc coś gorączkowo. Jej głos nie brzmiał zbyt naturalnie. Nie wiedziałam co robić. Nie umiałam się bić, ani szybko biegać. Próbując coś powiedzieć spojrzałam na długowłosą blondynę...
To co rzuciło mi się w oczy... Jest wręcz nie do opisania. Nie potrafię słowami wyrazić tego co poczułam i pomyślałam w tamtej sekundzie.
W jej klatce piersiowej tkwił na wylot jakiś gruby kawałek drewna...
Zatkało mnie...
Czy ja przypadkiem nie śnie? Może po drodze do Clarka zasłabłam i teraz moja chora wyobraźnia tworzy niestworzone rzeczy? Złą stroną tego snu było to, że był nazbyt realistyczny. Czułam jak dziewczyna ściska moją rękę chowając się za mnie przed idącym w naszą stronę napastnikiem. Czułam zapachy obiadów z domów obok, pod nogami zgrzytał śnieg...
Nie! To musi mieć jakieś racjonalne wytłumaczenie... Ale jak skoro ta dziewczyna nawet nie krwawi?!
-Puść ją i odejdź na bok... Tylko powoli i spokojnie bym widział każdy twój ruch... – z mroku usłyszałam znajomy głos
-To nie ja jestem tu potworem tylko ty! – krzyknęła blondyna stojąc już zupełnie za mną
Energicznym ruchem oplotła mnie rękoma krępując moje ręce. Po czym syknąwszy swoim dziwacznym głosem zaśmiała się wręcz diabolicznie. Sytuacja była beznadziejna nie ma co... Jakaś wariatka z kołkiem w sercu trzyma mnie, a jakiś koleś nie rzuca mi się z pomocą... To jakaś cholerna zmowa?! Zabiją mnie teraz?!
-Nie dajesz mi wyboru... – powiedział ze zrezygnowaniem mężczyzna wchodząc na oświetlony chodnik po czym tylko odgłos strzału
Moje ręce były wolne... Nie czułam nic za swoimi plecami... A przede mną stał Clark z jakąś dubeltówką w ręku... Przeładował broń i westchnął ciężko. Teraz już zupełnie nie miałam pojęcia co się działo i dzieje. Obejrzałam się za siebie, ale czułam, że to nie będzie miły widok.
I nie był...
Dokładnie się nie przyglądałam, bo w sumie nie było tam niczego czemu można się było przyglądać. Widząc dużą błękitną plamę na śniegu przy miejscu gdzie powinna być głowa blondynki mogłam się domyślić co z nią się stało. Zrobiło mi się z deczka niedobrze. Zakryłam nos i usta czując lekki odór mięsa.
-Przepraszam... – odezwał się nagle Clark – że musiałaś dowiedzieć się o tym w tak brutalny sposób, ale... ehh... Właściwie to nie wiem jak ci to wytłumaczyć... – zaciął się na chwilę spoglądając na trupa za mną – chociaż po tym co zobaczyłaś, to możesz uwierzyć w to co ci powiem
-A mianowicie? – spytałam mrużąc brwi
-Ej co tu się stało?! – wydarł się ktoś z jednego z domów
-Zastrzelono tu jakąś dziewczynę. Zadzwońcie gdzie trzeba – odparł bez żadnych emocji chłopak, po czym zwrócił się w moją stronę – Choć ze mną to wszystko ci opowiem...
Właściwie to nie wiem czemu mu nie odmówiłam... Przed chwilą zastrzelił jakąś dziwaczkę, a teraz z nim idę gdzieś. Nawet nie mam pojęcia dokąd. Widać zszokowanie działa na ludzi tak, że przestaj racjonalnie myśleć. Cóż poszłam z nim i nie było odwrotu.
***
Wiem znów trzymam was w niepewności, a wy już chcecie wyrzucać niczemu nie winien monitor przez okno, albo jakiś mebel, bo komputera wam szkoda, jednak zanim to zrobicie wysłuchajcie tego czego potem się dowiedziałam.
Sama dowiadując się całkiem przypadkiem o tym o mało nie dostałam zawału. Czemu? Słyszeliście kiedyś o nieboszczyku, który uciekł z kostnicy zabijając tam kilku pracowników? O kim mowa? Nie trudno zgadnąć.
Do naszej bezgłowej koleżanki wezwano karetkę i policję. Lekarze bez wątpienia stwierdzili zgon widząc na śniegu rozbryzgane kawałki... Yhh... Niedobrze mi na samą myśl. Po tym przewieziono ją do szpitalnej kostnicy, gdzie próbowano znaleźć jej rodzinę, która by ją pogrzebała. Jednak nie było jak. No trudno kogoś zidentyfikować po samym korpusie.
Kilka dni po tym całym incydencie z blondyną dziwnym trafem znalazłam się w tym szpitalu. To bodajże było odbieranie wyników badań jakie sobie robiłam w poprzednim tygodniu. Wychodząc z budynku zarówno pielęgniarki, pacjenci i reszta personelu aż huczała mówiąc tylko o zbiegłym nieboszczyku.
Zapewne bym się z tego zaśmiała gdyby ktoś nie wspomniał, że znaleziono ją na ulicy Saoraty w czwartek wieczorem i miała „wielką dziurę w sercu”. W chwili kiedy to słyszałam przechodząc koło małego kółeczka wspólnej adoracji lekarzy aż z rąk wypadła mi moja karta zdrowia.
-Panowie serio mówią?... – jęknęłam zbierając rozsypane po posadzce kartki
-Oczywiście! Wszystko jest nagrane tą przemysłową kamerą – odparł z uśmiechem jeden z „białych fartuchów”.
„Legenda o żywej nieboszczce” rozniosła się poza mury szpitala. Gazety sporo płaciły za zdjęcia „zombie”, a same pisały wywiady z ludźmi, którzy podobno ją widzieli. Szczerze powiedziawszy nie wiem co o tym myśleć. Nie wiedziałam czy...
***
-Odrodzi się zapewne... – mruknął pod nosem Clark idąc przed siebie ulicą Saoraty
-Że jak? – spytałam nie wiedząc czy, abym na pewno dobrze usłyszała
-Już czwarty raz w miesiącu ją zabijam, ale za każdym razem się odradza... Teraz nawet już nie krwawiła gdy przebijałem ją kołkiem
Nie za bardzo z początku skojarzyłam, ale chłopak opowiedział mi o wampirach zanim sama zdążyłam na to wpaść. Najbardziej w tym wszystkim mnie zdziwiło to, że skoro żyją one tu na ziemi od zawsze to czemu prawie nikt o nich nie wie? Clark nie potrafił jednak odpowiedzieć na to pytanie. Właściwie to je przemilczał. Może wolał tego mi wtedy nie mówić? Nie wiem.
W opowieści chłopaka wiele mitów na temat wampirów zostało zburzonych i dodane zostały nowe fakty. Mój kolega dowiedział ich się przyjaźniąc z wampirem w mieście gdzie uprzednio mieszkał. Często też mówiąc o „legendach” na temat tych stworzeń posługiwał się cytatami swojego dawnego przyjaciela.
Wampiry nie lubią zapachu czosnku – „bo kto lubi?”. Nie lubią słońca – „każdy dostaje porażenia jak za długo siedzi na słońcu”. Boją się stygmatów – „ateiści przecież nie chodzą do kościołów”. Unikają święconej wody – „nikt nie lubi jak się ich oblewa wodą”. Umierają od osinowego kołka wymierzonego w serce – „w sumie każdy umiera jak dostanie cios w serce”.
Jak jednak wytłumaczyć to odradzanie się wampirów? „Jak przestanie bić ci serce i mózg przestanie pracować to każdy umiera, ale wampira wtedy może opanować demon... Jednak to nie jest już ten sam wampir”. I wszystko jasne. Chociaż... Demony? Nie brzmi to nazbyt zabawnie, nieprawdaż?
***
Przez ostatni tydzień wiele myślałam o tym wszystkim. Przerażające jest to, że przez całe praktycznie moje życie idąc do szkoły, sklepu czy gdziekolwiek indziej mogłam mijać setki wampirów... A nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Wynosząc wieczorem śmieci mogłam wrócić jako wampir do domu.
Jednak najgorsze jest to, że nasza nieboszczka gdzieś szwęda się po mieście, a większość ludzi uważa to za „ogłupianie czytelników gazet”. Czasem wracając ze szkoły oglądam się za siebie czy przypadkiem nie śledzi mnie ta „legenda”.
Według internetu i wielu starych ksiąg demony to sam szatan albo jakaś dusza znudzona błąkaniem się po świecie. Jednak sama nie wiem. W tych samych źródłach pisze, że ostatnim wampirem był Drakula i został zabity przez wschodzące słońce.
Zaczęłam sięgać do wielu źródeł... Nawet do tych prymitywnych jak na przykład film „Od zmierzchu do świtu”. Jednak czego to człowiek nie robi doszukując się prawdy. Niestety moje dążenia do odkrycia tej mrocznej strony naszej rzeczywistości było niezwykle mozolne. Co do Clarka... Przestałam się z nim zadawać właściwie ze strachu, że jakiś wampir mnie z nim skojarzy i zrobi mi krzywdę.
Jednakże to trwać długo nie mogło...
Zasiedziałam się w największej miejskiej bibliotece i kompletnie straciłam rachubę czasu zatapiając się w lekturach na temat wampirów i zjawisk paranormalnych. Ocknęłam się gdy bibliotekarka oznajmiła mi, że musi zamykać. Ósma wieczorem i ja sama wracająca z drugiego końca miasta. Właściwie to mogłam iść na skróty przez ulicę Saoraty, ale od tamtego czwartkowego incydentu wolałam tą ulicę omijać szerokim łukiem.
Szłam sobie nowo wyłożonym chodnikiem, kroczek po kroczku często rozglądając się wokoło. Moją czujność usypiali ludzie siedzący sobie na balkonach jakby nigdy nic. Choć mogły to i być wampiry jednak wtedy nie wpadło mi to na myśl.
Bach!
Coś spadło za mną z przytłumionym oddźwiękiem.
-Ej to było super! – wydarł się jakiś mały chłopczyk
-Zabierz stąd go... – mruknęła z przerażeniem matka dziecka do swojego męża
Zaraz zaczęły padać setki pytań: „Jak to się stało?”, „Kim on jest?”, „Ktoś go zepchnął?”, „Mam nadzieję, że to nie...”. Przełknęłam ślinę i z lękiem zerknęłam kątem oka na ciało. To był mężczyzna. Miał długi ciemny płaszcz. Leżał nieruchomo na jednym z boków. Twarzy nie widziałam, bo zakrywał ją rękoma. Jednak po lekko przysiwiałych włosach można było stwierdzić w jakim mniej więcej jest wieku.
Wtem spod płaszcza wypłynęła błękitna krew. Taka sama jaką widziałam w owy koszmarny czwartek. Wszystko jasne. To był wampir.
Spojrzałam w górę. Na szczycie budynku rysowała się ciemna sylwetka, która po chwili zniknęła odchodząc od skraju dachu. Odeszłam od miejsca zdarzenia rozmyślając dość intensywnie. To dziwne... Czemu teraz zdarzają mi się takie rzeczy? Wcześniej Clark zabijał wampira teraz być może też i on zajął się tym „okazem”. Wcześniej nic takiego mnie nie spotkało. Czyżby mój kolega ze szkolnej ławki przyciągał do siebie te istoty? Inaczej tego nie można wytłumaczyć. Jest tu zaledwie miesiąc, a już w gazetach wychodzących w całym kraju głośno o „zmartwychwstałej nieboszczce z Kamaishi”. Mam nadzieję, że ten nie będzie kolejną sensacją dla prasy, bo w przeciwnym razie miasto będzie pękać w szwach od turystów czatujących na „bezgłową księżniczkę życia i śmierci” – tak ją nazywają ci, którzy wierzą w UFO i inne tego typu bzdety.
Ta cała historia z wampirami zamienia się w jakieś wielkie bagno. Może czegoś nie wiem? Jakaś ciemna tajemnica kryjąca się za tym wszystkim?
-Hej! – przywitał się Clark układając palce w znak „V”
-Ten tam to twoja sprawka? – burknęłam krzyżując ręce
-Jestem w końcu Łowcą... – odparł uśmiechając się tajemniczo
-Czym?! – jęknęłam z lekką frustracją
-Poluje na wampiry, ot co. Jeśli już siedzisz trochę w tym to może i ty zostaniesz Łowcą? Przemyśl to dobrze, bo drugi raz nie będę pytał – powiedział oddalając się powoli w stronę miejsca gdzie spadł wampir
Chwilę jeszcze stałam w miejscu. „Łowcy”... Heh... Ciekawe... Ale to nie dla mnie, chociaż z drugiej strony... miałabym co robić wieczorami. Na dodatek te dziwne rzeczy zdarzają mi się coraz częściej, więc... Czemu by nie spróbować?
CDN...