Skrzydlate Ostrze
– Gdzie tu jest najlepsza gospoda?, spytała.
– „Anielskie Skrzydło” panienko, dwie przecznice dalej, zobaczycie duży szyld, powiedział strażnik i wrócił do swych rozmyślań nad nudą.
– Dzięki, mruknęła i ruszyła brukowaną uliczką. Widząc szyld podjechała do budynku.
– Faktycznie duży ten szyld, pomyślała ironicznie uśmiechając się do siebie. Z gospody wybiegł chłopczyk i z ukłonem chwycił za wodze.
– Zaprowadzę go do stajni, a bagaże zaniosę do pokoju, odezwał się grzecznie czekając aż zsiądzie z konia.
- Dzięki i zaopiekuj się nim dobrze, rzuciła mu złota monetę, wchodząc w drzwi karczmy. Piegowata buzia chłopca rozjaśniła się w szerokim uśmiechu.
Poczuła się zdecydowanie lepiej, wzięła głębszy oddech i wkroczyła w klimatyczny półmrok gospody. „Ładnie tu”- pomyślała. Stoły i ławy zrobione z przeciętych na pół pni dębowych ładnie obrobione z rzeźbieniami, duży kominek z jasnoszarego kamienia, na ścianach trofea myśliwskie,-„naprawdę ładnie”, mruknęła do siebie i podeszła do starszego mężczyzny za barem.
- Czym mogę służyć?, zapytał oberżysta.
- Pokój na trzy dni, coś do jedzenia, ale nie teraz,- zadysponowała,
- Najpierw kąpiel, mam za sobą góry i cały tydzień marznięcia.
Oberżysta pokiwał ze zrozumieniem głowa i szybko wydał polecenia.
– Może napije się panienka wina grzanego?, właśnie zawrzało, spytał.
- zanim przygotują kąpiel rozgrzeje się panienka trochę.
– Chętnie, uśmiechnęła się , i nie tytułuj mnie panienką, mam na imię Annhel, powiedziała.
- I jesteś elfką? Domyślnie uśmiechnął się gospodarz, stawiając na kontuarze kielich parującego i aromatycznego wina.
– Dzieje się tu coś niezwykłego ?? zapytała.
Gospodarz spochmurniał lekko i nie patrząc na nią zaczął relacjonować ostatnie nowinki z okolicy.
- Mam na imię Dornhelm, powiedział.
– A tutaj…, no cóż, napady na okoliczne farmy nasilają się, Imperialna Gwardia nie daje sobie rady, ludzie giną, a ci co bardziej zapobiegliwi sprzedają ziemie i wynoszą się do większych miast. Tak jakby coś im to dało.. mruknął. Będąc szczerym …, mamy tu w miasteczku na głowie mały problem..
- Jaki?, może będę mogła pomóc?- upiła łyk wina, i skierowała na niego spojrzenie.
- No.. niewiem, z widocznym wahaniem, zmuszając się niemalże do mówienia, odezwał się Dornhelm.
– Najprościej byłoby gdybyś zabarykadowała okno i drzwi w pokoju… .
– No mówże wreszcie, ponagliła go Annhel.
– Przybłąkał się do nas wilkołak, ponuro powiedział Dornhelm,
- Hmm….., zastanawiała się dziewczyna.
- Kiedy?
- Jakis miesiąc temu, najpierw ginęły zwierzęta, później zniknął pomocnik grabarza, a teraz bestia nawet się nie maskuje.. .
– Wilkołak nie może się przybłąkać ot tak sobie, pomyślała na głos.
– A nie zdarzyło się znaleźć kogoś martwego ze śladami ugryzienia na szyi??
– Na szyi nie, ale na udzie od strony tętnicy. Takie ślady miała żona burmistrza.
– Czyli na scenie mamy tez wampira – oznajmiła wesołym tonem Annhel.
Dornhelm zbladł jak kreda i zaczął się jąkać.
- Jjj..ak tt..o ww…ampira..??
– No normalnie, wampira, powiedziała.
– Po pierwsze, wilkołaki służą wampirom, zazwyczaj w dzień jako strażnicy a w nocy … w nocy odciągają uwagę i robią za przynętę, dopóki wampir nie opanuje całego miejsca, wioski lub miasteczka takiego jak to…hmm, coś na to zaradzimy nie martw się Dornhelm, a teraz moja kąpiel, z uśmiechem powiedziała dziewczyna.
Trochę uspokojony gospodarz wskazał jej drogę do jej pokoju i do łaźni. Kilka godzin później, zrelaksowana kąpielą siedziała nieopodal kominka, popijała grzane wino (też na koszt lokalu), i czekała na kolację, obserwując przybywających gości. W większości byli to miejscowi, kupcy i rolnicy, trochę przyjezdnych, którzy siedzieli oddaleni trzymając przy sobie broń. Drzwi otwarły się z hukiem i do środka raźnym krokiem wmaszerował krasnolud, dźwigający na ramieniu pokaźnych rozmiarów topór bojowy, za nim wsunęła się prawie bezszelestnie szczupła ładna blondynka, z długą laską dębową zakończona rozgałęzieniem w kształcie ręki z jasnobłękitnym kryształem w środku.-„czarodziejka..” pomyślała Annhel – pewnie jedzie do Wież.. . Wieże były najdalej wysuniętymi na północ terenami. Znajdowały się tam kompleksy wszystkich czterech szkół magii, uniwersytety i biblioteki, oraz najpiękniejsze w całym imperium elfie ogrody. Stanowiły również zabezpieczenie przeciwko sąsiadom z północy. Wampirom. Pojawiły się one po drugim Połączeniu Światów, czyli jakieś tysiąc lat wcześniej. Annhel doskonale pamiętała ten pierwszy rok po Połączeniu, westchnęła w zamyśleniu,- nikt nie wiedział kim lub raczej czym była, tak było wygodniej.lepiej gdy ludzie widzieli w niej elfa, poszukiwacza przygód, a nie Anioła – Łowcę, tak, pamiętała ten dzień gdy Wszechmocny wysłał całą grupę na ziemię, było ich trzynaścioro. Trzynaście Aniołów zwanych Lewą Ręką Boga. Dano im prawo zabijania, zabijania Istot mroku i chaosu. Ocknęła się ze wspomnień gdy Dornhelm podał jej pieczeń z jagnięcia z sosem szafranowym i nowy kielich wina.
– Dzięki, mruknęła, karczmarz patrzył z troską w oczach.
– Zmierzcha się, wyszeptał, i powędrował za kontuar.
Annhel na powrót pogrążyła się w rozmyślaniach. Uriel, jej dobry przyjaciel wędrował gdzies na dalekim południu, o reszcie nie miała wiadomości, wiedziała tylko że mają się zbierać wszyscy raz na sto lat i składać szczegółowy raport ze swych dokonań odkryć i śledztw jakie od czasu do czasu poprzez kapłanów polecał im przeprowadzać Wszechmogący.
Podczas jej rozmyślań do gospody wszedł cichym krokiem wysoki ciemnowłosy mężczyzna. Usiadł przy stole obok i zaczął uważnie rozglądać się po Sali. Poczuła na sobie jakieś spojrzenie. Podniosła głowę i stwierdziła ze przypatruje się jej długowłosy mężczyzna. Mrugnął z lekkim łobuzerskim uśmiechem, lecz jego oczy pozostały poważne i spokojne. Zaczerwieniła się lekko klnąc na samą siebie w duchu za swoja nieśmiałość, owszem był niczego sobie, wysoki barczysty miła twarz, no i długie czarne włosy. Spojrzała za okno. Księżyc świecił jasno, obliczyła że do pełni jeszcze dwa dni, już miała wstać i iść do pokoju gdy w oddali rozległo się wilcze wołanie. Przysunęła bliżej siebie miecz, który przezornie wzięła ze sobą. Zrozumiała dlaczego mimo późnej pory nikt nie kwapił się opuścić gospodę. Ludzie się bali, garnęli się do siebie instynktownie wiedząc, że w ilości siła. Nagle rozległ się brzęk tłuczonej szyby i do gospody przez okno wdarł się olbrzymi wilczy kształt atakując tych którzy siedzieli najbliżej. „Ale pech”- pomyślała widząc, że wilkołak zaatakował krasnoluda. Krasnoludy znane były ze swojej szybkości i siły. Zamiast miękkiego gardła pazury i kły wilkołaka napotkały ostrą stal topora. Przekrwione ślepia rozbłysły przerażeniem ale było za późno. Ostry jak brzytwa topór bez trudu odciął bestii głowę. Po chwili ciszy gospoda rozbrzmiała wiwatami na cześć krasnoluda. Zgromadzeni podrzucali go prawie pod samą powałę, z radości że wybawił ich od problemu. Jego towarzyszka uśmiechała się z uznaniem. Tylko Annhel i ciemnowłosy człowiek pozostali poważni. Ona wiedziała, że jak tylko wampir poczuje śmierć sługi wpadnie w szał. Podeszła do Dornhelma.
– Gdzie gromadziła się reszta mieszkańców?? Mów szybko nie ma czasu!..- szarpnęła go za koszulę.
– W świątyni, po drugiej stronie miasteczka, wyszeptał nagle spoważniały i zaniepokojony karczmarz,- ale co się …
- Wampir!, rzuciła mu idąc szybko do drzwi.
Za nią ruszył ciemnowłosy. Instynktownie rozejrzała się dookoła pustego placyku. Ostrożnie wyjrzała spod dachu.
– Czysto??.., usłyszała szept za sobą,
- Tak, tu go nie ma, odparła - idziemy do świątyni.
Jakimś trafem wiedziała że nieznajomy wie to samo co ona, że jeżeli nie zdążą, to miasteczko przeżyje rzeź.., doszli już do końca uliczki gdy za nimi rozległ się tupot nóg usłyszeli wołanie krasnoluda.
- Hej! Czekajcie! Idziemy z wami, wysapał krasnolud,
- pospieszmy się, szepnęła – ale cisza od tej pory.
Cicho przeszli przez miasteczko. Gdy wyszli zza zakrętu ich oczom ukazała się niewielka świątynia. Przed bramą stały dwie ciemnie postacie.
– O kurr… syknął krasnolud.
- mamy problem...
Czarodziejka mrucząc pod nosem zaczęła splatać czar. Po chwili wszyscy poczuli jak ogarnia ich uczucie lekkości, wszystko stało się wyraźniejsze i wokół jakby pojaśniało. Powoli wyszli zza rogu budynku. Annhel obnażyła miecz i ostrze zabłysło w świetle księżyca lustrzanym blaskiem.
- Fiuu.., gwizdnął krasnolud ściskając swój topór,- srebro, no nieźle się zaczyna..
Tymczasem wampiry odwróciły się w ich stronę rozchodząc się na boki. Z furkotem płaszczy rzuciły się w ich kierunku, ich ruchy stały się bardziej rozmyte. Jeden zaatakował krasnoluda. Błyskawicznie złapał go za brodę odciągając mu głowę do tyłu i szykując się do przegryzienia mu gardła, długie białe kły zabłysły w ciemnościach nocy, w oczach krasnoluda zaświeciło się przerażenie. Lecz czarodziejka będąc trochę z tyłu, czuwała nad przyjacielem. Wampir znieruchomiał. Potężnym ciosem krasnolud zamknął mu rozdziawioną paszczę, odepchnął go do tylu i zamierzył się toporem. Wampir z trudem uniknął ciosu, uskakując w tył.
– Padnij!, krzyknęła czarodziejka.
Krasnolud rzucił się na ziemię a nad nim przypalając mu spodnie przeleciała ognista kula zamieniając wampira we wrzeszczącą pochodnię.
– Uff.. stęknął krasnolud,- dzięki Nissa, rzucił.
- Drań prawie mnie dostał,- „jeden zero dla nas”, pomyślał patrząc w stronę pozostałych. W tym czasie drugi wampir zaatakował Annhel, myśląc, że będzie ona łatwiejszym przeciwnikiem niż dziwny milczący mężczyzna, po kilku chwilach żałował pomyłki. Dziewczyna z łatwością odpierała ataki jego zamienionych w stal pazurów. Co gorsza powoli od tyłu zaczął go zachodzić tamten mężczyzna, trzymający w ręce małą kuszę. Wampir zaczął się zastanawiać jak by tu zwiać, gdy w plecy uderzyła go jasna nitka energii. Rzuciło nim o ścianę budynku. Zdążył wysłać w mrok rozedrganą falę przerażenia, gdy dziewczyna sprawnym cięciem pozbawiła go głowy.
– I po bólu, stwierdził krasnolud.
– Nie tak szybko, gwałtownym ruchem zaprzeczyła Annhel.
- Nie wiemy ile te potwory zostawiły Dzieci, wiem tylko o żonie burmistrza. A tak na marginesie jestem Annhel, przedstawiła się.
– Durgan Ironfist z klanu Whitebeard, powiedział krasnolud,
- A to jest Nissa, wskazał na blondynkę, która skinęła ze zmęczonym uśmiechem głową.
- Argoth, powiedział krótko mężczyzna.
– Czyli się już znamy, skwitował z uśmiechem krasnolud. Usłyszeli ciche kroki i zza rogu wyszedł Dorhelm. Lekko zbladł na widok dopalających się resztek ciał.
– Większość mamy z głowy, odezwała się do niego Annhel.
- Większość??...., zapytał ze zdumieniem.
– Jeszcze pozostały nam ich Dzieci, musimy wiedzieć ile osób zmarło nagle ostatnio i gdzie są pochowani.
- Zbierz mieszkańców, powiedziała dziewczyna.
….
Śpiący w swoim lodowym pałacu Najwyższy Lord D’raekhaal, zwany przez ludzi Najstarszym a przez elfy Mrocznym Ojcem, ocknął się nagle. Przez chwilę błądził wzrokiem po lodowych zdobieniach sypialni. Zatrzymał wzrok na śpiącej obok niego Lady Meliaanie. Czuł cień przerażenia, docierający z bardzo daleka. Dziwne uczucie urwało się nagle. Coś się wydarzyło. Któryś z jego synów cierpiał. I umarł. Wstał z łoża nie budząc małżonki. Wyszedł na balkon analizując uczucie. Wpatrując się w gwiazdy rozsyłał w noc mentalne wezwania do wszystkich Dzieci Nocy. Przybędą jutro, dowie się kogo brakuje. Dowie się kto zginął i kto go zabił. A później przyjdzie czas na zemstę. Nieco uspokojony położył się i zasnął mrocznym snem wampira.
….
Głęboko w Otchłani, Cerbera obudził gwałtowny szyderczy rechot. Otworzył jedno oko i spojrzał na wciąż smiejącego się dziko swojego pana. B’aal siedział na swym tronie i oglądał coś interesującego w jednym ze swoich Zwierciadeł Dusz. A Pan Demonów z zainteresowaniem obserwował jak Annhel i pozostali odsyłali w wieczny niebyt i zapomnienie kilkoro dzieci Najstarszego.
Zwierciadła Dusz jednak się przydały, pomyślał. Pamiętał doskonale ten moment gdy jeden z jego demonów – obserwatorów wysłał naglącą wiadomość i ukazał mu trzynaście błyskawic lecących w stronę ziemi. Od tego czasu obserwował działania wszystkich aniołów wysłanych przez Wszechmogącego. Zabijały głównie nieumarłych, wampiry, zombie, szkielety.. czasami nawet demony, ale w przeciwieństwie do Najstarszego, B’aal nigdy się o to nie troszczył. Wychodził z założenia że same były sobie winne i zasługiwały na śmierć, nawet z rąk anioła.
Cerber warknął i podniósł łeb domagając się pieszczoty.
– Tak psiaku, mruknął demon drapiąc go za uchem.
- Kolejne Dzieci Nocy trafił szlag, zaniósł się rechotem.
- Trzeba przyznać, że te pupilki Boga,- tfu, krzywiąc się, splunął,- Robią dobrą robotę załatwiając tę nieumarłą zarazę.
Usłyszawszy imię smoka aż uniósł się na tronie. Machnął ręką i w zwierciadle pojawiły się prawdziwe postacie Annhel i Argotha.
- To ten cholerny smok!, wrzasnął.- Znowu miesza się do nie swoich spraw!. Opadł na tron.
- Hmm… coś trzeba z nim zrobić… tylko co?. Myślał intensywnie dobrą chwilę.
- Zwykły demon nie ma z nim najmniejszych szans, myślał głośno,
- kur…a wiem! Mephisto by go posiekał..eehh tylko co mój młodszy brat robi??.
Gestem przywołał małego skrzydlatego demonka.
– Leć znaleźć Mephista, ma się tu zjawić, tylko szybko!.
- Tak mój panie, ukłonił się demon i znikł. B’aal myślał dalej.
- Jak znam Najstarszego to niedługo się tu zjawi i będzie chciał się dowiedzieć kto zabił mu syna. Tak…pokażę mu kto, ale i tak trzeba spowodować by zgodził się teleportować Mephista na ziemię…hmmm…
Jego rozmyślania przerwało brzęczenie otwierającego się teleportu. W Sali rozjaśniło się i jego oczom ukazał się pokój wyścielony poduszkami oraz Mephisto otoczony nagimi kobietami różnych ras i kolorów skóry.
- A ten znowu swoje…,pomyślał z niechęcią B’aal.
- Wzywałeś mnie władco?, odezwał się leniwie Mephisto.
- Widzę, że zaczynasz się nudzić, odparł kwaśnym tonem B’aal
– Potrzebuję twojej siły i mądrości mój drogi bracie, delikatnie zaczął demon.
- Jest pewna sprawa do załatwienia na ziemi.. i najbardziej pasuje ona do ciebie.
- Co to za sprawa?, z lekkim zainteresowaniem zapytał Mephisto.
Wyczuł, że sprawa jest poważna skoro Władca Demonów nie wysłał żadnego ze swoich Chorążych tylko zwrócił się bezpośrednio do niego.
- Trzeba kogoś..zabić, kontynuował ostrożnie B’aal.
- Kogo?, spytał krótko demon.
- Pokażę ci, mruknął B’aal i odwrócił w jego stronę zwierciadło, na tafli którego odbijała się już tylko postać Argotha. Ludzka postać. Lekko zaskoczony Mephisto spojrzał uważnie na Władcę.
– Byłem pewien, że chcesz bym zabił jakiegoś potężnego maga, może nawet któregoś z Mędrców w Wieżach,..ale zwykłego wojownika..?..., wzruszył ramionami. Gdzieś tkwił haczyk a on nie umiał go odnaleźć.
- Będziesz mógł pochodzić po świecie, kusił go B’aal.
– Pomyśl, ile możesz dobrego zrobić dla naszej sprawy, przekonywał. Mephisto zastanowił się chwilę. Mimo haczyka, który gdzieś tam się czaił,wydawało się to opłacalne. Dawno nie chodził po ziemi. Czuł coraz większą pokusę.
- Dobrze, zdecydował się,
- Zrobię to, rzucił krótko i już odwracał się do swoich niewolnic, gdy nagle coś sobie przypomniał.
– Ale tak właściwie to co ja będę z tego miał?, spytał.
- Nie co tylko kogo, sprostował uśmiechnięty B’aal.
- Więc kogo?, indagował dalej demon.
- Ją, triumfalnym gestem B’aal zmienił obraz w zwierciadle. Ukazała się w nim postać Annhel. Anielska postać. Postać kąpiącego się w jeziorku czarnoskrzydłego anioła. Oczy Mephista rozbłysły pożądaniem. Miał niewolnice z różnych światów ale anioła jeszcze nie miał.
– Ona jest na ziemi?!?, zapytał z niedowierzaniem.
– Jest na ziemi, potwierdził B’aal.
- Możesz ją mieć.. jak tylko załatwisz tamtą sprawę, będzie czekała na ciebie tutaj. Pamiętaj! Głowa wojownika za anioła. Przypomniał.
- Kiedy mam wyruszyć??, z zapałem spytał Mephisto. – Wyruszysz jak tylko zjawi się tutaj nasz nieumarły sojusznik, oznajmił Pan Otchłani.- Czyli niedługo..dzień może dwa, pomyślał z satysfakcją. Mephisto zabije smoka, on schwyta anioła, a wampirom zostawią krasnoluda i tę pustogłową czarodziejkę.
Mephisto cieszący się już na myśl o posiadaniu w łożu anielicy, ukłonił się i zamknął portal. B’aal zatarł ręce, no nieźle, pomyślał, kto by przypuszczał, że trafi się okazja do zdobycia kilku przyczółków na ziemi, i pozbycia wreszcie, tego denerwującego smoka. Anioł to pestka, stwierdził. Wyślę kilka demonów i po fakcie. Przywloką ją tutaj za pióra. No, teraz pozostaje czekać na Najstarszego, pomyślał i z dzikiej radości wytargał uszy ziewającego Cerbera.
….
Zasapany karczmarz dobijał się do każdych drzwi w mieście i zbierał ludzi w świątyni. Oczekując na przybycie wszystkich Annhel modliła się cicho do Wszechmogącego, dziękując mu za siłę i zdecydowanie jakie otrzymała podczas walki, jak zawsze zresztą. Nissa przycupnęła na ławce obok i z natężeniem wpatrywała się w Argotha. Siedział cicho obserwując wchodzących bacznym wzrokiem. Durgan stwierdziwszy, że nie ma sensu marnować czasu na obserwacje zaczął lekko pochrapywać tuląc do siebie topór jak jakąś maskotkę.
– Argoth BlackWing, odezwała się cicho czarodziejka,- myślałam, że to tylko legenda, wymysł obdarzonych bujną wyobraźnia pieśniarzy i poetów.
Popatrzył na nią poważnie.
– Nie, to nie legenda, stwierdził zmęczonym głosem.
Annhel słuchała ich jednym uchem. Postanowiła wypytać czarodziejkę nazajutrz, o co chodzi z ta legendą. Świtało już gdy zebrali się już wszyscy mieszkańcy na czele z karczmarzem i burmistrzem.
– Na początku chciałbym w imieniu miasta podziękować wam wszystkim za pomoc, oznajmił burmistrz.
– W imieniu rady miasta nadaję wam tytuły Honorowych Obywateli miasta Gordun, oraz ofiarować cztery tysiące koron za ratunek,
- No, to konkretna gadka, z łobuzerskim uśmiechem stwierdził krasnolud.
– Podziękujecie nam później, przerwała im Annhel – teraz powiedzcie mi ilu ludzi zmarło niedawno i gdzie są pochowani.
– Sześć osób w ciągu ostatniego miesiąca, powiedział cicho kapłan stojący obok nich. Sześć o których wiem.
– Dzisiejszej nocy nikt, oznajmił burmistrz.
– Zdążyliśmy, szepnęła do siebie Annhel.
– Musimy iść na cmentarz!, Trzeba spalić tych zmarłych, i to natychmiast!
– Potrzebujemy kilka drewnianych kołków i chrustu na stos, oraz pomocników, dodała. Burmistrz wybrał z tłumu kilku najtęższych mężczyzn, i cała grupa udała się na cmentarz położony kilka wiorst za miastem. Wszystko odbyło się rutynowo. Wampiry wrzeszczały, krew tryskała na boki, stos płonął wysoko. Późnym popołudniem Annhel i Nissa rozkoszowały się gorącą kąpielą, Durgan, który stwierdził, że kąpiel powoduje u niego wysypkę, rozsiadł się wygodnie przed kominkiem z kuflem pienistego piwa w ręce i nieodłącznym toporem, prowadził dowcipną konwersację ze służącymi, Argoth zaś po krótkiej wizycie w łaźni, zajął się cichą rozmową z Dornhelmem na tematy ogólnookoliczne. – W nocy mówiłaś coś o Argocie Blackwingu i że to legenda.., spokojnie zapytała Annhel, bawiąc się pozornie od niechcenia miękką gąbką.
– Co wiesz o smokach..?, odpowiedziała pytaniem na pytanie Nissa.
– Hmm.., no wiem że kiedyś były ale teraz ich nie ma, odleciały czy jakoś tak…, z wahaniem powiedziała Annhel.
– Nie jakoś tak tylko naprawdę odleciały, roześmiała się czarodziejka
– a Argoth.. no cóż.., westchnęła i rozpoczęła opowieść.
– Gdy byłam jeszcze adeptką magii w Wieżach dużo czasu spędzałam w bibliotekach. Szczególnie interesował mnie temat smoków, czym były, różne hipotezy na temat ich zniknięcia.., po prostu wszystko. Godzinami po zajęciach wertowałam różne kroniki, księgi i zapiski. Od antycznych zwojów począwszy aż do współczesnych opracowań. Według tego co tam znalazłam, smoki przedstawiono jako stworzenia magiczne, potężniejsze od najlepszych magów. To one przewidziały Połączenie Światów, ostrzegały ludzi lecz nikt ich nie chciał słuchać, wiec stwierdziły, że nie będą pomagać zaślepionym własną mocą ludziom, i odleciały. Podobno na daleką Północ gdzie ukryte w głębinach ziemi zabezpieczone magią przed intruzami, śpią od wieków. I tak dochodzimy do Argotha BlackWinga. Ehh…-westchnęła cicho,
- Podania i legendy mówią, że był on jedynym smokiem, który pozostał tu by nam pomagać zwalczać Mrok i Chaos. I na dodatek czarnym smokiem…
- A czy to jakaś różnica czy czarny czy niebieski??..- z zaciekawieniem spytała Annhel.
- Jasne że różnica! Lekko oburzyła się Nissa.
- Cały problem polega na tym, że Mroczny Ojciec jakimś sposobem dotarł do czarnych smoków i zyskał ich poparcie w swojej walce. Teoretycznie więc Argoth, jako czarny smok powinien walczyć po stronie chaosu, a nie po stronie ludzi. I tu właśnie w wielu podaniach wkradała się wątpliwość czy rzeczywiście jest to prawda.
– I ten Argoth jest rzeczywiście smokiem??.., z powątpiewaniem spytała Annhel.
- Jak zejdziemy na dół, przypatrz się na jego cień.., tajemniczo szepnęła Nissa.
- Eehh.. woda wystygła!, z żalem stwierdziła Annhel i zaczęła się ubierać.
Zeszły na dół. Wchodząc na salę Annhel przyjrzała się cieniowi jaki rzucał na ścianę Argot i oniemiała. Na ścianie widoczny był duży cień. Ale nie człowieka. Legenda była prawdą. Smok był wśród nich. Bez słowa zajęła miejsce obok niego. Argoth z Durganem zdążyli podczas ich nieobecności wchłonąć połowę pieczeni jaką przygotował karczmarz. Skinęli im głowami na powitanie.
- Jedzcie jedzcie, zachęcał obie dziewczyny krasnolud.
- Wyśmienita pieczeń, mlaskając i oblizując się wywracał oczami.
- Mężczyźni.., westchnęła Nissa biorąc spory kawałek na talerz.
- Człowiek się stara żeby nie przytyć, krytycznie obrzucając swoją talię, stwierdziła,- a oni obżerają się ile wlezie, i się jeszcze cieszą, pokazała im język.
- He He He, zaśmiali się obaj zgodnym złośliwym śmiechem.
- Dokąd się wybieracie?, zapytała Annhel przerywając obydwu dobra zabawę.
- Ja i Durgan jedziemy do Wież na coroczny konwent czarodziejów, jeszcze jakiś tydzień i powinniśmy dotrzeć na miejsce, oznajmiła Nissa. Obie popatrzyły na Argotha.
– Do stolicy, rzucił krótko,- do Gildii Łowców. Pokiwali ze zrozumieniem głowami.
– A ty Annhel?, spytała Nissa.
– Nie mam zadnych konkretnych planów, powiedziała.
– Może pojadę z wami, muszę zwiedzić Biblioteki.
- Szukasz czegoś konkretnego?, spytał Durgan
– może ci pomożemy??
– ehh.., westchnęła – szukam informacji na temat Ostrza Sprawiedliwości, może kiedyś uda mi się je odnaleźć.., popatrzyła z nadzieją na Argotha
– nie wiesz czegoś co mogło by mi pomóc?? zapytała.
Popatrzył na nia uważnie, wygladał tak jakby nie mógł się na coś zdecydować.
- Dobrze, odetchnął,
- powiem ci co wiem na jego temat. Krasnolud i obie dziewczyny przysunęli się bliżej. Szczególnie krasnolud, który jak wszystkie krasnoludy uwielbiał legendy i opowieści szczególnie o bardzo dawnych czasach. Wyglądało to tak jakby zaraz miał wskoczyć na kolana towarzysza.
- Czy wiecie wogóle skąd wzięło się Ostrze Sprawiedliwości??, pokiwali przecząco głowami. – Ten miecz został stworzony w smoczych kuźniach w górach Mrocznych. Oczywiście wykuły go krasnoludy, skinął z uznaniem głową w stronę Durgana, który aż spuchł z dumy.
– wykuł go sam legendarny już wtedy Herdon ThunderHammer. Pomagał mu w tym największy mag elfów El’lendarrel, oraz Najwyższy kapłan Fentron. Elfi mag obdarzył ostrze i rękojeść miecza potężną magią. Zaklęcia jakie rzucił na ten miecz, otrzymał od smoka imieniem Elderath. Kapłan długo modlił się nad mieczem prosząc Wszechmogącego o błogosławieństwo. Gdy miecz był gotowy, nasycony magią, pojawił się wysłannik Wszechmogącego, Archanioł T’rel, który oznajmił, że ostrze to otrzymało błogosławieństwo Wszechmogącego i ma nosić imię „Ostrze Sprawiedliwości”. Wspólnie wbili miecz w skałę na najwyższym górskim szczycie. Wielu próbowało go zdobyć. Niewielu przeżyło wspinaczkę. Nikt nie wyciągnął miecza ze skały. Dlatego góra ta nazywa się górą Rozpaczy. PO Połączeniu Światów, nastało zagrożenie ze strony Mrocznego Ojca, który pragnął mieć ten miecz, że jakimś sposobem wyciągnie go ze skały, więc Wszechmocny zdecydował, że miecz trzeba ukryć. Zabrał go T’rel i ukrył na dalekiej północy. Nikt nie wie gdzie, podobno T’rel chciał być dowcipny i schował go pod nosem samego Mrocznego Ojca. Tyle wiem na temat miecza. Niestety chyba nie pomoże ci to w poszukiwaniach, zakończył opowieść Argoth.
- Ehhh.., westchnął smutno zawiedziony Durgan, miał nadzieje na bardzo długą i ciekawą opowieść. Po chwili ciszy Nissa zdecydowanym ruchem wzniosła do góry swój kielich
– Za nasze spotkanie!, wzniosła toast.
Zawtórowali jej wszyscy. Następnych kilka godzin upłynęło im na niezobowiązujących rozmowach, wzajemnym obgadywaniu oraz wypijaniu dużych ilości wina. Szczególnie dużych, w przypadku Durgana i Argotha, a mniejszych w przypadku Nissy i Annhel. W miarę wypijanego wina Nissa robiła się coraz bardziej wylewna. Zaczęła nawet podrywać Argotha niedwuznacznie sugerując swoje zamiary. Przysiadła się bliżej i szeptem powiedziała mu do ucha.
- Strasznie jestem ciekawa, jak to by było w łóżku ze smokiem…, jej szept niezbyt przypominał szept więc Durgan prawie udławił się łykiem wina, rechocząc głośno. Annhel zaczerwieniła się po czubki włosów, wbiła wzrok w stół i nic nie mówiła, tak ją zatkało. Niezrażona tym Nissa kontynuowała.
- Więc może poszlibyśmy do mojego pokoju..i ..hmm….przedyskutowali to sam na sam??, Argoth popatrzył na Nissę, potem na Annhel, ona na niego, mrugnął z rozbawieniem, szepnął cos i przesunął ręką nad głową Nissy. Dziewczyna natychmiast osunęła mu się na ramię i zasnęła. Popatrzył przeciągle na wciąż rechoczącego krasnoluda.
- Przestań udawać żabę i odtransportuj ją na jej łóżko, stwierdził sucho. Durgan przestał się śmiać, wstał przerzucił sobie Nisze przez ramię i lekko chwiejnym krokiem poszedł z nia na górę. Po chwili dobiegła ich kolejna salwa śmiechu krasnoluda. Annhel ciągle czerwona jak młody rak wyciągnięty z zimnego strumienia nadal wbijała wzrok w stół.
- A ja chciałbym się dowiedzieć jak to jest wyladować w łóżku z …aniołem, konspiracyjnym szeptem rzekł Argoth.
Po krótkiej chwili dotarło do niej znaczenie tego co powiedział. Pomijając oczywiście łóżko. Poderwała głowę.
- Skad ty.., no tak jesteś smokiem wiec wiesz, domyśliła się Annhel.
– Fakt, stwierdził – jestem smokiem, na dodatek smokiem któremu się podobasz, mrugnął.
W tym momencie na salę wkroczył Durgan, a raczej wtoczył się chwiejnym krokiem i ciężko klapnął obok. Pojawienie się krasnoluda uniemożliwiło Annhel udzielenia Argothowi stosownej odpowiedzi. Krasnolud mimo, że podchmielony, wyczuł napięcie towarzyszące tym dwojgu i domyślnie zaproponował ostatni toast oraz udanie się na spoczynek. Ona przyjęła to z widoczna ulgą, natomiast smok z lekkim rozczarowaniem. Po chwili pożegnali się i każdy powędrował do pokoju.
….
W Sali tronowej, Lodowej Twierdzy zbierały się już posłuszne swemu władcy wampiry. Najwyższy Lord wraz z małżonka zasiadali na wyniosłych tronach rzeźbionych w lodzie, i z uwaga obserwowali wkraczających.
- Brakuje D’eraghela, pomyślał ze smutkiem władca.
– No tak. Poleciał poszukać małżonki.. a znalazł.. śmierć.
Rosła w nim zimna zacięta nienawiść. Przeklinał w myslach ten dziwny swiat, w którym wampirzyce czystej krwi nie mogły mieć potomstwa. Wampiry zmuszone były szukać partnerek wśród ludzi. Młode kobiety z wysokich ludzkich rodów były porywane i przemieniane w wampirzyce. Cały proces przemiany był żmudny i skomplikowany. Ale konieczny dla podtrzymania gatunku. Nie wystarczyło zwykłe ukąszenie. Potrzebne były eliksiry, a tych ubywało z każdym rokiem. Nekromanci i Licze pozostający na jego usługach podróżowali po całym świecie zbierając składniki potrzebne do ich sporządzenia. Zbierali składniki i armię potrzebna do podboju tego świata. Materiału na zombie nigdy nie brakowało. Ludzie w tym świecie byli zadziwiająco krótkowieczni. Jemu to pasowało. Przerwał ponure rozmyślania.
– Słuchajcie!, jakiś nędzny ludzki śmieć ośmielił się zabić mojego syna!, na Sali wzniósł się szmer szeptów.
– Nie można zostawić tego bez pomsty! - Dlatego rozejdziecie się po całym świecie i rozniesiecie Zarazę!. Chcę krwi! Krwi śmiertelnych!, zebrane wampiry złożyły ukłon i jednym głosem oświadczyły.
– Będzie jak każesz!. Władca opadł na tron.
– A teraz odejdźcie, zostawcie mnie z moim bólem, rzekł kończąc. Spojrzał na Mellianę.
- Odwiedź B’aala, powiedziała cichym głosem,
- on wie kto go zabił. Spojrzał uważniej.
- Tak, masz rację, B’aal będzie wiedział.
….
- No, no…Ostrze Sprawiedliwości.., zamruczał obserwujący z uwagą Wydarzenia B’aal,- Ten smok coś na ten temat wie, i to wiecej niż zdradził tamtym.., rozważania przerwało mu pojawienie się małego demonka.
- Panie mój, skłonił się demon. – Przybył Najstarszy.
– Wprowadź naszego drogiego gościa, uśmiechnął się lekko B’aal wstając z tronu. Demon rozchylił zasłony i w drzwiach pojawiła się czarna smukła sylwetka wampira.
- Co sprowadza cię o Najstarszy w me skromne progi, zaczął z lekkim aczkolwiek uprzejmym szyderstwem B’aal.
- Ktoś zabił jednego z moich synów i wymordował jego dzieci, powiedział zdenerwowanym głosem Najwyższy Lord.
– Wiem skądinąd, że obserwujesz większość wydarzeń na ziemi.. może.. zauważyłeś, kto mógł to zrobić.., dokończył z widocznym wahaniem.
- …Chyba przeceniasz moje możliwości, zaczął chytrze demon.-…ale tak się składa ze wiem kto to zrobił i gdzie..
- Kto?!!!?, wrzasnął nie panując nad sobą wampir.
- Zniszczę tego robaka!! Pożałuje, że w ogóle się urodził!!.. dyszał wściekły.
- Uspokój się i siadaj, rzucił sucho demon,
- pokażę ci kto. Gestem przesunął Zwierciadło Dusz w stronę wampira.
– Patrz.
Na tafli ukazał się moment śmierci wampira, oraz postacie mężczyzny, krasnoluda i czarodziejki. Przezorny B’aal wcześniej sprytnie zmodyfikował obraz wymazując z niego Annhel. Nie chciał by banda myszowatych stworów, jak w myślach nazywał wampiry, pokrzyżowała mu plany.
– Oni zabili twojego syna, trzy dni temu w miasteczku na skraju gór.
– Obedrę ich ze skóry, ryknął zupełnie już nie panujący nad sobą wampir.
- To nie takie proste, przerwał mu B’aal, dążący do realizacji swojego pomysłu.
- Dlaczego nie?!?!?, wściekał się nadal wampir.
- Bo krasnolud i czarodziejka to pionki!, wrzasnął zniecierpliwiony demon.
– Tu chodzi o tego człowieka, dokończył już spokojniejszym tonem.
– To przecież tylko człowiek.., lodowatym tonem zaczął Lord.
- Właśnie, że to nie człowiek, odparował demon.
Gestem ręki zmienił obraz ukazując prawdziwą postać człowieka.
– To smok!, oznajmił lekko triumfującym tonem. Wampira zatkało. Zdołał się jednak szybko opanować.
- Jak to…co on robi na ziemi?? wyrzucił z siebie, miało tu żadnego nie być!, dokończył podniesionym tonem.
- To Argoth, czarny smok,wtrącił się demon, więc to nie taka prosta sprawa.
– Co proponujesz??, podejrzliwie zapytał wampir.
– proponuje, żeby twoje wampiry zajęły się krasnoludem i czarodziejką.., natomiast smokiem zajmie się mój brat..Mefisto, co ty na to? Dokończył cedząc słowa B’aal.
- Dostaniesz głowę smoka na złotym talerzu, obiecał,
- tylko musisz pomóc mi teleportować go na ziemię.
- Niech tak będzie, twardo oświadczył Najstarszy.
– Jutro otworzymy teleport, niech Mephisto szykuje się do drogi, rzucił opuszczając salę Pałacu Potępionych.
B’aal patrzył za wychodzącym i w głębi swojej mrocznej duszy układał plany rychłego podboju ziemi, którą wcale nie zamierzał dzielić się z wampirem.
….
Nie mogła zasnąć. Leżąc wpatrywała się w sufit, rozmyślając o ostatnich wydarzeniach. Osiem wampirów i jeden wilkołak, pomyślała – w sumie niezła statystyka, jak na tę porę roku. Nowe znajomości…zwłaszcza on. Nigdy nie podejrzewała, że pozna najprawdziwszego smoka, i jednego z najprzystojniejszych mężczyzn jakich widziała do tej pory. Podobał się jej, nawet bardziej niż tylko podobał ale bała się przyznać samej sobie, że to może cos więcej. Ponurym spojrzeniem ogarnęła pokój i zatrzymała się na cichutko pochrapującej Nissie.
– tej to dobrze, myślała z zazdrością. Śpi smacznie a ja się męczę. Zmusiła się do zamknięcia oczu. W umyśle zaczęły krzyżować się zapamiętane obrazy minionych kilku dni. Walka, wampiry, miecz z anielskimi skrzydłami.. Przez wszystko przewijał się jeden widok. Długowłosy mężczyzna z cieniem smoka. Obudziło ją lekkie potrząsanie. Nieprzytomnym wzrokiem ogarnęła całość.
– wstawaj śpiochu bo pomyślę, ze ja się upiłam a ty z nim…figlowałaś, zaśmiała się Nissa. Annhel podniosła się na łóżku i przeciągnęła aż zatrzeszczały stawy. Łóżko też zatrzeszczało gdy wstawała. Po kilku chwilach zeszła na dół. Smok i krasnolud siedzieli przy stole zajęci śniadaniem. Przywitała się z nimi. Za nią weszła Nissa. Durgan popatrzył na nia i wybuchnął śmiechem, nie speszona pokazała mu język.
– Jak się będziesz ze mnie naśmiewał zamienię cię w królika, Durganie Ironfist, pogroziła mu palcem. W ciszy zjedli śniadanie i żegnani przez Dornhelma wyszli do koni.
– Żegnajcie!, zawsze będziecie u mnie mile widziani!, wołał za odjeżdżającymi machając ręką.
Dojechali do rozstajnych dróg za miastem. Annhel poczuła nagle smutek. Argoth jechał do stolicy Imperium, oni w drugą stronę. Milczała. Durgan uścisnął mu dłoń krótko, mocno, Nissa bez skrępowania przytuliła się do niego i pocałowała.
- Mam nadzieję, że kiedyś sprawdzę jak to jest z figlarnym błyskiem w oku uśmiechnęła się do niego. Mrugnął do niej łobuzersko- ..zobaczymy.., podszedł do Annhel.
– Niech Wszechmogący cię prowadzi, wyszeptała.
– Nie bądź taką pesymistką, skarcił ją.
– jeszcze się zobaczymy, mruknął z tajemniczym uśmieszkiem.
Wskoczył na konia i ruszył dzikim galopem. Popatrzyli chwilę za odjeżdżającym i ruszyli traktem królewskim w stronę Wież.
….
Między drzewami pojaśniało. Po chwili na skraj lasu wyszedł młody mężczyzna z lutnią na ramieniu. Rozejrzał się dookoła.
- Znowu ziemia!, uśmiechnął się radośnie. Doszedł do rozstajnych dróg. Chwilę pomyślał, porozglądał się, ze słyszalnym świstem wciągnął powietrze nosem.
- Tydzień, mruknął Mephisto do siebie.
– Za tydzień anielica będzie moja.
Drżąc z podniecenia wywołanego wizją przyszłych rozkoszy ruszył śladem Argotha w stronę Stolicy Imperium.
….
Zimną noc na północnych pustkowiach rozdarły wrzaski. Nieliczni barbarzyńcy zamieszkujący te tereny, oddzielające Lodowe Krainy od ziem Imperium, chowali się w swoich domach. Mężczyźni chwytali za broń. Kobiety w panice chowały się wraz z dziećmi do piwnic. Leciały wampiry. Stado wielkich nietoperzy mijało kolejne osiedla aż w końcu bezszelestnie rozpierzchły się po ziemiach przy granicy. Odprowadzało je, w jednym z większych osiedli, zacięte spojrzenie młodego wojownika.
– Kiedyś…,kiedyś z takim wrzaskiem będziecie umierać…, pomyślał ponuro.
2.
Zapadł już zmrok wieczoru, kiedy Argoth wyjechał na Główny Trakt Stolicy. Z daleka widział jak zamyka się brama główna. Nie chciało mu się dobijać do bramy i płacić za wpuszczenie do miasta po zmroku więc postanowił odpocząć na skraju puszczy. Rozsiodłał konia i spętanemu założył worek z owsem. Usiadł pod drzewem jedząc zimne mięso i obserwując miasto, które rozjaśniało się światłami w miarę zapadającej nocy. Uśmiechnął się do siebie na wspomnienie czarnych głębokich oczu Annhel. Obiecał sobie w duchu, że po załatwieniu spraw w stolicy odnajdzie ją i pomoże jej szukać miecza.
–Zabawne.., pomyślał. – Po tylu wiekach stać mnie jeszcze na głębsze uczucie na dodatek do anioła…, zapatrzył się na miasto. Widok był wspaniały. Największe miasto Imperium, siedziba samego Imperatora Eltekariona, rozciągało się na wiele mil dookoła. Pałace, dworki i kamienice, projektowane przez największych elfich budowniczych, oszałamiały przepychem, nawet w oświetleniu lamp. Nie było się czemu dziwić. Z każdym kolejnym Imperatorem, wzrastała wielkość samego Imperium. Rodzina panująca, ekspansywność miała w genach począwszy od pierwszego z Imperatorów. Argoth doskonale pamiętał jak z małego państewka położonego w środkowej części kontynentu, powoli wyrastał kolos obejmujący obecnie teren od zachodniego Oceanu Burz aż do wschodniego pasma gór Horrod.
Od północy Imperium graniczyło z dzikimi i zimnymi ziemiami zamieszkanymi przez barbarzyńskie plemiona, które stanowiły swoisty bufor oddzielający Imperium od dalekiej i mroźnej Północy, a od południa z Pustynią Korhand. Prawie cały kontynent. Stolica rozrastała się analogicznie do powiększającego się sukcesywnie Imperium. Było na co popatrzeć i podziwiać.
Było po północy gdy rozmyślania smoka przerwał, dobiegający z lasu, przeraźliwy kwik mordowanego konia. Zerwał się i bezszelestnie zagłębił w las. Zatrzymał się kilkadziesiąt jardów dalej miedzy drzewami przy małej polance. W ciemności ruszały się jakieś sylwetki. Oczy Argotha rozjarzyły się złotozielonym blaskiem. Przy ciele martwego wierzchowca z warkotem posilał się wilkołak. Nieopodal końskiego trupa na plecach leżał człowiek w pełnej zbroi przydepnięty butem wysokiego mężczyzny. Wampir podniósł go do góry zerwał mu szyszak i odchyliwszy głowę na bok zamierzał się pożywić. Nie było czasu. Argoth wypadł spomiędzy drzew i wyciągnąwszy małą kuszę ruszył w strone wampira. Z dzikim rykiem ku niemu skoczył wilkołak. Argoth odrzucił kuszę i wyciągnął ręce, które zamieniły się w potężne smocze łapy. Chwycił wilkołaka za gardło i zmiażdżył w śmiertelnym uścisku. Ze słyszalnym suchym trzaskiem pękł kręgosłup bestii złamany niczym suchy patyk. Argoth odrzucił zezwłok i zbliżył się do wampira. Nieumarły odrzucił na bok rycerza i odskoczył sycząc. W jego oczach zajaśniał lęk, po raz pierwszy w życiu wampir poczuł strach.
- To ty zabiłeś D’eraghela!, wysyczał. – Pomścimy go!, wrzasnął.
– Czekam., urągliwie rzucił Argoth. Wampir zaskrzeczał wściekle, zamiótł płaszczem i zmieniwszy się w olbrzymiego nietoperza odleciał. Argoth podszedł do nieprzytomnego rycerza leżącego na ziemi i obejrzał jego szyję.- No na szczęście cała.., skonstatował z ulgą. Przyłożył ręce do głowy nieprzytomnego, wyszeptał zaklęcie leczące i po chwili młody rycerz ocknął się, lękliwie rozglądając dookoła.
- Uhh.., stęknął.- Co się …, urwał na widok zwłok wilkołaka leżących nieopodal.
– Spokojnie, już po wszystkim, powiedział Argoth.
– Ale wilkołak.., drżącym głosem kontynuował rycerz.
– Zabił ci konia, spokojnie odparł smok.
Rycerz powoli podniósł się na nogi i oparł o drzewo.
– Wygląda na to, że zawdzięczam ci życie panie, rzekł masując ręką obolały kark.
– Jestem twoim dłużnikiem.., - Nie jesteś mi nic winien, przerwał mu Argoth.
– Jesteśmy na szlaku, to był mój obowiązek., dokończył.
– Weź swoje rzeczy i chodźmy, zostawiłem wierzchowca niedaleko. Rycerz zabrał sakwy i zdjął siodło z zabitego konia.
– Ruszajmy, oznajmił. Po chwili wyszli na skraj lasu.
– Poczekamy do rana, nie będziemy się dobijać po nocy., powiedział smok. Usiedli.
– Mam na imię Torwald, przedstawił się rycerz,- jestem.., - paladynem, przerwał mu Argoth. – Skąd wiesz..?, zdziwił się rycerz.
– Zauważyłem na twojej zbroi symbol słońca, wyjaśnił smok.
- Jestem Argoth, przedstawił się. – Zastanawia mnie co wampir robił tak blisko stolicy, nigdy się tak daleko nie zapuszczały.., myślał na głos.
– Jaki wampir??, zdumiał się paladyn.
– Ten, który zamierzał zrobić sobie z ciebie małą przekąskę, uśmiechnął się Argoth.
Paladyn lekko pobladł.
– Uhh, nic nie pamiętam.., jęknął.
– Tylko widok skaczącego na mnie wilkołaka, musiałem uderzyć się o cos i straciłem przytomność. Wygląda więc na to, że zawdzięczam ci nie tylko życie ale i duszę, ..ale co z wampirem..??
- Uciekł, rzucił krótko Argoth.
– Kim ty jesteś..?, przerwał mu rycerz patrząc szeroko otwartymi oczyma.
– Podróżnym tak jak i ty, odparł Argoth.
– Hmm…,zastanawiał się nad czymś rycerz,
- ..wampiry nie uciekają przed ludźmi, dokończył patrząc podejrzliwie.
– Przed ludźmi nie ale przed srebrnym bełtem tak, roześmiał się Argoth.
Rycerz rozchmurzył się nieco, uspokojony jego słowami.
– Zawsze byłem ciekaw co porabiają paladyni gdy się nie modlą, zmienił temat Argoth. Torwald wyprostował się dumnie,
- Staramy się czynić dobro i szerzyć wiarę we Wszechmogącego, powiedział. Zachęcony uśmiechem Argotha, kontynuował.
– Wyruszamy na różne misje we wszystkie strony świata., właśnie wracam z mojej pierwszej misji…gdyby nie ty…następnej by już nie było.., będę sławił twoje imię szlachetny panie..
- Nie trzeba, przerwał mu smok,- Nie potrzebuję sławy ani chwały. Lepiej opowiedz mi o swojej pierwszej misji.
– Dobrze, zgodził się Torwald. Ułożywszy się wygodniej zaczął opowieść.
– Rok temu po otrzymaniu święceń i pasowaniu na rycerza, otrzymałem pierwszą misję. Niemalże rutynową. Wysłano mnie na obrzeża Pustyni Korhand, do małej mieściny El – Abbeth, w której znajdował się przygraniczny posterunek Zakonu Płonącego Słońca. Miałem dowodzić żołnierzami ze zmiany, która pojechała tam wraz ze mną. Nic szczególnego. Codzienne patrole w palącym słońcu pustyni, żadnych rozrywek, prawdziwa próba wiary. Kilka razy walczyliśmy z pustynnymi pełzaczami. Brzydkie wielkie robale, atakowały zazwyczaj zagrody zwierzęce. Walka z nimi nie była łatwa ale nie niemożliwa. No i nieumarli, ich armie gromadzą się na pustyni, truposzom słońce nie przeszkadza więc zbierają się w głębi pustyni i czasami w nocy atakują posterunki.. Snuł swoją opowieść a nad nimi powoli noc ustępowała przed wstającym powoli słońcem. - ..tak oto minął mi cały rok i teraz wracam zameldować się w siedzibie zakonu w stolicy, spędzić urlop w cywilizowanych warunkach i pewnie wyruszę na następną misję, zakończył Torwald.
Usłyszeli zgrzyt kołowrotu i zobaczyli jak otwiera się główna brama.
– Czas ruszać, skinął głową Argoth.
Wstali i zebrawszy rzeczy poszli w stronę miasta.
….
Leśnym traktem, wesoło pogwizdując wędrował bogato ubrany mężczyzna. Nagle zza ośnieżonych krzaków wyskoczył zarośnięty, brudny, odziany w podarte łachmany człowiek ściskający w rękach okutą żelazem maczugę.
– Dawaj piniondze!, wrzasnął. – Albo..!, pogroził trzymana maczugą.
- Och, zjeżdżaj.., rzucił leniwie wędrowiec.
Bandyta osłupiał. Jeszcze nikt nigdy nie potraktował go tak lekceważąco. Ocknął się i z dzikim rykiem wymachując maczugą rzucił się na podróżnego.
– Powiedziałem zjeżdżaj!, warknął rozdrażniony Mephisto i machnięciem ręki zamienił bandytę we wrzeszczącą pochodnię. Minął dopalające się resztki i pogwizdując poszedł dalej.
….
- He he he, zasmiał się urągliwie B’aal, obserwujący przygodę brata. Wyszedł na taras.
– Sammaelu ! Przybądź!, ryknął. Nie musiał długo czekać. W oddali pojawiła się potężna sylwetka demona szybko lecącego na wezwanie Władcy. Po chwili z łopotem skrzydeł demon wylądował przed B’aalem.
– Wzywałeś mnie Władco!, przyklęknąwszy na kolano gromko oznajmił.
– Mam dla ciebie zadanie, powiedział do Sammaela, B’aal.
Weszli do komnaty. Przywitało ich wesołe poszczekiwanie Cerbera. B’aal zaprowadził Sammaela przed Zwierciadło Dusz.
– Weźmiesz dwa demony i przyprowadzisz ją do mnie, zaczął władca. – Tylko uważaj, to anioł, ostrzegł sługę.
– Będzie jak każesz, mruknął Sammael.
– Pamiętaj Sammaelu, ma być cała i nienaruszona, uprzedził demona B’aal.
– To prezent dla Mephista, wyjaśnił. Sammael skrzywił się niechętnie. Nie lubił delikatnych prac.
– Sammaelu!, warknął ostrzegawczo B’aal widząc minę Chorążego.
– Leć już, dodał spokojniej. Demon ukłonił się i wyfrunął z komnaty.
Lecąc Sammael zastanawiał się kogo wziąć ze sobą. Azathoth i X’zadar.., pomyślał. Po chwili na wezwanie dowódcy legionu stawiły się dwa pomniejsze demony. Krótko wyjaśnił im o co chodzi i po niedługim czasie trzy demony krążyły przy astralnej barierze szukając dziury przez która mogłyby przeniknąć na ziemię. Sammael widząc tworzące się astralne wrota, runął w ich stronę z szybkością błyskawicy. Dwaj jego słudzy podążali tuz za nim. Trzy smugi ognia przecięły chwilowy wyłom w astralnej blokadzie. Na ziemię przybyły demony.
….
Do niebiańskiej siedziby Łowców wpadł zdyszany anioł obserwator.
– Gabrielu!, krzyknął.
– Sammael wraz z dwoma demonami przedostał się przez blokadę!, pospiesznie składał raport archaniołowi.
– Dokąd zdąża?, spytał krótko Naczelny Dowódca Legionów Nieba.
– Jeszcze dokładnie nie wiemy ale jego trasa mniej więcej pokrywa się z obecnym kierunkiem wędrówki Annhel, wyjaśnił anioł.
– Dzieli ich około tygodnia czasu ziemskiego ale Sammael podróżuje jako demon więc jeżeli to o nią chodzi to zajmie mu to trzy dni.
– Trzeba będzie uprzedzić Annhel, stwierdził Gabriel.
– I poinformować tych którzy są najbliżej. Niech natychmiast starają się do niej dołączyć. Sama może nie poradzić sobie z trzema Potępionymi.. zwłaszcza z Sammaelem.., myślał głośno.
– Możesz wracać na stanowisko, odprawił anioła. Obserwator ukłonił się i wyszedł. Gabriel pochylił się nad mapami.
- Coś zaczyna się dziać na ziemi, myślał dalej, trzeba będzie to zbadać…
….
Minęło kilka dni podróży a Annhel wciąż nie mogła zapomnieć o smoku. W jej myślach panował zamęt. Pierwsze dni drogi upłynęły jej na ponurych rozmyślaniach. Nawet wesoły i rubaszny krasnolud spoglądając na nią poważniał, jakby zgadując co dzieje się w sercu dziewczyny. Nissa studiująca przez cały czas swoje księgi zaklęć, co jakiś czas obdarzała ją troskliwym spojrzeniem. Przed wieczorem rozbili mały obóz. – No, stwierdził z zadowoleniem krasnolud, - jeszcze jeden dzień drogi i będziemy na miejscu, uśmiechnął się do obu dziewcząt. Rozpalił małe ognisko nad którym zwiesił na prowizorycznym rożnie, dwie upolowane przez Annhel kaczki. – Zaraz będzie kolacja, oblizywał się namiętnie.- Ehh.., westchnęła z chytrym uśmieszkiem Nissa, - … a ten tylko o jedzeniu.., mrugnęła porozumiewawczo do Annhel.
– No co..? oburzył się Durgan, - żeby żyć trzeba jeść, zaczął wyjaśniać z powagą swoja filozofię, gdy zorientował się ze się z niego nabijają.
- Och wy…, zezłościł się.
– Co my..?, niewinnym tonem zapytała Nissa.
– Nic, burknął rozeźlony krasnolud.
Jak na komendę obie parsknęły śmiechem na widok jego miny. Nissa podeszła do niego i głośno cmoknęła go w czoło.
- No nie złość się już, mój ty grubasku…, wciąż chichocząc usiadła przy ogniu. Annhel, która po raz pierwszy od rozstania z Argothem uśmiechała się, ocierała łzy śmiechu na widok osłupiałego Durgana.
- ..grubasku.., wyjąkał krasnolud,patrzac tępym wzrokiem na wdzięcznie uśmiechniętą Nissę. – Grubasku .. ??!!??, ryknął.,
- Aaargh…, prawie udławił się ze złości,
- Ożesz ty mała złośliwa…, nie dokończył. Pokazał śmiejącym się dziewczynom język i odwrócił się do rożna obrażony, mamrocząc cos do siebie po krasnoludzku. Zaczął prószyć drobny śnieg. Po dłuższej chwili ciągle obrażony krasnolud zdjął jedną kaczkę z rożna, i ostentacyjnie odwrócony bokiem zaczął ją obgryzać z głośnym chrzęstem łamanych kosteczek. Nissa i Annhel podzieliły na pół druga kaczkę. Nissa zagłębiła się w lekturze, natomiast Annhel wróciła do swych rozmyślań. Nagle zorientowała się, że przez ostatnie przygody zapomniała skontaktować się z archaniołem. Szybko obliczyła w myślach datę . Odetchnęła z ulgą. Akurat wypadał dzień złożenia raportu. Wstała i weszła pomiędzy drzewa. Zamknęła oczy.
– Gabrielu!, zawołała, nawiązując mentalny kontakt z archaniołem.
- Słyszę cię Annhel, odpowiedział.
– Uważaj na siebie, w twoją stronę podąża Sammael z dwoma demonami musisz być czujna, ostrzegł.
– Czego mogą chcieć.. zastanawiała się.
– Nie wiemy, Uriel i Nathaniel już wiedzą o zagrożeniu, obydwaj zdążają w twoim kierunku, spotkacie się w mieście. Do tego czasu musisz uważać na wszystko.
– Dzięki Gabrielu, zakończyła rozmowę. Wróciła do obozowiska, rozglądając się dokoła.
– Stało się coś?, spytał zmarszczywszy brwi nadal obrażony krasnolud.
– Wszystko w porządku, odparła.
– Ja czuwam pierwsza, oznajmiła.
Pozostali pokiwali głowami i położyli się spać. Siadła nieopodal ognia trzymając miecz na kolanach. Pogrążyła się w rozmyślaniach. Zadrżała na myśl o szukającym czegoś w okolicy Sammaelu. Jeden z niewielu Potępionych, którzy napełniali jej serce przerażeniem.
Trochę jej ulżyło na wieść o rychłym spotkaniu z Urielem i Nathanielem. Tak dawno nie miała od nich żadnej wiadomości, od pozostałych zresztą też. Świat był ogromny a ich tylko trzynaścioro. Wiedziała, że jeżeli natkną się na Sammaela, dojdzie do walki. Spojrzała na śpiących. Trzeba uchronić ich za wszelką cenę. Nissa była zdolnym magiem ale demon to nie wampir. Nie wiedziała czy magiczka miała do czynienia z demonologią. Musieli dotrzeć do Wież przed Sammaelem. Wciąż uważnie obserwowała niebo. Zorientowała się, że już świta. A niech to! Pomyślała ze złością. Przesiedziała całą noc, zamiast obudzić krasnoluda i przespać się choć trochę, nie pomagała sama sobie. Skrzywiła się zła na samą siebie. Urządziła towarzyszom szokującą pobudkę, zasypując ich śnieżnymi kulkami.
Gdy mieli ruszać, Durgan zemścił się na niej za ta miniaturową lawinę, złapał ją w pasie i wierzgającą wytarzał w pobliskiej zaspie, prawie w tym samym momencie kopnął mocno w pień drzewa i na siedzącą już w siodle Nissę, śmiejącą się do rozpuku na widok utytłanej w śniegu Annhel, opadła duża puchowa śnieżna czapa strącona z konaru przez krasnoluda.
– To za wczoraj!, zarechotał złośliwie Durgan i dumny z siebie pomaszerował do przodu.
Późnym popołudniem przekroczyli bramy Wież. Annhel rozglądała się ciekawie, nigdy tu nie była pomimo długiego czasu przebywania na ziemi. Nissa uśmiechając się pozdrawiała co jakiś czas przechodzących ludzi. Zatrzymali się przed okazałym budynkiem będącym jedną najlepszych oberży w mieście. Zamówili pokoje, zostawili wszystko co zbędne w gospodzie i ruszyli zwiedzać miasto. Gdy dotarli do olbrzymiego budynku Nissa odwróciła się i rzekła.
– To jest właśnie biblioteka, znajdziesz w niej garść informacji dotyczących miecza.
- Zostawię was tutaj, a ja pójdę do wielkiego pałacu na zebranie rozpoczynające konwent.
– Pomogę ci szukać, i tak nie mam chwilowo nic do roboty, powiedział do Annhel krasnolud. – W takim razie chodźmy, uśmiechnęła się dziewczyna.
Rozstali się z Nissą i weszli po schodach do cienistego półmroku sal bibliotecznych. Gdy weszli do głównej Sali biblioteki, z wrażenia zaparło im dech w piersiach. Wszędzie dookoła rozpościerały się rzędy regałów zapełnionych opasłymi tomiskami i zwojami. Robiły wrażenie. Podszedł do nich wysoki i chudy starzec w szarej długiej todze.
– W czym mogę wam pomóc?, zapytał z dobrotliwym uśmiechem,
- Jestem naczelnym bibliotekarzem i wiem prawie wszystko o zbiorach, które się tu znajdują. – Szukamy informacji na temat miecza zwanego Ostrzem Sprawiedliwości, wyjaśniła Annhel. Bibliotekarz zamyślił się głęboko, błądząc wzrokiem po regałach.
- …hmm.., mruczał,- Ostrze…gdziez by mogło być opisane…., wyprostował się i z rękawa wyjął małą jesionową różdżkę, którą począł wymachiwać na wszystkie strony, pozornie bez celu. Nagle z różnych regałów zaczęły nadlatywać ku niemu książki i zwoje. Układały się same na najbliższym biurku. Gdy skończył wybierać książki, machnięciem ręki zapalił niewielką zdobną lampkę.
– Proszę, powiedział uprzejmie. – Miłej lektury, czas jest nieograniczony, możecie siedzieć ile zechcecie. Z tymi słowami oddalił się w stronę kolejnych przybyłych. Annhel popatrzyła na Durgana. W jego oczach lśniła niepohamowana rozpacz.
– Utkniemy tu na wieki, zajęczał.
– Nie przesadzaj Durgan, pocieszyła go. – Szybko pójdzie.
Usiedli i zaczęli poszukiwania. Annhel zaczytywała się opisami miecza, jego właściwościami magicznymi, legendami na jego temat ale nigdzie nie mogła trafić choćby na strzępek informacji odnośnie możliwych lokalizacji jego położenia. Durgan, pochrapywał cicho przykryty opasłym tomem „Legend i faktów” Leopolda Von Trockena. Annhel uśmiechnęła się pod nosem.
– Czytanie na pewno nie jest twoją mocną stroną krasnoludzie, mruknęła do siebie. Westchnęła, spoglądając z rezygnacją na górę książek, które zostały do przeglądnięcia. Ponownie zabrała się za lekturę.
……
Przekroczywszy bramę, Torwald wskazał na widniejące po lewej stronie strzeliste wieże klasztoru zakonnego.
- Moja droga wiedzie tam. Powiedział.
- Ja zaś muszę się udać do centrum miasta. Odparł Argoth.
- Do zobaczenia zatem, i jeszcze raz dzięki za ratunek. Uśmiechnął się paladyn i wyciągnął rękę do towarzysza.
- Bywaj. Odrzekł smok i uścisnąwszy mu dłoń, ruszył w kierunku murów miasta wewnętrznego.
Po godzinie dotarł przed okazały budynek Gildii Łowców. Na szyldzie zawieszonym nad drzwiami wygrawerowany był łuk skrzyżowany z włócznią. Pchnął drzwi i wszedł w głęboki cień podwórca, po którym kręciło się kilkanaście osób. Rzucił wodze stajennemu.
- Gdzie znajdę Streghana? Zapytał chłopca.
- Jest w swoich komnatach, Panie. Odrzekł stajenny.
Argoth wszedł do środka i ruszył krętymi schodami na górę. Po kilku chwilach stanął przed masywnymi dębowymi drzwiami i mocno zapukał.
- Wejść! Usłyszał, pchnął drzwi i wszedł do komnaty.
……
Miał na imię Elgarath. Był synem jednego z wodzów barbarzyńskich. Widział jak stado wampirów leci w nocy w stronę Imperium. Ruszył za nimi. Gnały nim ciekawość i rządza zemsty. Za zabitych pobratymców. Kobiety, dzieci, za wszystkich. Za pierwszy przystanek obrał siedzibę magów – Wieże. Jak każdy barbarzyńca, nie lubił magii, nie ufał jej, napawała go lękiem. Wychodząc na skraj lasu, zobaczył lśniące w słońcu wieże szkół magicznych.
..…..
Dwóch jeźdźców na spienionych koniach gnało galopem przez zaśnieżoną knieję. Co chwilę oglądali się za siebie. Uriel odetchnął z ulgą widząc tylko pusty zakręt drogi. Nagle rozległ się przeraźliwy wrzask i spomiędzy drzew wypadł demon, rzucając się na bliższego z jeźdźców. Nathaniel wyciągnął miecz odparowując z wysiłkiem cios stalowych pazurów. Zeskoczyli z koni i stanęli plecami do siebie, zza zakrętu wypadł drugi demon. Skoczył ku niemu Uriel.
– Zajmij się tamtym!, krzyknął, - Sammael musi być niedaleko!
Zamłynkował mieczem parując ciosy zadawane przez demona. Walka stawała się coraz bardziej zażarta, obydwaj dyszeli ciężko i pot zalewał im czoła ale nie przestawali. Wiedzieli, że tylko z nimi Annhel miała szanse zwyciężyć Sammaela. Nathaniel zamarkował cios na głowę demona, po czym zwodem przebił go mieczem. Demon wrzasnął rozpaczliwie, zaczął rozpływać się w chmurę purpurowego dymu i po chwili zniknął. Drugi demon widząc to odskoczył w tył i rozwinąwszy skrzydła odleciał przerywając walkę.
– Do tymczasem.., ciężko oddychając, mruknął Uriel.
– Złapmy konie i w drogę, powiedział.
Nathaniel skinął przyjacielowi głową i po chwili obaj kontynuowali jazdę.##edit_byatak 2006-01-24 00:12:18##ed_end##