Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Słowa i Gesty

ettamon ·

Słowa i Gesty

Kolumna. Fioletowa, wirująca w powietrzu, szemrząca. Wokół niej, jak w szalonym tańcu, „płynęły” w przestrzeni kamienie, drewno i zaprawa murarska. Płyty chodnikowe, walczyły o miejsce przy niej z meblami i przyborami domowymi. Kolumna niemal sięgała już szczytów białych skał otaczających „miasto”. Ludzie stali z boku, przyglądali się, niektórzy nerwowo chodzili w te i z powrotem. Vincent przybył tu przypadkiem. Kierował się z Pięciowierza do
Portu De’Loa i skrócił sobie drogę przez opuszczone wybrzeże Breashadder. W Breashadder nie mogło być żadnych miast. Nikt by się tu nie osiedlił. Ziemie nie były tu żyzne, pokryte wieczną zmarzliną i śniegiem. Do tego przerażające ruiny starej i dziwnej cywilizacji, zupełnie innej od pozostałych kultur tego świata... Nie mniej oni tu są, oni się osiedlili. No i uprawiają tu magię, chyba magię, zupełnie różną od tej, którą znał Vincent.
-Przepraszam- Vincentowi wreszcie powróciła umiejętność mowy, którą był wcześniej stracił.
Zaczepiony mężczyzna odwrócił się. Vincent, gdy zobaczył jego twarz, zdał sobie sprawę, że mimowolnie krzywi się i chce odwrócić wzrok. Człowiek ten był tak szkaradny, ze zniszczoną i pomarszczoną twarzą, że Vincent... Spojrzał w jego oczy i przekonał się, że teraz tak skrzywiony, patrząc na człowieka z obrzydzeniem sam jest jeszcze szkaradniejszy od niego. Uspokoił się i zapytał możliwie w miły sposób:
-Co to za miejsce?
-Miasto-odpowiedział tamten.
-A jak się nazywa?
-Miasto-powtórzył mężczyzna.
-Hymmm, a powiedziałbyś mi, co tu się teraz dzieję-Zapytał lekko zdenerwowany już Vincent.
-Nasz włodarz buduje znów nasze miasto-Odrzekł brzydki.
-Jak to znów buduje miasto? Ono było już zbudowane? W takim razie, po co znów to robi?
Mężczyzna spojrzał na swoje ręce i rzekł:
-To miasto istnieje już od bardzo dawna, tak. Nasz włodarz buduje je gdy znudzi mu się już położenie budynków i ulic. Nasz włodarz robi to, bo chce.
Vincent spojrzał na wir kamieni i ujrzał jak powoli niektóre z nich opadają tworząc zarysy ulic i budynków. Po chwili pojawiły się pierwsze fundamenty, drewniane podłogi budowli.
Teraz zaczęły opadać meble; łóżka, szafki i stoły. Ostatnim aktem tego przedstawienia były płynące, bo inaczej się tego nie dało nazwać, kamienie i cegły, drzwi i okna, które kończyły cały ten spektakl. Wszystko było ze sobą połączone dziwną, lecz najwyraźniej bardzo wytrzymałą zaprawą murarską. Vincent stał jak wryty, zaniemówił. Nie zauważył nawet jak jego niedawny rozmówca, odszedł bez słowa, zapewne w stronę swego domostwa. Momentalnie na całej przestrzeni opustoszało.
-Hej jest tu kto?- Zapytał, gdyż poczuł się dziwnie samotny.
Nikt mu nie odpowiedział. Nagle zrobiło się tak cicho, niesamowicie cicho, że słyszał już bicie swego serca. I słyszał cos jeszcze. Skrzypienie. Metaliczne, jakby ktoś chodził w bardzo starej i zardzewiałej zbroi. Przeszedł w tamtą stronę, zaintrygowany zjawiskiem. Szedł środkiem ulicy w stronę coraz głośniejszych skrzypień. Wyszedł na mały placyk, na którym nie było nikogo poza... wielką, potężnie zbudowaną, postacią całej w zbroi, z mieczem u pasa i tarczą na plecach. Podbiegł do niej i już chciał ją klepnąć po plecach, by zwrócić jej uwagę, gdy... ta sama się odwróciła. Vincent krzyknął i omal się nie przewrócił. Postać miała na sobie srebrno-czarną zbroję, na oko bardzo starą, choć oko, które ją oglądało nie należało do znawcy. Jednakże tym, co Vincenta naprawdę przeraziło była głowa istoty. A właściwie jej brak. Pod hełmem- garnczkowym bez przyłbicy- zamiast oczu wyzierały dwie błękitne kule, zaś ust stworzenie w ogóle nie miało. Po co istocie bez ust, otwór na usta? Natomiast zamiast twarzy i szyi widać było tylko czarną jak noc chmurę. I też wszędzie gdzie nie było zbroi, a powinna być skóra, lub jakieś ubranie, był czarny obłok. Upiorności dodawały postaci małe, błękitne wyładowania elektryczne, pokrywające całe „ciało”. Istota wysunęła przed siebie rękę i zaczęła zbliżać się do Vincenta. Ten, zdając sobie sprawę, że to się może źle skończyć, zaczął cofać się w pośpiechu. Mogło to wyglądać dość zabawnie, gdyż nie często widuje się,
taki widok, ale Vincentowi nie było do śmiechu. W końcu zdecydował się na ryzykowny krok.
-Stój!- Krzyknął.-Dość tego!
Istota- o dziwo- stanęła. Opuściła rękę i przyglądała się Vincentowi.
-No dobra- rzekł spokojniej- Umiesz mówić? Nie...- Odgadł, gdy tamten pokręcił głową- Ale mnie rozumiesz? Hymm, no dobra...
Nie miał już nic do powiedzenia. Teraz, kiedy adrenalina minęła, powrócił zawód, że nic się od dziwnej tej postaci nie dowie.
-No to żegnaj- powiedział Vincent- Cóż więcej mogę powiedzieć?
Właściwie zrobiło mu się żal stworzenia. Gdy patrzył w jego oczy, wydawało mu się, że widzi w nich smutek. Chciał go pocieszyć, zrobić przyjazny gest, lecz nic nie przychodziło my do głowy.
-Żegnaj- powtórzył.
Wyminął „rycerza” i poszedł w stronę niemal pionowej ściany płaskowyżu na wprost. Tam też były jakieś budynki; wcześniej ich nie zauważył. Idąc znowu odżyły jego nadzieje, że jednak czegoś się dowie. Przy ścianie stała jakaś osoba.
-Przepraszam!- Zawołał.
Postać odwróciła się na pięcie. Była to młoda dziewczyna, o krótko przyciętych kasztanowych włosach. Miała na sobie płaszcz podróżny i spodnie.
-O co chodzi?- Rzuciła.
-Erggh, chciałem spytać czy wie pani...
-NIC NIE WIEM- powiedziała spokojnie, lecz bardzo głośno.
Vincent spojrzał za nią, na pionową skałę. Było tam coś napisane, lecz nie mógł odczytać.
Dziewczyna zmarszczyła brwi, odrzuciła grzywkę i zapytała.
-Chce pan czegoś jeszcze?
-Owszem, wie pani jak się dostać na górę?- Spytał, właściwie tylko po, to by dać sobie więcej czasu na przeczytanie napisu.
-Mówiłam już, że nic nie wiem...- Urwała. Powędrowała za wzrokiem Vincenta, po czym przesunęła się tak by jak najwięcej zasłaniać.
-Co tam jest napisane?- Zapytał w końcu.
-Nie powinno to pana interesować.
-Dlaczego?- Właściwie Vincent nie wiedział, czemu się z nią kłóci. Może dlatego że po prostu bardzo zainteresował go ten napis.
-TO MOJA PRYWATNA SPRAWA!!!- Wykrzyknęła- NIE MA PAN CO ROBIĆ?!?
W tym momencie dziewczyna odsunęła się na tyle że mógł już przeczytać o co chodzi.
A napis brzmiał tak:
„AGESS REEU FERRED KUKLI ATA KLIKF.”
-No i o co tyle krzyku? To tylko kilka słów bez sensu- zauważył Vincent.
Młoda kobieta zdawała się uspokajać.
-No i dobrze- powiedziała, jakby naprawdę zrobiło się jej lepiej.
W tym jednak momencie Vincent zda sobie sprawę, że coś jest nie tak. Te słowa nie były bez sensu. To były klątwy.
-O rzesz ty!- Vincent cofnął się na bezpieczną- jak sądził- odległość.
Dziewczyna uśmiechnęła się smutno.
-Dziękuje. To pocieszające.- Mruknęła.
-Wybacz ja.. Yyyyych. Kto to wypisuje?
-NIE WIEM!!!- Krzyknęła.
-Dobrze, to...ech, nie wiesz jak się stąd wydostać? Jak stąd wyjść?
-Najlepiej tak jak się tu przyszło.- Powiedziała ponuro.
Vincent uderzył się otwartą dłonią w czoło- Och rany! Jak mogłem na to nie wpaść!?
-Musi być pan inteligentny.
-Przez to wszystko w ogóle o tym nie pomyślałem- odwrócił się w stronę, z której przybył. Powinna tam być droga na południe. Nie było.
Wrzasnął. Wszystkie wydarzenia dzisiejszego dnia właśnie o sobie przypomniały. To wszystko, co do tej pory wydawało się snem, teraz stało się realne. Przypominało to koszmar, majak, jakąś tragikomedię, lecz było jak najbardziej prawdziwe. Zaczęło kręcić mu się w głowie. Jak przez mgłę widział jakieś postacie, jak we śnie słyszał niewyraźnie jakieś głosy. Momentalnie poczuł uderzenie. Czół jakby głowa mu pękła na pół. Padł na ziemie bez życia.


Gdy Vincent się obudził w miękkiej pościeli, był pewien, że przebywa właśnie w przydrożnej gospodzie w Liangias, tuż przy granicy z Breashadder, a to wszystko mu się tylko przyśniło. Jak często w takich wypadkach bywa- mylił się. Uświadomił mu to dojmujący ból w głowie i dziwny zapach, którego żadna gospoda mieć nie powinna. Otworzył oczy. Zobaczył drewniane sklepienie i zwisające z belek suszone zioła i grzyby. Jego wzrok powędrował niżej natrafiając na chudą postać w białej szacie, zdającej się mówić:
-Nareszcie się obudziłeś!
Postać podeszła i teraz Vincent mógł z bliska przyjrzeć się jej głowie. Była to kompletnie łysa głowa, o chudej twarzy i białych wąsach.
-Co się stało?- Spytał w końcu Vincent.
-Co się stało!? Chcieli cię ukamienować, chłopcze!- Odrzekł tamten.
-Za co?- Zapytał jeszcze nie do końca przytomnie.
-Nie mam zielonego pojęcia. Oni mają czasem dziwne pomysły.
-Ha, ha. To nie ciebie ukamienowali.- Mruknął Vincent.- Prawie.- Dodał po chwili.
-Nie bież tego tak do siebie. Choć to prawda nie powinienem z tego żartować.- Odparł.
-Kim ty właściwie jesteś?
-Sobą. A dokładniej znachorem, który poskładał cię do kupy. Nazywam się Doel.
-Jestem Vincent.- Usiadł- Jak się tu znalazłem?
-Przyniósł cię tu Szkaradny Jon. Nie wiem dlaczego to zrobił. Cieszy się tu dość dużym szacunkiem. O ile wiem, bo nie było mnie przy tym, zasłonił was własnym ciałem by w was nie rzucali...
-Nas..?- Zdziwił się Vincent.
-Tak was. Ciebie i tą dziewczynę.- Wskazał na leżącą na sąsiedniej kozetce osobę.
Vincent poczuł się bardzo dziwnie. W jego głowie narodziły się dziesiątki nowych pytań, w tym te o stan dziewczyny.
-No więc podobno przyszedł tam też ten rycerz, zapewne wiesz o kogo chodzi. Tu jest tylko jeden rycerz.
-Ten bez głowy?
-A jakże, ten. Zdaje się, że nieźle się wkurzył, gdy cię zaatakowano. Wysłał nawet piorun kulisty w stronę rzucających.- Pochwalił się wiedzą Doel.
Nastała chwila ciszy, w której Vincent zastanawiał się, które ze swoich licznych pytań zadać.
-O co w tym wszystkim chodzi?- Zdecydował się w końcu na najważniejsze.
-A ja wiem? Wierz mi, ja też jestem zdezorientowany.
-Lekarz powinien pocieszać...- Rzekł z wyrzutem Vincent.
-I co mam ci powiedzieć? Że wiem? Że wszystko będzie dobrze?- Nie dawał za wygraną Doel.
-No choćby. Liczy się gest. I dobre słowo.
-Och, ależ to by przecież były tylko słowa i gesty. TYLKO słowa i gesty.
C.D.N.##edit_bymitnas 2005-11-19 11:50:16##ed_end##

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...