Spojrzenie
***
Chefrel szedł spokojnie cichą ulicą, pogwizdując wesołą melodię. Elf z cynicznym uśmieszkiem przyglądał się zamkniętym okiennicom. W jego zielonych oczach malowało się całkowite rozbawienie. Miał wyśmienity humor. Tej nocy będzie się świetnie bawić.
Po kilkunastu minutach doszedł w okolicę zachodniej bramy. Tu już zachowywał się cicho. Przylgnął do muru. Nasłuchiwał przez chwilę. Słyszał kroki strażników. Dwóch. W porządku. Zaczął bezszelestnie wspinać się na mur. Kucnął na jego szczycie i stamtąd uważnie przyglądał się strażnikom.
- Psst… Elnes! – szepnął.
Jeden ze strażników podniósł głowę i – zobaczywszy Chefrela – uśmiechnął się.
- Możesz dać sygnał.
- Zaraz – Chefrel dla pewności podszedł do następnej bramy, południowo – zachodniej. Prowadziła ona do dzielnicy kupców i była najlepiej strzeżona ze wszystkich. Jednak i przy niej elf zauważył znajome twarze. Wtedy stanął na murze wyprostowany, przyłożył dwa palce do ust i gwizdnął przeraźliwie. Ostry dźwięk poniósł się po cichym mieście, spotęgowany przez echo opustoszałych ulic. W tym momencie wszystkie bramy zostały otwarte. Mroczni wkroczyli do miasta z każdej strony, niosąc zapalone pochodnie. Światło płomieni rzucało na ich twarze niesamowite cienie i wyglądali nie jak słudzy demonów, lecz jak wcielone czarty. Wdzierali się do budynków. Jeśli nie było w nich kobiet – podpalali domy i szli dalej. Jeśli były – zostawali na dłużej.
Chefrel doszedł do głównego placu. Wbił pochodnię w ziemię. Podpalając strzały kierował je w stronę świątyń. Gdy wszystkie one już płonęły, rzucił pochodnię w stronę największej z nich i ruszył wolno przez miasto. Nagle wpadła na niego młoda kobieta. Krzyknęła, odskoczyła gwałtownie i wyciągnęła miecz. Ruszyła do ataku. Chefrel wyjął swoją broń i walczył z nią. Nie chciał jej zranić, tylko rozbroić. Walczyła dobrze, ale dość szybko jej miecz odleciał daleko w bok. Sięgnęła do pasa, chcąc wyjął sztylet, ale elf był szybszy. Doskoczył do niej, złapał ją mocno za ręce, wykręcił je do tyłu i przytrzymał je tak, stojąc za nią.
- Niezła jesteś – powiedział jej do ucha i ugryzł ją w nie lekko. Dziewczyna wzdrygnęła się i splunęła.
- Puść mnie! – krzyknęła.
- Chyba żartujesz. Właśnie chciałem poszukać jakiejś przyjemnej szopy czy stodoły i spędzić z Tobą sympatycznie trochę czasu. Ale mam lepszy pomysł… - zamyślił się – Wiesz w ogóle kim jestem?
- Mrocznym, to oczywiste.
Zaśmiał się.
- Och tak, oczywiście. Chodziło mi o to, czy wiesz, kim pośród Mrocznych jestem.
- Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi!
- Tym lepiej. – powiedział, po czym dodał pod nosem – Pożyjesz dłużej.
- Moi przyjaciele zaraz tu przyjdą i Cię zabiją, zobaczysz.
- Wszystkie mówicie tak samo. A ja zawsze odpowiadam tymi słowami: Twoi przyjaciele, jeśli naprawdę tu byli, już dawno nie żyją. Jesteś sama, nie licz na nikogo.
Spróbowała się wyrwać. Nie wyszło. Za mocno ją trzymał.
- Oj, rybko. Nieładnie.
Poczuła, że uchwyt nieco się rozluźnił, elf trzymał ją teraz jedną ręką. Chciała spróbować się uwolnić, gdy nagle usłyszała „Slermi!” a potem przestała widzieć czy słyszeć cokolwiek, zapadła się w ciemność.
Zarzucił sobie nieprzytomną dziewczyną na ramię i ruszył dalej. Zostawił dokończenie palenia miasta reszcie oddziału. Wyszedł przez zachodnią bramę i po jakimś czasie doszedł do swojego konia, który był przywiązany na skraju lasu. Odwiązał go, przerzucił dziewczynę przez siodło i usiadł za nią. Przypatrywał się płonącemu miastu z okrutnym uśmieszkiem na twarzy. Odczekał jeszcze chwilę, po czym podjechał do bramy, gwizdnął głośno trzy razy i ruszył galopem po trakcie.
***
- Kogo nie ma? – spytał Chefrel rozglądając się po oddziale.
Wszyscy milczeli.
- Dobra, wasz stary numer. Sam sprawdzę… Nie widzę Gregoriusa. Ani Artela. Elnes też się gdzieś zapodział? Świetnie, będą potrzebni. Formujcie krąg.
Mroczni ustawili się w kole. Chefrel nakreślił pomiędzy nimi pentagram. Na środku narysował nieduże kółko.
- Chefrel?
- Co?
- Twoja cizia się budzi.
Podszedł do dziewczyny leżącej na ziemi. Proste, czarne włosy przesłaniały nieco jej twarz. Odgarnął je, żeby sprawdzić czy rzeczywiście się obudziła. Przekonał się o tym, gdy błyskawicznie ugryzła go w rękę.
Paru Mrocznych parsknęło śmiechem. Chefrel zmierzył ich złym spojrzeniem. Podniósł dziewczynę za związane ręce i postawił ją na skraju pentagramu.
- Droga koleżanko – powiedział tonem, od którego powietrze stało się chłodniejsze – Tutaj, na środku tego znaku trzech naszych towarzyszy, kiedy tylko tu dojadą, z wielką chęcią odda trochę krwi na rzecz rytuału. Masz ochotę ich zastąpić? – spytał. Nie odpowiedziała.
- Myślę, że jednak nie – odparł za nią. Ponownie użył zaklęcia usypiającego, po czym powiedział „Flare!” i ciało dziewczyny uniosło się nieco do góry, i wylewitowało pod drzewo.
- No, panowie, nasi przyjaciele spóźniają się coraz bardziej. Myślę jednak, że lada moment się pojawią.
Stali w milczeniu. Wszyscy wiedzieli, jakie konsekwencje wynikają z nie słuchania rozkazów takiego dowódcy jak Chefrel. Mimo to niektórzy czasem zapominali pilnować czasu i słuchać wezwania do odwrotu. W końcu karę dało się przeżyć.
Po chwili dał się słyszeć tętent kopyt i na polanę wjechali trzej spóźnieni Mroczni. Podjechali bliżej, po czym zsiedli z koni i podeszli do reszty.
- A gdzie się panowie podziewali? – spytał spokojnie Chefrel.
- Napotkaliśmy posłańca od wodza.
- Czyżby? To by wam poniekąd ratowało skórę.
Jeden ze spóźnionych, elf imieniem Gregorius, podał mu zapieczętowany pergamin.
- Wódz jest w głównym obozie – zakomunikował.
- W porządku – oznajmił Chefrel. Rozwinął pergamin i przeczytał list. Po chwili odezwał się znowu.
- Cóż, ponieważ ci tutaj panowie przynieśli mi ważne informacje, dzisiejsza ofiara będzie bezkrwawa. Dołączcie do kręgu.
- A dziewczyna się nie nada? – zapytał jeden z Mrocznych.
- Żartujesz? Jeszcze by się wystraszyła. A będzie mi potrzebna wypoczęta i zrelaksowana. – powiedział Chefrel z perfidnym uśmieszkiem. Odczekał chwilę aż Gregorius i dwóch pozostałych ustawią się w kręgu, a potem rozpoczął rytuał dla swoich demonicznych panów.
***
Marelia rozejrzała się dookoła. Zauważyła, że leży przewieszona przez siodło, ale jest też przez kogoś podtrzymywana. Zorientowała się, że jadą leśną ścieżką. Nie była pewna jak długo spała. Jedno, co wiedziała to fakt, że umierała ze strachu.
***
Jechali do końca nocy. Do dworku przybyli już bliżej południa niż rana. Na miejscu Chefrel powiedział podwładnym, że mają wolne do jutra. Sam zsiadł z konia i zobaczywszy, że dziewczyna nie śpi kazał jej zsiąść, wziął ją za łokieć i szarpnął w stronę budynku. Był to bardzo duży, trzypiętrowy, drewniany dom. Miał w sobie sporo uroku. Wnętrze sprawiało wrażenie miłego i przytulnego. Chefrel poprowadził dziewczynę po schodach na trzecie piętro. Schody prowadziły do drzwi, które elf otworzył wyjętym z kieszeni kluczem. Wpuścił ją do środka, po czym zamknął drzwi na zamek i zaryglował.
- Nikt nam teraz nie będzie przeszkadzał – powiedział. Twarz dziewczyny nie zdradzała żadnych emocji. Wprowadził ją do malutkiego pokoju, w którym były tylko trzy meble: duże łóżko z baldachimem, nieduża szafka przy nim i szafa w rogu pomieszczenia.
- Tam masz łazienkę – powiedział Mroczny, wskazując niewielkie drzwi po prawej. Przyglądał jej się przez chwilę a potem opuścił pokój, zamykając go na klucz. Marelia usłyszała jeszcze słowa zaklęcia i sznury z jej dłoni zniknęły. Rozpoczęła poszukiwania drogi ucieczki.
***
Chefrel poszedł do kaplicy. Było to okrągłe pomieszczenie, w którym odbywał indywidualne rytuały. Królowały tu cztery demony, „opiekunowie” Mrocznych: Elam, Soach, Onomed i Okitanaf. Soach był najbardziej łaskawy dla Chefrela - to od niego pochodziły wszystkie jego zdolności magiczne. Elf czcił jednak ich czterech z takim samym oddaniem i fanatyzmem.
Teraz narysował węglem na białej, marmurowej podłodze pięć niedużych symboli. Wyjął sztylet i przeciął sobie opuszki wszystkich palców lewej ręki, po czym uniósł dłoń nad symbolami tak, żeby na nie kapała krew. Rozpoczął śpiewanie pochwalnych pieśni w języku Mrocznych i bardzo szybko wpadł w trans.
***
Po trzech godzinach poszukiwań Marelia stwierdziła, że ani w pokoju, ani w łazience nie ma zupełnie nic, co ułatwiło by jej ucieczkę. Nie znalazła też żadnego ostrego, czy chociażby ciężkiego przedmiotu. W szafie znajdowały się wyłącznie ciuchy – zarówno damskie jak i męskie. W łazience nie było nic poza balią z zimną wodą, mydłem i ręcznikiem. To wszystko pozwoliło jej mniemać, że pokój ten był przeznaczony dla takich „gości” jak ona. Był bardziej luksusową formą więzienia. Usiadła na łóżku i zaczęła gorączkowo myśleć. Po kilku godzinach zrobiła się senna „Nie mogę spać!”, zganiła się w myślach. Jednak był już wieczór, a sen, który dawało magiczne uśpienie, nie przyniósł jej odpoczynku. Żeby nie zasnąć, poszła się wykąpać. Lodowata woda rzeczywiście ją rozbudziła, ale nie chciała siedzieć w niej za długo, gdyż w każdej chwili mógł wejść ktoś z Mrocznych. Na samą myśl o tym, szybko się wytarła i ubrała. Wróciła do pokoju i znowu usiadła na łóżku. Nie przychodził jej do głowy żaden plan ucieczki. Była przerażona i spanikowana. Po jakimś czasie jednak zmęczenie wzięło górę i zanim się zorientowała, już spała.
***
Chefrel bezszelestnie wślizgnął się do pokoju. Tak jak przypuszczał, dziewczyna była pogrążona we śnie i dźwięk otwieranego zamka nie obudził jej. Mroczny podszedł do łóżka i ułożył się koło niej. Przyglądał się jej włosom rozrzuconym po poduszce i spokojnym, łagodnym rysom jej twarzy. Była piękna. Elf był przekonany, że jej ciało, skryte teraz pod ubraniem, jest równie pociągające. Objął ją, ale spała nadal. Pocałował ją czule w policzek a potem w usta. Obudziła się, ale jej zmysły były jeszcze uśpione a w brązowych oczach krył się spokój niedawnego snu. Spojrzała w jego niesamowite, bystre, zielone oczy, na brązowe, półdługie włosy. Przyglądała mu się chwilę nieświadoma a potem nadeszło zrozumienie i z jej oczu wyjrzało przerażenie. Chefrel widział ten wzrok u wielu swoich ofiar, ale tym razem te oczy coś mu przypomniały. Nie mógł uświadomić sobie, skąd zna to spojrzenie i dlaczego to wspomnienie jest bolesne. Marelia, otrząsnąwszy się z pierwszego szoku, spróbowała się wyrwać i – nawet nieco ją to zdziwiło – Mroczny puścił ją. Skuliła się w rogu łóżka, ze strachu niezdolna do podjęcia jakichkolwiek działań. Mężczyzna przyglądał jej się, ale dziwnie nieobecnym wzrokiem. Jego uśpiona przez lata pamięć dała o sobie znać. Wstał i wyszedł z pokoju, ledwo pamiętając o tym, by przekręcić klucz w zamku.
***
Zobaczył przerażoną elfkę kulącą się w kącie i dwóch Mrocznych stojących nad nią z mieczami. Kobieta drżącymi ze strachu wargami powtarzała co jakiś czas „Błagam, nie róbcie krzywdy dzieciom”. Chwilę potem zobaczył jak Mroczni przebijają ją mieczami, tak że została w pozycji siedzącej przy ścianie, chociaż jej głowa zwisała już bezwładnie. Następnie zobaczył elfa, odczepiającego ją od ściany i tulącego jej martwe ciało. Następnym widokiem była śmierć tego mężczyzny. Była tam jeszcze jedna elfka, młodsza od pierwszej. Krzyczała „Nie!”, szarpała się i błagała, ale jeden Mroczny wyprowadził ją z pokoju i nigdy miała już do niego nie powrócić. Nieme przerażenie wyzierało z jej oczu.
Obudził się zlany potem. Oddychał ciężko. Świtało. Otworzył okno i spojrzał na las. Przetarł oczy. Nie mógł nic zrozumieć. Wszedł do łazienki i szybko się umył. Ubrał się w charakterystyczny strój Mrocznych – czarne, podróżne spodnie, czarną koszulę i równie czarny płaszcz z kapturem. Potem wyszedł z pokoju. Poszedł do pomieszczenia, w którym znajdowała się dziewczyna i otworzył drzwi. Spała. Nie zbliżył się.
- Hej, młoda! Wstawaj! – krzyknął. Zerwała się z łóżka. Spojrzała na niego nieprzytomnie.
- Legindre! – wykrzyknął i ręce dziewczyny zostały związane. – Wychodź – powiedział i cofnął się na korytarz. Wyszła, rozglądając się niepewnie, jakby z każdej strony oczekiwała ciosu. Chefrel kazał jej iść przed sobą. Doszli do drzwi na schody. Mroczny odryglował je i otworzył, po czym gestem pokazał jej, żeby szła.
- Na parter – powiedział. Marelia schodziła przerażona, na każdym kroku spodziewając się pchnięcia sztyletem w plecy. Zeszli na dół. Był tam salonik. Pod ścianą stał okrągły stół, a dookoła niego kilka krzeseł. Na wprost drzwi był kominek a na lewo od nich przeszklone drzwi na taras, z którego schodziło się prosto do lasu. Chefrel podsunął jej krzesło i kazał usiąść. Sam siadł naprzeciw, wyjął z plecaka pergamin, inkaust i pióro. Napisał krótką wiadomość, wytyczne dla podwładnych, po czym wstał.
- Chodź – powiedział. Wyszli na zewnątrz i poszli do stajni. Dał jej osobnego konia, ale przywiązał jej ręce do łęku siodła. Wodze natomiast dowiązał u siebie. Ruszyli kłusem przez las.
Gdy zrobiło się już całkiem jasno i widno, Chefrel zatrzymał się na niedużej polanie. Rozwiązał dziewczynie całkowicie ręce i podał jej kawałek suszonego mięsa.
- Wiesz, że szybko rzucam zaklęcia. Jeden fałszywy ruch i nie żyjesz. A teraz jedz – nakazał. Była bardzo głodna, więc zaczęła jeść, chociaż fakt, iż on nie je wzbudził jej podejrzliwość. Mroczny jedynie napił się wina i przyglądał jej się uważnie.
- Jak masz na imię? – spytał.
- Co to, forma rozrywki? Zapamiętywanie imion swoich ofiar? – odpowiedziała cynicznie, chociaż wiedział, że się boi.
- Nie, po prostu nie lubię się zwracać do kogoś „ej” albo jakoś. Zresztą – zirytował się – co cię to może obchodzić. Nawet jeśli zapamiętuję imiona ofiar. Pytam, to odpowiadaj! – spojrzał na nią groźnie i jego oczy błysnęły niebezpiecznie, niczym ślepia dzikiego kota.
- Marelia – powiedziała. Zamyślił się. Nie spuszczał z niej oczu kiedy jadła. Nie czuła się z tym zbyt dobrze. Nagle dosyć desperacka myśl przyszła jej do głowy. Wpadła na pomysł na ucieczkę.
- A pozwolisz mi pójść się załatwić? – spytała bardzo proszącym tonem. Uśmiechnął się cynicznie.
- Ależ oczywiście. Legindre lungon!
W mgnieniu oka lina, która pojawiła się znikąd, zacisnęła się wokół jej pasa. Drugi koniec zmaterializował się w jego ręku. Marelia ruszyła w las, ale elf pozostał w miejscu. Lina wydłużała się z każdym krokiem. Dziewczyna zaczęła zastanawiać się, jak daleko może odejść. Po kilkudziesięciu krokach lina napięła się i nie pozwoliła jej iść dalej. Marelia cofnęła się nieco i wspięła się na drzewo. Rozejrzała się po okolicy. Na tyle, na ile pozwalały jej widzieć mniej bystre od elfich, ludzkie oczy, dookoła rozciągał się las. Zaczęła domyślać się, gdzie jest. Zeszła z drzewa. Dotknęła liny, która zdawała się być zrobiona ze stali. Nie było szans na zerwanie jej. Dziewczyna zrezygnowana ruszyła z powrotem. Chefrel w międzyczasie siadł już na koniu.
- Wsiadaj – kazał. Sprawnie wskoczyła w siodło. Elf powiedział jakieś zaklęcie i lina „przepełzła” z jej pasa, obwiązała ręce i przywiązała się do łęku siodła, jakby była żywą istotą. Mroczny rzucił kawałek, który trzymał, na ziemię a gdy lina upadła – zniknęła, tak, że została tylko część związująca ręce Marelii. Ich konie nadal pozostały związane. Elf ruszył stępa i prowadził konia równolegle ze swoim.
- Ile masz lat? – spytał.
- Osiemnaście – odpowiedziała.
- No tak, ludzie dojrzewają szybko – stwierdził, mierząc wymownie wzrokiem jej kobiece kształty. Zaczerwieniła się.
- Niemniej jednak dziwi mnie tak młoda kobieta władająca tak dobrze mieczem. Jesteś córką rycerza?
- Nie.
- To gdzie się nauczyłaś walczyć?
Milczała.
- Zadałem pytanie – znów użył tonu, od którego w okolicy zrobiło się chłodniej.
- Narzeczony mnie nauczył – powiedziała cicho.
- Masz narzeczonego?
Nie odpowiedziała.
- Spytałem, czy masz narzeczonego.
- Już nie.
- Umarł?
- Nie.
Nie skomentował.
Po kilku godzinach jazdy Marelia utwierdziła się w swoim przekonaniu odnośnie tego, gdzie się znajdują. Były to opuszczone, dzikie lasy, po których mało kto jeździł. Zrozumiała czemu nie zakneblowano jej ust – mogłaby wrzeszczeć do woli a i tak nikt by jej nie usłyszał.
Wieczorem zatrzymali się na polanie. Chefrel wypowiedział kilka słów i lina znowu obwiązała się wokół jej pasa. Drugi koniec oplótł drzewo. Elf rozpalił na środku polany ognisko. Dał dziewczynie suszone mięso i owoce do jedzenia. On przełknął zaledwie kęs. Marelia mimowolnie zorientowała się, że jest przygnębiony. „A co mnie to obchodzi? Mam tylko nadzieję, że uda mi się uciec zanim dojedziemy na miejsce, gdziekolwiek by to nie było”, pomyślała. Lina pozwalała jej na podejście do ogniska a z drugiej strony mogła zagłębić się nieco w las. Nie miała jak podejść ani do Mrocznego, ani do koni. W czasie gdy to sprawdzała, Chefrel rozłożył koc, ułożył się na nim i zamknął oczy. Szybko usnął. Dziewczynę początkowo nieco to zdumiało, ale potem zrozumiała, że i tak nie ma dla niej drogi ucieczki. Usiadła przy ognisku, nie chciało jej się spać. Po chwili Mroczny zaczął rzucać się przez sen. Zaciskał pięści i krzyczał coś, ale nie rozumiała co. Trwało to jakiś czas a potem elf zerwał się gwałtownie i usiadł oddychając szybko. Rozejrzał się nieprzytomnie, a gdy ją zobaczył, próbował się opanować, ale dalej był bardzo blady i drżał. Trzęsącą się dłonią narysował na ziemi mały pentagram. Przeciął lekko sztyletem swój nadgarstek i skropił krwią końcówkę każdego z ramion znaku. Usiadł pośrodku i zaczął śpiewać wstępną inkantację a potem zwrócił się z bezpośrednim pytaniem do demonów. Marelia nie rozumiała słów, gdyż były one w mowie Mrocznych. Chefrel wołał:
- O potężny Elamie, doskonały Soachu, wielki Onomedzie i wspaniały Okitanafie! Wasz pokorny sługa błaga Was: wytłumaczcie co oznaczają moje sny i czemu są mi zsyłane.
Zamilkł. Czekał na odpowiedź. Doczekał się. Usłyszał w swojej głowie głos:
- Wierny sługo, twój pan, Soach, mówi do ciebie. Twoje sny to po prostu fragmenty twej przeszłości, które wyrzuciłeś ze swojej pamięci. Obrazują one śmierć twoich rodziców i siostry. To mało istotne. Ważne, że wuj wychował cię na naszego godnego czciciela. Nie przejmuj się tym, co było wcześniej.
Chefrel nagle przypomniał sobie wszystkie szczegóły tamtego dnia, który przeżył tylko on i jego brat. Rzeczywiście, odkąd przygarnął go wuj, wódz Mrocznych, robił wszystko, aby zapomnieć o przeszłości. I udało mu się. Aż do teraz. Marelia zbyt przypominała jego siostrę, zgwałconą wtedy i zabitą.
Zrobiło mu się niedobrze. Zbladł jeszcze bardziej, odszedł kawałek, padł na kolana i zwymiotował gwałtownie. Dziewczyna przyglądała mu się przerażona. Po chwili torsje ustały, elf przeczołgał się na koc i padł na niego. Wpatrywał się w nią nieprzytomnymi oczyma, blady i zlany potem. Patrzył tak bardzo dziwnie… jakby… ciepło?
- Nie bój się mnie – powiedział cicho, sympatycznym tonem – Ja wiem, że przez Ciebie przemawia Ona. Chciała mi przypomnieć, uświadomić. Zrozumiałem, już wiem.
Marelia uznała, że bredzi. Chefrel wstał i podszedł do niej. Strach ją sparaliżował i nie mogła się ruszyć. Usiadł obok.
- Nie bój się. Nie skrzywdzę cię. Już nie.
Przytulił jej głowę do swojej klatki piersiowej i głaskał ją po włosach. Zaczął śpiewać jej piosenkę, która zawsze była ulubioną jego siostry. Dziewczyna siedziała sztywno, prawie nie oddychając. A on śpiewał. Miał piękny, czysty głos, który brzmiał o wiele lepiej teraz niż podczas wygłaszania cynicznych komentarzy. Zasłuchała się w cudowne słowa piosenki. Po chwili spłynął na nią dziwny spokój i zasnęła.
***
Obudziła się leżąc z głową na jego nogach. On siedział oparty o drzewo i przyglądał jej się. Jego twarz miała znowu normalny, spokojny wyraz. Marelia usiadła a on wstał, podał jej suszone mięso i bukłak z wodą. Gdy zjadła i wypiła, przyprowadził jej konia. Przywiązał ją tak jak poprzedniego dnia. Ruszyli ścieżką na zachód. Wczoraj jechali nieustannie na północ i dziewczynę zdziwiła ta nagła zmiana kierunku. Zauważyła po kilku godzinach, że drzewa się przerzedzają. Po dwóch następnych wjechali na trakt. Znała okolicę i wiedziała, gdzie są.
- Pojechałbym z tobą dalej i doprowadził cię do najbliższego miasta, ale muszę się stawić u wodza – powiedział odwiązując jej konia od swojego a potem rozwiązując jej ręce. Mówił to swoim normalnym, nieco cynicznym tonem i trudno jej było coś wywnioskować. Spojrzała na niego zdumiona.
- No, jedź. Jesteś wolna.
Ruszyła, spodziewając się w każdej chwili przebicia strzałą. Nic takiego się nie stało. Chefrel patrzył za nią, jak odjeżdżała. Mówił prawdę, była wolna i nic już jej nie groziło. Wiedział, że postępując tak, prawdopodobnie ściąga na siebie i resztę Mrocznych zemstę za porwanie dziewczyny. Miał nadzieję, że jej przyjaciele wezmą za to straszliwy odwet.
Chciałby być pierwszym, który zginie.