Srebrne Wilki część II - rozdział 1
Ranek następnego dnia był piękny i ciepły. Zara obudziła się bardzo wcześnie. Na stoliku obok posłania zastała porządne śniadanie i dużą, ciepłą pelerynę. Przez otwarte wejście do namiotu dostrzegła trzy postacie siodłające konie na głównym placu. Szybko zjadła przygotowany dla niej posiłek i zakładając pelerynę wyszła na zewnątrz.
-Witam, Zaro.- odezwała się do niej siodłająca Florę Mellis.
-Dzień dobry!
Obok Mellis stał Grandis siodłający swego konia, oraz Tarnas, kończący właśnie siodłać Mistrela.
-Co się dzieje?- zapytała bez niegdysiejszego skrępowania dziewczyna.
-Zabieram Sarane do gorących źródeł. Pomyślałam, że tobie też się przydadzą, zwłaszcza po tak męczącej podróży, jaką odbyłyście. Przy okazji może porozmawiamy i czegoś się o tobie dowiem.
-Zostaw ją, Melli. Ja wszystko wyjaśnię.
-Sarane- krzyknęła elfka w kierunku stojącej przy jednym z namiotów kobiecie. Była wściekła.- Przecież mówiłam ci, żebyś się beze mnie nie ruszała nigdzie, nawet na krok.
-Sarane!- krzykneła uradowana widokiem nauczycielki Zara.
-Posadzisz mnie na tego konia, Grandis, czy nie?- zaśmiała się cicho Sarane
Grandis podszedł do niej i wziął ją na ręce, po czym posadził ją na swoim koniu i siadł za nią. Mellis tymczasem podeszła do Zary i podała jej ciepłą pelerynę, bo ranek był chłodny.
-Nie mam zamiaru leczyc takich błahostek, jak przeziębienie, młoda damo- umotywowała swoje działanie elfka, widząc zdumiona minę dziewczyny.
-Lepiej już jedźmy, Mellis, zanim coś się wydarzy.- zaproponował elf.
Tarnas podszedł do Mellis i odebrał od niej instrukcje dotyczące całego nadchodzącego dnia.
-A jakby zdarzyło się coś nieprzewidywalnego? Jakbyśmy nie wiedzieli, co robić?
-Nie próbujcie nawet mnie szukać. Dzisiaj zajmę się tylko i wyłączenie leczeniem i nic ponad to mnie nie obchodzi. Musicie sobie radzić sami.- powiedziała stanowczo.- Wreszcie oderwę się od obozu, choć na chwilkę.- dodała szeptem.
-Nie lubisz dowodzić, Melli?- zapytała Sarane, która chyba jako jedyna usłyszała stwierdzenie elfki.
-Kto, jak kto, ale ty powinnaś wiedzieć, że nie zawsze się robi to, co się lubi. Grandis, ruszmy, bo zaraz zaczną mnie wołać.
Istotnie, niedługo potem rozległy się w obozie krzyki. Jakiś człowiek wołał Mellis. Elfka kazała Grandisowi dobrze trzymać Sarane i pchnęła konia mocno do przodu. Chwilę później trzy konie pędziły przez las, coraz bardziej oddalając się od obozu.
Jazda nie trwała długo, jednak dla Zary, która przez osiemnaście lat odbyła nie więcej niż trzy wycieczki poza zamek, były to cudowne chwile pełne nieznanej dotąd wolności. Mistrel gnał lekko po zielonej trawie, przeskakując lekko nieliczne korzenie, jakie pojawiały się na jego drodze.
Mellis w końcu przystanęła przy gęstych zaroślach i przeprowadziła konia przez nie w miejscu, gdzie zdawały się przerzedzone. Grandis nie zszedł z konia. Cierpliwie odgarniał przed Sarane wszelkie gałęzie. Zara poszła za prykładem Mellis. Weszła jako ostatnia na niewielką, osłoniętą ogromnymi drzewami polanę, na której znajdowało się kryształowo czyste jezioro. Niedaleko od miejsca, gdzie się zatrzymali zauważyła piękny, niewielki wodospad.
-Bardzo tu uroczo- pomyślała Zara.
Nie miała jednak czasu dłużej się nad tym zastanawiać, gdyż Mellis zawołała ją do siebie. Przeszli na drugą stronę jeziora. Dopiero tam Grandis zsiadł z konia i pomógł z niego zejść Sarane. Następnie ułożył ją w miejscu wskazanym przez Mellis, a dokładniej w płytkiej wodzie. Później odszedł parę kroków od jeziora.
Elfka tymczasem zdjęła z siebie wierzchnią warstwę ubrania, pozostając jedynie w lnianej koszuli i cieniutkich, skórzanych spodniach. Przeszła trochę w kierunku wodospadu, po czym rozpędziła się i wskoczyła do wody. Zara myślała, że już jej więcej nie zobaczy żywej, gdy elfka bardzo długo się nie wynurzała. Jednak chwilę później Mellis wypłynęła ponad powierzchnię wody i podpłynęła spokojnie do Sarane.
-Nic się nie zmieniłaś, Melli.- stwierdziła półelfka.
-Nic nie poradzę na to, że się musze co jakiś czas zanurzyć dla spłukania z siebie wszelkiego zmęczenia i przykrości.
-Zara,- powiedziała Sarane, zwracając głowę w stronę stojącej na brzegu dziewczyny.- Nie stój tak, wejdź do wody.
-Kiedy mam wrócić?- zapytał Grandis.
-Nie wiem- brzmiała odpowiedź elfki- najlepiej będzie, gdy poczekasz, aż Flora po ciebie przybiegnie. Do tego czasu możesz robić właściwie to, co chcesz.
Mellis spojrzała ze zdziwieniem na niepewnie sprawdzającą temperaturę wody dziewczynę, gdy Grandis się oddalił.
-Nie bój się. Wchodź do wody, bo nie zawitamy tu w najbliższym czasie.
Zara była bardzo niepewna, czy chce wchodzić do wody. Nagle poczuła, jak coś naciska na jej plecy. Jeden z koni, jakby dla zabawy, odchodząc wepchnął ja do wody. Cała mokra, Zara nie miała już nic do stracenia. Zaczęła powoli posuwać się w stronę Sarane i Mellis.
-Nauczysz ją pływać?- zapytała Sarane.
-Pewnie tak, ale na razie musi się przestać bać wody. Wychowywałaś ją, czemu nie umie pływać?
-Nie było okazji, żeby ją tego uczyć.
-Za to wielką rzekę pokonała bez zarzutu, więc nie będzie tak źle. Pewnie już cos umie.
-Sama wiesz, jak daleko potrafi skakać Mistrel, jeśli jeździec mu nie przeszkadza. Zara musiała pewnie tylko wyjść z płycizny na brzeg.
Tymczasem podeszła do nich dziewczyna. Miała dosyć zdziwiony wyraz twarzy.
-Ciepła ta woda-nie było to ani pytanie ani stwierdzenie.
-Zwiemy to gorącymi źródłami. Bardzo dobrze robią na zmęczenie. Poza tym czasami potrafią zmazać smutki i wyimaginowane problemy. Przyjechaliśmy tu ze względu na stan Sarane. A tobie pewnie nie zaszkodzi małe uzupełnienie sił, nieprawdaż?
-Kto jeszcze wie o tym miejscu?
-Niewiele osób. Zresztą one tu nie przyjeżdżają. Tak właściwie to nie zdążyłam cię jeszcze zapytać, skąd pochodzisz.
-O to jej nie pytaj, Melli.- powiedziała Sarane słysząc pytanie.- Ja ci odpowiem, bo nie jest to prosta odpowiedź. Poza tym nie chcę, żeby Zara cokolwiek ci mówiła o sobie, dopóki ja ci pewnych rzeczy nie wyjaśnię.
Sarane spojrzała porozumiewawczo na uczennicę, uświadamiając jej, że nie podporządkowanie się takiemu biegowi spraw będzie bardzo niemile widziane. Zara nie odważyła się zaprotestować.
Na polecenie elfki dziewczyna odeszła w inną część jeziora i tam ułożyła się na płyciźnie. Tymczasem Sarane zaczęła przedstawiać podopieczną.
-Na imię ma Zara.
-To już wiem, Sarane. Co więcej?
-Wychowała się w Terranie.
-No pięknie. Wiem, że jesteśmy wszystkim życzliwi, ale żeby zabierać do obozu Terrankę...
-Na dworze królewskim.
-Czyś ty postradała rozum!?- szepnęła Mellis.- Nie tylko Terranka, ale i z dworu naszego kochanego Terrona. Potencjalny szpieg. Tylko jej nam tu do poczucia bezpieczeństwa brakowało. Wystarczy mi problemów z młodziakami arancjańskimi...
-Jeszcze miesiąc temu nazywała Terrona ojcem...i nie wybuchaj w tym miejscu, bo są jeszcze ciekawsze fakty z jej życia.
-Naprawdę, co ty nie powiesz?- zapytała elfka ironicznie.- Sprowadziłaś nam tu córkę Terrona i oczekujesz, że się nie zdenerwuję? Jesteś po prostu szalona. A może powiesz chociaż, czemu to zrobiłaś?
Sarane zamyśliła się trochę, jakby myślenie o czymś sprawiło jej pewien problem. To, co wyszło zaraz potem z jej ust, było widać tak dla mówiącej poniżające, że nie patrzyła ona w oczy Mellis podczas mówienia.
-To przez nią, a właściwie dla niej opuściłam Arancję na trzynaście lat. Pojechałam ją wychować i trenować. Przez cały czas mojej nieobecności tu, właśnie nią się zajmowałam, przebywając bez przerwy na dworze Terrona, nie wiedząc, co czeka mnie następnego dnia.
-Jesteś w stanie za nią ręczyć?- westchnęła elfka.
-Oczywiście. A ciebie powinien przekonać do niej fakt, że wyjeżdżając, a właściwie uciekając od Terrona wydała na siebie wyrok śmierci. Ale nie to jest w niej najciekawsze.
-Jeszcze coś?- Mellis wydawała się coraz bardziej rozdrażniona.- Masz zamiar mi powiedzieć, że znasz jeszcze jakieś ciekawe fakty?
-Po śmierci króla nie mogłam uwierzyć, że Terron wydał wyrok śmierci na dziecko. Miałam nadzieję, ze zachował chociaż część serca, jakie poznaliśmy. Miałam nadzieję, że oszczędził bezbronną królewnę Zarę.
-Sarane, stąpasz po niezbyt bezpiecznym gruncie. Nie podążaj w tym kierunku. To, co chcesz udowodnić jest zbyt nieprawdopodobne, żeby mogło być prawdą.
-Czy w tym kraju nie zdarzyły się nigdy tak nieprawdopodobne rzeczy? -Sarane zamyśliła się chwilkę, po czym wróciła do przerwanego wątku.-Pięć lat później usłyszeliśmy o Zarze, małej spadkobierczyni ziem i władzy Terrona. Czy zbieżność imion i wieku to nie piękny przypadek, zwłaszcza, że Terron nie miał nigdy kochanki ani żony?
-To mógł być czysty przypadek. Nie ma żadnych dowodów, że Zara, którą przywiozłaś mogłaby być córką Sandyxa.
-Terron w pewnym momencie był pewny, że mnie już nie wypuści ze swojej mocy. Nie bał się tego potwierdzić. Także kochana Athila uwzględniała to w swoich wypowiedziach. Carnific otwarcie twierdził, że małą należy jak najszybciej zabić, bo stanowi zagrożenie.
Mellis nie odpowiedziała na te argumenty. Zanurzyła się w wodzie i odpłynęła z wyrazem zamyślenia na twarzy.
Sarane w tym czasie zasnęła. Zmęczona była niedawnymi wydarzeniami oraz przekonywaniem Mellis o słuszności swoich podejrzeń. Nie odzyskała nawet małej części sił utraconych podczas podróży z zamku Terrona do obozu buntowników. Miały one jednak powracać szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał.
W czasie, gdy Sarane wykładała Mellis swój punkt widzenia, dziewczyna, o której była mowa, zdołał bardzo się odprężyć i powoli uczyła się korzystać z dobrodziejstw gorących źródeł. Utracone siły powracały jej bardzo szybko. Zyskiwała też z każdą chwilą coraz większy dziwny spokój, brak niepokoju dręczącego ją od ponad roku. Być może było to rezultatem działania wody, która otępiała mózg sprowadzając nań obojętność na otaczający świat. Zwierzęta leśnę widać czuły się w tym miejscu równie dobrze i bezpiecznie jak ona, gdyż bez oporów podchodziły do Zary, gdy ta wyciągała do nich ręce.
Dziewczyna odniosła niejasne wrażenie, że miejsce to chronione jest potężną magią, zagradzającą wejście niepożądanym osobom. Nie było tam nic naruszonego człowieka. Nie było żadnych ścieżek prócz ścieżek leśnych zwierząt, nie było nawet odcisków kopyt końskich, ani odcisków stóp.
Zbliżał się już wieczór, gdy Melis podpłynęła do budzącej się właśnie Sarane.
-Chodź! Na dzisiaj dosyć wylegiwania się. Musimy wracać do obozu. Na brzegu pomogę ci się przebrać.
-Nawet nie wiesz, Melli, jak miło słyszeć takie słowa i to z twoich ust. Ostatnie lata mocno dały mi w kość.
-Nie będę cię okłamywać. Żyjemy w więzieniu bez krat z mieczem wiszącym nad każdym z nas. Obawiam się, że trafiłaś z deszczu pod rynnę.
-Ale tutaj w dalszym ciągu czuć wolę życia. Będąc na łasce Terrona nie mogłam nawet umrzeć bez jego zgody.
Zapanowała chwila ciszy, podczas której elfka pomagała Sarane wyjść na brzeg. Jednocześnie wzrokiem szukała towarzyszącej im Zary. Zauważyła ją leżącą w połowie w wodzie, w połowie na brzegu. Młoda dziewczyna spokojnie korzystała z cudownej pogody panującej tego wiosennego wieczora. Niedaleko niej spokojnie pasł się Mistrel, co chwilę spoglądając na swoją właścicielkę. Ten fakt wzbudził niemałe zdziwienie elfki.
-Popatrz!- zwróciła się do Sarane- Ten koń wręcz opiekuje się Zarą, tak, jak wiele lat temu opiekował się...Sandyxem.
-Też to zauważyłam. Zaczął się tak zachowywać niedługo po tym, jak Zara dostała go ode mnie na urodziny.
Melli nic więcej nie powiedziała na temat gniadosza i jego powiązań ze zmarłym królem. Pomogła Sarane wydostać się z wody, po czym zaprowadziła ją do jednego z drzew otaczających jezioro i pomogła się o nie oprzeć towarzyszce. Z odłożonych niedaleko juk wyjęła czystą białą tunikę oraz długi zwój bandaży i rzuciła je na trawę obok Sarane. Następnie podeszła do śpiącej Zary i delikatnie poruszyła jej ramieniem.
-Marena...przecież dzisiaj niedziela...
-Sarane- Mellis szeptała z wyraźnym przerażeniem w głosie- czy wy znacie tę Marenę, o której myślę? Tę, którą Terron ogłosił głównodowodzącym jego armii?
-Już ją zaprzysiężył?- spytała tym razem ze strachem Sarane
-Dawno temu.- potwierdziła Mellis
-A więc zrobił to- Sarane ciężko opadła westchnęła. Mówiła spokojnie, ale z pewnym smutkiem i rozczarowaniem.- Zniszczył jej życie. Miałam nadzieję, że nie da jej splamić rąk krwią niewinnych. My z kolei będziemy mieć duże kłopoty.
-Jaka ona jest? I tak właściwie to skąd ją znasz?
-To moja wychowanica, równolatka Zary. Mądra, bystra, świetna we władaniu wszelaką bronią...
-Jak ty?
-Lepsza, Mellis, bo wytrzymalsza i szybsza.
-A do kogo można by ją porównać?
-Ma twoje zmysły, moją wiedzę, siłę i przebiegłość Terista, jej ojca, dumę i rozwagę prawie jak mój brat oraz jednocześnie brawurę Carnifica.
-Gdzie ma słabe punkty, jak ją można w ogóle zabić?- zastanawiała się głośno elfka.
-Nie dasz jej skrzywdzić, prawda, Sarane?
Kobiety zwróciły wzrok w kierunku stojącej niedaleko Zary, która widocznie obudziła się chwilę wcześniej. Musiała usłyszeć część rozmowy i wywnioskować, o kim jest rozmowa. W tym momencie szukała w oczach Sarane poparcia i zapewnień bezpieczeństwa dla towarzyszki dzieciństwa.
-Nie dasz skrzywdzić Mareny?- dziewczyna powtórzyła pytanie.
-Zaro- Sarane próbowała to powiedzieć jak najdelikatniej- Marena stoi teraz po innej stronie frontu niż my. Nawet, jeśli ja sama jej nie zabiję, po polu walki lata wiele zabłąkanych strał...
-Młoda damo,- głos Mellis nie był tak łagodny- przebieraj się szybko zamiast męczyć biedną Sarane niemądrymi pytaniami. Nie mam ochoty leczyć twojego przeziębienia...
-Nie jestem chora-mruknęła Zara.
-...które pewnie pojawi się, jeśli natychmiast się nie przebierzesz.
Zara odeszła w stronę miejsca, gdzie pasł się jej koń i gdzie leżały pozostawione juki z rzeczami dziewczyny.
-To nie było miłe- zauważyła Sarane, gdy jej była podopieczna trochę się oddaliła.- Mogłaś to powiedzieć życzliwiej. Nie chcę, żeby Zara była obrażana. Zdecydowała się na śmiertelne zagrożenie życia udając się tutaj. Przebyła kawał drogi i co ją spotyka?
-Zwykły żołnierski los. Nic więcej. Chociaż rzeczywiście nie musiałam być aż tak stanowcza. Znów wyszłam na „zrzędliwą elfkę” jak nazywał mnie w żartach Mesten.
Zara tymczasem szybko przebrała się w suche ubranie które zapakowała za nią do juk Mellis. Sama elfka też zaczęła się przebierać w czyste, suche rzeczy. Była wyraźnie odprężona i wypoczęta.
Sarane także zmieniła ubranie, chociaż zrobiła to z niemałym trudem. Była jeszcze słaba, ledwo trzymała się na nogach, poza tym ręce strasznie ją bolały, zwłaszcza prawy nadgarstek.
-Sarane!- elfka spojrzała na towarzyszkę ze zgrozą- czemu nie zmieniłaś opatrunku na ręce? Przecież dałam ci nowe bandaże!
-Nie ma po co- odrzekła półelfka z rezygnacją.
-Jak to nie ma- zaczęła się wściekać Mellis.- Jeśli zostawisz brudny, stary bandaż, to trudno będzie to wyleczyć.
-I tak będzie trudno.- szepnęła Sarane.
Mellis i Zara usłyszały wypowiedź Sarane. Zara podejrzewała, z czym może mieć związek rana na ręce. Melli natomiast zastanawiała się, o co chodzi. Spojrzała pytająco na Sarane. W odpowiedzi półelfka zdjęła szybkim ruchem opatrunek z nadgarstka, krzywiąc się z bólu.
-Straciłam tę rękę blisko miesiąc temu- szepnęła Sarane.
Zara i Mellis przyglądały się nadgarstkowi Sarane w milczeniu nie wiedząc z początku co mają powiedzieć. Elfka z przerażeniem zapytała:
-Co...co się stało?
-Wszystko, co mogło:- odpowiedziała spokojnie Sarane- obóz, działania zwane „egzekucją magii” oraz mocno zaciśnięta hithlaina.
-Można by spróbować...
-Nie. Szkoda robić sobie nadzieję. Tej ręki używać już nie będę.
-Mogę spróbować coś zrobić, żeby chociaż nie było gorzej. Oczywiście, jeśli tylko mi zaufasz...
-Czy ja ci kiedyś nie zaufałam...?
-Porozmawiamy o tym w obozie. A teraz zrób tak, jak powiedziałam i opatrz ranę czystym bandażem.
-Despotka...- rzuciła od niechcenia Sarane z chytrym uśmieszkiem.
-Acha- zaśmiała się dyskretnie Mellis.- To już wiem, od kogo to określenie przejęły wszystkie Srebrne wilki, prawda, moja droga?
-Nic się przed tobą nie ukryje.
-Ale despotką jesteś- powiedział wchodząc na polanę Grandis.
-Znasz mojego ojca, rodziny się nie wybiera. To podobno w jego rodzie dziedziczna cecha. Ale czemu nie poczekałeś na moje wołanie? Mogłyśmy się na ten przykład własnie przebierać.
-Przepraszam, ale tak długo tu zabawiłyście, że konie zaczęły się niecierpliwić. Postanowiłem, że sam po was przyjdę.
Sarane uśmiechała się. Właściwie śmiała się z zaistniałej sytuacji tak naturalnie i swobodnie, że Zara nie umiała sobie przypomnieć wcześniejszej takiej jej reakcji. Nauczycielce pobyt w gorącym źródle także dobrze zrobił.
-Zawsze taki sam- stwierdziła Sarane- nadopiekuńczy, jeśli chodzi o Mellis. Nic prawie się nie zmieniłeś Grandisie. Mnie nie wmówisz, że była to inicjatywa Flory.
Zara zauważyła, że elf nie patrzył Sarane prosto w oczy, jakby nie chciał, aby coś z nich odczytała. Miał coś do ukrycia.
-A teraz pomóż mi dostać się na konia, bo wiesz, że sama nie jestem w stanie tego zrobić.
Grandis podszedł szybko do Sarane, z łatwością uniósł ją do góry i posadził na grzbiecie swej klaczy. Upewniwszy się, że półelfka nie spadnie, podszedł do Zary i pomógł jej osiodłać Mistrela. Mellis nie musiał już potem pomagać. Upewnił się tylko, czy wszystko co konieczne zostało zrobione i siadł za Sarane. Złapał ją w pasie i ścisnął konia łydkami. Trójka jeźdźców ruszyła w stronę obozu, odprowadzana przez liczne leśne zwierzęta.
***
Po przyjeździe wszystkie konie od razu odebrał młody chłopak, którego Zara widziała już parę razy w roli stajennego. Opiekowanie się końmi było widać jego pracą. Dziewczynie od razu nasunęło się porównanie go z Mikelem. Jej niedawny znajomy miał do koni znacznie łagodniejsze i efektywniejsze podejście. Umiał zająć się każdym koniem. Nawet z koniem tak niebezpiecznym jak Tryfon umiał sobie poradzić.
Konie spokojnie dały się prowadzić wiedząc zapewne, że mogą w stajni liczyć na coś smacznego. Już na początku zorientowały się, że młodzieniec niesie w kieszeni trochę suchego chleba. Postanowiły nie czekać na dojście do stajni i zająć się jedzeniem od razu. Flora jako pierwsza sięgnęła do kieszeni. Bez problemu wyjęła z niej kromkę suchego chleba. Mesar zrobił to zaraz po niej. Trzecia była kasztanka Grandisa. Stajenny nie zdążył w porę zareagować. Rozpaczliwie próbował wyrwać koniom kromki chleba, co zaowocowało tylko niezłym śmiechem ze strony widzów.
Mellis od razu po powrocie poszła obejrzeć ćwiczenia młodych na wielkim placu. Zabrała ze sobą Zarę, aby pokazać jej część obozowego życia i zrobić coś jeszcze...
-Moi drodzy, oto Zara- powiedziała Mellis wychodząc na środek i wskazując na dziewczynę.- Jutro będzie z wami ćwiczyć, dobrze? Zajmiecie się nią?
Ćwiczący młodzieńcy bardzo chętnie zgodzili się zaopiekować się Zarą i zapoznać ją ze zwyczajami panującymi podczas treningów. Młodzej dziewczynie to się jednak niezbyt podobało.
-Jutro ćwiczenia!?- zapytała elfkę z oburzeniem, gdy tylko oddaliły się od placu.
-Coś nie tak, Zaro?
-To za wcześnie. Ja... nie jestem jeszcze gotowa na powrót do ćwiczeń walki.
-My...- widać było, że Mellis zastanawia się nad kolejnym określeniem- Arancjanie, nie mieliśmy wyboru. Nikt nie był gotów na bronienie się przed wojskami Terrany. Nikt nie był gotów na śmierć bliskich. Musieliśmy stawić czoła wszystkim naszym słabościom. Nie marudź więc, tylko przygotuj swoja broń, jeśli masz jakową, na jutrzejszy trening.
-Sarane ma rację co do twojego despotyzmu.
-Tak, jestem despotką i wiem o tym doskonale, ale tego wymaga ode mnie moja rola i pozycja. A poza tym, Sarane poparła by moja decyzję gdyby tu teraz była.
-Mellis...?
-Słucham?
-Co się wydarzyło dwadzieścia lat temu na tej ziemi? Sarane nie chciała nam o tym nigdy opowiadać.
-Więc i ja to przemilczę. Musiała mieć swoje powody. Powie ci, kiedy uzna to za stosowne.
Mellis odprowadziła Zarę aż pod jej namiot i tam ją zostawiła. Następnie podeszła do stojącego nieopodal Grandisa, który odprowadził ją aż do jej namiotu. Nie wszedł jednak do środka. Porozmawiali chwilę, a potem elf odszedł w kierunku grupki ludzi stojących wśród drzew.
-Dobrze, że już wróciliście.- Tarnas tym swoim miłym głosem uniemożliwił Zarze śledzenie kolejnych posunięć elfa.
Zara powróciła wzrokiem do miejsca, gdzie ostatnio widziała elfa, ale tam go już nie było. Zrezygnowała. Wprowadziła młodzieńca do pokoju i usiadła na swoim posłaniu.
-Mam nadzieję, że nie przeszkadza ci, że będę rozmawiać na siedząco. Po tych gorących źródłach strasznie chce mi się spać.
-Przyniosłem chleb i wino. Pomyślałem, że chętnie zjesz coś jako kolację.
-Jesteś cudowny. Myślałam, że jak sobie poleżałam, to nie będę głodna, ale jest wręcz przeciwnie. Czuje się, jakbym przez cały ten czas ciężko pracowała.
Tarnas wyciągnął z przyniesionego przez siebie worka pełną butelkę oraz bochenek białego chleba. Ułożył to wszystko na stoliku obok posłania, po czym znalazł kubki i wypełnił je przyniesionym płynem. Jeden podał Zarze, drugi wziął dla siebie.
Zara spojrzała na płyn, który jej podano. Nie podobał się jej kolor tego, co miało być winem.
-Czemu to ma taki kolor?- zapytała.- nie wygląda mi to na wino.
-To jest wino, naprawdę...tyle, że rozwodnione.
-Błe! Jak można pić rozwodnione wino?
-Jeśli nie ma go dużo, to pije się rozwodnione. Jedynie dowództwo i chorzy dostają mocniejsze, jednakże też rozwodnione. Trzeba oszczędzać aż do żniw. Wtedy może dostaniemy cos od rolników, jeśli w tym roku Terron nie podniesie podatków.
-A jeśli podniesie?
-To nawet im nie wystarczy na cały rok i będziemy musieli wyłożyć pieniądze, choć nie wiem skąd Mellis je wyskrobie. Już w zeszłym roku było ciężko.
-Skąd elfy w Terranie?
Zara nie zamierzała rozmawiać o jedzeniu. Po prostu zaczęła jeść chleb maczając go w wodzie z winem. Postanowiła się natomiast dowiedzieć paru rzeczy, które nie dawały jej spokoju od czasu przybycia do obozu buntowników.
Tarnas nagle zrobił się nerwowy. W oczach miał wściekłość, zaciskał pięści.
-Nie jesteśmy w Terranie, tylko w Arancji! Nie ważne, jak długo nie ma nas na mapie kontynentu, to zawsze będzie Arancja!
-Przepraszam...- powiedziała cicho wystraszona lekko Zara.- Powiedziałam to niechcący.
-Zachowujesz się czasami jak rozpieszczona Terranka, wiesz!? Tak, jakbyś nie wiedziała o całej walce z Terronem!
-Tarnas- Zara nagle poczuła przypływ odwagi. Wiedziała, że to, co zaraz powie nie zostanie odebrane przez chłopaka dobrze.- Ja jestem Terranką. Tam się urodziłam i wychowałam.
-Czekaj, czekaj...Czegoś tu nie rozumiem.
Chłopak patrzył na nią nieprzytomnym, wściekłym wzrokiem.
-Wychowywałam się na dworze królewskim Terrany, razem z Mareną, córką generała Terista... Jeszcze miesiąc temu nazywałam Terrona ojcem...
Chłopak nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał. Zszokowany, wyszedł z namiotu jak burza, zostawiając dziewczynę samą z wstydem, który czuła. Zara nie pozostała jednak w namiocie długo sama.
-Co mu zrobiłaś?- zapytał mężczyzna wchodzący właśnie do namiotu.- Uciekał jak od ognia, jakbyś go czymś poparzyła.
-Ja po prostu powiedziałam mu o...
-Nawet nie mów. Nie mam ochoty psuć sobie dzisiejszego wieczora strasznymi wieściami. Jutro tez jest dzień.
Rzeczywiście mężczyzna wyglądał na zadowolonego z życia. Na jego twarzy gościł szeroki uśmiech, a głos był radosny.
-Nie mieliśmy jeszcze okazji się poznać- powiedział- Jestem Methred.
-Zara.
-Masz piękne imię. Takie samo nosiła córka króla...
-Króla? Macie króla?
-Uhu... To już wiem, czemu Tarnas uciekał. Musisz przy nim uważnie się wypowiadać. Jest straszliwie wrażliwy na punkcie patriotyzmu. To błahostki, ale dla Tarnasa są bardzo ważne.
-A król?
-Nie mam pojęcia, czemu o tym nie wiesz. Zginął osiemnaście lat temu w bardzo nierównym pojedynku z Terronem.
-Nierównym?
-Tak. Terron posiada zdolność posługiwania się czarną magią. Król nie miał żadnych zdolności magicznych. Oddział Srebrnych wilków nie mógł się nawet zbliżyć do pola, na którym walczyli. Od tego momentu wszyscy kontynuują jego dzieło wyzwolenia kraju.
-Rozumiem, że chcecie to kontynuować, ale chyba to nie jest wasz jedyny cel?
-Tak, każdy ma swoje. Wielu z nas chce się po prostu zemścić za śmierć najbliższych.
-Jakie są twoje marzenia, Methredzie?- zapytała nieśmiało Zara.
-Jeśli bym te wojnę przeżył, to chciałbym się zająć poszukiwaniem śladów mojej siostry.
-Co się z nią stało?
-Jakieś osiemnaście lat temu już po śmierci króla jechaliśmy z ojcem, aby zabrać matkę i siostrę z zamku znajdującego się w dosyć mocno zagrożonym rejonie. Spieszyliśmy się, ale nie zdążyliśmy. Zastaliśmy tylko dogasające zgliszcza. Ciało matki odnaleźliśmy i pochowaliśmy, ale siostrę podobno jeden z żołnierzy wyciągnął z płomieni. Potem nikt jej już nie widział.
-Przykro mi, że straciłeś rodzinę.
-Niepotrzebnie. Najprawdopodobniej już niedługo do nich dołączę.- Methredowi ani trochę nie zrzedła mina. Cały czas zachowywał się i mówił z takim samym dobrym humorem, jakby mówił o pikniku.- To nie jest wojna, którą można tak sobie wygrać. Wielu ludzi i elfów zapłaci za odważne plany.
-Chyba nie zaprzeczysz, że jest to trochę pesymistyczne podejście do sytuacji?
-Realistyczne, maleńka, realistyczne. Każdy z nas ryzykuje życie. Nikt ci nie zaręczy, że przeżyjesz dzień jutrzejszy.
Methred powoli podnosił się z zajmowanego miejsca.
-Przepraszam, ale muszę iść na wartę. Wpadłem właściwie tylko po to, żeby się przywitać i przedstawić.
Mężczyzna wyszedł z namiotu swobodnie, w niezmąconym pozornie humorze. Zara obserwowała go, gdy się oddalał. Bardzo przypominał jej Marenę. Wysoki, smukły, pewny siebie, nawet oczy i włosy mieli praktycznie takie same. Włosy, jasnokasztanowe, związane były w krótką kitkę na karku, a ciemnobrązowe oczy patrzyły do przodu, prosto w oczy rozmówcy.
Zara już miała schować się w namiocie ale wrodzona ciekawość granicząca z wścibstwem nie dała jej tego zrobić, gdy dziewczyna kątem oka ujrzała ciemna postać stojącą przy drzewie, w którego kierunku zmierzał Methred.
Była to, z tego co zdołała dojrzeć dziewczyna, kobieta około dwudziestoletnia, średniego wzrostu. Methred podszedł do niej bliżej, pocałował ją i jako pierwszy się odezwał.
-Nie martw się, Larando.
-Każdego dnia, gdy idziesz na wartę boję się o twoje życie. Proszę, nie idź.
Mężczyzna nie odpowiedział. Pocałował kobietę i odszedł cicho, bez pożegnania.
Zara miała ochotę podążyć za nim i zobaczyć nocne życie w obozie, ale uznała, że jeszcze nie raz będzie miała ku temu okazję. Tę noc postanowiła przeznaczyć na sen. Śniła jej się wielka wojna. Uczestniczyli w niej niektórzy znani jej ludzie, tacy, jak Sarane, czy Terron, ale i wiele innych, nieznanych.
Marena natomiast sniła w zamku Terrona sen o wielkiej rzezi. Nie był to pierwszy taki koszmar. Takie sny prześladowały ją od ponad miesiąca. Nie wiedział o nich nikt. Marena wiedziała, że jest to wizja przyszłości, gdyż widywała w niej ranną Zarę. Bała się komukolwiek powiedzieć. W kuchni usłyszała kiedyś, że jeśli powie się o złym śnie, to ów się spełni, a tego nie chciała.
Ranek Zara spędziła szukając zagrody dla koni. Jednak konie, których szukała chodziły swobodnie po obozie. Widok owej trójki koni był niezwykły. Obok siebie szły wszystkie: Mesar, Mistrel i Flora. Nie było wśród nich jedynie Tibora.
Mała klacz karciła właśnie za coś wielkiego siwka, którego grzywę ledwo mogła dosięgnąć, gdy normalnie stał. Ale on głowę miał zwieszoną, jakby pozwalał jej na wszystko.
W pewnym momencie konie zerwały się do galopu. Pierwsza biegła Flora, za nią równo oba ogiery. Ludzie znajdujący się na ich trasie lądowali zazwyczaj twardo z boku, klnąc na cały głos, a potem śmiejąc się, że: „znowu nie zauważyli tej ferajny”.
Mistrel zauważył swą panią i podbiegł do niej z radosnym rżeniem.
-Cześć maleńki- szepnęła mu Zara.- Dobrze cię znów widzieć.
Ogier zaczął trącać ją nosem oczekując swojej porcji pieszczot. Pozostałe dwa postanowiły skorzystać. Podbiegły do dziewczyny i także ją szturchnęły. Zara poczęła je także głaskać. Miała wreszcie okazję dokładnie przyjrzeć się wielkiemu siwemu ogierowi. Był niesamowicie wielki. Jego kłąb sięgał wyżej niż czubek głowy dziewczyny. Włosy grzywy i ogona były szare, jedwabiste i długie. W miejscu, gdzie poprzednio Zara widziała róg, widniał niewielki przezroczysty klejnot. Łeb miał lekko garbonosy, ciężki, ale z pewną dozą szlachetności, szyję masywną i pięknie wygiętą, łopatki mocne, pierś szeroką, nogi długie, zakończone wielkimi kopytami pokrytymi szczotami pęcinowymi, zad wielki, umięśniony, rozłupany, grzbiet szeroki. Przypominał, oprócz rogu, pegaza z rysunków pokazywanych jej przez Sarane.
Nagle Zara poczuła, jak jej ubranie się przesuwa. Było to oczywiście zasługą mocno wścibskiej Flory, która upewniała się, czy dziewczyna nie posiada jakichś smakołyków. Niestety nie miała.
„Gdzie Sarane” Zara usłyszała w głowie głos, który przeganiał ją znad brzegu wielkiej rzeki.
-Kim jesteś?- spytała Zara szeptem.
„Magowie mówią Ras Algethi”
-A ludzie?
„Mesar”
Teraz Zara zrozumiała, czemu nie widziała ludzi nad brzegiem rzeki. Koń stojący właśnie koło niej umiał się porozumiewać z ludźmi, gdy chciał. Zrozumiałe stało się, czemu cieszył się szacunkiem ludzi w obozie.
Nagle Mesar nastawił uszy. Ruszył żwawo w kierunku namiotu Mellis. Za jego przykładem poszła Flora. Mistrel spojrzał pytająco na swoja panią, jakby pytał, czy powinien iść z pobratymcami.
-Algheti raczej wie co robi. Idziemy za nim.
„Algethi!” koń nie omieszkał poprawić błędu popełnionego przez dziewczynę.
Elfka stała przy swoim namiocie trzymając w dłoniach porcję owsa. Obok niej stał wielki worek z ziarnem. Dawała właśnie Florze jeść trzymany przez nią owies, gdy zobaczyła podążającą ku niej dziewczynę z Mistrelem. Mesar spokojnie czekał, aż klacz zje, po czym on sam zabrał się do jedzenia.
-Czemu tak stoisz?- zapytała Mellis Zarę.- Obok mnie stoi worek. Weź trochę ziarna z niego i nakarm swojego konia. Jest pewnie głodny.
Rzeczywiście, koń jadł łapczywie. Niestety sporą część rozsypywał na ziemię.
-Mellis- zaczęła rozmowę Zara.- kim jest Methred?
-Synem jednego ze Srebrnych Wilków. Tytuł i pozycję odziedziczył po ojcu, po czym wielokrotnie udowodnił, że na niego zasługuje. Ale nie czas i miejsce o tym rozprawiać.
-A kobieta, która się bardzo o niego boi?
-Widziałas pewnie Larandę, jego żonę. Niezbyt jej się podoba, że jej mąż ryzykuje codziennie życie.
-To ryzyko dotyczy chyba wszystkich, prawda? Każdy ryzykuje.
-I wszyscy dokładnie wiedzą jaki będzie ich los, jeśli by ich złapano. Tyle, że człowiek zazwyczaj mniej dba o siebie niż o ukochaną osobę. Laranda jest lekko przewrażliwiona na jego punkcie.
-Poza tym,- podjęła po chwili milczenia Mellis- nikt nie zdaje sobie sprawy, jak blisko nam do śmierci. Nikt nie rozważa takiej możliwości. To, że kogoś złapano, to przypadek kogoś innego, ich to nie dotknie. Ale to nie jest zupełnie tak. Każdy ma takie same szanse.
Do całej grupy dołączył Tibor. Wyglądał tak, jakby chwilę wcześniej dopadła go wielka ulewa. Radośnie potrząsnął grzywą, z której wciąż kapał woda, ochlapując przy okazji wszystkich stojących niedaleko. W miejscu, w którym stał powoli zaczęła się tworzyć mała kałuża.
Mellis popatrzyła na mokrego konia ze zgrozą. Chwilę później w jej oczach zapanowała wściekłość. Dostrzegła sprawców niedaleko, przy ogromnej beczce z wodą.
-Tarnas!- krzyknęła z wściekłością Mellis
Wrzaskowi Mellis odpowiedział wybuch serdecznego śmiechu. Stojący przy beczce Methred z trudem zachowywał poważna minę i hamował śmiech. Tak, jak koń, mężczyzna był całkowicie mokry. Obok niego na ziemi tarzało się ze śmiechu dwóch nieznanych Zarze młodzieńców oraz Tarnas.
-Oj, nie gniewaj się Melli.- powiedział Methred.- Zaglądał do beczki i rozchlapywał wodę. Daliśmy mu jej więcej, żeby miał jej wystarczająco dużo.
Zara parsknęła śmiechem. Wkrótce elfka także uznała sytuację za wielce zabawną i zaczęła się serdecznie śmiać.
Tibor skorzystał z chwili nieuwagi Mesara i zabrał się do jedzenia jego porcji owsa z rąk Mellis. Jednorożec widać zjadł już tyle, ile chciał, gdyż nie przeszkadzał pobratymcowi w jedzeniu. Z kolei Flora nie zamierzała dać ogierowi spokoju. Łapała i ciągnęła mokre kosmyki jego grzywy z prawdziwą zawziętością. Koń przez pewien czas nie interesował się tym, ale w pewnym momencie nie wytrzymał. Kłapnął klaczy zębami nad uchem i zakończył zabawę. Klacz jednak była w dobrym nastroju. Ruszyła galopem, jak wystrzelona z kuszy w stronę namiotów.
Chwilkę później dało się słyszeć gniewne okrzyki kierowane w stronę pędzącej przez obóz czwórki koni.
-Tak karmimy konie w całym obozie- powiedziała Mellis- Koń może dostać najwyżej trzy objętości pary rąk owsa. Oczywiście tylko w przypadku gdy pracuje. Koń, który odpoczywa może dostać najwyżej małą garstkę.
-Przecież to za mało na posiłek!
-Ja mówię o normie dziennej, Zaro. Musimy oszczędzać zboże, bo mamy go mało. Konie sobie poradzą jedząc sam trawę, jeśli nie pracują dużo. Za to ziarno przyda się koniom ciężko pracującym, tak, jak Mesar.
-Ale z tego co wiem konie powinny dostawać przynajmniej trzy razy więcej przy lekkiej pracy, nie mówiąc już o ciężkiej.
-Dostajemy zboże od życzliwych ludzi. I tak nie starcza nam zazwyczaj na lato. Ograniczamy więc dawki, ale ciągle zużywamy za dużo.
Zara chwilę się zastanawiała nad rozwiązaniem sytuacji. Nauczona została troski o zwierzęta, a zwłaszcza o konie. Bolało ją, że nie można im zapewnić godziwych, według niej, warunków życia.
-Dlaczego nie pracujecie? Pewnie dużo umiecie zrobić. Moglibyście zdobyć pieniądze i kupić owies dla koni.
Mellis smutno spojrzała na niebo. Akurat wtedy przelatywały na nim dwa orły, wesoło pokrzykując. Jeden z nich trzymał w szponach zdobycz, prawdopodobnie zająca. Były wolne i niczym nieskrępowane.
-Nie możemy pracować. Jesteśmy poszukiwani a właściwie ścigani przez prawo Terrany, w której teraz teoretycznie się znajdujemy. Wystarczyłoby, że zobaczyłby i rozpoznał nas jeden patrol Terrany i trafilibyśmy do obozu dla jeńców. Oprócz nas trafiłby tam człowiek dający nam pracę. Było by z tego więcej kłopotów niż pożytku.
Zara nie wierzyła własnym uszom. Ludzie wśród których się znalazła żyli jak ptaki zamknięte w klatce. W dodatku zdani byli na łaskę prostych ludzi, od których dostawali jedzenie. Niewiele mogli zmienić w swoim życiu. Przypominało to dziewczynie jej sytuację na dworze królewskim.
-Ale przecież musicie się porozumiewać z innymi oddziałami w kraju mimo tej ostrej kontroli terrańskiego wojska.
-Skąd wiesz, że są inne oddziały?- zapytała Mellis pilnie wpatrując się w Zarę.
-Zgaduję.
-I dobrze to robisz. Oczywiście moje rozkazy bardzo często docierają do najdalszych nawet zakątków Arancji. Mam jednak swoich zaufanych ludzi, którzy nie dadzą się tak łatwo złapać ani wytropić. W ciągu dziesięciu lat żaden z moich ważniejszych listów nie został przeczytany przez niepożądaną osobę.
-Teraz może być gorzej. Terron z pewnością pomyśli o obstawieniu traktów po mojej ucieczce.
-Mam posłańca, który nie lubi traktów, a tym bardziej unika patroli. A jeśli już je zauważy i zauważą jego, to biegnie takimi ścieżkami, że nie można go dogonić.
-Musi być niezły...
-Znasz go, to Mesar.
-Koń?
-Mesar nie jest zwykłym koniem. Jest bardzo inteligentny i wie komu ma list dostarczyć, jeśli dokładnie określę odbiorcę imieniem i nazwiskiem. Biega najczęściej korytami rzek i po kamienistym gruncie, w miarę potrzeby wjeżdżając w gęsty las. Trakty sa dla niego ostatecznością. Gdy patrol zaczyna za nim podążać, wystarczy, że zmienia na jakiś czas kierunek, po czym, gdy już nastawi goniących w złą stronę, wbiega w gęsty las i ucieka, wracając na dawny szlak. Jest znany patrolom, bo rzuca się w oczy, ale jest nie do złapania.
-Pozostaje jeszcze kwestia pojemnika na listy. Doczepiasz mu jakąś sakwę?
-Nie. Zaplatam odpowiednio grzywę. Ma ją długą i jeśli się postaram, wytrzymuje ze trzy, cztery kursy.
-Już wiem, czemu ma splątaną część grzywy.
-Nie ma sensu jej rozczesywać, jeśli wiadomo, że za parę dni może być konieczność wysłania ważnego listu.
Nagle Mellis zwróciła głowę w stronę reszty obozu, jakby cos usłyszała. Niedługo wyłonił się zza namiotów młody człowiek. Podszedł do elfki i Zara zauważyła, że nie ma wesołej miny.
-Chyba nie obejdzie się bez twojej interwencji.- powiedział
-Nie chcą cię słuchać, jak rozumiem?
-Dokładnie.
-Znowu to samo- westchnęła Mellis z urazą.- Proszę was o wykonanie prostego ćwiczenia, a wy nawet w tym nie dajecie sobie rady. Cóz to będzie, gdy wojna rozgorzeje na nowo i od karności będą zależeć losy całego przedsięwzięcia... Ale nie martw się- stwierdziła z pewnym szelmowskim uśmieszkiem- znam kogoś, kto ich ustawi tak, że nie zrobię nawet wdechu zanim dowódca tego nie rozkaże.
Mellis wzięła z ziemi niewielka torbę, zarzuciła pasek na ramię i podążyła w kierunku z którego mężczyzna przyszedł.
-Zostań tu- rzekła do niego, gdy chciał podążyć za nią.- Dotrzymaj towarzystwa Zarze, bo mnie coś jak zwykle pilnego zatrzyma tam, gdzie idę.
-Miło mi poznać.- zaczął rozmowę mężczyzna- Jak masz na imię?
-Zara- odpowiedziała trochę niepewnie dziewczyna.- A ty?
-Elsterion- przedstawił się wytwornie, z ukłonem, rozmówca.- Widziałem, jak wjeżdżałaś do obozu razem z Sarane. Nareszcie wyglądasz jak człowiek.
-A nie wyglądałam jak człowiek? Przypominałam jakiegoś potwora?
-Powiedziałbym raczej, że wyglądałaś, jakbyś miała się zaraz osunąć na ziemię.
Zara cicho zaśmiała się przypominając sobie swój stan fizyczny i psychiczny sprzed blisko tygodnia. Doszła do wniosku, że rzeczywiście musiała wyglądać wtedy niezbyt elegancko.
Nagle dziewczyna przypomniała sobie coś jeszcze. Jak przez mgłę zobaczyła w myślach młodego mężczyznę z krótko obciętymi, rudymi włosami, który ćwiczył wtedy z Methredem walkę na miecze. To, jak się właśnie okazało, był Elsterion.
-Bracie!- usłyszeli oboje głos Methreda.
Methred podążał spokojnie w ich kierunku, zdejmując z siebie mokrą jeszcze po zabawach z Tiborem koszulę.
-Meth,- zawołał ze śmiechem Elsterion- co cię tak umoczyło?!
-Eli,- powiedział mężczyzna wyżymając materię- Nie znasz Tibora. Nie wiesz więc, co mnie tak umoczyło.
-Zostajecie w obozie do wspólnego wyjazdu, czy za parę dni jedziecie na patrol?- zapytał już poważniej Eli.
-Nie wiem- brzmiała odpowiedź.- Mellis jeszcze nie zdecydowała. Zajmowała się pielęgnowaniem Sarane. Zresztą to, jak wiesz, były tylko odległe plany. Najprawdopodobniej zostaniemy.- Oblicze Methreda zmieniło się. Przybrało zadziorny wyraz.- Słyszałem, że natrafiłeś na opór z tym oddziałem... Tak, jak wszyscy inni.
-Za tydzień trafią do ciebie. To ciężkie młoty i trzeba im kogoś ostrego, a sam wiesz, jaki ja „ostry” jestem. Nic im się nie chce robić. Na polu bitwy byłby z nimi tylko kłopot.
-Myślałam,- powiedziała Zara,- że tutaj są tylko ludzie, którzy chcą walczyć za Arancję...
-To prawda.- Tłumaczył Methred.- Niektórzy jednak służyliby tu jedynie pod rozkazami samych Mellis lub Grandisa. Innych nie chcą słuchać. A że Mellis nie może dowodzić wszystkimi, to trzeba wbic im do głowy szacunek dla innych dowódców.
W trakcie rozmowy do Methreda podszedł młody chłopak, trzymając wodze nieosiodłanego konia. Mężczyzna porozmawiał z nim chwilę po cichu.
-Przepraszam was- powiedział chwilę potem do Zary i Methreda- ale muszę dopilnować trening łuczniczy. Spotkamy się na wieczerzy.- Ostatnie słowa wypowiedział już z konia.
Methred wyciągnął rękę i pomógł chłopakowi usiąść za nim na koniu, po czym odjechali w stronę placu treningowego.
Zarę dręczyła, jak zawsze, ciekawość.
-Ty i Methred jesteście braćmi?
-Tak teoretycznie to nie, ale spędziliśmy dużo czasu razem, wiele razem przeszliśmy i traktujemy się jak bracia.
-Jak długo się znacie? Jeszcze sprzed wojny, czy krócej?
-Ojciec Methreda, zaopiekował się mną, gdy zawierucha wojenna porwała moich rodziców i cały ich dobytek. Gdy parę lat później zginął także książę, zaopiekowała się nami Sarane. Od tamtego momentu razem się szkoliliśmy.
-Dużą rolę spełniała tu Sarane, jak widzę- stwierdziła Zara dosyć ponuro i tajemniczo.
-Masz rację. Robiła niesamowicie wiele. Niewielu chyba wie, gdzie kończyły się jej obowiązki i uprawnienia. To ona szkoliła najmłodszych, gdy jeszcze Methred nie był mistrzem, zresztą jego też szkoliła. Jeździła na zwiady, razem z Mellis dowodziły wszystkimi posunięciami topniejącej po śmierci króla armii. Właściwie nas wychowała. Dla wielu z przebywających tu jest kimś pomiędzy matką a siostrą. Ale z tego co słyszałem o twoim poświęceniu w ratowaniu jej, to nie jesteś od tej reguły wyjątkiem...
Zara zaśmiała się w duchu i lekko uśmiechnęła.
-Co się stało?- zapytał Elsterion
-Myślałam, że tylko ja mam problem z określeniem uczuć do Sarane. Poza tym od pewnego czasu zastanawia mnie rola Sarane w tej całej wojnie.
-Nikt oprócz Srebrnych wilków pewnie tego nie wie, a one pewnie ci nie powiedzą.
-No właśnie...Spotkałam się z tą nazwą już parę razy, ale nie było osoby, która mogła by mi powiedzieć o co w niej chodzi. A ty byłbyś w stanie?
-Pewnie,- odpowiedział ochoczo mężczyzna.- Tę historię opowiada się już małym dzieciom. Ale dobrze, że poprosiłaś o to mnie, a nie na przykład Tarnasa. On nie rozumie nieznajomości pewnych faktów.
-A tobie kto ją opowiedział?
-To historia z pierwszej ręki- od ojca Methreda, który sam był Srebrnym wilkiem
**
W 3226 roku trzeciej ery Arancja była całkowicie wolnym i niezależnym krajem, rządzonym przez miłościwie panującego króla i jego elfią małżonkę. Wokół ich syna, półelfa, następcy tronu, zebrała się grupka istot, która wymykała się nocami na nocne galopady po lasach. Byli całkowicie wolni. Razem ćwiczyli magię i walkę, wymieniając się doświadczeniami. Ci, którzy umieli coś lepiej, uczyli tego innych. Podobno obserwowali stada dzikich koni, które przemierzały wtedy jeszcze zielone i bujne polany kraju. Okoliczni ludzie zauważyli dziwnych jeźdźców. Utożsamiali ich z watahą wilków, która poluje w nocy.
Wkrótce wyszło na jaw jaki jest skład grupy. Byli to w większości książęta lub baronowie, a nie należy zapominać, że w skład grupy wchodził też sam następca tronu. Od tej pory nazywano ich Srebrnymi Wilkami, a przyszłego króla Złotym Wilkiem.
W trzy lata zmarł nieszczęśliwie ojciec królewicza. Młodzieniec objął tron. Niestety niedługo cieszył się spokojną sytuacją w kraju, jaką zostawił mu ojciec. Kilka miesięcy po jego koronacji, w granice Arancji wkroczyły wojska Terrona i jego ojca. Odważna grupa już oficjalnie przyjęła nazwę Srebrnych Wilków. Wszyscy jej członkowie złożyli przysięgę, uroczyście otrzymując z rąk Złotego Wilka srebrne wisiory w kształcie litery „A”. Król miał nosić podobny, jednak wykonany ze złota i napełniony białą magią dla ochrony, gdyż sam nie posiadał zdolności magicznych. Ta ozdoba stała się oznaką władzy w kraju. Po śmierci króla trafił on w ręce Sarane, która odmówiła przyjęcia regencji, ale praktyczną władzę zachowała. Przez cały ten czas Srebrne wilki trzymały się razem, mimo śmierci wielu z nich i rozproszenia po całym kraju.
Wisior zaginął razem z Sarane.
**
-A co z żyjącymi Srebrnymi Wilkami? Kim są?- dopytywała Zara Eliego
-Część już znasz. Mellis, Grandis, Methred, który przejął tytuł po swoim ojcu, Fides, który niedługo przed waszym przyjazdem wyjechał oraz kilka osób poza obozem. Nie znam wszystkich dla bezpieczeństwa. No, i oczywiście znana ci już dobrze Sarane.
Dalej, po zakończeniu tematu Srebrnych Wilków, rozmowa nie kleiła się zbytnio. Zara i Elsterion siedli przy jednym z pobliskich drzew. Zara obserwowała, jak mężczyzna z dużym zapałem czyścił swój miecz. Każdy, najdrobniejszy nawet załom na rękojeści lśnił czystością, skórzane paski wyglądały jak nowe. Właścicielowi nic nie można było zarzucić.
Tylko jak długo można przyglądać się pielęgnacji miecza, i ta już czystego do granic możliwości? Zara już nie mogła. Odwróciła głowę i spojrzała w stronę namiotu Mellis z piękną chorągwią na szczycie.
Około południa Zara zauważyła poruszenie w namiocie Mellis. Chwilę później materia uniosła się i z namiotu wyszła Sarane. Słońce świeciło jej prosto w oczy, więc nie zauważyła siedzących niedaleko Zary i Eliego. Zara postanowiła, że nie będzie czekać, aż nauczycielka ją zauważy.
-Sarane!- zawołała, podbiegając do niej.- Nareszcie...
Półelfka wyglądała znacznie lepiej niż ostatnio. Ubrana była w czystą, białą tunikę, związaną w pasie rzemieniem i sięgającą kolan. Nogi miała bose, owinięte w okolicach kostek bandażami. Twarz miała jeśli nie wesołą to spokojną i bez śladu strachu czy smutku.
Dziewczyna nie mogąc się opanować przytuliła się do nauczycielki i zaczęła cicho łkać.
-Co, co się stało?- zapytała Sarane.
-W pewnym momencie bałam się, że cię już nigdy nie zobaczę.
Zara spojrzała na nauczycielkę. Zauważyła, że po jej policzkach także płynęły łzy.
-Ja też, Zaro, ja też.
-Widzę, że rany się zabliźniają- powiedział Elsterion podchodząc bliżej, powoli wchodząc w cień ogromnego drzewa.
Sarane przyglądała się mu z uwagą. Po chwili na jej twarzy dało się zauważyć wielkie zdziwienie. Zmrużyła oczy, jakby nie widziała dokładnie stojącej przed nią postaci. Zara także przyglądała się mężczyźnie.
-To może ja zacznę...- powiedział zniecierpliwiony i jednocześnie bardzo wzruszony Elsterion.
-Eli...?
-Ty też się zmieniłaś. Nie widzieliśmy się w końcu aż czternaście lat.
Nagle Elsterion głośno się roześmiał, podbiegł do półelfki i mocno ją objął. Gdy tylko ją opuścił zmierzyła go wzrokiem.
-Urosłeś...- powiedziała- i zmężniałeś. Nie jesteś już tym małym chłopcem, którego uczyłam władania mieczem, Elsterionie.
-Elsterion- zaczęła Zara,- to po elficku rozsądny, prawda?
-Prawda, Zaro.- Sarane cały czas wpatrywała się w Elsteriona, jakby nie mogła uwierzyć własnym oczom- A gdzież to się podziewa Methred, podobno jest w obozie.
Eli nie odpowiedział, tylko pobiegł w kierunku placu treningowego.
-Co on wymyślił?- zastanawiała się głośno Zara.
Sarane nic nie odpowiedziała, tylko uśmiechnęła się serdecznie. Spojrzała w niebo i świeże łzy spłynęły po jej twarzy. Nie łzy bólu, nie łzy cierpienia, ale łzy szczęścia. Oparła się o drzewo.
Spojrzała na plac i zobaczyła grupkę mężczyzn podążających w ich stronę. Wkrótce otoczyli ją. Sarane co chwilę rozpoznawała w którymś z nich dawnego ucznia. Wspomnienia pielęgnowane w ciągu czternastu lat pobytu u Terrona zdawały się powracać ze zdwojoną siłą.
-Myślałam, że już nigdy was nie zobaczę- głos półelfki drżał- Myślałam, że umrę nie wiedząc na kogo wyrośliście...
-Myślałaś, że jedziesz na śmierć, tak?- Zara usłyszała znajomy głos- I dlatego wyjechałaś bez słowa wyjaśnienia i pożegnania?- słowa te były wypowiedziane szorstko i z wielkim wyrzutem.
Grupa mężczyzn rozstąpiła się i Sarane ujrzała tego, kogo pragnęła zobaczyć.
-Methred. Jak zawsze oszczędny w emocjach.
Po mężczyźnie widać było, że jeszcze przed chwilą zmagał się z treningiem. Stał prosto, ze zmierzwionymi włosami, rękawy białej lnianej koszuli miał wysoko podwinięte. Skórzane spodnie i wysokie buty do jazdy konnej, jakie były częste wśród mieszkańców obozu miał bardziej wytarte niż wszyscy wokół niego. W ręce trzymał obnażony miecz, którego pochwa wisiała przypięta do jego pasa.
-To podobno wielka zaleta.
Nagle atmosfera wydała się nieco sztywna. Zarówno Methred, jak i Sarane, która odsunęła się od drzewa, przy którym stała, stali prosto. Wpatrywali się w siebie badawczo. Mężczyźni obserwujący to „spotkanie po latach” zastanawiali się kto pierwszy wybuchnie. Oczekiwano jeśli nie bójki to ostrej wymiany zdań.
Sytuację postanowił rozluźnić nieco Eli.
-Jest na ciebie trochę wściekły, Sarane, ale cieszy się, że wróciłaś- powiedział wesoło. –Zły humor niedługo mu przejdzie.
W końcu Methred nie wytrzymał... i zaczął się serdecznie śmiać.
-Eli ma rację.- Powiedział wesoło.- Jednak nie dziw się, że jestem nieco zły.
W pewnym momencie jeden z mężczyzn rzucił pomysł, aby pokazać Sarane ćwiczenia w walce na miecze. Pomysł podchwyciła reszta, łącznie z Methredem. Nawet Zarze się on spodobał. Jedynie Sarane była przeciwna. Broniła się mówiąc, że jeszcze nie ma tyle sił, że jest zmęczona.
Wymówki kobiety na nic się zdały. Methred podszedł do niej i wziął ją na ręce. Początkowe protesty wzbudziły w mężczyznach serdeczny śmiech. Półelfka poddała się w końcu i pozwoliła powoli zanieść się na plac treningowy.
Gdy tylko cała grupa dotarła na plac treningowy, wszyscy bez komendy rozeszli się w różne miejsca placu i wrócili do treningu. Kilku zauważyło stojącą z boku Zarę. Dali jej miecz i partner Methreda zaczął z nią trenować. Wykazał się przy tym, niezwykłym wyczuciem, walcząc spokojnie i pozwalając dziewczynie spokojnie się rozgrzać i powoli wracać pamięcią do tego, co umiała. A umiała, jak się w niedługim czasie przekonał, dosyć dużo. Mężczyzna zorientował się w jej możliwościach i dostosował swój styl do stylu walki Zary.
Mathred usadził Sarane przy konarze rozległego drzewa rosnącego przy brzegu placu treningowego i usiadł obok niej, aby porozmawiać.
-Co się z wami działo w drodze?- zapytał.- Patrole Terrańskie kręcą się po okolicy jak szarańcza. Trzeba się dużo nagimnastykować, żeby przejechać niezauważonym, a wy... nie miałyście rozpoznania, byłyście skrajnie wykończone, zwłaszcza ty, a konie mało nie padły.
-Po pierwsze łatwiej jest przejechać obok nich, jeśli jedzie się we dwójkę, a nie z wielkim oddziałem.
-A po drugie?
-Tibor jechał znaną sobie najlepiej trasą, czyli starym, nieużywanym już traktem. Wyjechaliśmy prosto na przewężenie koryta rzeki, przy którym wartę pełnił Mesar. Nawet mnie nie przyszła by do głowy tak prosta trasa, a co dopiero Terrańskim najemnikom. I jeszcze jedno...
-Tak?- Methred zaczynał już podejrzewać kłopoty.
-Terron ściąga wojska do stolicy. Coraz mnie oddziałów włóczy się bez celu.
-Czyżby Jego Wysokość zamierzał się z nami rozprawić ostatecznie?
-Jeszcze nie teraz. Zanim zbierze wszystkich ludzi i będzie pewny, że zgniecie nas doszczętnie, minie około roku. Nie zaryzykuje kolejnego nie do końca udanego starcia. Jest tym typem człowieka, któremu wystarczy raz, żeby się nauczyć.- Sarane zamyśliła się.- To może być ostatni spokojny rok. Kto jest dowódcą przy południowej granicy?
Methred chwilę się zastanawiał, jakby nie mógł sobie przypomnieć człowieka, o którego pytała Sarane.
-De Reve, zwany Sokołem.
-Srebrnym Sokołem. I nosi tytuł księcia.
-Nie wiem... Rzadko przychodzą od niego raporty.
-Jak rzadko?
-Co roku. Denerwuje to Mellis do czerwoności. Czasami mam wrażenie, że ta spokojna i delikatna elfka pojedzie do niego i zrobi mu awanturę. Oczywiście z iście królewską klasą, wytwornością i spokojem. Może ty wiesz, jak go zmusić do częstszego pisania?
„Jakbyś zobaczył Mellis na polu bitwy, to zakrztusiłbyś się określeniem delikatna Mellis” pomyślała Sarane.
-Jest to jeśli nie niemożliwe, to bardzo trudne. Dawniej ja pisałam za niego raporty, a Mellis przymykała na to oko, ale myślałam, że do braku się przyzwyczai po moim wyjeździe.
-Nie przyzwyczaiła się...
-Książe jest samotnikiem i dosyć zamkniętą w sobie osobą. W dodatku jego raporty trzeba umieć czytać, bo nie ma w nich niczego napisanego wprost. A teraz dopilnuj uczniów, bo zaczynają popełniać pierwsze błędy.
Methred niechętnie opuścił Sarane, ale jego podopieczni rzeczywiście zaczynali popełniać błędy. Musiał zwrócić im uwagę, aby nie popełnili ich nigdy więcej. Gdy odwrócił się za siebie, kobieta już spała.
Mężczyzna kontynuował lekcję aż do późnego wieczora. Potem odniósł Sarane do namiotu Mellis i położył ją na posłaniu. Następnie odprowadził Zarę do jej namiotu.