Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Stary-nowy przyjaciel i biała sukienka, czyli kolejne rozczarowania - Część I

boleslav ·

Od Autora:
Stary- nowy przyjaciel i biała sukienka... jest kontynuacją Długiej nocy...

text musiałem podzielić na trzy części z racji, że jest dość długi... podział być może wypadł przez to nieco sztucznie, ale to dlatego, że text jest z założenia jednolitą całością...

mam jednakże nadzieję, że nie będzie to zanadto przeszkadzało w czytaniu..

przyjemnej lektury życzę :) oby...

******

Strumień niosący kryształowe wody skrył się, przed atakującym go ze wszech stron lasem, za chaotycznymi obwarowaniami zbudowanymi przez troskliwą matkę naturę, która rozrzuciła wzdłuż linii brzegu niezliczone głazy i kamienie. Wędrując przez wrogi, łakomy na jego wilgoć świat, drogę sobie torował niestrudzenie szepcząc niepojęte zaklęcia w swym nikomu nieznanym języku. Tu, gdzie bosymi stopami stanęła tuż przy jego brzegu kobieta o skórze jak noc i włosach niczym księżyc, był jeszcze młody i wątły.
Nehalennia zamknęła oczy ciesząc się trelem ptaków ukrytych wśród szeleszczących liści i szemraniem wody ocierającej się zalotnie o wygładzone upływem czasu kamienie. Na twarzy czuła ciepło popołudniowego, letniego słońca, a na stopach łaskotanie miękkiej trawy. Co kilka chwil zjawiał się delikatny wietrzyk podwiewający jej białą sukienkę.
Nie był to dla niej strój typowy, oczywiście, to też nie obyło się bez walki, ostatecznie jednak zgodziła się ją założyć. Potrafił być przekonujący… na wiele różnych sposobów.
- Ależ tu pięknie. – powiedziała cicho i sama zdziwiła się swoim słowom.
- Wiesz, co to jest? –zza jej pleców dobiegło pytanie.
Rozległo się potężne łomotanie w oddali.
- Co? To? – odpowiedziała pytaniem mając na myśli ten osobliwy hałas.
- Romantyczne popołudnie. – padła odpowiedź, a w głosie usłyszała dumę i zadowolenie.
- Co? – zapytała, choć sama doskonale wiedziała.
- Nie pamiętasz? – nutka rozczarowania.
- Pamiętam, ale że Ty pamiętałeś? – była wzruszona, nie na tyle, by łzy zmoczyły jej policzki, ale była i nie ukrywała tego. To było tak dawno, wszystko było wtedy inne, oni także, było tyle ważniejszych spraw… a on pamiętał.
Znowu w powietrzu coś zadudniło. Tym razem jakby bliżej.
- Słyszałeś? – wyszeptała i zastygła nasłuchując.
- Nie, nic nie słyszałem. Mogłabyś, choć na trochę się rozluźnić i przestać czuwać, prawda? – poczuła jego ciepły uśmiech.
- Masz rację, postaram się. – sama też się uśmiechała.
- Oczywiście, że pamiętam. – wrócił do poprzedniego tematu- Jak mógłbym zapomnieć? Doskonale pamiętam. Wydaje się jakby to było wieki temu… – przerwał i nabrał wolno powietrza.
Nehalennia usłyszała trzask strzepywanego koca i szeleszczenie przygniatanej nim trawy.
- Wiesz, to było smutne, przygnębiające. Było mi przykro i żal, że miałaś tak drobne życzenia, a nie miałaś nadziei, że się kiedykolwiek spełnią… Romantyczne popołudnie… To był… jeden z tych momentów, kiedy stawało się dla mnie jasne, że jesteś dla mnie kimś wyjątkowym. – głos miał poprzetykany smutkiem, choć odległym- I nie przez jakąś litość, nie, tylko… raczej przez to, że w takich chwilach miałem wrażenie, że patrzę na prawdziwą Ciebie. Na Lenni taką, jaką chciałabyś być, a nie, jaką być musiałaś.
- Może jest ziarno prawdy w tych Twoich romantycznych rojeniach na mój temat… skoro stoję tu teraz w sukience…
… i świetnie się w niej czuje… - dodała, ale tylko w myślach.
- … a w dodatku białej, jakbym była jakąś dziewicą z bajki, którą dzielny rycerz ma uratować przed krwiożerczym smokiem.
Była szczęśliwa i rozbawiona, choć oczywiście musiała sobie trochę podrwić- w końcu nie mógł jej mieć za już całkiem zdobytą. Nigdy mu na to uczucie nie pozwoli.
Ponownie ten sam łomot. Słyszała go coraz wyraźniej, coraz bliżej.
- Znowu to samo. Co to jest? – tym razem nawet nie zwrócił uwagi na jej słowa.
- Tak to sobie wtedy wymyśliłem. Strumień, coś do jedzenia, coś do picia, bez broni i zbroi, biała sukienka, Ty…i ja…
- Nie słyszałeś tego? – dopytywała się lekko strapiona.
- Coś tam słyszałem… Może to jacyś drwale.
- Hmmm… pewnie masz rację. – nie była przekonana, nie chciała jednak podejrzliwością psuć sobie nastroju- Naprawdę muszę się wyciszyć, ale na mnie las zawsze tak działał.
Podszedł i objął ją od tyłu. Stali tak stykając się całymi ciałami oddzieleni tylko cieniutką warstewką lekkich ubrań.
- A źródło naszego strumienia już zauważyłaś? – i wyciągnął rękę w kierunku skalnej ściany wysokiej na dwóch mężczyzn, z której szczytu, aż do samej wody zwieszały swe gałęzie wierzby płaczące.
Spojrzała we wskazanym kierunku. Doprawdy uroczy był to zakątek. Pod wznoszącą się pionowo skałą woda wyżłobiła dół. Jego głębia powodowała, że woda przybierała barwę ciemną, jak oczy patrzącej z zachwytem kobiety. To tam, ze skały wytryskała zimna, kryształowa woda dając początek potężnej rzece, będącej swoistą aortą olbrzymiej krainy rozciągającej się od gór, aż do morza.
- Ale to potem, a na razie… - nie wypuszczając ze swych ramion, obrócił ją tyłem do strumienia, a przodem do niespodzianki. Wciąż pozostawał poza zasięgiem jej wzroku – Gotowe. – dodał z zadowoleniem w głosie.
Nehalennia chwilę w ciszy się przyglądała temu, czego i tak się spodziewała. Mimo to była zaskoczona. Nie tym, co zobaczyła, ale tym, że to wszystko dzieje się naprawdę. Na bordowym kocu stał wiklinowy kosz przykryty jasną chustą, spod której wyłaniała się jedynie szyjka zakorkowanej butelki z brązowego szkła. W środku krył się z pewnością także jej ulubiony kozi ser, którego intensywny zapach czuła od samego początku.
- Nie poznaję Cię… nie poznaję siebie, ha… Ja… nigdy nie byłam na pikniku… - naprawdę była zaskoczona, mile zaskoczona, choć przecież wszystko było od początku oczywiste.
- Piknik? Jaki tam znowu piknik, kobieto? Cytuję: POPOŁUDNIE… - zaznaczył z udawaną powagą - romantyczne zresztą. – zaśmiał się- Hmmm… A ja… byłem na pikniku, ale tak dawno, że… nawet nie pamiętam tego dobrze…
- Z jakąś inną kobietą? – celowo przybrała podejrzliwy ton. Lubiła się z nim droczyć.
- Nie. – zachichotał- Nie sądzę. To było tak dawno, że kobiety jeszcze nie były mi w głowie.
- Pozwól się, zatem pocałować, Mój Rycerzu, zanim się weźmiemy za jedzenie, bo jak mi brzuch spuchnie od tych przysmaków, które skryłeś w koszu, to nie będziesz chciał na mnie nawet spojrzeć. – zakończyła, a jej uśmiech przeistoczył się w chichot.
Nehalennia wyswobodziła się z uścisku i zaczęła wolno obracać twarzą do niego.
I znowu to samo. Potężny już teraz łomot rozległ się zanim zdążyła spojrzeć na swego mężczyznę. Był tak wyraźny i głośny, jakby dochodził z odległości kilku kroków…
Nic innego, tylko walenie pięścią w grubą deskę. Dokładnie trzy uderzenia. To musiały być drzwi. Słyszała nawet trzaski drgającej pod wpływem uderzeń stalowej klamki.
- Nie, tego już za wiele! Mógłbyś pójść otworzyć? – posłuchał, puścił ją i zaczął się oddalać.
Otworzyć? Ale co? Jakie drzwi? – Nehalennii zaszumiało w głowie. O nie!
- Zaraz! Zaczekaj! – próbowała go jeszcze zatrzymać.
Odszedł.
Otworzyła oczy i spojrzała na paskudny, łuszczący się sufit pokoju w gospodzie.
Walenie do drzwi. Tym razem pięć uderzeń. I chrapliwy głos:
- Królewno Nehalennio od Nocnego Kwiatka, raczysz ruszyć wreszcie swój zacny, czarny jak smoła, kościsty zadek, że nie powiem brzydko? Twoi poddani czekają. – mężczyzna, którego głos z pewnością nie nadawał się do śpiewu, nieudolnie wplótł melodię w ostatnie zdanie.
- Trom’ lek, Ty suczy bękarcie chędożony! – zaklęła pod nosem. Tak, towarzystwo, w którym się obracała służyło może rozwojowi dowcipu, ale na pewno nie kultury.
I znowu walenie do drzwi, coraz częstsze, coraz mocniejsze. I wrzask:
- Pobudka!
Przez wiecznie otwarte okno dało się słyszeć rozmowę dwóch kobiet, które plotkowały o swoich mężach przekraczając przy tym, co chwila granicę przyzwoitości i lojalności nakazanej złożonymi ślubami. Co chwila też wybuchały zgodnym, krzykliwym śmiechem. W dźwiękach miejskiego poranka był jakiś hipnotyczny rytm, który mógłby nawet być usypiający, gdyby nie…
Dudnienie prawie, że wywarzanych drzwi.
- Przestań nareszcie walić w te drzwi! Nie śpię! – wrzasnęła rozzłoszczona i zniecierpliwiona, Nehalennia.
Zza drzwi doszedł jej uszu łudząco podobny do śmiechu wściekły ryk(a może to był śmiech podobny do ryku?):
- BUAHAHAHA! Zowszy godom, ży jok ktoś mo słoby łyp to lypij jok nopijy siy wody z łoctym, o niy mornujy czygoś lypszygo. – sprawność jego języka budzić mogła najwyższy podziw, bynajmniej jednak nie pod względem finezji, ale zdolności akrobatycznych, bo jakże inaczej wytłumaczyć umiejętność płynnego wysławiania się, ba, nawet zgrabnego i szybkiego, kiedy(pomijając wszystkie inne dziwności i odmienności) każde „e” brzmiało jak „y”, a każde „a” jak „o”, co powodowało karko, a właściwie językołomne wypaczenie mowy, i niebotyczne rozmnożenie tych głosek zastępczych w alfabecie Trom’ leka- Gymbo siy łod tygo tok somo krziwi, oly zo to w łyp niy kopiy. – zakończył oczywiście donośnym śmiechem.
A więc dziś znowu cały dzień będzie wysłuchiwała tych beznadziejnych żartów, które przestały ją śmieszyć, po tym jak usłyszała je po dziesięć razy. Dawno temu. Oto powód żeby nie wychodzić z łóżka. A do tego słońce prażyło jakby chciało wszystkich żywych spalić na popiół- kolejny powód. W zasadzie każdy jeden powinien być wystarczający, ale z tym upartym osłem za drzwiami potrzeba ich było więcej. O wiele, wiele więcej. Właściwie jeszcze nigdy nie uzbierała ich tyle, by go przetrzymać, choć tak się starała. I ludzie, mnóstwo ludzi. Znowu będą się gapić, pokazywać palcami, jak jakieś dziwadło w cyrku. Ten ich… nabożny strach… ta ich niechęć… obrzydliwa ciekawość. To były silne argumenty, ale z nimi nauczyła się już żyć, a z nieustannie walącym do jej drzwi upartym osłem nie.
Nehalennia energicznie zrzuciła z siebie koc. Wstała i podeszła do drzwi przeciągając się przy tym jak kotka. Przekręciła klucz w zamku.
Była już kompletnie ubrana, jako że nigdy nie zdarzało jej się spać dwa razy w ciągu jednej doby. Tym razem jednak zasnęła głęboko, jak tylko dotknęła swym policzkiem przyjemnie chłodnej poduszki. Za dużo wina i za dużo emocji w niebezpiecznym połączeniu, jak to sama sobie wyjaśniła.
Trom’ lek wkroczył do pokoju z impetem armii okupacyjnej. Robił przy tym mnóstwo hałasu swymi ciężkimi buciorami i wisiorkami z różnych metali, które zdobiły jego częściowo obnażoną, gęsto owłosioną pierś.
Nehalennia przyglądała się swemu nieproszonemu gościowi. Wyróżniał się. I to nie tylko pomiędzy ludźmi, co normalne dla jego rasy, ale przede wszystkim pośród swoich. Nawet wyglądem różnił się od nich, co łatwo można było sprawdzić porównując go z braćmi. Był, oczywiście, niski, jak każdy krasnolud. Owłosiony jak niedźwiedź, co też normalne dla krasnoludów. Z głosu, ruchów i przede wszystkim rozkołysanego na boki chodu też przypominał niedźwiedzia, jak każdy krasnolud. Słowem niewątpliwie był krasnoludem z krwi i kości. Bądź też niedźwiedziem. Ale poważnie, żaden inny widziany wcześniej przez nią krasnolud nie poważył się nosić tak krótkiej brody. Brzmi to może śmiesznie, ale dla krasnoluda broda to świętość. Tymczasem on przycinał ją sobie na grubość palca od skóry, bo jak mawiał, dłuższa przeszkadza mu w walce, jedzeniu i piciu, a te zajęcia są dla niego świętsze niż kępa splątanych włosów. Z tych samych powodów regularnie golił głowę na łyso. Ale nie o wygląd tylko chodziło. Miał jeszcze jedną, o wiele rzadszą przypadłość. Odsłaniał swe miękkie podbrzusze- uczucia. Nieczęsto, nie przy świadkach i na swój własny sposób, ale to robił. Kwiat Nocy doskonale wiedziała, że to właśnie podrygi miękkiego serca skrytego w twardej piersi nakazywały mu każdego ranka zjawiać się z szerokim uśmiechem na twarzy, by wskrzesić przyjaciółkę na kolejny dzień.
Trom’ lek na środku pokoju postawił wiadro z gorącą wodą, po czym usadowił się wygodnie w fotelu(zresztą jedynym w pokoju), w którym nocą siedział Rycerz.
- Nie mógłbyś mówić tak jak zacząłeś, a nie ciągle kaleczyć moje uszy tym… buczeniem i warczeniem? – zapytała podnosząc na niego wzrok i filuternie się uśmiechając.
Może i rozumiała go bez problemu(dojście do tego stanu zajęło jej wiele miesięcy), ale polubienie tej tortury leżało, nie tylko, poza jej możliwościami.
Trzeba tutaj zaznaczyć, że konieczne było nie lada bohaterstwo i siła charakteru, by wystawiać uszy na działanie tej sadystycznej mowy. A ileż trzeba było samozaparcia, by podjąć się spisania, choć kilku wersów…
- Łyyyyy… - to też potrafił wywarczeć- Nowyt niy wiysz, kobiyto wiylo miy to wysiłku kosztowoło. Jyndzyk mi łod tygo skołowocioł i poskryncoł siy, jok ty ciostko, co my jy, w Dymbiy jydli. – nawet Dąb, stary i zasłużony gród przy ujściu Smoka, nie mógł uniknąć okaleczenia tą komiczną wymową- No szczynściy miołżych przi sobiy łodpowiydni lyk, co by go łod rozu noprostowoć. – to rzekłszy wyjął z szerokim uśmiechem niewielką, spłaszczoną, metalową flaszkę spod koszuli. Odkorkował, przytknął do ust i głośno przełknął.
Nehalennia roześmiała się.
- No to powiedz mi, skąd troska o moją higienę? – kiwnęła w stronę wiadra z wodą.
- Ho, ino niy bój siy, Ty podyjrzliwo dziywucho. Niy łożo zo Tobom, ino jokżych siy łobrocoł no drugi bok toś prowiy wyłoziło. Toch sy pomyśloł, ży trzo Ci siy wyszorowoć po tych nocnych wojożoch. - nic nie robiąc sobie z badawczego spojrzenia mrocznej, odpowiedział lekko, prawie radośnie- Bo wiysz, jo jok zwykly, społ tom, koj pił. – jak zawsze śmiał się rozbawiony tym, co sam powiedział.
Po początkowym zaskoczeniu jego wiedzą o nocnej wędrówce, białowłosa postanowiła jednak nie dopytywać- gdyby wiedział coś więcej, pewnie by się tym sam pochwalił.
- Obro, jo złożo no dół, o Ty niy lygniysz się łod rozu zoś do wyro, hy? – uśmiechnął się i ruszył do drzwi.
- Wiesz, chyba będziemy musieli coś zrobić z tym Twoim zwyczajem wyrywania mnie ze snu. – powiedziała zobojętniałym tonem.
- Niy licz no to, niy bydziysz coły dniy w wyrzy gnić i w moros łobrostoć. – wiedziała, że tak daje jej do zrozumienia, że nie pozwoli jej się kryć przed światem, troszczył się o nią- No i byz Ciybiy robi siy zowszy poskudniy nudno.
- Nic mnie to nie obchodzi. Rzadko… - przerwała nie wiedząc, czy mówić całkiem otwarcie– … śpi mi się tak dobrze, jak tej nocy, a jeszcze rzadziej zdarza mi się śnić. Tym waleniem w drzwi zniszczyłeś i jedno i drugie.
Teraz Trom’ lekowi zrobiło się, nie na żarty, głupio. I jakby wstyd. Wszystko zrozumiał, nawet to, czego nie powiedziała na głos. Chciał dobrze, robił dobrze- wiedział to, wiedział, że ona to wie i wiedział, że poza porankami się z nim zgadza. Ale tym razem mimo woli zaszkodził. Zamiast dać, odebrał.
Nehalennia zauważyła strapienie swojego dziwnego przyjaciela.
- Ach, nieważne, przecież nie wiedziałeś. Zresztą to przecież tylko sen. Wiesz, jak to ze mną jest, z rana wygaduje różne rzeczy żeby Cię zniechęcić do tych pobudek… ale potem mi przechodzi. – z niemałym wysiłkiem uśmiechnęła się.
Krasnolud odwzajemnił uśmiech, doceniając słowa białowłosej.
- Powiedz mi, Trom’ leku, jak sądzisz, jeśli mam coś do przekazania… jeśli stało się coś, czym chciałabym się podzielić, to znaczy opowieścią o tym… czymś… to, czy powinnam o tym mówić przed wszystkimi? – sformułowała pytanie starając się dobrać odpowiednie słowa, tak by przekazać dokładnie to, o co jej chodzi, a jednocześnie nic nie ujawnić.
- Zolyży, ło czym chcysz godoć. – przerwał, a uśmiech na jego mięsistej twarzy coraz bardziej się poszerzał- Mogo Ci doć mojo nojszczyrszo i nojsłuszniyjszo rodo, ży jyśli chcysz siy podziylić łopowiyściomi ło swoich… lubiyżnych doświodczynioch i umiyjyntnościoch, to jo bydo nojlypszo publiko.
- Zapamiętam, Ty zbereźny karzełku. – odcięła się ze złośliwą satysfakcją ukrytą w cwaniackim uśmiechu- Ale gdyby chodziło mi o coś innego, dajmy na to mniej… ciekawego... – zaakcentowała konspiracyjnie- … ale za to, być może ważnego dla wszystkich. Co wtedy Twoim zdaniem powinnam zrobić?
Tymczasem Trom’ lek spojrzał z dołu, przez gąszcz bujnych brwi swymi małymi, ciemnobrązowymi, świdrującymi oczkami. Niewiele się mogło przed nimi ukryć.
- Z pywnościom podyjmiysz włościwo dycyzjo. Oly niy wiydzonc, ło co dokłodniy łozi… – przyglądał jej się bardzo uważnie- … wydojy miy siy, ży lypij bydziy kyj siy wszyscy ło tym czymś dowiydzom.
Zapatrzyła się na moment w sufit myśląc nad tym, co powiedział.
- Dobrze, to możesz już zejść do reszty i powiedzieć, że ja też niedługo zejdę, bo jeszcze wszyscy mi się tu zaraz zlecą. – kwaśno się uśmiechnęła. Miała już kilka takich doświadczeń za sobą. Nie sposób było się ich potem pozbyć.
Krasnolud skłonił się najlepiej, jak umiał, czyli dość niezdarnie. Skomentował to cmoknięciem i wyszedł.
Kwiat Nocy padła na łóżko.
- Wstowyj! – dobiegło zza drzwi.
Mroczna przeciągnęła się już drugi raz tego poranka- tym razem wolno i dokładnie, jękliwie wzdychając przy tym. Spojrzała na wiadro, potem na miskę, do której miała zamiar przelać wodę.
Wiecznie to samo. Każdego kolejny dzień jest kopią poprzedniego. Nawet, jeśli dzieje się coś nowego, innego, nie ma to znaczenia. Bo zmiany, jeśli jakieś następują, to i tak tylko w szczegółach, a w ogólności, i w tym, co naprawdę ważne, wciąż i niezmiennie jest jednakowo. Ale i te w szczegółach są rzadkie, a w dodatku przewidywalne, schematyczne. Nawet gdyby któraś jednak wybiła się ponad te przeszkody, to i tak nie mogły one nic zmienić.
Życie mrocznej już dawno ją do siebie zniechęciło. Sama uważała, że trwała nadal tylko siłą rozpędu, który nakazywał jej wciąż kurczowo trzymać się, mimo wszystko, istnienia, choć nie widziała już w tym sensu. Czasem, bardzo rzadko, zdarzało jej się wyczuć gdzieś w sobie jakąś nić nadziei. Nie, to nawet nie nić. Cień. Nie, mniej niż cień. Wspomnienie. Cień wspomnienia. Tak było zeszłej nocy. Nocy, która była, jak sen. Jak sen, który ją rzeczywiście nawiedził tuż przed przebudzeniem, i który był niewiele mniej realny od tejże nocy.
Przeklęty, upierdliwy karzeł. – złorzeczyła w myślach Nehalennia. Nie mogła mu wybaczyć. Wolałaby już zawsze pozostać w tym śnie, a on jej go zabrał. W tym śnie nie czuła tej przeklętej pustki, beznadziei, straty, zagubienia, bezsensu, wątpliwości. Było jej tam dobrze. I co z tego, że nigdy nie wyobrażała sobie tak swojego życia? Absolutnie nie! Ale co z tego? Właśnie tam, we śnie, znowu czuła, że żyła. Choć dziwne było to… życie. Nie jej i nie dla niej… ale życie.
To była piękna noc- wizyta nieznajomego, sen. Obydwa te wydarzenia poruszyły ją bardziej niż cokolwiek innego od… w każdym razie od bardzo dawna. A teraz…
Czas wrócić do monotonii tego… nie- życia.
Westchnęła obojętnie przelewając wciąż parującą wodę z wiadra do blaszanej misy. Szybko się rozebrała i umyła całe ciało, nie zważając przy tym na obficie rozpryskującą się wokół wodę. Było gorące lato, więc woda parowała szybciej niż wsiąkała w deski, którymi wyłożona była podłoga. Mydło było niezwykle nędznej kondycji. Pomijając jego dalece niepraktyczny kształt, nie chciało się pienić, a i jego zapach przypominał bardziej skisłe mleko, niż kwiaty róż. Brud zaś usuwało tak niechętnie, że Nehalennia w końcu doszła do wniosku, że właściwie to jeszcze go utrwala. Z trudem powstrzymała się przed wyrzuceniem oślizłego, kanciastego świństwa przez okno. Z wielkim trudem. Wiele razy.
Po, mimo wszystko, odświeżającej toalecie rozczesała włosy i ubrała się. Jak zwykle założyła obcisła koszulę, której spód włożyła do równie obcisłych spodni. Te z kolei spodami nogawek włożyła do wysokich, skórzanych butów wiązanych z przodu rzemieniami. Wszystko w różnych odcieniach szarości, z wyjątkiem butów mających naturalną, jasnobrązową barwę. Nie zapomniała oczywiście o sztyletach, nigdy o nich nie zapominała. Zapięła pas, przy którym je nosiła. Zapięła także mniejsze skórzane paski, które oplatały jej uda, tak by pochwy ze sztyletami nie wahały się w rytm jej ruchów i nie obijały się o nią. Na koniec chwyciła w garść szarą opończę, która była dla niej jak druga skóra.
Uklękła przy łóżku i wyjęła spod niego swój plecak. W jego wnętrzu, które porządkiem nie zachwycało, wszystko było dokładnie wymieszane. To, czego szukała powinno być na samym dnie, wbiła więc rękę w ten chaos i od razu natrafiła na niewielki pakunek z papieru obwiązany sznurkiem konopnym. Był to prezent od pewnego oryginała mieniącego się uczonym i wynalazcą, którego poznała w Dębie. Wręczył jej to na pożegnanie, gdy wraz ze swymi kompanami wyruszała w dalszą podróż. Był przekonany, że wkrótce zrobi na tym majątek, ale w dowód sympatii postanowił podarować.
Zdecydowanie był odmieńcem, i to do tego stopnia, że nawet zdawał się nie zauważać odmienności Nehalennii i traktował ją uprzejmie, a nawet z pewną dozą sympatii. Całkiem możliwe, że dla odmieńca odmienność jest normą. W każdym razie dziwne było to, że wszystkim innym uśmiechu i uwagi skąpił, przez co był powszechnie uznawany za niewychowanego gbura.
Mroczna rozpakowała zawiniątko uważając, by nie podrzeć papieru.
Oczywiście wiedziała, co jest w środku. Były to cztery zeszyty, jak Gibons zwany wbrew sobie Ponurym, czyli wspomniany uczony i wynalazca, nazwał wytwór swego płodnego umysłu. Nie wiadomo skąd wziął tą nazwę, ale oznaczała ona po prostu pozszywane(może właśnie stąd) kartki miękkiego i cienkiego papieru, który też podobno sam udoskonalił. Do kompletu dodał niewielkie, drewniane pudełko wypełnione różnokolorowymi kredkami. Oczywiście je także wymyślił ten sam człowiek. Uznał pióro i atrament za zbyt nieporęczne, mające zbyt wiele ograniczeń przeżytki, więc eksperymentując z woskiem stworzył dla nich alternatywę, która z założenia miała się nadawać do korzystania w trudnych warunkach, jak na przykład w podróży. Kredek miało podobno bez trudu wystarczyć, by zapisać, tudzież zarysować wszystkie cztery bruliony.
Nehalennia schowała pudełko i jeden z zeszytów do małej torby na sznurku, którą przełożyła przez głowę. Resztę z powrotem schowała na dnie plecaka.

***
CDN.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...