Stary - nowy przyjaciel i biała sukienka, czyli kolejne rozczarowania - Część II
Przemknęła bezszelestnie korytarzem.
Na schodach już mogła wyraźnie rozróżnić głosy. Kwiat Nocy słyszała dwa, bardzo do siebie podobne. Wiedziała też o trzecim głosie, choć go nie słyszała. Nie musiała słyszeć. Było to swoistą tradycją, rytuałem, że Trom’ lek i jego starszy- a ogólnie średni- brat Drog’ tan, toczyli słowne batalie bezskutecznie próbując ośmieszyć ich odwiecznego adwersarza w tej zabawie, starego elfa.
Jakkolwiek dziwnie może to brzmieć- stary elf- był on rzeczywiście bardzo stary i było to widać, słychać i czuć, jak mówi przysłowie starsze nawet od niego. Zresztą przedstawił się właśnie jako Stary Elf i tak też życzył sobie być nazywanym.
Jednakże on nie miał w zwyczaju nikogo przekrzykiwać, a wręcz mówił cicho. To też z tej odległości jego udział w rozmowie rozpoznać można było po pauzach ciszy, jakie co chwila następowały pomiędzy kolejnymi wrzaskami i wybuchami śmiechu krasnoludów.
Schodząc po schodach, Nehalennia poruszała się, jak zawsze miękko i cicho, jednak schody nielojalnie zdradzały każde jej stąpnięcie, jęcząc agonalnie.
W sali biesiadnej hałas był już obezwładniający. Można by pomyśleć, że zwaliła się tu cała załoga żaglowca dalekomorskiego(do morza było stamtąd tak daleko, iż prostsi z mieszkańców nawet nie wierzyli w jego istnienie), że ściany pękają w szwach nie mogąc utrzymać w swych ryzach hordy pijanych i rozwrzeszczanych marynarzy i żołnierzy. Tymczasem było ich siedmiu. Żadnych marynarzy i ani jednego żołnierza. Wszyscy trzeźwi. Zajęty był tylko jeden stół. Głos zabierało tylko trzech. A słychać było właściwie tylko dwóch. Pozostali w spokoju jedli, czasem tylko śmiejąc się pod nosem z niewybrednych, krasnoludzkich żartów i niewzruszonych ripost starca.
To byli jej towarzysze, jej kompani. Drużyna, jak sami kpili przyrównując się do bohaterów z powieści, którzy zawsze podróżowali w grupach, w których każdy miał swoją funkcję, jedyną i niepowtarzalną, był trybem w machinie, cegiełką w murze, członkiem zgranego i zdyscyplinowanego oddziału- drużyny.
Ale fikcja, jakkolwiek by nie była nieprawdopodobna, czy fantazyjna, wyrastała z korzeni rzeczywistości. Podróżnicy, poszukiwacze przygód, najemnicy, awanturnicy, różne niespokojne duchy, a także banici, zbiegli przestępcy, hordy najmłodszych synów i córek rodzin zbyt biednych i zbyt licznych, by wszystkich wyżywić, niezależnie od epoki włóczyli się po świecie. Tak jak oni teraz.
Tak, to byli jej przyjaciele- mocne słowo, czasem zastanawiała się, czy nie zbyt mocne. Nie miała jednak nikogo innego, a przyjaciół zdecydowanie potrzebowała, więc oni nimi byli. Zasługiwali na to miano, mimo wszystko. Jej przyjaciele… Ten, który wiedział wszystko, a nie mówił nic. Trzech krasnoludów, których łączyła krew i szaleństwo, a dzieliło wszystko inne. Towarzyszący im prawie we wszystkim elf, który robił wrażenie jakby widział i poznał już wszystko, co zresztą było możliwe zważywszy, że był bardzo, bardzo stary i to elfią miarą. Olbrzym, z którego zachowania i postawy błyszczały, rażąc nie tylko oczy, godność i dostojeństwo, a wygląd sugerował jakąś mroczną zagadkę przeszłości. I wreszcie wiecznie ponury, wiecznie smutny, wiecznie zamyślony ten, którego przeszłość była czymś więcej niż tylko zagadką, ten, za którym wszyscy oni kroczyli.
Zauważyli ją od razu. Skinęły głowy, usta powyciągały się w uśmiechach- delikatnych, zdawkowych, straszących czarnymi ułomkami dawnych zębów, porozumiewawczych, złośliwych… ale niewymuszonych i szczerych.
Dosiadła się. Odgoniła rozmyślania o minionej nocy i od razu z hukiem fali przyboju zalała ją ożywiona dysputa, jaką najwyraźniej już od jakiegoś czasu prowadzili odwieczni rywale, elf i krasnoludy.
- … obo ty koślowy uszy! – i dwaj brodaci bracia parsknęli zgodnym śmiechem przypominającym ryk lwa.
Nehalennia spojrzała na tego, który to powiedział. Drog’ tan. Podnosząc wzrok przemierzyła jego długą brodę, przyozdobioną koralikami, metalowymi pierścieniami i włóknami czerwono barwionej wełny wplecionymi w liczne warkocze, przemknęła przez jego duży, perkaty nos, objęła spojrzeniem czuprynę gęstych, skręcających się leniwymi łukami na wszystkie strony, brązowych włosów, zajrzała w oczy skryte w cieniu potężnych brwi.
To nie o niej mówił. Nawet na nią nie patrzał. Była przewrażliwiona, a dziś szczególnie.
- Spójrz lepiej na swój przepastny nos krasnoludzie. – odrzekł spokojnie, prawie dostojnie, Elf zatrzymując kufel w pół drogi do swych ust- Bez trudu włożyłbym w niego zaciśniętą pięść, a Ty nawet byś tego nie poczuł. – mimo wieku wciąż mógłby uwieść wiele kobiet tym swoim chytrym uśmiechem.
Gorak’ bal, trzeci z krasnoludzkich braci, ostatni i najstarszy, zahuczał, śmiejąc się przez zamknięte usta, pełne kiełbasy i chleba.
- To pionstyczko?! – wrzasnął do łez rozbawiony Drog’ tan.
- Wroź miy!... Cosik miy tam uwiyro jusz łod wczoroj, oly som… siy tygo niy dom rody wydobyć. – dodał Trom’ lek walcząc ze śmiechem i nastawił nos.
Siedzący po prawicy mrocznej, wielkolud westchnął z niesmakiem i odłożył to, co jadł, monstrualną pajdę ciemnego chleba grubo smarowaną masłem i jakimś owocowym przecierem.
Zauważył to Gorak i prawie się udławił w trakcie przełykania, w napadzie dzikiego śmiechu. Tak się krztusił i śmiał jednocześnie, że zapaskudził sobie śliną i drobinami jedzenia całą brodę, a po twarzy pociekły mu łzy.
Na to już wszyscy zarechotali zgodnie. Nawet wiecznie zdystansowany, denerwująco wstrzemięźliwy, Burke cały drżał od trzęsącej nim radości.
Nehalennia rozejrzała się po stole próbując odgadnąć życzenie głodu, czym też chciałby zostać unicestwiony. Miło się patrzyło na obficie i solidnie przygotowany posiłek po tylu tygodniach na drodze. Gliniane naczynia zapraszały i kusiły. Było oczywiście masło, tłuste i żółte. Był wspomniany już przecier owocowy. Pachniał świeżo i słodko. Zdaje się truskawkami. Było kilka pęt suszonej kiełbasy i zimna pieczeń w ziołach pokrojona w grube plastry- wyglądem i zapachem zapowiadały się wybornie. Obydwa te półmiski były już znacznie uszczuplone, zapewne przez wiecznie nienasyconych, łakomych na wszystko, co z krwi, krasnoludów. Były jabłka lśniące i czerwone. Pokrojone w kawałki gruszki w jakiejś bezbarwnej, kleistej zalewie. Wielka misa z dokładnie pokrojonymi najróżniejszymi warzywami, z których ledwie połowę była w stanie rozpoznać. Na samym środku stołu stał kosz z chlebem, bardziej wyglądającym na porozrywany niż pokrojony. Tuż obok niej leżało płaskie naczynie z kozim serem. A żeby było, czym spłukać gardło, niedaleko w gotowości stała dziewka z długim do pasa warkoczem i obfitym biustem, który wyglądał jakby zaraz miał się wyrwać z okowów jej czarnobiałej sukienki. Obok niej na stole stały dwa wielkie dzbany.
Bardzo przyjemnie zaskoczona, przekonana już teraz zupełnie, o słuszności opuszczenia pokoju, Nehalennia spojrzała na Aneantira, siedzącego u szczytu stołu z Burke’iem przy boku. Wytrąciła go tym z odrętwienia, w które popadł zaraz po tym, jak zapomniał o śmiechu. W jego wiecznie smutnych, zamyślonych oczach zagościły na chwilę radosne iskierki.
Zadziwiające, ale zapanowała cisza. Żadnych śmiechów, krzyków, nawet szeptów. Wszyscy zajęli się napełnianiem żołądków. No, z wyjątkiem Burke’a, ale ten nic nigdy nie mówił, więc się z szeregu nie wyłamywał i harmonii nie psuł.
Po chwili dołączyła do nich i ona, jedyna kobieta w tym towarzystwie. Zaczęła od koziego sera. Ukroiła sobie gruby jego kawał i rozkoszowała się smakiem. Przypomniał jej sen. Zamyśliła się, a jej twarz przyozdobiła głupia mina kogoś, kto nie wie, co się wokół dzieje.
Wybudziło ją drwiące spojrzenie jedynego oka Gorak’ bala.
W powietrzu walczyły zaciekle o pierwszeństwo zapachy unoszące się znad stołu.
Ciesząc się ciszą, która nieczęsto gościła wśród nich, jadła smakując po kolei wszystko. Kiedy zapragnęła zwilżyć wysuszone gardło, zażyczyła sobie herbaty, której z pewnością nie mogła się spodziewać w dzbanach. Dziewczyna uśmiechnęła się, w jej policzkach pojawiły się rozkoszne dołeczki i od razu, swym zgrabnym krokiem oddaliła się, by spełnić życzenie gościa.
- Tutejszy przysmak. Pozwoliłam sobie go dla pani wybrać. Sama bardzo lubię. Prócz liści herbaty zawiera także kilka ziół rosnących w pobliżu jeziora i kawałki suszonych owoców. – rzekła dziewczyna stawiając już po chwili wielki, buchający aromatyczną parą kubek. – Rozgrzewa kości i dodaje energii. – oddaliła się.
Dziewczyna z pewnością nie cierpiała na brak powodzenia, zwłaszcza wieczorami przy pełnej sali, biorąc pod uwagę, że głos miała równie gładki i miły, jak powierzchowność, a i używać potrafiła go z wdziękiem.
W tej gospodzie jej się podobało- było czysto, jedzenie było smaczne, piwo i wino mocne, bez wody, co było nagminnym procederem w wielu gospodach, w których się zatrzymywali.
Zachichotała w duszy na wspomnienie tych niezliczonych awantur, jakie wybuchały między nimi, a właścicielami zajazdów, którzy próbowali im podawać chrzczone wodą trunki. Jej krasnoludzcy przyjaciele uważali to za śmiertelną zniewagę. Twierdzili, że krasnolud szczyn pił nie będzie i wszczynali kłótnie, jeśli nie dostali czegoś porządnego. Oczekiwali oczywiście, że w ramach przeprosin zostaną nakarmieni i napojeni za darmo, a ponieważ jeszcze się z pozytywną reakcją na taki pomysł nie spotkała, to też regularnie brali udział w knajpianych burdach.
To miejsce gwarantowało spokój.
Kwiat Nocy wciągnęła haust powietrza siwego od ostrego tytoniowego dymu. To Gorak’ bal, jak zwykle po posiłku nabił sobie fajkę i z rajem w swym jedynym oku zwrócił twarz ku górze.
Mimo sytości nałożyła sobie na półmisek jeszcze kilka tych cudownie słodkich i soczystych gruszek. Obficie polała je gęstym jak krew sokiem, w którym je podano. Były przepyszne, choć pragnienie wzmagały okrutnie.
Poczuła szturchnięcie w bok.
Spojrzała w lewo i dała się nabić na sztylety przenikliwych oczu Trom’ leka.
Mrugnął znacząco.
- A cóż to? Naszej Mroczce śnią się koszmary? Spać po nocach nie umie? Cóż ją gnębi? – Elf wyczuł moment i odezwał się mdłym od przesadnej i fałszywej słodyczy głosem, a w oczach tańczył mu złośliwy płomień.
Jak mało, Nehalennia miała mówić, by nie czuć się zdradzoną, kiedy słowa wypowiedziane przez nią w zaufaniu zataczały koło i wracały do źródła?
Ujrzała w wyobraźni, jak rozgrzanymi do czerwoności obcęgami wyrywa język zanadto rozgadanemu krasnoludowi i na jego oczach karmi nim świnię. Zamiast tego złajała go wzrokiem tak, że spuścił głowę, jak pies zbity przez pana za paskudzenie w domu, po czym z rozbrajającym uśmiechem zwróciła się do złośliwego starca.
- Twój jad jest słodki jak miód… i równie mdły. Bądź tak dobroduszny i milcz, jeśli nie wzywam Cię do głosu.
- Dobroduszny? Ja? – przerwał jej i prawie szczerze się zaśmiał.
- I bacz, co na Twym drugim, pomarszczonym, jak zad słonia, policzku nie znajdziesz tego, co na pierwszym. Mogę dokończyć starą robotę, co będziesz miał bardziej… symetryczną twarz. - Elf mimowolnie dotknął opuszkami palców swego lewego policzka, przez który biegła delikatna, ledwo widoczna blizna długości palca.
Kiedy go poznała jego oczy przypominały jej świat oglądany z dna studni. Jasny i pełen tajemnic. Źrenice jak dwa kręgi błękitnego światła. Krótko to trwało. Tajemnicę skrywał pewnie nie jedną, ale ze światłem nie miały one zapewne wiele wspólnego. Szybko się przekonała, że to ona stoi na tle nieba, a on spoziera na nią z otchłani studni swoich oczu. W tamtej chwili też tak było.
- Stary elf. Dziwadło. Żałosne dziwadło. – musiała się upewnić, że ostatnie słowo będzie należało do niej. Wiedziała, że po przekroczeniu pewnej granicy w pyskówce, Elf milknie. Wiedziała też, jak tą granicę osiągać. I wreszcie wiedziała, że ta granica jest zawsze bardzo blisko. Tak było lepiej, choć niebezpieczniej.
- A Ty, mój mały przyjacielu, masz za długi język. – zwróciła się do siedzącego po jej lewej, wciąż skonsternowanego, delikatnie mówiąc, krasnoluda- Powinieneś chyba wiedzieć, że miewam czasem wizje, w których pozbawiam Cię tego… niebezpiecznego dla Ciebie samego… członka. – kończąc uśmiechnęła się jak wilczyca do wciąż dychającego posiłku.
Inni w milczeniu się tylko przyglądali. W niektórych twarzach zauważyła gotowość.
- To, co Ci siy śniło? – zagadnął Gorak, robiąc przy tym niewinną minę, która na mięsistej, zarośniętej twarzy krasnoluda wyglądała dziwnie.
Chyba jednak nie wszyscy zrozumieli.
Nehalennia wolno wyjęła sztylet i położyła przed sobą na stole.
- Nie radzę Goraku. Nie dziś. – mówiła poważnie, ale wykrzywiła kąciki ust w grymasie przypominającym uśmiech.
- Obro, obro. Mom ino jydny łoko i moży mi siy jyszczy przidoć.- i komicznie niezgrabnym gestem zasłonił swoje oko szorstką dłonią o grubych, krótkich palcach- Schowyj siy ty blochy. - udało mu się nieco rozładować napięcie.
Stary Elf jednak wciąż siedział nachmurzony, co w połączeniu z bruzdami, które wyrzeźbił na jego twarzy czas, nadawało mu złowieszczy, groźny wygląd.
- No to, co Ci siy śniło? – przyszła kolej, na Drog’ tana. On już nie krył złośliwej, choć figlarnej przy tym, satysfakcji z drążenia tematu.
Co za uparte osły! – zaczynało ją to bawić.
- Śni… ła mi się… walka! Masakra! Prawdziwa rzeź! Byłam w jakiejś gospodzie. Było spokojnie. Ledwie kilku gości. Ale… przysiadło się do mnie trzech napalonych krasnoludów. Pomyślałam sobie, że nie zarżnę ich od razu, za same nieczyste myśli na mój temat. Ale… kiedy zaczęli czynić mi jakieś… dwuznaczne uwagi… to już nie miałam wyboru. Rozerwałam ich na strzępy! Gołymi rękoma! Wyobrażacie sobie?! Brrrrr! Straszne to było. – znowu błysnęła zębami w uśmiechu wilczycy.
Nawet Trom’ lek nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
- Ale coś masz nam do powiedzenia, prawda? – właściwie nie spytał, tylko stwierdził Aneantir nieobecnym głosem.
Wszystkie oczy zwróciły się na nią, a ona zwróciła wzrok tam, skąd dobiegły słowa.
- Tak An, ale… - zawahała się.
- Nasz, wcale nie tak mały, przyjaciel- uśmiechnął się lekko, lecz nawet jego uśmiech był odległy, nieobecny- rzeczywiście wspomniał, że przerwał Ci sen. Ale… nie zdradził nic więcej.
Bo na szczęście nic więcej nie wiedział. – skomentowała do swego wnętrza.
- Powiedział nam to tylko po to, jak sam zaznaczył, żebyśmy dziś dali Ci spokój. – spojrzał kątem oka na Starego Elfa- Jak widzisz, ma on niestety mniejszą siłę przekonywania niż… Twoje sztylety.
Elf prychnął z lekceważeniem.
Gorak podrapał się pod skórzaną klapką, którą zasłaniał pozbawiony oka oczodół, na widok czego Nehalennia aż się wzdrygnęła.
- Wspomniał też, że możesz mieć nam cos do powiedzenia. – Aneantir przesunął palcami w swych splątanych, kasztanowych włosach- I o tym też nie wiemy nic więcej.
Skrzypnęło krzesło pod ciężarem wiercącego się Goraka. Za jego przykładem poszedł Drog’ tan. Wszyscy niecierpliwie czekali.
- Tak An, mam coś do powiedzenia. – podjęła spokojnie, wręcz wolno, dokładnie odmierzając każde słowo- Zastanawiałam się, z początku, czy powinnam mówić przy wszystkich, czy nie lepiej tylko z Tobą. – siedzący po jej prawicy, górujący nad nią Coeur de Cieq, westchnął z dezaprobatą tak, ale nic nie rzekł.
Wiedziała, wszyscy wiedzieli, że to komentarz do pogardy i braku zaufania, które ona tak jawnie okazuje.
Zabrzęczała osa, przybyła z opóźnieniem na śniadanie. Po chwili zamilkła na zawsze, tonąc w kuflu.
- Ale i tak wszyscy się dowiedzą, więc… teraz powiem, co mam do powiedzenia. – niechcący zakończyła zdanie ostrym tonem.
Zamyślona spojrzała bezwiednie w gdzieniegdzie okopcony sufit. Jakiś pająk, długonoga chudzina, właśnie dreptał nad jej głową.
- W nocy spotkałam się z pewnym… - przerwała na jedno uderzenia serca- … człowiekiem.
- To chybo trocho… niyrozwożniy. Co chwilo wpodomy w jokiyś sidło i …
Samym gestem przerwał Gorakowi Aneantir. Potrafił sobie zapewnić posłuch, kiedy tego potrzebował. Bez wysiłku, bez sprzeciwów, jak człowiek przyzwyczajony do przewodzenia innym.
Nie spuszczali z niej oczu.
- Sam przyszedł do mojego pokoju. – podjęła Nehalennia- Było to ryzykowne, to jasne, ale nie mniej ryzykowne byłoby zlekceważyć kogoś, kto twierdzi, że może nam pomóc. Tak, więc podjęłam to ryzyko. – zadarła głowę w prawo, by spojrzeć w twarz Cieq’ a, jakby chciała rzucić wyzwanie jego opinii.
- Poszłam z nim. Zaprowadził mnie do innej gospody. – oparła się o krzesło- Nie musicie się o mnie martwić, potrafię o siebie zadbać. – butny ton był skuteczną zasłoną, którą tylko nieliczni mogli przejrzeć- Niewiele mówił, ale powiedział, że teraz nasza droga wiedzie na północ. Mamy przejść północną bramą i iść jedyną drogą, która za nią jest. Na północ.
Zamilkła. Nie wyglądało to na koniec, ale cisza trwała na tyle długo, że Gorak znowu nie wytrzymał.
- I ino to Ci powiydzioł? – wystrzelił z armaty swego chrapliwego głosu.
- A co ma być na tej północnej drodze? – Aneantir mówił teraz jakby z mniejszej odległości, a w jego oczach znowu pojawiły się iskry. Póki, co blade.
- Na drodze? Hmmm, nic, nie sądzę żeby to sama droga była celem. Pewnie ma nas tylko do niego poprowadzić. – powiedziała rozważając uważnie odpowiedź, jakby pytanie coś w niej poruszyło- Albo do kolejnego kroku. – dodała niechętnie- No, ale to wiesz lepiej Ty niż ja. – chyba tysięczna prowokacja mająca nakłonić Aneantira do większej otwartości. Oczywiście nieskuteczna.
- To gdzie ma nas droga zaprowadzić? – znowu An, do którego ucha pochylił się Burke.
- Nie wiem, nie powiedział. Zdaję się niewiele miał czasu, więc też właściwie tylko tyle mi powiedział. – Kwiat Nocy mówiła spokojnie nad każdym słowem się zastanawiając.
- To TYLKO to Ci powiedział, czy WŁAŚCIWIE tylko to? Powiedział coś jeszcze? – wtrącił się Elf zgrzytliwym tonem.
Nie zaszczyciła go nawet odwróceniem głowy, a tylko skarciła wzrokiem z samego kącika oka.
- Na moje pytania- czyli te same, które wy teraz mi zadajecie, jak i te, które zapewne jeszcze chcecie zadać- powiedział, że mam porozmawiać z tamtejszym gospodarzem. Nazywa się Bernard. Odniosłam wrażenie jakby oni się znali. – czuła się jak na przesłuchaniu, a to ją męczyło.
Jesteś przewrażliwiona. – powtarzała sobie w duchu chcąc wymusić na sobie cierpliwość.
- To jakiś konkret. – ale iskierki w oczach Aneantira znowu zbledły- A jak się nazywał ten, kto po Ciebie przyszedł? – jakże szybko jego zainteresowanie gasło.
- Nie przedstawił się.
- To przynajmniej jak wyglądał, możesz powiedzieć? – Elf czerpał satysfakcję z jej pozycji i ewidentnie chciał sprowadzić jej słowa do nic nieznaczącego banału, snu, wyśmiać ją.
- Był zamaskowany i miał długą szatę z kapturem. – zignorowała zaczepliwy ton.
- Co? W środku nocy przychodzi do Ciebie zamaskowany, zakapturzony, bezimienny, który mówi, że może pomóc, a Ty zaraz za nim biegniesz? – Elf nie mógł ukryć rozbawienia- A może wy nie tylko rozmawialiście, co? Czym Cię przekonał, Nasza Mroczko? Może Cię zahipnotyzował swym…
- Milcz kundlu! – warknęła groźnie- Jeszcze jedno słowo, a znowu będziemy mieli pogrzeb. – syczała, a intensywność jej spojrzenia wbitego w twarz Elfa przerażała.
Sama jednak z trudem broniła się przed jego słowami. Bo faktycznie, jeśli spojrzeć od tej strony, to jej pozycja w sprawie postępowania minionej nocy była nie do obrony. To nie tylko talent kpiarza, jakim mógł się legitymować Elf. Patrząc z boku można rzeczywiście było wysunąć złośliwe podejrzenie, że Nehalennia musiała doznać jakiegoś zaćmienia umysłu, że okazała taką ufność.
Odwróciła się do Aneantira.
- To byłoby na tyle naszej rozmowy. – rzekła tonem sugestywnie gorzkim- Myślę An, że warto się przejść do tej gospody i popytać. Co Ty sądzisz? – spytała, ale wiedziała już, że sama pójdzie na pewno.
Teraz z kolei oczy wszystkich zwróciły się na tego, który sam siebie nie znał, a był przewodnikiem dla innych.
Burke znowu pochylił się do prawego ucha Aneantira, a ten odpłynął gdzieś wzrokiem na moment.
- Dobrze. Oczywiście pójdziesz ze mną, prawda?
Lubiła słuchać jego głosu. Uspokajał ją. Może, dlatego, że sam był zazwyczaj uosobieniem spokoju, wręcz apatii. Zazwyczaj.
Skinęła na znak zgody. I bez niego poszłaby tam.
- Zatem pójdźmy od razu. – i wstał.
Odwrócił się do dziewczyny, która im usługiwała, podziękował i ruszył do wyjścia. Burke, jak cień, tuż za nim.
Znowu zrobiło się głośno- odsuwane krzesła skrzypiały o podłogę, a języki znowu poszły w ruch. Po chwili pojawiły się śmiechy.
- Przepraszam pana, panie Werk. – białowłosa usłyszała młody głos.
Burke zdziwiony tym, że ktoś się do niego odezwał- zawsze robił wrażenie zdziwionego, gdy to się działo- przystanął tuż przy chłopcu. Górował nad nim, jak ogołocony z gałęzi pień wysokiego drzewa góruje nad wiewiórką, która planuje zamieszkać w dziupli wydrążonej w jego wnętrzu.
Chłopak nic sobie z tego nie zrobił, jakby tego nie zauważył.
- Mam do pana prośbę. Czy mógłby pan…
- Burke. – poprawił błąd chłopaka i wyszedł.
Nehalennia stojąc już przy drzwiach przyglądała się oniemiałemu chłopcu.
- Tommy? – przypomniała go sobie- Nie przejmuj się i tak dostąpiłeś zaszczytu, że w ogóle się zatrzymał i odezwał do Ciebie. – mrugnęła do niego.
W zamian dostała promienny uśmiech pełen nadziei.
Czyżby liczył na powtórkę z wczoraj?
- Tym razem będziesz się musiał postarać. – mrugnęła drugim okiem.
Wyszła na zewnątrz, wprost w objęcia rozpalonego powietrza. Przeklęty upał atakował z dwóch stron- z góry oślepiającym światłem i z dołu żarem rozgrzanych kamieni brukowych. Wiatru nie było nawet śladu.
Naciągnęła kaptur.
Burke’a oczywiście już nie było. Zniknął, jak zawsze.
Rozejrzała się. Nad jej głową, na nieruchomej drewnianej tablicy zdobnymi literami wypisano „Południowa Brama”. Po obydwu stronach niemożliwie zatłoczonej ulicy stały niewysokie kamienice, które będący ich właścicielami kupcy i karczmarze(jednym spojrzeniem Nehalennia naliczyła pięć szynków w zasięgu wzroku) złośliwie malowali na jasne kolory, przez co okrutnie raziły oczy odbitym blaskiem skwarzącego słońca.
Kawałek drogi na lewo, gdzie domy obrośnięte były przez przytłaczające się wzajemnie wielkością i obfitością stoiska pomniejszych kupców, tuż przy samej bramie, a właściwie jeszcze w jej objęciach, jeden z kupieckiej braci(z tej odległości wyglądający, jak mała ruchliwa kulka na dwóch nogach), zatrzymany w trakcie wjazdu w obręb miasta, biegał nerwowo wokół swego tam i z powrotem. Wymachiwał przy tym, jak orężem imponującej wielkości pożółkłym, zwijającym się na końcach papierem(zapewne dokumentem zezwalającym mu na przekraczanie bramy miejskiej wraz z towarem). Strażnicy w granatowych tunikach nic sobie jednak z tego nie robiąc, jak na złość, z iście aptekarską dokładnością sprawdzali jego przeładowany wóz.
Aneantir pojawił się tuż obok niej. Ruszyli od razu bez słów.
Krocząc uliczkami zorientowała się, jaki długą drogę pokonała nocą krocząc za czarnym Rycerzem.
Oboje milczeli, nawet nie spoglądając na siebie. Aneantir, jak to on, błądził gdzieś myślami, a ona, choć coraz silniej odczuwała potrzebę rozmowy, nie potrafiła jej rozpocząć.
Wreszcie, kiedy oboje mieli już twarze, i nie tylko, mokre od potu, dotarli na placyk z posągiem dziewczyny. Teraz, w świetle dnia nie miał już w sobie tej magii. Drzewa wydawały się mniejsze i mniej złowieszcze. Niewielkie, odgrodzone niskimi płotami, drewniane domki o kamiennych kominach zajmujących nieraz całą ścianę, otaczające plac ze wszystkich stron, zdawały się być bliższe i pełne tętniącego w nich życia. Nocną szarość zastąpiła tęcza barw.
- An, chciałabym porozmawiać. – powiedziała prawie niepewnie, gdy na skraju placu siadali na ławce, składającej się z dwóch ściętych pni i deski.
Podniósł oczy i spojrzał jakby starał się ją dojrzeć przez mgłę. Jego głos jednak brzmiał czysto i zadziwiająco blisko.
- Zacząłem się zastanawiać, czy celowo tak nie kluczysz po tych uliczkach żeby się zebrać na odwagę. – podniósł brwi, pochylił głowę i wydął górną wargę, uśmiechając się.
- Ha, miasto się różni nocą od tego w dzień, więc naprawdę szukałam drogi. Dalej może to wyglądać podobnie. – starała się mówić lekko i swobodnie, ale w głowie jej się kotłowało- Poza tym miasto jest znacznie większe niż się wydawało, nie sądzisz?
Zastanawiając się nad tym, co pominąć, co powiedzieć i jakimi słowami, odchyliła głowę do góry. A tam, na niebie, nie było nic, żadnej chmurki, nawet najlżejszej, tylko kula białego ognia i bezkres błękitu.
Nehalennia zamknęła oczy nie mogąc znieść żadnego z nich, nie roniąc rzeki palących łez i gwałtownie pochyliła głowę, by schronić się w cieniu kaptura.
Aneantir cierpliwie czekał patrząc na nią bezcielesnym wzrokiem.
- An, muszę dodać trochę do tego… co powiedziałam.
Uśmiechnął się.
Opowiedziała mu, więc pełniejszą historię nocnego spaceru. Nie pełną, ale prawie. Pominęła tylko to, co uważała, za niedotyczące nikogo prócz niej samej. Słowem, dla siebie zachowała to, czym się dzielić nie chciała- przemyślenia i wrażenia osobiste. Opowiedziała, tedy o tym jak Rycerz ją przestraszył w jej własnym pokoju, o drodze do gospody Bernarda, opowiedziała o swoich spostrzeżeniach na jego(Rycerza) temat. Opisała go najdokładniej, jak potrafiła- jego strój, głos, cytowała niektóre słowa, opisała także niezwykły miecz, którym walczył. Opowiedziała rozmowę pomijając tylko niektóre fragmenty. Ze szczegółami zrelacjonowała walkę. Podkreślała swoje podejrzenia dotyczące szynkarza i jego możliwej znajomości z tajemniczym informatorem. Powiedziała, zatem wszystko z kilkoma małymi, dla niego nic nieznaczącymi, wyjątkami.
Kiedy skończyła, wiecznie nieogolony i rozkosmany Aneantir wytarł czoło do rękawa luźnej koszuli zostawiając ciemną, wilgotną plamę. Zamyślił się na moment, ale nie tak jak zazwyczaj. Przez jego oczy można było prawie dostrzec ożywione drgania duszy.
- To ostrze… wydaje się raczej niespotykane. Nie pamiętam jednak bym coś takiego widział, albo, choć słyszał o tym. Ale co ja pamiętam? – gorzko się wykrzywił- Zapytam o to Burke’a, może on coś będzie wiedział. Hmmm… Kowal musiał chyba być mistrzem swego fachu… Hmmm… Spytam Burke’a. Niestety sam nic nie wiem.
Zamilknął wpatrując się w swoje kolano.
Jakieś dzieci zaczęły krzyczeć i piszczeć ogłuszająco, biegając w pogoni za wciąż umykającymi im gołębiami. W końcu ptaki schroniły się na ramionach i głowie posągu dziewczyny z pieskiem. Dzieci od razu znalazły sobie nową zabawę- zaczęły gonić się wzajemnie.
Nieco dalej, w cieniu drzew, grupka młodych mężczyzn, czy raczej chłopców jeszcze, pod wyraźnym kierunkiem srebrnowłosego seniora, grała w coś rzucając na niewielką odległość kamieniami, głośno się przy tym śmiejąc i widowiskowo gestykulując.
Jak oni wszyscy mogą tak beztrosko hasać, kiedy jest tak gorąco i tak oślepiająco jasno? Jak mogą tego nie zauważać? – białowłosa kryjąca się pod kapturem, nie tylko przed ludźmi, szczerze się dziwiła.
- On rzeczywiście wydaje się intrygujący…
Czyżby wyczuł to, co starałam się ukryć? – raczej zdziwienie niż zmartwienie.
- … i dziwny. – dokończył zdanie tonem przytomnym, ale zamyślonym- No nie wiem. O jego walce opowiadałaś, jakby był nadczłowiekiem, a tamci… dziećmi z drewnianymi mieczykami. Hmmm…
- Cóż, tak właśnie było. Dla Ciebie to zadziwiające w opowieści, a ja przy tym byłam. – nie broniła się przed jego uwagami, nie czuła takiej potrzeby, nigdy nie powątpiewał w jej słowa, a co najwyżej w opisywane fakty- To było dziwne, wszystko, od samego początku. No i te ożywione posągi, gargulce. Sama się sobie dziwię, że nie uciekłam stamtąd z krzykiem. – zaśmiała się pod nosem- Widziałeś je kiedyś?
- Nie przypominam sobie. – i uśmiechnął się krzywo z delikatnym posmakiem goryczy.
Nehalennia odwzajemniła uśmiech, ale jej był słodszy i bardziej pokrzepiający.
- No dobrze, to chodź do tej gospody, Lenni.
Aneantir się podniósł.
- Co? Jak Ty do mnie powiedziałeś? – ton zdziwienia zabrzmiał ostro.
Nawet nie spojrzał na nią zapatrzony przed siebie, jakby w jej reakcji nie było nic dziwnego.
- Lenni, nie podoba Ci się?
- Ale dlaczego?
- Pomyślałem, że skoro Ty wymyśliłaś mi nowe zdrobnienie, i to milsze niż stare, to ja odwdzięczę Ci się tym samym. Ale mogę wymyślić inne, jeśli chcesz. – jego głos oddalał się i wracał, jak jego spojrzenie.
- Nie, ale… Ale… zaraz, nowe zdrobnienie? To masz już jakieś? A ja się nagłowiłam, żeby te wymyślić. – wciąż siedząc mówiła szybko.
- Chodźmy już dalej.
Wstała.
- Więc? – nie ustępowała, czego zresztą nigdy tego nie robiła.
- A tak, jedno już znam. Burke kiedyś nazwał mnie Nitra. Tak nagle wystrzelił z tym do mnie… Zdziwiłem się, a on się zorientował i chyba… strapił tym, jakby zrobił coś złego, jakby żałował, że tak mnie nazwał. Hmmm… Ale i tak od tego czasu tak do mnie często mówi.
Nehalennię strasznie korciło, ale wiedziała, że próby wypytywania o Burke’a są bezcelowe. Drążyła temat niezliczoną ilość razy i nie dowiedziała się kompletnie niczego. To była strata czasu. Nie odpuściła sobie chęci dowiedzenia się czegoś więcej, właściwie czegokolwiek, o tajemniczym towarzyszu, ale wypytywanie Aneantira nie było na to sposobem.
- Ale… - podjął po chwili, by skończyć myśl- … An bardziej mi się podoba. – uśmiechnął się znowu prawie zupełnie nieobecny.
Kwiat Nocy westchnęła z rezygnacją i ruszyli dalej.
Dalsza droga upłynęła im w milczeniu. Odpowiadało jej to. Mogła spokojnie poświęcić całą uwagę obserwacji, porównywaniu wrażeń nocnych z dziennymi i wszystko dokładnie notować i rysować w pamięci.
Miasto było znacznie większe niż wydawało się z początku. Spodziewali się raczej małej, górskiej mieścinki, a tymczasem wędrując po nim można było strawić sporo czasu i sił.
Przekroczyli niewielki most, którego Nehalennia oczywiście nie pamiętała. Pod nim rzeczka o nienaturalnych, zabudowanych brzegach, wartko pchała swe wody z zachodu na wschód.
Tutaj miasto zmieniło się zupełnie. Znowu zakrólowały kamienice, umiejscowione tak ciasno, jakby stały nie obok siebie, a jedna na drugiej. Większość była krańcowo zapuszczona. Uliczki- wąskie i brudne, rynsztoki pełne wszystkiego, co tylko można sobie wyobrazić, w różnym stopniu rozkładu. Ludzie, których tu można było spotkać, byli zazwyczaj raczej skromnej kondycji, zarówno fizycznej, jak i finansowej. Na szczęście, co trzeba podkreślić, wyglądali niepomiernie lepiej niż ich otoczenie. Nie wszyscy jednak.
Wreszcie dotarli na tą samą ulicę, przed te same ciężkie, grube, drewniane drzwi.
Białowłosa nieco dziwnie, wręcz nieswojo się poczuła, kiedy nie zobaczyła żadnych śladów nocnych wydarzeń. Tego, że nie będzie ciał mogła się spodziewać, że znikną z kamieni zmyte deszczem plamy krwi też było możliwe do przewidzenia, ale, że nie było śladu po kamiennych monstrach? Żadnego śladu? Nie tylko nie było ich samych, ale nie pozostał po nich żaden gruz, choć były potrzaskane, nawet pyłek pomiędzy wygładzonymi upływem czasu kostkami brukowymi. Przecież minęło ledwie kilka godzin. Jakby świat zadawał kłam jej pamięci, jej zmysłom, jej umysłowi, jej samej.##edit_byveron 2006-05-05 21:34:49##ed_end##