Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Stary - nowy przyjaciel i biała sukienka, czyli kolejne rozczarowania - Część III

boleslav ·

Drzwi otworzyły się skrzypiąc.
Stanął w nich Bernard, czysty, ogolony, uczesany, ubrany w wyprasowaną białą koszulę, której rękawy podwinął aż za łokcie i niebieskie, także świeże, spodnie.
- Witam ponownie! – zagrzmiał dźwięcznym głosem starszy mężczyzna. Jego twarz przyozdobił szeroki uśmiech. Ukazały się zęby. Miał wszystkie, bez jednej luki, i choć były żółte, a przy podstawach niektóre z nich pokrywał brązowy nalot, to robiły wrażenie mocnych i zdrowych.
Swoim powitaniem przyniósł pewną ulgę białowłosej, która już zaczęła wątpić, czy nocna eskapada jej się nie przyśniła.
Nie czekając aż zostanie przedstawiony, Aneantir postąpił naprzód i wyciągnął rękę w powitaniu.
- Nazywam się Aneantir Phawadt i jestem przyjacielem Nehalennii, którą zdaję się już zdążył pan poznać.
- Mów mi Bernard. – uśmiechał się bez przerwy- Porządna kąpiel z pachnidłami i czyste ubranie, a kobiety zaraz lgną do mnie, jak ćmy do ognia. – puścił oko do Aneantira, kpiąc z wpatrzonej w niego Nehalennii.
- Nie schlebiaj sobie. – odgryzła się, choć w duchu przyznała, że to nie ten sam człowiek- Witaj.
- Może byśmy weszli do środka, co Bernardzie? Mnie to w zasadzie obojętne, choć cieniem nie pogardzę, ale cóż, dla niej słońce to udręka.
- Poradzę sobie, nie obawiaj się. – sucho odrzekła. Rzeczywiście miała tego żaru serdecznie dosyć. Każdym kolejnym oddechem słała śmiertelne klątwy w niebiosa. Ale przyznać się do słabości? Nie tym razem.
- Oczywiście, wejdźcie. – i sam cofnął się do środka- Ten upał rzeczywiście jest męczący, nie tylko dla Ciebie. – spojrzał ze współczuciem na mroczną.
Udała, że nie widzi tego spojrzenia. Jej dzienna dawka cierpliwości, przeznaczona na znoszenie współczucia, litości i podobnych zniewag, była już na wyczerpaniu. Od bladego świtu. Jak co dzień.
- Siądźcie tam, w kącie. – wskazał wyciągniętą ręką- Przy Twoim ulubionym stole. – mrugnął do Nehalennii.
Wesoły był z niego człowieczek, nawet za bardzo, jak na standardy białowłosej. I zaskakujący, co już łatwiej przychodziło jej akceptować.
Gospoda też wyglądała, jak nie ta sama. Choć nie było tu okien, to jednak w dzień zrobiło się jaśniej, jakby bezlitosny blask słońca jakimś cudem przedostawał się przez grube mury. Wszystkie stoły, ławy i nieliczne krzesła stały w idealnym porządku, czyste i suche. Kamienna podłoga lśniła. W powietrzu nie unosił się już smród rzygowin, a zastąpił go ciężki aromat palonych ziół. Zeszłonocny bałagan tak bardzo tu pasował, że zdawać by się mogło, był naturalną częścią tego miejsca, jak ściany, czy sufit.
- Założę się, że teraz mogłabyś uznać to miejsce za całkiem przyjemne, hę? – znowu uśmiech, znowu inny, ale jak każdy radosny- Nocą nie było tu tak przytulnie. – zwrócił się do Aneantira, który raczej niewielką uwagę zwrócił na salę- Wczoraj mieliśmy tu potrójne urodziny. Drugi dowódca straży pobliskiej bramy, jeden z jego żołnierzy i… zaraz, kto to jeszcze był? – zamyślił się marszcząc czoło- Aaa, tak, jeszcze ten krzykliwy kapłan. Może już się z nim spotkaliście? – uśmiechnął się i pokiwał z niedowierzaniem- Prędzej, czy później to nieuniknione. No, więc kiedy ta armia okupacyjna nareszcie wymaszerowała tanecznym krokiem- mrugnął- to było tu dość nieciekawie. Jak po ataku szarańczy. – zaśmiał się- Albo czegoś jeszcze gorszego. Wtedy właśnie wstąpiła w me skromne progi Twoja urocza przyjaciółka, Aneantirze.
Na chwilę zapadła cisza. Bernard machnął ni to lekceważąco, ni to z rezygnacją w stronę ściany, z której tak jak nocą, tak i teraz dobywały się szmery.
- Może się napijcie. – wskazał na szklane kufle stojące na stole- Zimny płyn ośmieli wasze języki. – uśmiechnął się znowu pokazując zęby.
Cała trójka przechyliła szkło i wlała w gardła mroźne ukojenie, po czym chórkiem westchnęli, kiedy błogi chłód rozlewał się po trzewiach.
- Co nam powiesz Bernardzie? – wystrzeliła Kwiat Nocy zaskakując obydwu.
Aneantir wyglądał dziwacznie z tak rzadkim na jego twarzy zainteresowaniem. Nie potrafiła się przyzwyczaić do tego, jak szybko wchodził w ten swój sen na jawie i wychodził z niego, jak szybko przy tym zmieniała mu się twarz. Jakby zakładał sobie inną.
- Wiesz, dlaczego przyszliśmy, prawda? – posłała kolejne pytanie nim poprzednie zdobyło jakikolwiek oddźwięk. Uważnie wpatrywała się w gospodarza.
- Od razu do rzeczy, hę? – rzekł Bernard, jakby trochę rozczarowany.
- To dla nas bardzo ważne, Bernardzie. Nie miej za złe tej rzeczowości. – odezwał się łagodząco An.
Czy on ma zamiar teraz wydelikacać każde moje słowo? Co on sobie myśli? Przecież wiem, co mówię! – nie znosiła, kiedy ktoś ją usprawiedliwiał prawie tak samo, jak nie znosiła litości, z którą jej się to kojarzyło.
- No dobra, wyście goście, a ja gospodarz, więc moim obowiązkiem jest spełniać wasze życzenia. – mówił lekkim tonem, leniwie gestykulując prawą dłonią- Ale mam warunek.
Pytające spojrzenia.
- Zbliża się pora obiadu, więc zostaniecie i zjecie z nami. Z nami, to znaczy ze mną i moją ukochaną małżonką. Świetnie gotuje. – zmarszczki na jego twarzy w jakiś tajemniczy sposób współgrały z jego pogodnym nastrojem, dopełniając go- To zresztą po niej widać. – dodał konspiracyjnym tonem i mrugnął.
Goście porozumieli się wzrokiem i zgodnie skinęli głowami, wyrażając zgodę na propozycję.
- Ale musicie się trochę rozluźnić. – stary człowiek się zaśmiał.
Kończył w ten sposób, co drugie zdanie. Miał dziś dobry nastrój od samego rana, a kiedy tak się działo wszystkich zarażał wesołością, a przynajmniej starał się. Trzeba dodać, że kiedy humor miał zły, to zaś psuł go wszystkim wokół samą swoją obecnością. Tak dla równowagi.
- Więc czego chcecie się dowiedzieć? Domyślam się, że ma to związek z Twoją nocną wizytą? – zwrócił się do Nehalennii.
Skinęła.
- Więc, o co chcesz zapytać?
- Mógłbyś nam opowiedzieć, co wiesz o… tym mężczyźnie, z którym tu wczoraj byłam? – aż się jej cisnęło na usta „Rycerz”.
- Raczej niewiele, ale… - zachichotał- Wędrowałaś z nim nocą przez ciemne ulice, nie wiedząc nic o nim? – wyciągnął brwi w górę- A myślałem, że to ja się od Ciebie dowiem, skąd go znasz i co tutaj robił.
Kolejna osoba zarzuciła jej dziś brak rozsądku.
- Niestety muszę Cię zawieść. Nic o nim nie wiem.
Aneantir oczywiście milczał. Tym razem jednak nie oznaczało to, jak zwykle, zagubienia we własnym wnętrzu. Uważnie słuchał i obserwował. Dla tych, którzy go znali było jasne, że odezwie się tylko, kiedy zostanie zagadnięty lub też, kiedy uzna to za konieczne. Na razie rozmowę pozostawił w rękach Nehalennii.
- A więc chcesz wiedzieć, kim on jest, hę? – tym razem nie zaśmiał się, nie uśmiechnął, ani nawet nie mrugnął, tylko zamyślił ze zmarszczonym czołem i podrapał czubek swojej siwej głowy- Wiesz, zastanawiam się, czy skoro on sam nic Ci nie powiedział, to ja powinienem to robić.
Kwiat Nocy czekała niecierpliwiąc się. Wcześniej nie zdawała sobie sprawy, jak wielkie nadzieje wiązała z tą rozmową. Chyba po cichu liczyła na to, że dowie się, kim jest jej czarny Rycerz.
- Wybaczcie, ale chyba jednak nie mogę Wam w tym pomóc. – spojrzał przepraszająco.
Jego twarz odrysowywała każde jego uczucie.
- Mogłam się tego spodziewać. – syknęła gniewnie, ale powstrzymała swój język.
Wzruszył tylko ramionami wciąż patrząc w ten sam sposób.
W ścianie tuż za jej plecami szczury nie ustawały w swej pracy.
- A co możesz nam powiedzieć? To on powiedział mi, że jeśli chcę się czegoś więcej dowiedzieć, to mam się zwrócić do Ciebie. I mam się nie dać zmylić Twojej nieciekawej powierzchowności.
Bernard krzywo się uśmiechnął.
- No dobrze, to zróbmy tak. Jeśli się dziś polubimy to opowiem wam po obiedzie o sobie i może dorzucę coś o tym, co Cię tak nurtuje. To się poniekąd łączy. Hę? – spojrzał po kolei na oboje swoich gości.
Odpowiedziała mu cisza i intensywne spojrzenie.
- Wiesz, co? Ułatwię Ci, żebyś się nie gimnastykowała, jak zapytać, by mi nic nie powiedzieć. Wiem, że macie ruszyć przez północną bramę i że szukacie czegoś, co ma się gdzieś na północ stąd znajdować. Czy tak, hę?
- Tak. Mógłbyś mi… nam… o tej drodze opowiedzieć? On zaczął coś mówić, ale przerwał i powiedział, że mam z Tobą porozmawiać. Zastanawiające jest też, co może Ciebie łączyć z kimś takim, jak on? – pochyliła głowę, podniosła wzrok i spojrzała lustrującym wzrokiem.
- Masz na myśli, co może łączyć podstarzałego właściciela gospody w jakiejś górskiej wiosce z tym tajemniczym mistrzem miecza? – uśmiechnął się z satysfakcją- Jeśli się polubimy, jeśli się polubimy. – zaznaczył.
Aneantir wciąż siedział w ciszy oparty o ścianę. Jak na razie nawet nie drgnął.
Bernard zrobił słuszny łyk zimnego piwa.
- Droga na północ wiedzie w góry. W tych górach nasz wspaniały i zamożny Nauberg ma kilka kopalń. Wiodą do nich drogi odbijające od kierunku północnego na wschód i zachód, a jedna z kopalń jest przy samym trakcie. W zasadzie żelazo i miedź, ale całkiem sporo złota i srebra przy okazji. Jest tam też, już za kopalniami, opuszczony tartak. Kiedyś przynosił spore dochody, w których miałem swoje udziały. – skrzywił się- Ale, od kiedy kilku drwali zniknęło bez śladu, po prostu go zamknęli. Teraz wyrąb jest prowadzony na południu. – zamilknął na chwilę- Chyba zbaczam z tematu. Jeśli masz jakieś pytania dokładniejsze, albo nie chcesz tego wszystkiego słuchać, to mów śmiało. Nie wiem, o co dokładnie chodzi to mówię wszystko, co mi przyjdzie do głowy.
- Czyli, jak rozumiem kopalnie są dość blisko? – zapytała, Nehalennia.
- Tak, dosyć. Kilka dni drogi. Możecie się tam też w razie, czego zaopatrywać, bo przy każdej jest mała wioska górnicza. Na jakieś cuda to tam jednak nie ma, co liczyć. Prosta strawa i może jakiś kąt z kocem do spania.
Przez otwarte na oścież drzwi dochodził gwar miasta, w którym najprzeróżniejsze, nieraz pierwszy raz przez mroczną słyszane przekleństwa miały swoje poczesne miejsce.
- A jeśli to nie kopalń i górników szukacie… No, więc dalej droga zmienia się raczej w ścieżkę. Jest rzadko uczęszczana. Prawie w ogóle. Czasem jakiś myśliwy się zapędzi, a potem opowiada jakieś niestworzone historie, tu u mnie, w zamian za darmowy kufel. – zaśmiał się kiwając głową z powątpiewaniem- Ale swoją drogą te lasy kryją pewne… tajemnice. Ech, żaden z tych tchórzy z pewnością się z nimi nie zetknął, ale… nie jest tam bezpiecznie.
- A Ty byłeś w tych górach kiedyś?
- Zza nich przyszedłem. – zaśmiał się rubasznie- Ale inną drogą. – dodał i mrugnął.
Nehalennia zaczęła nabierać przekonania, że to ciągłe mruganie, to w istocie tik nerwowy, najwyraźniej bardziej irytujący dla niej niż dla Bernarda, który był jego ofiarą. Ale jak udawało mu się tak tikać w odpowiednich chwilach?
- Czyli nie wiesz, czego się tam możemy spodziewać? - zaczęła czuć niepokój, że cała ta rozmowa sprowadzi się ostatecznie do opowieści o źródłach bogactwa tego miasta i jego mieszkańców - On wspomniał coś o jakiś dziwach w tych lasach, które mają być niby niebezpieczne. O tym coś wiesz? – rzekła wątpiącym tonem.
- Dziwy! – śmiał się drapiąc swą głowę- Tak, coś tam wiem, ale jak Ci powiedziałem nikt tam nie chodzi od bardzo dawna. Kiedyś był tam szlak kupców i pielgrzymów. Do dziś pozostały po tym oznaczenia. Co kilkaset kroków są wbite w ziemie kamiennie słupki. No chyba, że zarosły już zupełnie, albo wiosenne roztopy je w końcu stamtąd wymyły.
Bernard zmarszczył czoło i zamyślił się, wysilając pamięć.
- Byłem tam w swoim czasie. To było chyba… z pół wieku temu. Tak, byłem jeszcze wtedy piękny i młody. – uśmiechnął się do wspomnień- Szczerze, to ja nic dziwnego tam nie spotkałem, ale znam historie świadczące o czymś innym. Jest ich tak wiele, że tylko głupiec uznałby, że za nimi nie kryje się nic prócz fantazji. Nie będę was zamęczał, bajaniami tych wszystkich błaznów, którzy przez lata naznosili tu mnóstwo historyjek z Kościanych Gór. Pewne jest, skąd wzięła się ta nazwa. Od pewnego miejsca, za opuszczonym tartakiem, las robi się pełen… ostrzeżeń dla tych, którzy chcą iść dalej. Czaszki, kości, nawet całe szkielety zwisające z gałęzi. Jeden z przydrożnych słupów brązowy od zeschniętej, starej krwi. A nocą jakieś ryki, jęki, wrzaski, kroki. Trzaskają łamane gałęzie. To wszystko mogę sam potwierdzić. Tak jak i to, że jeszcze pół wieku temu droga, choć już nieźle zarośnięta, to wciąż się tam wiła i na całej długości nie brakowało nawet jednego słupa. - wypił resztę piwa głośno przełykając.
Aneantir zrobił to samo poruszając się pierwszy raz od czasu, kiedy usiadł.
- Może jednak powiedz nam, co opowiadają o tych dziwach, hę? – wyciągnęła ostatnią głoskę przedrzeźniając Bernarda.
- Czy to przystoi kpić ze starego człowieka?
Uśmiechnęła się.
- O, i niech już tak zostanie. Z uśmiechem Ci o wiele bardziej do twarzy. – zamyślił się przebierając w pamięci między różnymi wersjami tego, co kryje się w Kościanych Górach- Więc nie będę gadał o wszystkim, co słyszałem, bo to zajęłoby za dużo czasu, a mój żołądek już się zaczyna domagać obiadu. Najczęściej się powtarzały, a pewnie, dlatego, że jeden błazen powtarzał po drugim, by jego opowieść brzmiała bardziej wiarygodnie, bajki o… niedźwiedzioludziach, wilkołakach, olbrzymich pająkach. Ale najczęściej, nawet z miesiąc temu, słyszałem o żywych trupach. Te ich historyjki brzmią, jakby je dzieci wymyślały żeby się wzajemnie straszyć. A więc… - krótka pauza- Opowieść o niespokojnych zmarłych. – i przyjął taki ton, jakby rzeczywiście opowiadał dziecku bajkę- Dawno, dawno temu, grupa dzielnych poszukiwaczy przygód wybrała się w złowieszcze góry zwane Kościanymi. – zaakcentował wplatając grozę w to słowo- Jak wielu innych wcześniej, ściągnęły ich tam opowieści o klątwie ciążącej na ofiarach zarazy, która pożarła w tych mitycznych czasach połowę mieszkańców Naubergu. Zmarłych było podobno tak wielu i odchodzili w takim tempie, że żywi nie mogąc nadążyć z ich chowaniem, po prostu wywozili ich w głęboki las. Głupcy, nie wiedzieli, że zmarłych na zarazę się pali, by choroba nie mogła się rozprzestrzeniać. W ten sposób umierało coraz więcej ludzi i coraz więcej z nich zasilało zastępy przeklętych, którzy nie zaznali spoczynku w objęciach matki ziemi. – spojrzał bardzo umiejętnie udając trwogę.
Nehalennia uśmiechnęła się z pobłażaniem, ale w duchu doceniła jego talent. Naprawdę potrafił stworzyć nastrój głosem, gestem, spojrzeniem i słowem.
- Kiedy mieszkańców została już ledwie połowa do miasta przybył kapłan, wędrowny misjonarz. – Bernard mówił dalej- Widząc w tym szansę udowodnienia mocy swego boga, od razu wziął się za walkę z plugastwem. Narażając siebie udało mu się wyleczyć bardzo wielu, dla których nie było już nadziei. Ale najważniejszy był pierwszy krok jako poczynił na samym początku swych starań. Wiedząc, że wszelkie choróbska winno się zwalczać przez niszczenie ich źródeł, zaczął palić zwłoki zmarłych i wszystko, co mogło być skażone. W ten sposób, w krótkim czasie, z dymem poszła czwarta część w większości drewnianych wówczas domów. Niestety ci, których ciała już zostały wywiezione nie skorzystali na tym. – teraz z kolei przejmujący smutek i rezygnacja- Ich ciała miały gnić, aż zostaną tylko kości. Nawet dzikie zwierzęta od nich stroniły, czując odór nienaturalnej śmierci.
Bernard przerwał i wyszczerzył się swoimi żółtymi zębami.
- Reszta jest już oczywista. Więc ci poszukiwacze przygód, jak wszyscy ich pokroju, chcieli zrobić coś, co da im wieczną pamięć. Wyruszyli w te góry, by zapewnić wieczny spokój umęczonym duszom, które uwięzione w swych gnijących ciałach nie mogą spocząć w ziemi. Pierwszej nocy, kiedy wszyscy siedzieli przy ognisku, zaczęło się. Mimo, że byli odważni, to wszystkim serca ścisnęło przerażenie. Dźwięki były coraz bliższe. Coraz głośniejsze. Coraz straszniejsze. Niektórzy mówią, że były jak chrapanie, mlaskanie przez sen tyle, że znacznie głośniejsze i zniekształcone przez rozkład, który nie oszczędził gardeł biednych potępieńców. Skupili się tak blisko ognia, że ich buty zaczęły parować, a rzęsy i brwi skręcały się pod wpływem ciepła. Myśleli może, że cokolwiek wydaje te dźwięki będzie bało się ognia i światła. Niestety, w pewnym momencie w krąg światła wkroczyła kupa gnijącego mięsa na dwóch równie zgniłych nogach. Nikt nie chwycił za broń. Nikt się nie walczył. Kobiety nie krzyczały. Mężczyźni nie wpadli w szał bitewny. Przerażenie było zbyt wielkie. Jak walczyć z czymś, co już jedną śmierć przetrwało?
- Potrafisz opowiadać. – pochwaliła z lekkim uśmiechem, Nehalennia- Jeśli o sobie też tak będziesz mówił to czekam z niecierpliwością.
- Jeśli się polubimy. – zaznaczył z powagą gospodarz, ale mrugnął, jak zawsze.
- To nie powiedziałam, że już Cię lubię? – także udała powagę, po raz kolejny przedrzeźniając Bernarda.
Zaśmiał się kiwając głową na boki.
- Moje życie to nie bajka, więc nie będzie tak ciekawie. Aha, jeszcze jedno. Tacy śmiałkowie jak wy pewnie niczego się nie boją, ale muszę wam jeszcze powiedzieć, że północne rubieże ziem podległych Naubergowi nie są bezpieczne. Co jakiś czas dochodzi tam do jakiś niepokojów. Bunty w kopalniach, w których swoją drogą pracują najgorsze menty Północy, a jakby tego było mało, to jeszcze regularnie rozbijane przez straż bandy rozbójników. Zresztą tworzą je właśnie zbiegli górnicy i zbiegli skazańcy, czyli w przypadku naszych kopalń, dokładnie te same draby. W ostatnim czasie się to szczególnie nasiliło. Ledwie straż zaprowadzi spokój, nie zdąży wrócić do miasta, a znowu coś się dzieje. No, ale dla was nie powinien to być żaden problem. – mrugnięcie, którego znaczenie w tym kontekście wbrew pozorom wydawało się być dwuznaczne.
Podrapał się po brzuchu, który zagrzmiał głośno głodem.
- Hoho, czas coś zjeść. Aha, a jak daleko macie w te góry wędrować? – ale Nehalennia nie zareagowała, a Aneantir wciąż tylko obserwował i słuchał- Nie wiem, ile może wam zająć przebycie gór, ale za nimi jest płaska, jak stół równina. – podjął gospodarz- No prawie. Zaczyna się nagle, jakby ktoś nożem uciął góry i jest wiele niżej. Jeśli musielibyście zajść, aż tam, to możecie mieć kłopot ze znalezieniem zejścia. Mam gdzieś mapę, z dawnych lat. – mrugnął porozumiewawczo- Mogę jej dla was poszukać, jeśli chcecie, mnie się już na nic nie przyda. Ale musielibyście jutro po nią przyjść, bo muszę ją znaleźć. Ale…
Bernard przechylił w górę głowę wciągając nosem głęboko powietrze.
- Oho, idzie obiad. Nareszcie! – wyszczerzył się radośnie i roztarł ręce.
Bernard wstał głośno odsuwając krzesło i ruszył na pomoc swej żonie, zasnutej parą znad pełnej tacy. Powietrze przesiąkło zapachem pieczonego królika w ziołach(w Naubergu chyba wszystko nimi doprawiano) i grzybach.
- Karmello, ostojo mego żywota, to są nasi dzisiejsi goście. – lewą ręką obejmował ją w pulchnych i szerokich ramionach, a drugą zamaszyście wskazywał- Oto egzotyczna piękność, o imieniu równie pięknym i równie niespotykanym. Nehalennia. – spojrzał na białowłosą.
- Istotnie drogi mężu, ale Ty się zanadto jej nie przyglądaj. – spojrzała na niego kątem oka.
Nie sposób stwierdzić, czy rada i groźba w niej ukryta były szczere. Mogła to być zręczna prowokacja, komplement pod adresem egzotycznej piękności, albo nawet pokazowy żart małżeństwa ze sporym stażem wspólnie przebytych lat.
- Ten młodzieniec nazywa się Aneantir Phawadt, jak mi się zgrabnie przedstawił. Doprawdy niespotykane imię. Tym jednak cenniejsze, prawda żono? – patrzał na przedstawianego młodzieńca, ale zwrócił się do swej ślubnej- Za to nazwisko zdaje mi się jakby znajome.
- Istotnie, mój mężu. I jakiż przystojny ten młodzieniec. – uśmiechnęła się filuternie, trzepocząc rzęsami do nieco zakłopotanego Aneantira.
- Ale nie tak, jak ja, prawda żono? – i tym razem to on spojrzał z ukosa.
Cóż, chyba jednak rozmowa gospodarza z gospodynią była wszystkim po trochu z przewagą, zdrowego i potrzebnego w każdym związku, lekko złośliwego humoru podszytego zazdrością- lekką jak powietrze i równie wszechobecną.
Aneantir przyjął swobodną i pogodną minę z nutką zainteresowania w kącikach ust- wyczyn dla niego niebywały, a Nehalennia wystarała się o rozbrajający uśmiech, który mleczną bielą małych, równych zębów wzbudzał poczucie wstydu i kompleks niższości wśród niejednorodnych, jak rzeczne kamienie i malowanych farbami czasu, siekaczy Bernarda.
- Nie dajcie się zmylić tymi grzecznościami i dworsko zwinnym językiem tego starego złośnika. Jak zaczną się schodzić żołnierze i reszta tej hałastry, wyjdzie jego prawdziwa natura. – to mówiąc, zmierzwiła włosy swemu znacznie starszemu mężowi, jakby był jej nastoletnim synem.
Bernard odpowiedział na to tylko spojrzeniem proszącym o zlitowanie dla jego biednej, słabej na umyśle małżonki, za co od razu dostał w ucho.
Nehalennia, tymczasem, pomiędzy kolejnymi kęsami i łykami, chichotem i grzecznym uśmiechem, słowami innych i dźwięcznymi figlami własnego języka, z fascynacją przyglądała się Karmelli. Gospodyni była znacznie młodsza od swego męża. Nie monstrualnie bynajmniej, ale wystarczająco pulchna, by nawet mniej wrażliwi o tuszy mówili przy niej szeptem. Jej opalona cera błyszczała zdrowiem, a białka oczu- gładkich i wyrazistych, ocierały się o błękit. Miała długie, smolistoczarne włosy, nos wykuty w boskiej kuźni specjalnie dla niej i wreszcie pełne, gładkie, błyszczące nabrzmiałą w nich krwią usta. A głos się z nich dobywający… Kobiece piękno najpełniej doceni druga kobieta.
Sztućce wirowały i skakały w dłoniach, a każda dłoń inny taniec wiła. Języki nawet na chwilę nie ustąpiły, a w miarę, jak stół pustoszał, a brzuchy pęczniały, przewagę zdobywały wyraźniejszą, by wreszcie niepodzielnie zapanować.
W otwartych drzwiach, rozlewających plamę światła na kamiennej podłodze, pojawiła się trójka młodych, płomiennorudych ludzi, wykazujących ewidentnie szybszy przyrost wagi ponad wzrost- niewątpliwy skutek kuchni Karmelli.
- Jestem wam coś winny, prawda? – rzekł Bernard.
Wziął głęboki oddech. Nie wiadomo, czy po to, by odwlec spłacenie długu, o którym wspomniał, czy po prostu, dlatego, że gorące letnie powietrze utrudniało oddychanie.
- Polubiłem was. Pytanie brzmi, czy wy mnie też, hę?- spojrzał spod przymkniętych powiek.
- Czyż nie uprzedziłam Cię z wyznaniem Bernardzie, hę? – tak bardzo lubiła się droczyć.
Aneantir siedział tuż, obok, ale tak jakby go nie było. Cichy i głęboko oparty o krzesło nie zwracał na siebie uwagi. Tylko słuchał i obserwował, jak zwykle, jak zawsze.
- No, więc skrócę trochę opowieść, choć tego nie planowałem, ale czas szybko biegnie i lada moment zaczną się schodzić strażnicy, którzy kończą wartę na bramie.
Bernard udał, że nie zauważa zawiedzionej miny Nehalennii, choć zrobiła wszystko, by nie mógł jej nie zauważyć.
- Nie będę się rozwodził nad swoim życiem, choć szczęśliwie było ciekawsze niż większości znanych mi drabów. Był czas, kiedy służyłem w Rogach Barana. – wyraźna duma, ale i nostalgia.
Tym razem Kwiat Nocy postarała się, by nie zauważył jej zdziwienia. Słyszała o nich. Każdy słyszał.
- Pewnie trudno uwierzyć, kiedy mówi to jakiś podstarzały barman, co łasi się do swojej pulchnej żony. Swoją drogą w kuchni nie ma sobie równych. I w śpiewie. – był szczerze dumny- Więc byłem jednym z nich. Najemnik na usługach magów, w których istnienie nie wierzy już chyba nikt prócz małych dzieci. Nigdy nie dbali o to, czy się o nich mówi i w jaki sposób, bo wiedzą, że nikt rozsądny nie bierze ich za nic więcej, jak bohaterów romantycznych legend pełnych grozy. Bajki. Ale oni istnieją… A ja byłem dowódcą ich najemnej gwardii. To były czasy. – jego spojrzenie zawisło gdzieś w przestrzeni- Miałem wtedy do czynienia ze sprawami wielkiej wagi. Magowie zresztą nie są jedynymi, których istnienie i życie spowite jest tajemnicą. Ale do rzeczy. W tamtych czasach, których tak mi brakuje. – jego wzrok znów gdzieś utknął- No, ale wtedy brakowałoby mi mojej Karmelli. Do rzeczy. W tamtych czasach zetknąłem się z prawdziwymi przywódcami Świątyni Manifestacji, a dokładniej z jednym z zawsze ukrywających się za maskami najwyższych kapłanów. Z tego, co pamiętam nazywają ich s’ klonna. Ale nie o nich mi chodzi. Wtedy też dowiedziałem się, że każdy z nich ma osobistego strażnika, k’ wazroi. – zachichotał bardziej nad tym, co dopiero miał powiedzieć, niż nad już powiedzianym- Pamiętam, jaki się wtedy poczułem urażony, kiedy mi powiedziano, że nawet dziesięciu z nas, śmiałków z Rogów Barana, nie dałoby rady jednemu ze strażników świątynnych. Tarcyphon, stary, złośliwy drab. – uśmiechnął się do swoich wspomnień.
- Tarcyphon? – odezwał się Aneantir zaskakując bardziej niż, gdyby pies wyszczekał swoje imię, położenie gwiazdy, pod którą się narodził i ulubioną pieśń za jednym zamachem.
Bernard spojrzał na niego dziwnie, szczerze zaskoczony. Już przyzwyczaił się do jego zgodnego milczenia.
- Był moim przyjacielem wśród magów. Jedynym. Reszta to same nadęte kloce. Ale do rzeczy. – po raz kolejny upomniał samego siebie- Strażnicy świątynni wyróżniają się tym, że noszą długie czarne szaty z kapturami i czerwone maski. A na plecach mają wielkie oburęczne miecze.
Ależ Nehalennia się nagimnastykowała, żeby nie zrobić głupiej miny. Tego się absolutnie nie spodziewała. Jej Rycerz miałby być jakimś tam strażnikiem świątynnym w jednym z kościołów wyznających te niezliczone rzesze fałszywych bożków, którym tak chętnie oddają swe dusze ludzie? Z najwyższym trudem się opanowała.
- A skąd znałeś tego akurat? – rzekła wolno pracując nad każdym pojedynczym słowem, by brzmiało swobodnie i pewnie.
- Nie znam go. Żadnego z nich nie poznałem. Po prostu wiem, jak wyglądają.
- Ale robiłeś wrażenie jakbyście się znali. – naciskała- No i pomogłeś mu wysiadując tu w nocy, choć pewnie wolałbyś spać.
Zaśmiał się serdecznie, a w kącikach oczu cienka skóra zmarszczyła mu się w szerokie wachlarze.
- A żebyś wiedziała. Tak was skląłem w duchu. – rozbawiony kiwał głową na boki.
- Więc?
- Więc… Nie słyszałem nigdy wcześniej żeby się oni ruszali poza siedzibę Świątyni. Nigdy ponoć się nie oddalają na krok od swych podopiecznych kapłanów, a ci siedzą w swych świętych murach. No… - przerwał zaglądając w swą pamięć- … ale nie zawsze tak było. Dawno temu czytałem o tym. Chyba dopiero od zakończenia ostatniej schizmy. Zdaje się, że to już jakieś 150 lat minęło, od kiedy ostatni k’ wazroi, który wyruszył w świat, wrócił do Nordgardu. Martwy. Wielki Trójkąt. Jak byłem szczeniakiem, to nie mogłem odżałować, że urodziłem się w nieodpowiedniej epoce. -pokiwał sam do siebie– Jak się jest młodym jest się takim romantycznym i takim głupim. –zaśmiał się do siebie- A dlaczego mu pomogłem? No cóż, sam może nie jestem wierzącym, ale… mam pewną sympatię do Świątyni. Ludzie potrzebują wsparcia w sile większej od nich samych. I porządku. No, a skoro on przybył aż tutaj, to musi być coś bardzo ważnego. – zakończył.
A Nehalennia wciąż walczyła z chęcią zdecydowanego zaprzeczenia otrzymanym odpowiedziom. Przecież nie mógł zrobić na niej wrażenia jakiś sługus. Nie mogła, co chwila wracać myślami do rozmowy z jakimś fanatycznym mieczem na usługach fałszywych bogów.
- A w tajemnicy dodam jeszcze, że stary już jestem, a z wiekiem przybywa mądrości i pokory, a i duma już nie jest w takiej cenie. – mrugnął krzywo się uśmiechając- Więc pomogłem.
Wstał.
Zaraz po nim, ociągając się, Aneantir.
Na końcu zamyślona Nehalennia.
- Teraz muszę zająć się swoją pracą, więc nie będę mógł na razie z wami gaworzyć. Oczywiście zostańcie, jeśli chcecie, ale siłą też nie zatrzymuję.
- Obiad był wyśmienity, podziękowania dla małżonki. A dla pana za czas i cenne informacje ubrane w barwne słowa. – zazwyczaj, kiedy An się odzywał to pełnymi zdaniami, jakby je miał z góry przygotowane.
- A ja zostanę, najlepiej przy tym stole. – nagle podjęła decyzję Nehalennia.
- Jasne. – uśmiechnął najwyraźniej zadowolony gospodarz- Coś Ci podać?
- Tak, wino, mocno rozcieńczone. Najlepiej cały dzban od razu. – uśmiechnęła się wymownie.
- Jasne. – odwzajemnił uśmiech- A Ty może też byś został, hę?
- Niestety, ja muszę się zająć kilkoma sprawami. Po tym, czego się od Ciebie dowiedziałem, i wcześniej od Nehalennii, wiem, że długo w mieście nie zabawimy. Trzeba, więc się przygotować do podróży i na nią zaopatrzyć. Ale dziękuje za zaproszenie. - skłonił się lekko i ruszył w stronę drzwi.
Ledwo wyszedł An, a zaraz wkroczyła grupa żołnierzy w ściągniętych skórzanymi pasami granatowych tunikach nałożonych na kolczugi. Rychło zrobiło się gwarno.
- Jakbyś potrzebowała pomocy w opędzaniu się od nich… - mrugnął porozumiewawczo.
- Dam sobie radę. – mrugnęła, znowu kopiując zachowanie Bernarda i rozsiadła się w samym rogu stołu.
Po chwili już stał przed nią duży dzban pełnokrwistego wina, wcale nie tak rozcieńczonego
Wyjęła zeszyt i pudełko z kredkami. Miała zamiar pisać, do czego zbierała się już od kilku tygodni. Nim to jednak nastąpiło…
Tłum zgęstniał. Zrobiło się jeszcze gwarniej, co paradoksalnie nawet ułatwiało jej koncentrację. W zagłuszającym wszelkie postronne myśli hałasie jest to wręcz dziecinne proste. Nim jednak skreśliła, choć jedno słowo, pięciu strażników w granacie usłyszało jej odmowę. Z każdym razem była coraz bardziej szorstka i ostra. Podejście ostatniego cała sala obserwowała już w ciszy oczekiwania. Kiedy i jemu się nie powiodło, grubymi murami wstrząsnął chóralny śmiech wielu męskich gardeł. Dali jej spokój.
Nie bardzo wiedziała, co o tym myśleć. Miała cichą nadzieję, że tego dnia, tak jak poprzedniego, zostanie jej oszczędzona konieczność znoszenia mniej lub bardziej jawnej wrogości. Ale umizgów z pewnością się nie spodziewała. Denerwowały ją, budziły podejrzliwość, ale w gruncie rzeczy, mimo iż uciążliwe były jednak przyjemne.
Wreszcie postawiła pierwszą literę. Po niej poszło już gładko. Okazało się, że wprawienie się w pisanie wynalazkiem Gibonsa nie było proste. Przyzwyczajona do używania piór wywierała zbyt mały nacisk na kredkę, przez co pismo miejscami było ledwo widoczne i przerywane.
Światło wpełzające przez nieustannie otwarte drzwi, z czasem, z rażąco białego zmieniło się w cytrynową żółć, by wreszcie zalać świat krwią zachodu.
Nehalennia zmiennym tempem parła do przodu, kolejne kartki- dotychczas wolne i czyste- skuwając w łańcuchy pisma. Co jakiś czas, zamyślona, zastygała bez ruchu, wzrok wbijając w sufit.
W dzbanie ubywało, goście się zmieniali, a miasto za murami szynku objął w swe władanie mrok. Nareszcie.
Kolejne stronice padły pod brzemieniem wysłowionych myśli.
Gwar rozmów znowu zaczął łagodnieć. Wpierw w sposób niezauważalny dla zajętej czymś innym białowłosej. Później wyraźniej. Aż wreszcie stało się jasne, dzień się skończył.
Jedna z rudowłosych dziewcząt służebnych przyniosła tace z posiłkiem.
Nehalennia trochę zaskoczona, skinęła w podziękowaniu i włożyła jej w rękę kilka miedzianych monet. Jadła z cichą wdzięcznością za to, że ktoś o niej pamiętał, kiedy sama o sobie zapomniała.
Ta sama dziewczyna przerwała jej po chwili, zwracając monety. Tak jej nakazał Bernard.
- Zatrzymaj je, więc dla siebie, albo wyrzuć. - Nehalennia była, jak zawsze, miła i grzeczna w obyciu.
Dziewczyna jednak skłoniła się z wdzięcznym uśmiechem na swej pyzatej buzi i odeszła.
Białowłosa zakończyła dopijając resztę wina. Spakowała brulion i kredki do torby, wstała, narzuciła opończę, pożegnała uśmiechem gospodarzy, naciągnęła kaptur i wyszła.
Nie wiadomo, jak to jest, ale podróż powrotna zawsze trwa krócej niż droga w przeciwną stronę. Tak też było tym razem.
Za zamkniętymi drzwiami i przy otwartym oknie, Nehalennia leżała naga, sposobiąc się do snu. Nad nią, z każdym opadającym w klepsydrze ziarenkiem czasu, coraz bardziej starzał się sufit, którego sucha i spękana skóra odchodziła już gdzieniegdzie od ciała.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...