Stokrotka
- Zbudź się, Stokrotko- szepnęło czule słońce, okalając twarzyczkę śpiącej.
Nazywanie wróżki Stokrotką mogłoby być nietaktowne, gdyby nie fakt, że w istocie, była ona do stokrotki bardzo podobna. Ciemnozłote, długie loki okalały jasne, promieniujące oblicze, a biała niemal skóra nadawała jej jeszcze większej kruchości i delikatności. Drobną dłonią odgarnęła z oczu nieposłuszne kosmyki, przeciągnęła się i westchnęła z zachwytu.
- Dzień dobry, kochana- szepnął Mak i utulił ją.
- Dzień dobry!- krzyknęła radośnie, po czym z gracją sfrunęła na ziemię. Zmrużyła rażone słońcem, zielone jak mech oczy i ugasiła pragnienie kroplą rosy, iskrzącą się jak najprawdziwszy brylant. Potem wraz z ptakami zaczęła wyśpiewywać pieść poranka, tańczyć w powietrzu z motylami i strącać drogocenna krople z kwiatów. Na tej zabawie upłynął jej cały poranek.
Tymczasem Mak trapił się czymś i rozmyślał. Przygarbił się, dumne zazwyczaj płatki opadły nieco, wydawało się nawet, że ich intensywna czerwień jakby wyblakła. Decyzję podjął dopiero, kiedy ujrzał powracającą Stokrotkę. Przywitał ją smutnym uśmiechem, przyjrzał jej się uważnie zastanawiając się, czy dobrze robi. W końcu westchnął cicho.
- To dziś, kochana.
Wróżka spojrzała na niego z niedowierzaniem i lękiem. Wiedziała, że przyjdzie taki dzień, kiedy będzie musiała pójść swoją drogą. I choć wcześniej wyczekiwała tej chwili z niejaką ciekawością, teraz bała się wędrówki w nieznane, ale ponad wszystko, nie chciała rozstawać się z Makiem, gdyż był jej opiekunem i powiernikiem, od kiedy sięgała pamięcią.
Wiedziała jednak, że odwrotu od tej decyzji nie ma. Utuliła więc po raz ostatni płomienistą głowę maku, rosząc ją łzami. A potem odleciała, nie oglądając się za siebie.
Łąka wydawała jej się teraz ogromna, nieprzebyta niczym morze, o którym czasem opowiadały ptaki. Gdyby Stokrotka widziała kiedyś morze, stwierdziłaby na pewno, że trawa faluje niczym woda, kołysana delikatnym wiatrem. Z niemym zachwytem i szacunkiem przyglądała się temu nowemu zjawisku. Po raz pierwszy zdała sobie sprawę, że może przemierzyć całą tą przestrzeń, jeśli zechce, i że zależy to już tylko od niej samej. Odkrycie to wlało odrobinę nadziei w dziecinne jeszcze serce wróżki. Nieco ośmielona wzleciała wyżej, wypatrując miejsca, które mogłoby stać się jej nowym domem choćby na najbliższą noc. Pośród bezmiaru sprężystej trawy oraz różnokolorowych kwiatów, śmiejących się do słońca, ujrzała rzucającą cień rzecz. Chcąc zaspokoić ciekawość, poleciała w tamtym kierunku, witając się po drodze ze znajomymi motylami. Gdy już dotarła na miejsce odczuła swoją małość wobec nowej rzeczy. Przyłożyła do niej dłonie, których biel dziwnie kontrastowała z pociemniałą, chropowatą materią. Nie wyczuwała ani kropli życia w tym zjawisku, była jednak pewna, że jest ono częścią łąki tak samo jak ona i wszystko, co ją otaczało.
- Ach, witam nadobną wróżkę!
Stokrotka rozejrzała się i spostrzegła, że słowa te wypowiedział dziwny osobnik, podobny do niej samej, z tą różnicą, iż nie posiadał skrzydeł, a jego włosy były ogniste niczym płatki Maku.
- Nigdy jeszcze panienki tutaj nie widziałem, cóż zatem sprowadziło ją w te strony?
Wróżka wystraszyła się i zawstydziła. Nie wiedziała, co ma powiedzieć. Zleciała na ziemię, nie zbliżyła się jednak do nieznajomego.
- Panienka tak milczy… zapewne oburzona moim zachowaniem! Kto to widział, żeby się tak zapomnieć. Jestem skrzatem, a zwą mnie Kłamstwem… a panienkę?
- Nazywano mnie Stokrotką…
- Stokrotką? Panienka wybaczy, ale śmiem zauważyć, że jest ona wróżką, nie zaś kwiatem. Jeśli jednak chcesz, bądź Stokrotką. Więc, co tu robisz?
Wróżka, czując do nowego towarzysza szczerą sympatię, opowiedziała mu o swojej sytuacji, oraz o poszukiwaniach nowego domu. Chochlik uśmiechnął się szeroko i wytłumaczył jej, że rzecz, którą widzi, jest pniem, a kiedyś była drzewem, zanim nie powaliła jej wichura. Zaś pod korzeniami pnia mieszka on oraz jego rodzeństwo.
- Niegdyś mieszkaliśmy wszyscy razem, ja, moi bracia, Złodziejstwo i Rozczarowanie, oraz moje siostry, Uczciwość i Nadzieja. Uczciwość umarła jednak, a Nadzieja odeszła od nas na zawsze. Miejsca mamy pod dostatkiem. Czy zgodziłabyś się zatem być naszym gościem? Zaprawdę, dawno już nie mieliśmy towarzystwa.
Stokrotka ucieszyła się niezmiernie i przyjęła propozycję. Spędziła z braćmi cały dzień, bawiąc się i śmiejąc, na każdym kroku odkrywając nowe tajemnice polany. Gdy zaś nadszedł wieczór, urządzili wielkie ognisko, przy którym chochliki opowiadały najprzeróżniejsze historie. Kiedy udawali się na spoczynek nawet księżyc zdawał się być zmęczony, gwiazdy zaś przestały dbać o pozory i ziewały szeroko, układając się do snu. Nic więc dziwnego, że i wróżka zasnęła, gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki. W całym swoim życiu jeszcze nigdy nie przytrafił jej się taki obfitujący w wydarzenia dzień.
Kiedy obudziła się następnego dnia, żadnego z braci już nie było. Zdawało jej się, że coś jest nie tak, jak powinno być. Wyszła na zewnątrz i z przerażeniem zauważyła, że po raz pierwszy nie widziała świtu. Jej serce ogarnął niepokój, chciała jak najprędzej znaleźć się daleko od tego dziwnego miejsca. Próbowała odlecieć, było jej jednak bardzo ciężko, co chwila opadała niżej i unosiła się do góry, wkładając w to podwójny wysiłek. Wtedy podleciał do niej znajomy motyl, który na jej widok krzyknął z niedowierzaniem:
- Stokrotko! Co ty wyprawiasz?
- Chce polecieć do domu…
- Jak to? Przecież nie możesz latać bez skrzydeł!
Dopiero w tym momencie wróżka spadła na ziemię, obijając się przy tym boleśnie. Na jej plecach ukazała się wielka rana, która krwawiła obficie i przysparzała jej wielkich cierpień. Zwinięta w kłębek zaczęła szlochać, ukrywając twarz w dłoniach. Nigdy nie doceniała ani skrzydeł, ani tego, co dzięki nim miała, kiedy zaś uświadomiła sobie ich brak, zrozumiała, czego ją pozbawiono. Doczołgała się w cień rzucany przez szczątki martwego drzewa i tam spędziła cały dzień i całą noc na płaczu. Następnego ranka, gdy tylko słońce ukazało się na horyzoncie, wyruszyła w drogę. Postanowiła opuścić łąkę i nie wracać do niej nigdy więcej.
Kiedy zapadł zmrok położyła się tam, gdzie stała, nakrywając się jedynie źdźbłem trawy. Zasnęła, gdy tylko obeschły łzy na jej bladych policzkach.
Rankiem obudził ją czyjś delikatny dotyk. Dostrzegła prawdziwą stokrotkę pochylającą się nad nią z zatroskaną miną, oraz rudowłosą postać, w której rozpoznała siostrę chochlików, Nadzieję.
Nadzieja miała ciepłe, uśmierzające ból dłonie oraz dobre oczy, z których promieniowało zrozumienie. Widząc Stokrotkę odgadła, że to jej bracia z niej zadrwili. Zaopiekowała się więc nią, przemyła i opatrzyła rany, a kiedy ta w końcu zasnęła, czuwała nad nią cały czas.
Z początku Stokrotka milczała, nie reagowała na pytania Nadziei, spodziewając się, że i z jej strony czeka ją coś złego. Nadzieja była jednak cierpliwa, i w końcu pozyskała zaufanie wróżki. Kiedy w końcu usłyszała jej opowieść, zamyśliła się głęboko.
- To nie prawda, że nie możesz latać bez skrzydeł. Możesz. Tylko… tylko musisz się nauczyć. I uwierzyć.
Zanim Stokrotka uwierzyła, minęło dużo czasu. Ale w końcu jej się udało. W dniu, w którym nauczyła się latać bez skrzydeł, zaczęto nazywać ją Człowiekiem, i nadano nowe imię: Wiara.