Szkarłatna Łasica
Krasnolud oparł się o swój topór i mrucząc coś pod nosem rozwiązywał zaistniały problem. Trwało to około godziny. Po upływie tego czasu jego kompan z nieukrywaną przyjemnością kopnął podporę krasnala zmniejszając odległość między jego nosem a ziemią.
- Oszalałeś ty krowi ryju! – Krzyczał krasnolud otrzepując się z liści. – Nie przerywaj mi jak myślę!
- Myślałem, że znowu zasnąłeś – odparł minotaur podnosząc ręce w geście poddania.
- Morgh nie zapominaj, że ja tu jestem od myślenia – rzucił krasnolud uwalniając swą czarną brodę od wystającego korzenia – I przestań mi wypominać tę jedną niedyspozycję.
- Ooo, przepraszam – Morgh przeciągał samogłoski chcąc podkreślić swą prawdomówność – Ale ta twoja niedyspozycja – zrobił pauzę czekając aż jego rozmówca spojrzy mu w oczy – o mało nie pozbawiła nas sakiewek, nie mówiąc już o życiu.
- Robisz raban o dwóch złodziejaszków i parę sztuk złota, przecież nic się nie stało.
Krasnolud próbował odbiec od sprawy, lecz kłótnia była nieunikniona. Rzucali w siebie najgorszymi obelgami, wywlekając stare, nieważne zajścia. Brunatna sierść minotaura najeżyła się groźnie, lecz jego bursztynowe oczy błyszczały z radości, gdy słuchał wyzwisk krasnala. Sam krasnolud też nie czuł szczególnej złości do Morgha, machał mu przed pyskiem starym toporem odziedziczonym po ojcu, który nawet w największych wrogach budził respekt, odgrażał się pięścią, lecz w rzeczywistości lubił te kłótnie, bo zawsze kończyły się tak samo: przy ognisku z pieczonym mięsiwem i gorzałką. Tych dwoje wyglądało wyjątkowo zabawnie w nocy, w środku lasu: postawny minotaur o brunatnej sierści wyposażony w niesamowity arsenał mieczy i sztyletów przekomarzający się z krępym, czarnobrodym krasnoludem z hełmem przysłaniającym mu oczy i wspaniałym toporem w spękanych od walk rękach.
Po chwili bezwzględnej wymiany zdań minotaur przerwał
- Zax, musimy w końcu coś postanowić – przeniósł wzrok na drzewo nieopodal nich. Był to młody dąb, pod osłoną jego liści leżała rudowłosa dziewczyna, była nieprzytomna.
Krasnolud pogładził się po brodzie.
- Co sugerujesz? – Zapytał poprawiając hełm.
- Sądzę, że powinniśmy ją wziąć ze sobą. – Odparł bez namysłu Morgh. – Szef pozwolił mi zabić wszystko, co znajdziemy, ale przecież nie mogę ruszyć dziecka. Niech szef postanowi.
- A więc ustalone, ale jak coś to będzie to twoja wina. – Ostrzegł Zax.
- Przestań tyle gadać kurduplu. Nie mam zamiaru cię nieść do obozu, bo straciłeś siły na wypowiedzenie słowa dłuższego od siebie. – Odparł minotaur biorąc dziewczynę na ręce.
- Dobra, dobra – ton głosu Zaxa robił się coraz bardziej znudzony. Po chwili jednak dodał z rozbawieniem – Mućko…
- Reumatyk – Odparował Morgh wzniecając kolejną kłótnie, która skończyła się dopiero w obozowisku…
Czekał… a jego cierpliwość została nagrodzona.
- Witaj Drak. Sprawdziliśmy okolicę i jedyne, co znaleźliśmy to… - Zax podrapał się po głowie. – …sam zobacz. – odsunął się by zrobić miejsce towarzyszowi z piękną istotą w ramionach.
- Wybacz szefie – minotaur robił niewinną minę – wiesz, że mam słabość do rudych…
Mężczyzna w białym płaszczu podszedł powoli do Morgha, gestem nakazując mu położenie zdobyczy koło ogniska, po czym usiadł obok niej. Miała długie, czarne rzęsy i brzoskwiniową cerę. Jej pełne usta miały barwę korali jarzębiny, a włosy były niczym młode kasztany, ogniste lecz niewyzywające. Nagle zapragnął ich dotknąć, lecz zdał sobie sprawę, że chce to zrobić tyko dlatego by ujrzeć jej oczy, z pewnością równie piękne, lecz ich nie zobaczył. Gdy przyjrzał się jej twarzy, zaczął oglądać ciało. Dziewczyna miała smukłe nogi, płaski brzuch i kształtne piersi. Z twarzy wyglądała na siedemnaście, osiemnaście lat, lecz jej figura temu przeczyła. Drak od razu założył, iż nie jest ona człowiekiem, a przynajmniej nie w pełni. Gdy tak się jej przyglądał ogarnęło go stare, zapomniane już uczucie, rządza. Gdyby nie towarzysze wziąłby tę kobietę tu i teraz, w tej chwili mimo tego, że jest nieprzytomna. Szybko się opanował i dostrzegł rany na jej udach i żebrach. Nie mógł zrozumieć, czemu wcześniej ich nie zauważył.
- Zax, przynieś wody. Morgh, zrób opatrunki z ziołami.
- Się robi, szefie. – Kompani bez kłótni zabrali się za wykonywanie poleceń.
Drak wyjął z buta sztylet o błękitnej klindze i rozciął dziewczynie spodnie w okolicach ran, po czym zdjął jej bluzkę. Z trudem opanował oddech, gdy trzymał ją pół nagą w ramionach. Ręce zaczęły mu drżeć na widok rozszarpanego ciała na odcinku drugiego i piątego żebra.
Uspokój się, ty nie możesz tego czuć, przynajmniej dawno tego nie czułeś. Mówił sobie w duchu, po chwili zaklną: Zabiję, z rozkoszą zabiję tego, który ci to zrobił. Z planów zemsty na nieznajomym wyrwał go krasnolud, który zaczął oczyszczać jej rany na udach.
- Sam to zrobię. – Powiedział bezbarwnym tonem mężczyzna biorąc od minotaura opatrunki. – Idźcie po drewno i coś upolujcie.
Morgh chciał coś powiedzieć, ale Zax szturchnął go lekko i podążył w ciemność lasu. Minotaur potulnie poszedł za nim, oglądając się, co jakiś czas by wypatrzeć między drzewami Draka opatrującego rany rudowłosej.
Obudziła się i przeciągnęła, gdy otworzyła oczy zobaczyła, że znajduje się w innym miejscu niż to, które ostatnio pamięta. Rozejrzała się po skromnym obozowisku. Oprócz tego śpiwora, w którym leżała zobaczyła jeszcze dwa. Były one wyjątkowo zabawne, oba spoczywały na ziemi obok siebie w ten sam sposób, ale jeden z nich był dwa, a może nawet trzy razy większy od drugiego. Zaśmiała się cichutko i wróciła do oględzin terytorium. Nad ogniskiem, które płonęło stałym, miarowym ogniem, wisiał niewielki kociołek. Pod drzewem nieopodal niej leżały trzy plecaki, resztą otoczenia była natura pod postacią lasu. Po chwili zauważyła jeszcze jedną rzecz. Jakieś trzy, cztery metry od niej tuż przed sporym głazem był wbity jej miecz. Jego czarna klinga odbijała spokojne płomienie ogniska, a smocza rękojeść błyszczała własnym, niepowtarzalnym blaskiem. Obok leżały jej dwa krótkie miecze, które pieszczotliwie nazywała Szponami i trzy sztylety. Gdy wstała by je włożyć na swoje miejsca, zrozumiała po ilości sztyletów, że jest naga, a dokładniej do połowy. Chwyciła szybko jakiś koc i okryła się nim. Zauważyła również, że ma na sobie mnóstwo opatrunków, lecz nie miała teraz czasu na dochodzenie skąd się wzięły, szukała swojej bluzki.
- Tego szukasz? – Usłyszała sympatyczny, cichy głos, który należał do mężczyzny w białym płaszczu siedzącego pod drzewem naprzeciw niej. W ręce trzymał jej bluzkę.
Milczała, nie mogła uwierzyć, że go nie zauważyła. Przypomniała sobie słowa brata: „Udawaj głupią, niedouczoną, dzikuskę… później zabij… tylko tak przeżyjesz bez większych strat.” Poszła za tą radą i milczała wpatrując się uważnie w mężczyznę, który wyciągnął rękę w jej stronę by wzięła od niego swoją bluzkę. Nie widziała jego twarzy, tylko błyszczące, lazurowe oczy.
- Rozumiem, nie ufasz mi… - Uśmiechnął się i podszedł do niej kładąc bluzkę tuż obok niej, po czym wrócił na swoje dawne miejsce.
Ubrała się szybko, pilnie go obserwując i zachowując kamienną twarz.
- Jak masz na imię? – Zapytał, gdy już się ubrała i zaczęła przyglądać opatrunkom.
Milczała. Udawała, że go nie rozumie.
- Opatrzyliśmy ci rany, nic ci nie będzie. – Przyglądał się jej włosom, w których odbijały się płomienie. Gdy na niego spojrzała rzucił od niechcenia: - Możesz przestać udawać, gadałaś przez sen, wiem, że mnie rozumiesz.
Dziewczyna na chwilę zamarła w bezruchu, niemożliwe, pomyślała.
- Więc jak masz na imię?
Myślała szybko, nie mogła podać swojego prawdziwego imienia. Po chwili, która jej wydawała się długą niezręczną godziną powiedziała:
- Mam na imię Nadia. - Miała słodki, aksamitny głos.
Mężczyzna wstał i powoli zaczął się do niej zbliżać. Dziewczyna skoczyła po swoją broń, lecz tam stał czarnobrody krasnolud. Przeklęła siebie w duchu, za swoją nieostrożność. Zaczęła się cofać i wpadła na wielkiego minotaura, który miał surową minę, lecz jego bursztynowe oczy wydały jej się bardzo sympatyczne.
- To jest Zaxathrath, syn Zaxathorna z klanu Czarnych Toporów, mistrz we władaniu tej oto ślicznotki – Wskazał na krasnoluda, który oparł się na swej wspaniałej broni. – A to Morgh, jego rodowód cię nie zainteresuje.
- A ty kim jesteś? – Rzuciła gniewnie, czuła się jak zwierz zapędzony w pułapkę.
- Mam na imię Drak, tyle powinno ci wystarczyć.
- A jeśli mi nie wystarczy?
- Wtedy, moja panno, zmusimy cię do powiedzenia prawdy o sobie. – Rozległ się za nią głos minotaura.
- Więc wystarczy ci, czy nie? – Zapytał Drak.
- Nie. Straszenie mnie to kiepski argument. – Odparła krótko, wyciągając z ogniska rozżarzone polano, którym zdzieliła po pysku minotaura, po czy rzuciła się w kierunku swojej broni kopiąc topór Zaxa nim ten zdążył się zorientować w sytuacji, a tym samym po raz drugi tej nocy jego nos zetknął się boleśnie z ziemią i wyrwała swój miecz. W chwili, gdy go dotknęła oczy smoka tworzącego rękojeść zapłonęły niebezpiecznym czerwonym blaskiem a klingę otoczyły czarne płomienie. Dziewczyna posługiwała się dwuręcznym mieczem z niebywałą łatwością, używając ku temu jednej ręki, odzianej w czarną skórzaną rękawicę z nierówno obciętymi palcami. Gdy tylko Drak zbliżył się do niej by ją powstrzymać poczuł na swym gardle jej ostrze. Cofnął się szybko i zdjął kaptur odsłaniając twarz, a dokładniej oczy, gdyż resztę twarzy miał osłoniętą szalem.
Miał kruczoczarne włosy, nieco dłuższe niż się spodziewała i zniewalające lazurowe oczy. Z pewnością nie był elfem, lecz nigdy w życiu nie spotkała tak przystojnego mężczyzny, a spotkała ich już wielu. Po chwili chwycił szal i odsłonił całą twarz. Usta miał typowo męskie, a cerę jasną, lekko zabarwioną słońcem. Przyglądała mu się jak zaczarowana, lecz starała się zachować czujność.
- Jesteś lepsza niż myślałem. – Korzystając z okazji spełnił swoje pragnienie by zobaczyć jej oczy. Były soczysto zielone, ich kolor przypominał mu świeżo rozwinięte liście w czasie wiosny. Poza tym nie było w nich nic nadzwyczajnego.
Uśmiechnęła się lekko. – Widać za szybko oceniłeś wroga.
- Kto powiedział, że jesteś moim wrogiem? – Drak wykonał spokojny ruch ręką powstrzymując minotaura. – Ty pierwsza nas zaatakowałaś. Może porozmawiajmy spokojnie i powiedzmy sobie stosowną prawdę.
Nadia zastanawiała się chwilę patrząc mężczyźnie głęboko w oczy, po chwili zauważyła, że się w nich zatraca. Nim zdążyła zareagować Drak wyciągnął miecz i zaatakował tak by mogła sparować cios. Zrobiła to zgodnie z jego oczekiwaniami. Gdy ich bronie się skrzyżowały oślepiający blask zalał obozowisko, lecz oni stali bez ruchu, mierząc się wzrokiem. Kiedy już blask złagodniał Nadia przyjrzała się broni przeciwnika. Ze zdumienia lekko otworzyła usta i wstrzymała oddech. Rękojeść przeciwnika wyglądała jak srebrzysty feniks, a jego oczy płonęły tym samym, czerwonym blaskiem, co oczy jej smoka. Śnieżnobiałą klingę natomiast lizały jasne płomienie, których końce miały delikatne, czerwone zabarwienie. Powoli się odsunęła się i schowała miecz, po którym jeszcze przez chwilę pełzały czarno-niebieskie płomienie.
- Czy taki argument ci wystarczy? – Spytał Drak chowając swój miecz.
Milczała przez chwilę.
- Dobrze. Nadia to nie jest moje prawdziwe imię.
- Do tego sam doszedłem.
Nie zwróciła uwagi na słowa Draka. – Przykro mi, ale nie podam wam mojego prawdziwego imienia. Nazywają mnie Szkarłatna Łasica, to wam powinno wystarczyć. – Zerknęła na Draka, który bawił się sztyletem słuchając jej mniej uważnie niż by tego sobie życzyła. - Muszę się dostać do jakiegoś większego miasta.
Morgh i Zax usiedli przy ognisku wymieniając uśmiechy. Po chwili Drak do nich dołączył. Dziewczyna stała przypatrując się im. Wreszcie krasnolud przerwał ciszę.
- Na wschód stąd jest mała mieścina, a jakieś dziesięć kilometrów na południe leży Evorantha, duże kupieckie miasto. Właśnie się wybieramy w tamte strony, bylibyśmy zaszczyceni, gdybyś zechciała nam towarzyszyć.
- Wybaczcie śpieszy mi się. – Zaczęła się pakować i zakładać swój niewielki arsenał. Robiła to bardzo sprawnie. Szpony delikatnie muskały jej uda, zwinnym ruchem schowała dwa sztylety do wysokich skórzanych butów, a jeden, najmniejszy w biust. Zarzuciła na plecy smoczy miecz i uwolniła się od opatrunków, nie miała żadnej blizny. Szybko zszyła spodnie i odwróciła się do towarzyszy mówiąc:
- Przepraszam panowie, zachowałam się niegrzecznie, uratowaliście mnie, powinnam… - Przerwała widząc, że towarzysze są gotowi do drogi.- …Wam podziękować. – Bąknęła.
- Ależ nie ma za co. Cała przyjemność po naszej stronie. – Odparł wesoło Morgh gasząc ognisko. – Przed świtem będziemy na miejscu i wtedy się porozklejamy.
Całą drogę milczała rozmyślając nad mieczem Draka. On również milczał. Tylko Zax i Morgh cały czas się przekomarzali jak przekupy na targu. Dziewczyna uśmiechała się słuchając wymyślnych wyzwisk minotaura i widząc gniewne miny krasnoluda. Kiedy miasto było już zaledwie o kilometr Drak się zatrzymał.
- Tu się rozstaniemy. – Po czym dodał nieco ciszej, sam do siebie. – Na jakiś czas.
- Dzięki za wszystko. Żegnajcie. – Ruszyła w stronę miasta.
- Nie mów tak, ja cię jeszcze raz chętnie zobaczę. – Krzyknął za nią minotaur.
- Wątpię, żeby to było możliwe. – Odparła nie odwracając się.
- Ja jestem tego pewien. I to szybciej niż myślisz. – Szepnął Drak odprowadzając dziewczynę wzrokiem tak długo aż wschodzące słońce go nie oślepiło zmuszając do odwrócenia wzroku. Gdy chciał raz jeszcze ją ujrzeć była już za bramą. On narzucił kaptur i odszedł w kierunku najbliższego lasu. Jego towarzysze podążyli za nim wznawiając swoją kłótnię.