Szkarłatna Łasica2
Evoranth było typowo kupieckim miastem, lecz jego centrum stanowiła oaza dla duszy, przypominając dawne czasy. Kiedyś to miasto było zbiorowiskiem świątyń wszystkich bóstw kontynentu, poczynając od Gardelli – Matki Ludzi, poprzez jej siostrę Gaię – Boginię Natury i brata Gamontha – Ojca Krasnoludów i inne mniej ważne bożki, a kończąc na Bogini Smoków i Matce Potworów, której imienia nie znała. Dziwiła się tylko, że elfy nie przyjęły opieki swego stwórcy, który popadł w zapomnienie, ale kto tam zrozumie elfy.
Władzę w Evoranth, tak jak w innych miastach sprawował hrabia, jedynym wyjątkiem była stolica Keren, ber’Moretta, w której to rządził sam Król Makkary. Był on mądrym królem, sprawiedliwym i odważnym. Władał roztropnie i traktował się na równi z ludem, czego dowodem było jego liczne „wypady” na miasto pod przebraniem zwykłego kupca lub chłopa.
Rudowłosa dziewczyna szła dziarskim krokiem brukowaną ulicą posyłając uśmiechy wszystkim napotkanym przechodnią, którzy życzyli jej miłego dnia, bądź witali w skromnych progach ich miasta. Nagle w tłumie, który gęstniał z każdym krokiem w głąb miasta dostrzegła swoją pierwszą ofiarę. Jakiś bogaty kupiec, na co wskazywał jego ubiór a także pojemność żołądka, wpatrywał się w nią z obleśnym uśmieszkiem. Gdy spostrzegł, że to zauważyła uśmiechnął się jeszcze szerzej, co tylko upewniło ją w przekonaniu, iż wybrała odpowiedni cel. Przeczesała swą grzywę barwy młodych kasztanów i przeszła bardzo blisko spaślaka uśmiechając się do niego życzliwie. Gdy odchodziła odwracała się, co jakiś czas wprowadzając kupca w oszołomienie, w końcu zniknęła w jednym ze sklepów.
- Palant. – Szepnęła do siebie. – Uwielbiam takich ludzi, choć czasem są zbyt łatwym łupem, co mnie obraża. – Uśmiechnęła się do siebie podrzucając sakiewkę, która przed chwilką opuściła swego pierwotnego właściciela.
Rozejrzawszy się po sklepie chwyciła parę ubrań i poszła do przymierzalni. Zauważyła, że handlarka ją obserwuje, więc postanowiła tym razem nic nie kraść, choć uczciwość nie pasowała do jej prawdziwej natury. Wybrała dwie pary czarnych obcisłych spodni z miękkiej skóry i kilka najzwyklejszych białych, lub czarnych koszul męskich. Miała ochotę na jakiś wyzywający gorset, lecz ta myśl przypomniała jej błysk lazurowych oczu, a ona nie chciała ich nasycić. Zapłaciła i szybko opuściła sklep kierując się do świątyni. Wtem jakaś koścista ręka zacisnęła się na jej nadgarstku. Dziewczyna szybko się odwróciła planując ucieczkę, lecz oczy bez źrenic przeszyły ją na wskroś, zabierając już gotowy plan.
- Ja wiem Szkarłatna – Szepną starzec puszczając jej nadgarstek. – Ja wiem.
- Co wiesz? – Jego nieruchomy wzrok zaciekawił rudowłosą.
Głos starca stał się nagle dziwny, jakby dobiegał ze studni:
Zapragniesz Diamentu
Pokochasz Czarne Ostrze
Zdobędziesz morze, a wraz z nim
Bursztyny i inne skarby
Poznasz Mrok w Dzień Zetknięcia Się
Nieba i Ziemi
On zmieni Krew w Rubin
Który pokruszy Diament.
Po tych słowach starzec zaczął kaszleć. Dziewczyna objęła go gładząc z troską mleczne włosy.
- Nic ci nie jest staruszku?
Podniósł wzrok, lecz tym razem nie patrzył na nią, lecz gdzieś obok. – Nie moje dziecko. Przepraszam, jeśli cię zatrzymałem. – Jego głos był ciepły i miły. Dziewczyna zdjęła plecak i wyjęła z niego pół bochenka chleba.
- Proszę. – Podała go starcowi, który chciał coś powiedzieć, lecz gwar na ulicy przyciągnął jej uwagę. Pogładziła go raz jeszcze po mlecznych włosach z politowaniem i ruszyła w kierunku zamieszania.
Główną ulicą prowadzono piękne konie. Kilka klaczy i zimnokrwistego ogiera. Korzystając z zamieszania dziewczyna przywłaszczyła sobie kilka sakiewek i podsłuchała parę rozmów, dowiadują się, że te wspaniałe zwierzęta są podarunkiem od króla na ślub tutejszego hrabiego. Dowiedziała się także gdzie te konie będą trzymane, co poprawiło jej i tak już świetny humor. Kiedy czarny ogier kroczył przed nią zaczął głośno parskać i strzygł uszami. Spojrzała mu w oczy i dostrzegła w nich niebywałą inteligencję. Koń zaczął się popisywać. Puściła mu oko i szepnęła: „No to jesteśmy umówieni.” Po czym zniknęła w tłumie.
- Nie, nie, nie. Ja stanowczo protestuję!
- Pogódź się z tym, ze mnę nigdy nie wygrasz.
- Oszukiwałeś. – Oburzył się minotaur, co przyprawiło krasnoluda o kolejny atak śmiechu. – Szefie powiedz mu coś. – Głos minotaura był niemal błagalny jak u dziecka proszącego o łakocie.
Drak uśmiechnął się na widok nieporadnej miny groźnego towarzysza. – Wybacz Morgh, on jest dla mnie za szybki. – Uśmiechnął się i wrócił myślami tam gdzie był przed chwilą.
Zax znowu ryknął śmiechem, a ciepłe wiosenne słońce wyszło ze swej kryjówki, by zobaczyć, co tak rozbawiło krasnoluda. Jego promienie były coraz cieplejsze, jakby ono także się śmiało. Karciany kanciarz, jak to określił minotaur, począł rozdawać kolejną partię tym razem na trzech.
- Choć Drak, damy mu fory i obaj zagramy. – Widząc rozmarzoną minę mężczyzny dodał, przerywając rozdanie. – Myślisz o niej, prawda?
Drak westchnął. Usiadł obok przyjaciół, chwycił karty i gestem kazał dalej rozdawać. – Ta dziewczyna mnie intryguje.
- Chacha, nie ciebie jednego. – Dodał minotaur patrząc tępo na karty. – Znowu oszukujesz. – Zrobił zaciętą minę na widok cwaniackiego uśmiechu krasnoluda.
- Nie tylko nietypową urodą, ale także mocą, która od niej emanuje i jeszcze ten miecz. – Drak zdawał się nie usłyszeć słów Morgha.
- Moim zdaniem powinniśmy iść za nią, chyba łatwo pakuje się w kłopoty. – Rzekł Zax z poważną miną.
- W takim razie ja pójdę – minotaur zerwał się w pieńka na którym siedział – czuję, że ona na mnie leci.
- Ooo, nie wątpię, ale to nie jest najlepszy pomysł. Za bardzo rzucasz się w oczy, a tu chodzi o dyskrecję. Lepiej będzie jeśli to ja pójdę.
Minotaur zrobił zawiedzioną minę, gdy Drak poparł krasnoluda. Westchnął.
- Co? Aż tak ci do niej śpieszno?
- Nie ale jeśli ona potrzebuje pomocy to się jej nie doczeka, bo ty nawet przez bramy nie przejdziesz.
- A to niby dlaczego? – Zaciekawił się krasnolud, który już szykował się do drogi.
- Strażnicy ci nie otworzą, bo cię nawet nie zauważą, ech, to przykre. – Morgh zaśmiał się cichutko.
- Skoro tak twierdzisz to mam pewien zapasowy plan. – Zax ściszył głos skupiając uwagę minotaura. – Ja się przebiorę za chłopa i powiem, że idę sprzedać krowę.
- A skąd krowę weźmiesz?
- I tu jest rola dla ciebie. Ty rzucasz się w oczy, a ja jej nie wystraszę.
- Mam robić za mleczną krowę? Nie ma mowy. – Minotaur szykował się do zbluzgania krasnala.
- Dość! – Przerwał Drak – Sam pójdę, ale dopiero po zmroku, a wy tu zostaniecie, jasne?
- Tak szefie. – Mruknął Morgh wracając do swoich kart. Zax wyglądał na zadowolonego, uśmiechał się pod wąsem udając, że śmieje się z własnych kart, w które grali do zmierzchu.
Szła cicho do stajni. Po zmroku mało kto był na ulicy, a jak już kogoś spotkała to zazwyczaj był pijany i ledwo trzymał się na nogach. Miała doskonały plan ucieczki. Główną ulicą miasta, by ściągnąć żołnierzy do głównej bramy a potem na wschód aż do drewnianego płotu tworzącego granicę miasta za jakąś wioską. Jedynym minusem była straż przy stajni. Musiała ich obejść, aby reszta planu się udała. Czekała na zmianę warty. Kiedy przybyli zmiennicy i zaczęli gawędzić ze strażnikami niepostrzeżenie wślizgnęła się tylnym wejściem.
- Tędy ucieknę. – Szepnęła, po chwili zagwizdała cichutko. – Gdzie jesteś kochany?
W odpowiedzi usłyszała znajome parsknięcie. Weszła do najciemniejszego boksu i ledwo dostrzegła w nim ogiera. Był czarny niczym bezgwiezdna noc, jego gęsta grzywa była prosta i podobnie jak ogon jaśniejsza niż reszta umaszczenia, a grube pęciny porastała długa jasna sierść. Był niesamowity, jedyny taki, a to wszystko potęgowały jego inteligentne oczy, które były białe i przypominały jej ślepego starca. Gdy podeszła bliżej i się im przyjrzała, dostrzegła małe czarne źrenice i się uspokoiła. Pogładziła ogiera po karku.
- Jesteś wspaniały. – Mówiła łagodnie i melodyjnie. – Jak masz na imię?
Koń parsknął odrzucając łeb i patrząc na tabliczkę przy boksie. Dziewczyna ją przeczytała.
- Argento. – Koń potaknął głowa i znów parsknął.
- Chcesz być wolny Argento? – Ta sama reakcja. – A mogę cię dosiąść?
Koń pochylił łeb i przyklęknął na jedno kolano. Dziewczyna wskoczyła z gracją na konia i ruszyła do tylnego wejścia, którym tu przyszła.
- Jesteś dziki, to nie miejsce dla ciebie. – Chwyciła ogiera za grzywę, kopnęła go w boki aż stanął dęba, po czym ruszyła galopem w miasto.
Tak jak się spodziewała strażnicy ruszyli pod główną bramę, tylko dwóch ją ścigało.
- No nie obrażę się. – Gwałtownie zawróciła konia pędząc do zaplanowanej granicy. Strażnicy osłupieli, ale po chwili ruszyli za nią. Już była pewna, że jej się udało, gdy nagle ktoś silnym uderzeniem strącił ją z konia, za którym pobiegli inni strażnicy, aż go zatrzymali. Obróciła się na bok trzymając za brzuch. Poczuła falę bólu i wsparłszy się na ręce, zaczęła kaszleć. Fala skoncentrowała się na klatce piersiowej, po chwili z jej ust popłynęła krew. Masywny strażnik związał jej ręce na plecach po czym podniósł ją za włosy. Przyglądał jej się z nieukrywanym podnieceniem.
- No mała, kto wie, może cię wypuszczę. – Zaczął ją obwąchiwać, aż dotarł do biustu. Wepchną zań rękę i wyciągnął sztylet ze szklanym ostrzem, w którym była zielona ciecz. – Ostra jesteś.
Dziewczyna poczekała aż stanie naprzeciw niej. Gdy to zrobił obdarzyła go zadziornym uśmiechem i kopnęła w krocze, gdy strażnik padł na ziemię zwijając się z bólu spróbowała uwolnić ręce. Zaczęła szybko przebierać palcami prawej ręki, gdy nagle ktoś znów chwycił ją za włosy.
- Ty kurwo! Sprawiłaś mi ból i teraz go załagodzisz. – Warknął masywny strażnik i mocniej pociągnął ją za włosy zmuszając do klęczenia.
- Dość! Chcesz się zabawić idź do burdelu. – Usłyszała władczy głos, gdy strażnik ją puścił, zobaczyła mężczyznę w średnim wieku dosiadającego dostojnego białego wierzchowca. – To ty próbowałaś ukraść Argento? – Kiwnęła głową, spuszczając wzrok. Nie wolno było patrzyć na hrabiego. Miała nadzieję, że jeśli okaże skruchę skończy się na wygnaniu. – Szkoda, że nie jesteś prostym złodziejaszkiem. Koniokradów się wiesza. – Gestem wezwał innego strażnika. – Odprowadź ją do lochów i przyszykuj na jutro szubienicę. – Zerknęła na prowadzonego czarnego ogiera, który próbował się wyrwać i podejść do niej. – Jaka szkoda. – Hrabia odjechał.
- Nie, to ja przepraszam. – Uśmiechnęła się do Argento i potulnie poszła ze strażnikiem, który uprzejmie ją rozbroił i poprowadził do lochów.
- Gdzie ją wsadzimy? – Zapytał chudy strażnik. – Wszystko już zajęte.
- Do smoka. – Odparł drugi, który ją prowadził.
- Do smoka?! Przecież on zjada dziewice!
- Popatrz na nią. – Zatrzymali się przy jakiejś wąskiej celi. Nie widziała jej końcowej ściany. Ta cela przypominała bardziej korytarz, albo dziecięcą zjeżdżalnie, gdyż posadzka była bardzo śliska i ustawiona pod ostrym kątem w dół. – Czy ona wygląda ci na dziewicę?
Chudzielec zaśmiał się. – Masz rację. – I wepchnął ją do środka.
Zsuwała się aż przestała słyszeć ich śmiechy. Po paru chwilach dotarła do końca tunelu. Upadła z łoskotem na kamienną podłogę. Nic nie widziała, zresztą nie interesowało ją to, była zmęczona. Chciała się chociaż wyspać przed egzekucją. Zaczęła szybko przebierać palcami prawej ręki, aż na czubkach jej palców nie pojawił się nikły płomień, którym przepaliła sznury. Ułożyła się pod ścianą i zasnęła.
Obudził ją ciepły podmuch, który otulił ją rozkosznie. Niechętnie otworzyła oczy i oślepił ją blask dziesiątek pochodni na ścianach olbrzymiej jaskini. Z pewnością byłaby większa gdyby nie jej gospodarz. Tuż przed nią, spoczywał olbrzymi, czarny smoczy łeb, a czerwone bystre oczy wpatrywały się w nią. To było dla niej dziwne, ale poczuła się bezpieczna.
- Jak się czujesz Płomienna? – Smok patrzył na nią z troską i ciekawością, a jego głos był jak płynne srebro, donośny i melodyjny.
Dziewczyna wstała masując obolały bark. Smok wężowym ruchem podniósł łeb i wpatrywał się w swoją łapę. Zrozumiał, że to było kiepskie pytanie. Spróbował jeszcze raz.
- Wybacz Płomienna, to było nierozsądne z mojej strony.
- Czemu nazywasz mnie Płomienna? – Przerwała mu dziewczyna.
- Bo tak masz na imię, przynajmniej wśród smoków. – Widząc wzrok dziewczyny, zrozumiał, że ona nic nie rozumie, więc dodał szybko. – Tak nazywamy, wszystkie rudowłose.
- Aha. – Płomienna rozejrzała się po grocie i stwierdziła, że jest ona za mała jak dla smoka, ale niesamowicie piękna. Ściany i sklepienie mieniły się barwami od fioletu, poprzez purpurę aż do wyblakłego różu. Przeniosła wzrok na gospodarza. Jego czarna łuska pod pewnym kątem miała granatowy odcień, jak jej miecz, Morion, jak lazurowe oczy. Znów się skarciła. Aby przestać myśleć o Draku, podeszła do smoka i pogładziła go po szponiastej łapie.
- Jak masz na imię? – Spytała.
- Nie pamiętam, wiem, że to było długie i trudne w wymowie imię. Wszyscy tutaj nazywają mnie Draco. Ty też możesz jeśli zechcesz Płomienna.
- Zgoda Draco. A pamiętasz może co ono znaczyło, lubię imiona smoków w języku śmiertelników.
- To akurat pamiętam. – Smok się rozweselił, jego nowe towarzystwo nie bało się go, nie chciało go zabić i na dodatek było piękne, emanowało niesamowitą mocą. – Mrok w Dzień zetknięcia się Nieba i Ziemi.
Płomienna usłyszała jak echo w studni głos starca:
…Poznasz Mrok w Dzień Zetknięcia Się
Nieba i Ziemi…
- Czy coś się stało Płomienna? – Draco podtrzymał ją szponem, czując, że zaraz zemdleje. – Dobrze się czujesz?
- Draco, jest stąd jakieś wyjście prócz tamtego? – Wskazała zjeżdżalnię.
Smok zamyślił się po czym odsunął łapą stos kości, ludzkich i zwierzęcych odsłaniając mały wylot. Dziewczyna z dreszczem przeszła obok szczątków i zatrzymała się u wylotu.
- Dlaczego stąd nie uciekniesz? – Spytała.
Draco wbił szpony w skałę nie odrywając oczu od dziewczyny i mocno pociągną łapą po ścianie jaskini. Utworzyły się iskry, lecz na skale nie było śladu po smoczych szponach.
- Próbowałem, ale tej skały nikt nie zniszczy, nawet tysiące smoków. Nawet sobie nie wyobrażasz Płomienna jak bardzo bym chciał być wolny, móc latać, zobaczyć gwiazdy. – W smoczym oku pojawiła się łza. – Widziałaś gwiazdy Płomienna?
Nie umiała odpowiedzieć. – Zrobisz coś dla mnie?
- Wszystko Płomienna.
- Zostałabym z tobą, ale czeka mnie stryczek. Muszę odejść, a gdy odzyskam mój miecz uwolnię cię, ale musisz obiecać, że powiesz strażnikom, że mnie zjadłeś. – Zaśmiała się.
Smok również się zaśmiał, a łzy zniknęły. – Nie uwolnisz mnie Płomienna, ale zgadzam się, choć mam dwa warunki.
- Jakie?
- Pierwszy: Ten tunelik prowadzi za mury miasta, do lasu, zapamiętaj go Płomienna i odwiedź mnie kiedyś. – Widząc, że dziewczyna chce mu przerwać kontynuował nieco głośniej. – Nie uwolnisz mnie, ale doceniam to. Wyrzekłem się skarbów, więc cię nie zatrzymam ale mam jeszcze jedną prośbę. – W jego czerwonych oczach iskrzyła się nadzieja. – Gdy wyjdziesz spójrz na niebo i zachwyć się gwiazdami. – Ja to wyczuję i też się zachwycę, po raz pierwszy, dodał w duchu.
- Dobrze. – Zniknęła w tunelu. – Wrócę.
Drak wstał od kart, narzucił na kruczoczarne włosy kaptur i poszedł w stronę miasta. Gdy odszedł dostatecznie daleko jego towarzysze ukradkiem podążyli za nim. Tym razem się nie kłócili. Mężczyzna w białym płaszczu szedł równym krokiem, przeskoczył przez zwalony pień i znalazł się w ślicznym miejscu, gdzie ziemia była równa i cała pokryta mchem. Wokół piętrzyła się ogromne sosny. Podziwiał przez chwilę tę oazę spokoju i gdy chciał ruszyć dalej coś wpadło na niego z impetem przewracając go. Lazurowe oczy ogarnął namacalny mrok. Poczuł na sobie ciepło czyjegoś ciała. Chwycił dłońmi kobiecą talię, odsuwając ją nieco od siebie. Spojrzał w zielone oczy i był wdzięczny rudym włosom, że pieszczą jego twarz. Poczuł narastające w nim podniecenie, gdy nie próbowała się wyrwać. Jej oddech był krótki i urywany, jakby przebiegła dziesiątki kilometrów.
- Pomożesz mi? – Zapytała Płomienna, czując jak po raz kolejny zatraca się w lazurowych oczach.
- Najpierw powiedz jak masz na imię. – Nie poruszał się trzymając ją nad sobą, wiedział, że jeśli ją puści nie powstrzyma żądzy.
Nie umiała oprzeć się jego oczom – Mam na imię Vena.