Szlakiem martwych karawan - Rozdział 1 – Zakładnik
Korin wyciągnął ręce i przycisnął do siebie głowę ciemnowłosej piękności, składając na jej wargach namiętny pocałunek.
Siarczysty cios wyrwał go ze snu. Korin głośno jęknął, przyciskając dłoń do obolałego policzka.
Leżał na twardej pryczy w ciasnym, dusznym pomieszczeniu, a nad nim naprawdę ktoś się pochylał. Tyle, że jego długie włosy nie były czarne, a płowe. No i daleko im było do czystości.
- Wstawaj – warknął strażnik, szarpiąc Korina za ramię. – I nie całuj mnie więcej. Następnym razem powybijam ci zęby, przysięgam.
Korin obrzucił go spojrzeniem, które z założenia miało być wyniosłe.
- Nie masz prawa. Dostaniecie za mnie okup.
- Twój okup właśnie przyjechał. No, rusz się! – strażnik pchnął go w stronę wyjścia. – I nie myśl, że trzymanie cię pod kluczem było dla mnie przyjemnością.
*
Korin był synem bogatego człowieka. Nawet bardzo bogatego. To sprawiło, że w wieku dwudziestu trzech lat młodzieniec wciąż nie posiadał sprecyzowanych planów na przyszłość, które wykraczałyby jakoś poza „zabawę – i – hulanki”. Jednak z woli rodziców miał praktykować w handlu.
- To może i niezbyt podniosłe zajęcie, ale za to zyskowne – stwierdził ojciec Korina.
W ten oto sposób młody mężczyzna został wyprawiony wraz z karawaną handlową z ojczystego Laasharin, zagubionego w lasach północy, do odległego Kedran.
Z początku wszystko szło po jego myśli. Wyprawa dotarła do Kedran bez większych przeszkód (z wyjątkiem paskudnej choroby zakaźnej, załapanej przez dwóch żołnierzy eskorty). Na miejscu Korin wydał większość ojcowskich pieniędzy na kosztowności i dzieła sztuki, po czym wyruszył w drogę powrotną.
Odniesione sukcesy podniosły jego wiarę w siebie. Może nawet trochę za bardzo. Postanowił skrócić sobie trasę i zamiast utartymi szlakami skierował się wzdłuż wschodnich gór, oddzielających Tánor od państw ościennych. Większość podróżników unikała tej drogi, bo, choć sporo krótsza, wiodła przez niezmierzoną puszczę Än’Hrôid, o której krążyły opowieści równie groźne, jak nieprawdopodobne. Korin jednak, upojony odniesionym – we własnym mniemaniu – sukcesem, nie zważał na ryzyko.
- Po co jeździć od miasta do miasta, jeśli można udać się bezpośrednio do Laasharin.
Stary człowiek, którego ojciec Korina przydzielił synowi w asyście, jako doradcę handlowego i nauczyciela, pokręcił tylko głową.
Młody Va – erth potrafił być bardzo uparty.
*
Pierwsze dwa tygodnie zeszły spokojnie i członkowie wyprawy zaczęli powoli dochodzić do wniosku, że historie o potworach z Än’Hrôid były jednak mocno podkoloryzowane. Gęsta puszcza była wprawdzie ponura, ale nie bardziej niebezpieczna niż „Świetlista Włócznia”, gospoda, w której Korin ze swymi ludźmi zatrzymał się w Kedran.
Mylność swoich poglądów początkujący kupiec dostrzegł dopiero pewnego parnego, gorącego dnia, kiedy oddział łuczników z niewielkiego puszczańskiego plemienia wybił co do nogi żołnierzy eskorty, a potem wszystkich innych, którzy podjęli walkę. Przy życiu „strażnicy” – gdyż tak sami siebie nazywali (Korin zachodził w głowę, czego też tak agresywnie strzegą) – pozostawili tylko samego młodzieńca, zapewne ze względu na jego bogaty strój, który sugerował, że można będzie otrzymać wysoki okup.
Co prawda Korin nigdy nie dowiedział się, iż dwóch jego żołnierzy, którym znudziło się nocne wartowanie, „odkryło” dzień wcześniej wioskę strażników, jak i uroki jednej z jej mieszkanek, która nierozsądnie oddaliła się od domu w ciemnościach, aby złożyć hołd naturze (jej bowiem potrzeby nie omijają nikogo). Krewka dziewczyna, gdy tylko znalazła odpowiedniej wielkości kamień, sama rozwaliła głowę pierwszemu z żołnierzy, naciągając jednocześnie wolną ręką suknię. Drugi mężczyzna tak długo wahał się między atakiem a ucieczką, że gdy w końcu postanowił dać nogę, ze zdumieniem odkrył drzewce strzały, sterczące z jego własnej piersi. Ktoś ze znajomych dziewczyny przyszedł jej w samą porę z pomocą. Żołnierz zacharczał upiornie i zwalił się na ziemię, plując krwią, a ocalona panna wróciła do domu.
Brak dwójki żołnierzy powinien był zaniepokoić Korina, ten jednak zdawał się być całkowicie pochłonięty myślami o czekającej go kupieckiej sławie. W ten sposób leciał niczym ćma w płomień świecy.
I nie widział jej, dopóki nie poczuł, jak coś przypala mu skrzydełka.
*
W zasadzie wyrżnięcie dwudziestu kilku osób w odwecie za wybryk dwóch żołnierzy wydawać by się mogło dość okrutną zemstą, jednak strażnikom należy w jednym punkcie oddać sprawiedliwość. Walczyli tylko ze zbrojnymi. Dzięki temu prócz Korina przeżył jeszcze stary handlarz, który na widok hord uzbrojonych ludzi wyskakujących spomiędzy drzew dostał ataku serca i spadł z konia.
Gdy tylko przyszedł do siebie, kazano mu udać się czym prędzej do Laasharin i przedłożyć rodzinie Korina żądanie okupu. Z początku zacny starzec mimo gróźb nie ugiął się, twierdząc, że polecono mu nie odstępować „młodego pana”, w końcu jednak strażnicy wytłumaczyli mu, iż jego szybki wyjazd jest niezwykle wskazany ze względu na zdrowie Korina, o które przecież dbać trzeba.
Małe były szanse, aby samotny starzec dotarł do Laasharin, widocznie więc strażnikom nie zależało zbytnio na okupie. W każdym razie nie aż tak, aby wysłali kogoś ze swoich. Same już kosztowności, które wiozła karawana, miały ogromną wprost wartość. Widocznie puszczańscy ludzie doszli do wniosku, że jeśli posłaniec dojedzie – dobrze, będzie zapłata za jeńca, a jeśli skona gdzieś po drodze – też nie ma czym się martwić.
Korin szczerze pragnął, aby starzec mimo wszystko dojechał. Przez ponad trzy tygodnie rozważał w ciasnej chatce, co też z nim zrobią, jeśli okup nie przybędzie – i doszedł do wniosku, że nic miłego.
*
Wartownik wypchnął Korina na zewnątrz. Va – erth zmrużył oczy, słońce bowiem raziło go po długim pobycie w półmroku chatki. Kawałek dalej dostrzegł młodą kobietę o krótko obciętych, złocistych włosach, trzymającą wodze jabłkowitego konia.
Nie krył zaskoczenia. Niecały miesiąc – to o wiele za mało, aby dotrzeć do Laasharin i z powrotem. Poza tym kobieta nie wyglądała na osobę, która właśnie odbyła długą podróż w pośpiechu. Jej srebrzysta kolczuga lśniła, a szary płaszcz nie był nawet przykurzony; wyglądał, jakby dopiero co odebrano go od krawca.
- W porządku – rzucił wartownik. – Okup był wystarczający, choć potrzebujemy więcej broni.
- Jak to możliwe… - zaczął Korin.
- Potem sobie porozmawiasz. No, Yorall, zabieraj go. Choć przyznam, że ja bym tam tyle za niego nie dał.
Strażnik zaśmiał się ochryple z własnego dowcipu i podał Korinowi uzdę ciemnogniadego wierzchowca. Młodzieniec, mimo cisnących się mu na usta pytań, posłusznie wskoczył na siodło i pojechał za kobietą w szarym płaszczu. Na skraju lasu czekała trójka jej towarzyszy – dwóch mężczyzn, odzianych w podobne kolczugi i płaszcze, i niska, ruda kobieta w czarnej szacie.
Korin miał prawie miesiąc czasu na wyobrażenie sobie tej chwili. I nie tak to miało być. Jego ojciec z pewnością przysłałby kilku żołnierzy, może któregoś z zaufanych doradców, a tymczasem młodzieniec nie znał żadnego ze swych nowych towarzyszy. Dziwnie go także traktowali, jeśli wziąć pod uwagę, że był synem ich pana. Tymczasem ruda kobieta spojrzała na niego z niemal jawną pogardą i szepnęła coś cicho do jednego z mężczyzn, po czym oboje się roześmiali.
- Dlaczego tak wcześnie? – spytał Korin Yorall, jadącą obok niego. – Posłaniec wyruszył stąd niecałe cztery tygodnie temu i prawdę mówiąc sądziłem, że nie przeżyje drogi.
Kobieta przygryzła wargę.
- Spotkaliśmy go w trakcie wędrówki. Padał ze zmęczenia, więc przydzieliłam mu dwóch ludzi i odesłałam do Laasharin.
Korin przyjrzał się jej uważnie. Miała ostre rysy i jasną, delikatną skórę, małe, kształtne usta oraz wąskie brwi. Mogłaby uchodzić za piękność, gdyby nie wyraz dziwnej zaciekłości, który nie znikał z jej twarzy. O dziwo, młodzieniec stwierdził, że jest nawet podobna do niego, choć on sam miał ciemniejszą karnację i rudobrązowe włosy. I nie ogoloną od miesiąca brodę.
Po chwili milczenia zadał kolejne pytanie.
- Skoro minęliście się w drodze, jak to możliwe, że mieliście ze sobą towary… rzeczy, które daliście tamtym ludziom jako okup? Wątpię, żeby chcieli złoto – w samym sercu Än’Hrôid na nic ono nie jest przydatne – zatem podróżowaliście z wielkim bagażem. Dlaczego? I w ogóle – wybuchnął – czemu nie uzgodniliście tego z moim ojcem?!
Przez twarz Yorall przemknął dziwny grymas, zaraz jednak uspokoiła się.
- Wędrowaliśmy z ramienia twojego ojca jako karawana. Jednak kiedy doszła nas wieść o twym nieszczęściu, natychmiast zboczyliśmy ze szlaku…
Nie wierzył już w ani jedno jej słowo.
- Nie jesteście ludźmi mego ojca, prawda?! – wykrzyknął, najeżdżając swym koniem na wierzchowca Yorall.
- Prawda – odparła cicho, wymownie skłaniając głowę.
Korin poczuł, jak silne ręce chwytają go od tyłu, przyciskając do twarzy szmatę, nasączoną cuchnącą cieczą. Przez chwilę szamotał się bezsilnie, po czym zapadł w głęboką czerń snu, pozbawionego barw i światła.