Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Szlakiem martwych karawan - Rozdział 16 - \"Po śladach\"

iris ·

- To już chyba ostatni? – jęknął z nadzieją Korin, podnosząc kolejny z worków Finna. Młodzieniec stęknął, zgiął się wpół i upuścił pakunek. – To lekka przesada, konie tego nie wytrzymają!
Nie zważając na protesty przypatrującego się temu bogedhilla rozwiązał worek i wysypał zeń masę żelastwa.
- Obcęgi? Dłuto?! Finn, a na co ci ten… posążek?
- To Tehak, nasz największy bohater – odparł urażony Finn, podnosząc sporą, mosiężną statuetkę bogedhilla w zbroi, z toporkiem w ręku. – Przynosi szczęście wojownikom…
- Nie zabierzesz tego!
- Owszem, zabiorę!
Zeida kaszlnęła głośno, aby zwrócić na siebie ich uwagę.
- Przestańcie się kłócić. Ostatecznie Finn może sobie ponieść ten posążek, on na pewno nie jest taki ciężki.
Finn zrobił zadowoloną minę, nie przeoczył jednak niepokojącego słowa „ponieść”.
Korin pokręcił głową, odstawił wór na ziemię, odpiął niepostrzeżenie od siodła pustą sakwę i cichcem zniknął z nią w pobliskim korytarzu. Coś mu przyszło do głowy.
Gdy po dłuższej chwili wrócił, wręczył pękatą, skórzaną torbę Finnowi, po czym odciągnął bogedhilla na bok.
- Masz. Weźmiemy Tehaka, ale najpierw idę się doprowadzić do porządku w łaźni. A tu jest coś bardzo, bardzo ważnego – zniżył głos do konspiracyjnego szeptu – co ukryłem przedtem w tamtym tunelu.
- Skąd to masz? – zaciekawił się Finn. – Chyba powinniśmy to w takim razie pokazać Zeidzie…
- A skądże – odparł szybko Va – erth. – To taka… niespodzianka dla niej. Poza tym nikt nie powiedział, że Zeida tu rządzi, prawda, kolego?
- Prawda – zgodził się łatwowierny bogedhill, po czym dodał podejrzliwie: - Ale chyba mnie nie nabierasz?
- Ja? – Korin zrobił minę urażonego niewinnego. – Ja miałbym cię nabierać? No, to idę, a ty nie wypuszczaj tego z rąk. I nie otwieraj, bo nie będzie niespodzianki.
I młodzieniec szybko się oddalił.
Poszedł do łaźni, z której korzystali członkowie bogedhillskich patroli. Znajdowała się z jaskini niedaleko magazynu.
Będąc w domostwie uzdrowień, Korin doprowadził do porządku swe włosy i zarost, teraz więc tylko nalał ciepłej wody do miski, umył się wonnym olejkiem (pokazując im łaźnię, Fina tłumaczyła, co to takiego, ale niezbyt dokładnie słuchał), wytarł do sucha i ubrał, po czym spokojnym krokiem wrócił do pozostałych członków ekspedycji.
Akurat na chwilę przed tym Finn w końcu się zdenerwował. Od dłuższego czasu podejrzewał, że został nabrany, ale wrodzona jego rasie ostrożność kazała wstrzymać się z działaniami. A co, jeśli w sakwie rzeczywiście jest coś ważnego i on, Finn, zawiedzie zaufanie Korina?
Nieznośna torba ciążyła jednak ogromnie. Szczerze powiedziawszy, Finn nie miał pojęcia, co też tak ważnego mogłoby w niej być. W końcu zdecydował się ją otworzyć.
Zajrzał ostrożnie do środka i ujrzał kamienie.
Sakwa była nimi wypchana. To dlatego tyle ważyła.
- Mogłem się domyśleć… - westchnął nabrany bogedhill, bardziej rozbawiony niż zły. Nagle dostrzegł powracającego Korina.
- Ej, ty! – zawołał, odkładając torbę. – Chcesz w nos jedną z tych twoich ważnych rzeczy?
Korin zaczął się śmiać.
- Mówiłem, żebyś nie otwierał, teraz popsułeś niespodziankę!
- Niespodziankę?! Toż to kupa kamieni!
I zaczął gonić Korina dookoła jaskini. Młody Va – erth udawał przerażenie, wbiegał do ciemnego budynku magazynu i wybiegał tylnym wejściem. Cienie człowieka i bogedhilla tańczyły na oświetlonej, jasnej posadzce wielkiej jaskini, a echo ich głosów rozbrzmiewało w całej komnacie.
- Dam ja ci niespodziankę!
- Ajaj! Nie bij! Chciałem tylko, żebyś się dowiedział, jak ja się czuję, nosząc twoje bagaże!
- Całkiem jak dzieci – mruknęła do Zeidy Fina. Właśnie wyniosła z magazynu ostatnią paczkę z żywnością, potykając się o dwójkę bogedhillskich brzdąców, których ściągnęły z sąsiedniej groty śmiechy i krzyki Finna oraz Korina. – Idźcie do rodziców, no, już!
- Fino, a przywieziesz nam skóly potwolów? – zapytał poważnym tonem jeden z małych bogedhilli, patrząc jej w oczy.
Widząc tą nadzieję i żal, że to nie jego spotkają wspaniałe przygody, bogedhillka zmiękła.
-Dzieci, jadę tylko po to, żeby…
- Patrz, ludź! – zawołał nagle drugi z małych bogedhilli, drobnym paluszkiem wskazując na Zeidę, po czym pociągnął kolegę za rękę i obaj uciekli z chichotem.
Fina westchnęła.
- Przepraszam za…
- Ależ nie ma za co – machnęła ręką Zeida. – Są całkiem podobne do ludzkich dzieci…
Finn i Korin w końcu przestali się uganiać i przycupnęli przy koniach, ciężko dysząc.
- No, to pozostaje nam tylko czekać na…
- Tarivara – dokończył za czarodziejkę łowca, wchodząc do jaskini bocznym korytarzem. Wszyscy odwrócili się gwałtownie, całkowicie zaskoczeni. – Patrzę tak na was od dobrej chwili…
Pokręcił głową.
- To ruszajmy – rzucił nagle, spoglądając Zeidzie głęboko w oczy. – Mam nadzieję, że dopadnę tę Yorall za to, co zrobiła moim małym przyjaciołom… i mam nadzieję, że mi tego nie uniemożliwicie.
Zielarka popatrzyła chłodno na łowcę, ten jednak ruszył już przodem.

*
Przy wschodnim wyjściu z miasta (aby do niego dotrzeć, musieli przebyć istny labirynt krętych korytarzy) spotkali się z Kthoree’m. Sędziwemu bogedhillowi ktoś towarzyszył.
- Jeovatha! – wykrzyknął Korin, rozpoznając kobietę – kowala. Ta rzuciła mu wesołe spojrzenie.
- Nie mogłam was nie pożegnać. W końcu pochodzicie z mojego dawnego świata…
Zeida uważnie się jej przyjrzała.
- Więc wybrałaś życie w Khov – Orest? – spytała powoli.
- Tak. Tu znalazłam spokój, którego tak długo poszukiwałam.
Czarodziejka przez chwilę sprawiała wrażenie, jakby chciała jeszcze o coś zapytać, ale ostatecznie nie odezwała się. Głos zabrała za to Jeovatha.
- Miałam mało czasu, żeby przygotować to dla was. Nawet, gdyby Kthoree mnie nie poprosił, i tak bym to zrobiła, bowiem dając Korinowi miecz zachęciłam go do walki, więc muszę mu dać także ochronę, której z pewnością będzie potrzebował.
Podniosła z ziemi wielki, skórzany wór i jedną ręką wyjęła z niego lśniącą kolczugę.
Zbroja wykonana była z wyjątkowo małych kółeczek jasnej barwy. Korin zaniemówił na jej widok, wzruszony i onieśmielony, nie spodziewał się bowiem takiego prezentu. Kolczuga była wykonana tak, aby zakrywać tors i ramiona, a jednocześnie nie ograniczać zbytnio ruchów.
- Takie rzeczy powinno się robić tylko na miarę, ale chyba dość dobrze przyjrzałam się twej budowie – dodała Jeovatha, podając kolczą koszulkę młodzieńcowi. – Dalej, załóż ją. Pracowałam nad nią razem z dwoma dziesiątkami młodych, zdolnych bogedhilli.
Zbroja okazała się zaskakująco lekka.
- Żywe żelazo? – domyślił się Korin.
- Tak – odparł Finn, dotychczas gapiący się z podziwem i bez słowa na kolczugę. – To wspaniały dar…
- Jeśli o ciebie chodzi, czarodziejko – ciągnęła Jeovatha – miałam tylko opis twego wyglądu, więc nie wiem, jak me dzieło będzie na tobie leżało. Mimo to – przymierz. Ponoć magowie nie noszą zbroi, ale Kthoree nalegał, a pomagające mi bogedhille wprost się paliły, żeby wykonać coś jeszcze ze swego ukochanego żywego żelaza.
- Dziękuję wam. To naprawdę hojny podarek – odparła nieco zmieszana Zeida, patrząc na uśmiechającego się Kthoree’go. – Masz rację, czarodzieje najczęściej nie noszą zbroi – nie muszą. Jednak ci nieliczni, którzy wyruszają na poszukiwanie przygód, doceniają wartość takiej ochrony. Co prawda w wielu miejscach na świecie wystarczy założyć długą szatę, żeby uchodzić za maga, zaś najlepszy czarodziej zostanie wzięty za kogoś całkowicie innej profesji, jeśli pokaże się w zbroi…
- Och, nieprawda – wtrącił Korin, chcąc się pochwalić swoją wiedzą. – W Laasharin był pewien mag… wyprawiał niesamowite sztuki z ogniem i często chodził w pełnej zbroi…
- Oczywiście, zwłaszcza po domu – mruknęła Zeida, zbijając tym z tropu młodzieńca. Jeovatha, Finn i Fina zaśmiali się nawet, ale ich wesołość przerwało nagłe stwierdzenie Tarivara:
- Myślałem, że się spieszymy.
- Ależ oczywiście – odparła czarodziejka. – Chyba jednak mogę pożegnać się z przyjaciółmi?
Łowca jednak przypomniał im swą uwagą, co jest teraz najważniejsze i w chwilę później wyprawa opuściła Khov – Orest, po serdecznym pożegnaniu dwójki starych przyjaciół: Zeidy i Kthoree’go, którzy żałowali, że los, tak niespodziewanie po raz wtóry zetknąwszy ich ze sobą, nie pozwolił zielarce pozostać w podziemnym mieście dłużej i w przyjemniejszych okolicznościach.
Szli szerokim chodnikiem, oświetlonym zamocowanymi w uchwytach pochodniami. Z przodu maszerowały dziarsko oba bogedhille, za nimi jechała na Torvaillu Zeida, przed prowadzącym pozostałe konie Korinem. Va – erth na początku się buntował, nie chcąc ciągnąć trzech opornych zwierząt, powiązanych jedno za drugim, ale w końcu przyjął tę odpowiedzialną rolę. Tarivar szedł w straży tylnej, jak sam to określił. Czuli, że jest gdzieś za ich plecami, ale nie widzieli go ani nie słyszeli.
- Dobrze, że mamy go po swojej stronie – stwierdził zaniepokojony tym trochę Korin.
Przyglądał się właśnie swej nowej, wspaniałej zbroi. Podszyta miękką, grubą skórą, była wygodniejsza, niż mógł przypuszczać. Ledwie pamiętał, żeby podziękować za nią Jeovathcie. Doszedł do wniosku, że jednak istnieje wielu ludzi – i bogedhilli – których cieszy bezinteresowne dzielenie się.
Zeida również założyła swoją kolczą koszulkę. Ona lepiej niż Korin potrafiła docenić jej wartość; wiedziała, że w Srebrnym Forcie mogłaby za nią dostać zawrotną sumę dwóch tysięcy sztuk złota. Nie miała jednak zamiaru sprzedawać kolczugi. Patrząc na nią, zamyśliła się głęboko nad osobą Jeovathy Thirr.
Przez dość długi czas podróżowali w milczeniu. Idące na przedzie bogedhille były przejęte wielką – zwłaszcza według nich – wagą misji, w jakiej przyszło im brać udział, i z poświęceniem nadawały marszowi znaczne tempo, przebierając swymi krótkimi nogami najszybciej, jak potrafiły. Na szczęście nie po raz pierwszy przyszło im wędrować tunelami; były do tego przyzwyczajone i poruszały się ze zwinnością i pewnością, jakiej Korin mógł im tylko pozazdrościć.
Podróżowali szerokim korytarzem i droga była całkiem przyjemna, nie licząc przejmującego chłodu, jaki panował w tunelu. Nawet podejrzliwy Tarivar i ostrożne bogedhille stwierdzili w końcu, że w okolicy nie czai się żadne niebezpieczeństwo, tak więc członkowie wyprawy zaczęli dość głośno ze sobą dyskutować, a nawet śmiać się, choć nikomu specjalnie do śmiechu nie było.
- Miałem zostać kupcem – opowiadał Korin Finnowi i Finie. – I podejrzewam, że gdyby nie pewne niesamowite wydarzenia, handlowałbym teraz płótnem i drogimi winami w Laasharin albo innym mieście Tánoru… Z początku byłem wściekły, że właśnie na mnie to wszystko spadło, ale teraz chyba zacząłem działać tak, jak powinien ktoś w mojej sytuacji i jestem całkiem zadowolony… W końcu to też podróż, tyle że nie kupiecka. Chyba odnalazłem równowagę…
- Oczywiście, jesteś wprost stworzony do takich rzeczy – usłyszeli z tyłu komentarz, wskazujący na obecność przyczajonego w cieniu Tarivara. – Mistrz oręża z Laasharin, znakomicie. Ale wiesz, rozumiem cię trochę. Dla mnie też miejsce, gdzie długo mieszkałem, nie było domem.
Korin był zdziwiony tym, że łowca, skradający się dotychczas za nimi, zdecydował się na tak długą wypowiedź.
- A czy tu jest twój dom? – rzucił w końcu Va – erth przez ramię.
Odpowiedź nie nadeszła.

*
Korin wiedział, że wszystkie więzi, łączące go z ojczystym miastem, zostały zerwane. Przytłaczało go tylko jedno brzemię: z jego winy zginęli ludzie, podróżujący wtedy w kupieckiej karawanie. Wiedział, że gdyby posłuchał dobrych rad, nic by się nie stało.
Miał głęboką nadzieję, że ich dusze odnalazły spokój. Postanowił – po długich przemyśleniach – iż nawet, jeśli przyszłoby mu oddać swe życie w tunelach pod Righess za innych, zrobi to. Musiał jakoś odpokutować swą tragiczną w skutkach nieodpowiedzialność.
Nagle zrobiło mu się jakoś lżej.

*
Bobblebalibht podniósł smukłą, pokrytą zielonkawą skórą rękę i z niepokojem dotknął końcami palców grzebienia kostnych wyrostków na swej głowie. Ozdobione były najróżniejszymi oznakami władzy szamana: kośćmi zwierząt, paroma piórami podziemnego gryfa i barwnymi łuskami.
Bobblebalibhtowi wcale nie podobał się fakt, że może całkowicie utracić posłuch wśród pobratymców. Od pewnego czasu gdy kon’khaali oczekiwali rozkazu – choćby dotyczącego skręcenia w ten czy inny korytarz – zwracali spojrzenia na Yorall, a nie na szamana, choć to niewątpliwie ten ostatni dysponował potrzebną wiedzą.
Czarownik nie był tak groteskową z wyglądu istotą, jak inni kon’khaali. Jego zielone kończyny były szczupłe, na biodrach i ramionach nosił futrzane okrycia, zaś jego twarz bardziej przypominała ludzką, niż żabowate pyski pozostałych stworów. Był też całkiem młody i mógł jeszcze wiele osiągnąć. „Dokształcał” się na swój sposób, przeglądając kilka ksiąg, które niegdyś skradł ekspedycji górniczej bogedhilli. Kon’khaali zawsze niszczyli pisma, ale jemu udało się parę ocalić. Przez pewien czas był nawet uważany za wariata, ponieważ twierdził, że dziwne małe znaczki na kartach mają jakieś znaczenie. Potem porzucił ten pomysł, bowiem zafascynowała go magia.
Wbrew pozorom, kon’khaali byli starą rasą i niegdyś posiadali wspaniałą – na swój sposób – kulturę. Niestety, zawsze hołdowali swej dzikiej, okrutnej naturze i atakowali spokojnych sąsiadów – bogedhille. Wiele setek lat temu w straszliwej bitwie, największej w dziejach podziemnego świata, te ostatnie zniszczyły miasto kon’khaali – niezwykły krok jak na tak łagodne, miłujące pokój istoty. Wtedy przepadła większość wiedzy ziemnowodnej rasy. Kon’khaali musieli opuścić zasilane przez ciepłe źródła sadzawki swej pradawnej osady i zacząć wieść koczownicze życie, nastawione wyłącznie na przetrwanie. Nic dziwnego, że w ciągu kilku pokoleń niemalże wrócili do barbarzyństwa. Nie znali nawet własnej historii i nie pamiętali o wojnie z bogedhillami, w której te ostatnie były, rzecz jasna, obrońcami, najechanymi przez agresywną rasę. Jedynymi umiejętnościami, jakie pozostały w pamięci kon’khaali były te, które pozwalały przetrwać, dawały siłę. Pośród nich było kilka prostych sztuczek magicznych. Dawniej bowiem ziemnowodna rasa wykorzystywała magię niemal na każdym kroku – prostą, czerpiącą z sił ziemi, która otaczała kon’khaali.
Bobblebalibht czasami marzył, że potrafi jednym gestem sprowadzić ogień lub błyskawicę, aby zmusić swych pobratymców do posłuszeństwa. Jednak były to tylko marzenia. Szaman musiał trzymać się racjonalnych środków, by przeżyć wśród innych kon’khaali.

*
Gdy Tarivar poinformował ich o odnalezieniu tropu sporej grupy kon’khaali, zmierzających najwyraźniej w tą samą stronę, co drużyna, Korin niemal się roześmiał. Pachniało mu to przygodą, a przygody, które przeżywał Tarivar jako najemnik z Mydhal były naprawdę niesamowite. Młody Va – erth miał nadzieję, że uda mu się doświadczyć czegoś niezwykłego w towarzystwie łowcy.
- Nie ciesz się tak – zareagowała Zeida na jego wyraźne ożywienie. – To nie będzie zabawa. Prawdę mówiąc, jeśli Yorall wie, że ktoś ją śledzi, może być naprawdę niebezpiecznie.
- Mało prawdopodobne, żeby o nas wiedziała – odrzekł Tarivar. – Po prostu zdąża w stronę Srebrnego Fortu. Nie wiem tylko, jak udało się jej nakłonić kon’khaali do pójścia z nią.
- Czy odkryłeś też ślady człowieka? – zaciekawiła się Fina.
- Nie, ale nie przyglądałem się szczególnie dokładnie tropom. Były nad brzegiem podziemnej sadzawki, w wilgotnej pieczarze kawałek stąd. Kon’khaali lubią takie miejsca; możliwe, że urządzili tam postój. Z pewnością natomiast widziałem pazury hyrveda.
Korin przyjął te słowa z zadowoleniem, gdyż brzmiały one jak zdanie z jednej z jego ukochanych książek. Po chwili jednak zaczął myśleć logicznie i doszedł do wniosku, że mogą się właśnie pchać w śmiertelne niebezpieczeństwo.
- Co ci tak zrzedła mina? – Finn najwyraźniej zauważył zmianę w jego zachowaniu i wyrazie twarzy. – Przecież jakoś sobie poradzimy, prawda? Mam w tym doświadczenie, to mi nie pierwszyzna, taka wyprawa w nieznane…
- Jeśli ty nazywasz to „nieznanym”, pomyśl, jak obce musi być mnie.
- Faktycznie – zorientował się bogedhill. – Ty jesteś przecież nawykły do powierzchni… jak tam jest? Widziałem tylko na obrazkach.
Mniej więcej pół godziny upłynęło im szybko na wymienianiu historii z powierzchni i podziemia. Korin opisywał – najlepiej, jak potrafił – wielkie przestrzenie, wspaniałe lasy i wysokie góry, ale bogedhille (Fina też zaczęła się przysłuchiwać) jakoś nie mogły sobie tego wyobrazić. Zwłaszcza w morze trudno im było uwierzyć.
- To całkowicie nieprawdopodobne – oceniał Finn – Słyszałem już o tym, ale przecież to niemożliwe, żeby tak wiele wody zgromadziło się w jednym miejscu. Naprawdę jest bezkresne?
- Cóż, ma koniec, ale… nigdy go nie widać. To znaczy, nie widać dwóch brzegów naraz.
Bogedhille niepewnie pokiwały głowami. Korin stwierdził, że będą musiały trochę nad tym pomyśleć.
- W ogóle powierzchnia to przede wszystkim przestrzeń. Mamy jej tyle, że często nie bardzo wiemy, co z nią zrobić. Powinniście zobaczyć te bezkresne pustkowia, mgliste, górskie lasy…
- Przestrzeń – zacmokała Fina, jak zawsze praktyczna. – Przestrzeń to dobra rzecz. Tu, niestety, nie mamy jej zbyt wiele. Trzeba naprawdę dobrze kombinować, żeby rozmieścić budynki w taki sposób, aby jeden nie właził na drugi. Większość jaskiń jest naprawdę malutka.
- Khov – Orest powstało w myśl jednego wielkiego planu? – zaciekawił się młodzieniec.
- Nie, budowano je przez wiele, wiele lat – odparł Finn. – Ale my potrafimy… działać w taki sposób, aby skutki naszych działań nie przeszkadzały podjęciu innych działań w przyszłości… z czego się śmiejesz?
- To, co powiedziałeś, było śmieszne.
- Wcale nie.
- Wcale tak.
- Wcale…
Przerwało im wściekłe syknięcie.
- Możecie się na chwilę zamknąć? Jeśli ciągle będziecie tak hałasować, nie usłyszymy nawet całego stada hyrvedów, za to one z pewnością usłyszą nas.
- Wybacz, Tarivarze – zreflektował się Korin.
Od tej chwili rozmawiali przyciszonym głosem. Świadomość powagi sytuacji, potencjalnie niebezpiecznej – nie wiedzieli, co czeka ich w tunelach daleko od Khov – Orest – też nie sprzyjała wesołym pogaduszkom.

*
- My już blisko wyjścia – poinformował niechętnie Yorall Bobblebalibht. – Wkrótce być tuż obok wstrętnej… góry – szaman nie znał słowa „powierzchnia”. – Tam powietrze palić i zabijać.
Kobieta zastanowiła się przez chwilę. Jeśli teraz oświadczy, że opuszcza podziemia, kok’khaali z pewnością nie będą zadowoleni. Zapewniła sobie ich wcale użyteczne towarzystwo obietnicą zabicia Tarivara. Nie wiedziała, czy łowca za nimi podąża, ale jeśli tak…
- Zostaniemy tu przez jakiś czas – rzekła. Szaman nie wyglądał na zachwyconego.
- Ty obiecać nam zabić wróg – przypomniał ostrożnie. Bał się nieco Yorall, co ta zauważyła z zadowoleniem.
- Tak, dlatego tu zostaniemy. On nas tropi i wpadnie w zasadzkę. Poinformuj o tym resztę.
Bobblebalibht skinął głową, z wyraźnie lepszym humorem.
- My go nareszcie pokonać – rzekł i poczłapał w kierunku podwodnego jeziorka, w którym moczyli się pozostali kon’khaali.
Yorall postanowiła, że nie będą czekać zbyt długo. Gdyby Tarivar nie pojawił się, ona szybko czmychnie na powierzchnię, gdzie kon’khaali na pewno nie będą jej ścigać. Bobblebalibht pokazał jej, w którą stronę należy się udać, aby dotrzeć blisko przejścia. Kobieta nie wiedziała co prawda, czy jest ono otwarte, czy zasypane, ale z tym sobie jakoś poradzi.
Podobnie jak z kon’khaali. Miała jeszcze w zanadrzu kilka sprytnych sztuczek.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...