Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Szlakiem martwych karawan - Rozdział 17 - \"Magią, orężem, podstępem\"

iris ·

Marsz, od długiego już zresztą czasu, był wyczerpujący i Korin w zasadzie nie miał nawet siły rozmawiać z Zeidą czy bogedhillami. Na dodatek regularnie odbywał treningi z Tarivarem, gdy inni odpoczywali. „Przynajmniej na razie obyło się bez żadnych niemiłych niespodzianek”, pomyślał, wspinając się pochyłym chodnikiem za prowadzącym ich Finnem. Nie niepokojeni przez potwory, przeszli podziemiem wiele kilometrów, które zbliżyły ich do granicy Anarii, choć nie mieli możliwości, żeby dostrzec, jak pustynia nad nimi stopniowo się zmienia. Na powierzchni skończył się upalny lipiec i zaczął jeszcze gorętszy sierpień, a oni gnali przed siebie bez wytchnienia. Konie tylko spowalniały marszrutę, niezdarnie poruszając się w podziemnych tunelach, ale niosły za to cały ciężki bagaż, zaś osłabiona czarodziejka mogła podróżować w nieco mniej męczący sposób. Mimo wszystko młody Va – erth był bardzo niezadowolony, gdy odpoczynek w suchej, obszernej pieczarze został przerwany przez nagłe pojawienie się Tarivara.
Znalazłem ich – oznajmił łowca. O dziwo, nikt nie ucieszył się z tego, choć od – na oko – pięciu czy sześciu dni ciągle szukali kon’khaali. Właściwie to łowca szukał, bo też unieszkodliwienie groźnej grupy było zadaniem, które zmusiło go do towarzyszenia Korinowi i Zeidzie.
To wspaniale – mruknęła zielarka. Siedziała przy ścianie groty, odpoczywając. Od wyruszenia z Khov – Orest nie odezwała się nie pytana więcej, jak tuzin razy i widać było, że coś ją gryzie.
Nie wiem, jak wy, ale ja mam zamiar dokładniej się temu przyjrzeć – stwierdziła dziarsko Fina, sięgając po niewielki młot, który miała przypięty do paska.
Nie tak szybko – zatrzymał ją łowca. – To nie będzie zabawa. Zastawili na nas zasadzkę.
Zasadzkę? – zdumiał się Korin. – I jak ty to odkryłeś?
Tak, zasadzkę, na dodatek sprytniejszą, niż mógłbym się tego spodziewać po kon’khaali. Co dowodzi, że rozkazuje im ktoś inny, pewnie Yorall. A odkryłem to tak, że byłem wystarczająco mądry, aby w nią nie wpaść – dokończył dobitnie, patrząc na Korina, który zmrużył oczy w silnym blasku bogedhillskiej pochodni. - Kilometr stąd jest niewielka jaskinia, przez którą trzeba przejść, aby dostać się do wyjścia na powierzchnię u granicy Anarii.
To wyjście, którym podróżował Kthoree, gdy udawał się do Szkoły Magii, aby objąć posadę bibliotekarza – rzekła Zeida, zwracając na siebie uwagę wszystkich. – Z tego, co wiem, jedyne połączenie pomiędzy tymi tunelami a powierzchnią… jedyne stałe połączenie – podkreśliła.
Tarivar świetnie o tym wiedział. Choć nie przyznałby się nikomu, kilkakrotnie był przy owym wyjściu, patrząc na wschód, w stronę Anarii, ojczyzny magów. Parę razy wyszedł nawet na powierzchnię, tylko po to, by przejść kilka metrów i zawrócić. Wiedział też, że istnieją inne wyjścia, niektóre jednakże częściowo zawalone. Znajdowały się one jednak głównie na środku pustyni, w miejscu, gdzie nie mogły się na wiele przydać.
Grota ta ma może dziesięć metrów szerokości, jest za to dość długa. Wejście częściowo zawala gruzowisko, musiała tam kiedyś runąć jedna ściana. W każdym razie prawa część groty – prawa ze strony, od której się podkradłem – jest zasypana. Wielki kopiec gruzu sięga niemal do stropu, jest tam jednak trochę wolnego miejsca u góry, między rumowiskiem a ścianą. Po lewej stronie jaskini, w ciemnościach, siedzi grupa kon’khaali, prawdopodobnie około pięciu. Kłócą się tak, że martwy by ich usłyszał – pogardliwie prychnął łowca, na co bogedhille zareagowały śmiechem. – Są uzbrojone w łuki. Jeśli byśmy tam wleźli, na co liczą, zastrzelą nas, to pewne. Są bezpieczni za ścianą, bo wnęka po lewej stronie jaskini jest całkiem spora. Nie da się ich zabić, nie wchodząc tam… chyba, że przy pomocy magii.
Przez chwilę milczeli. Łowca wpatrywał się w Zeidę, ta udawała, że tego nie dostrzega.
Nie ma innej drogi na powierzchnię? – spytała w końcu.
Tarivar przecząco pokręcił głową.
Nie wiem, gdzie siedzi reszta kon’khaali, ale podejrzewam, że czekają na nas gdzieś za tą wąską jaskinią, na wypadek, gdyby łucznicy nie wystarczyli. To dowodzi niezłej taktyki – w tamtej norze większa ilość wojowników tylko by sobie przeszkadzała.
Yorall na pewno dobrze zabezpieczyła swój odwrót – westchnęła czarodziejka, wstając. – Nie sądzę, żeby pałała miłością do kon’khaali i na pewno nie będzie chciała tam z nimi zginąć.
Kim ona jest, że udało się jej tak podporządkować te paskudztwa? – spytał Finn, poprawiając mały kilof, który miał przypięty do pleców. Przeczesał ręką swe płowe włosy i podrapał się po płaskim nosie, co wyglądało dość zabawnie. – Przecież one nikogo nie chcą słuchać!
Nowi towarzysze podróży poznali już w większości historię Yorall, gdyż Zeida uznała, że zaznajomiony z nią Korin pewnie i tak nie utrzyma języka za zębami, zaś bogedhille są godne zaufania. Wiedziała też, że mrukliwy łowca nie zrobi żadnego złego użytku z opowieści, która zresztą zdawała się go niewiele obchodzić.
Jest szalona, a to pozwala robić niezwykłe rzeczy – orzekła poważnie Fina. – Dobrze, w takim razie idziemy czy nie? Długo jeszcze mają tam na nas czekać?
Tym nagłym entuzjazmem udało się jej rozładować dość napiętą atmosferę. Wszyscy się zaśmiali.

*
Yorall nie lubiła rozstawać się ze swoimi cennymi magicznymi przedmiotami, ale postanowiła dać kon’khaali strzegącym przejścia kilka małych, eksplodujących kulek. Były jednymi z najdroższych rzeczy w jej sakwie i pożegnała się z nimi głównie po to, aby utrzeć nosa Bobblebalibhtowi. Wojownicy zapomnieli o jakichkolwiek obiekcjach dotyczących walki z owym, jakże groźnym, Tarivarem, gdy przywódczyni przekazała im potężną moc magii (Yorall zadbała o odpowiednią demonstrację). Wiedziała, że jeśli uda się jej zabić Tarivara, kon’khaali będą ją uwielbiać i czcić. I nie będzie miała żadnych problemów z ich strony, gdyż nie poczują się oszukani.
Wciąż pamiętała dzień, gdy u pewnej kobiety, pierwszego oficera statku handlowego żeglującego przez Morze Słonego Sztormu, nabyła za całe dwieście sztuk złota (zdobytych dzięki zaangażowaniu w wyjątkowo skomplikowaną kradzież) te właśnie niepozorne kulki, wyglądające niczym zasuszone owcze bobki (i, prawdę mówiąc, pachnące podobnie). Yorall jednak wiedziała, co kupuje. Sprzedawczyni nie wyglądała na najuczciwszą, a takich przedsiębiorcza córka Vitshialai, żyjąca po śmierci matki na własną rękę, lubiła najbardziej. Oczywiście pilnowała, żeby nie dać się oszukać.
- Czekać tu już trochę za długo – Bobblebalibht właśnie po raz kolejny spróbował podważyć jej autorytet.
Podniosła rękę i zamachała nią, wypowiadając całkowicie bezsensowne słowa. Ważne, że brzmiały odpowiednio dziwnie.
Szaman pisnął nieswoim głosem i umknął w kąt jaskini, zasłaniając głowę rękami.

*
Widzę, że aż palicie się do walki – zażartował Korin. Zostawili konie w jaskini – Zeida zapewniała, że Torvaill ich „przypilnuje”, na dodatek podała im uspokajające zioła – i za Tarivarem podążali wąskim korytarzem, stąpając w całkowitych ciemnościach i rozmawiając przyciszonymi głosami.
Nie sprawia nam przyjemności zabijanie kon’khaali, bowiem choć podli, również są żywymi istotami – odparł szeptem Finn. – Jednak cieszymy się, mogąc pomóc naszym przyjaciołom… ludziom, którzy okazali się być dobrzy. No i ktoś musi podtrzymywać wszystkich na duchu.
Korin cichutko się zaśmiał, wiedząc już, na czym, według Finna i Finy, polegało owo „podtrzymywanie na duchu”. Młode bogedhille były mniej ostrożne, a za to bardziej porywcze, niż większość przedstawicieli ich rasy, ale Korin wiedział, że – choć były członkami patroli – unikały walki, jeśli się tylko dało. Widać było, że bardzo starają się wnieść odrobinę wesołości.
Tarivar odwrócił się do nich i syknięciem nakazał milczenie.
Jeszcze jakieś dwieście metrów. Wątpię, żeby nasłuchiwali – pewnie znowu się biją o to, który jest silniejszy – ale zmysły mają czułe i mogą nas wykryć. Oto plan. Pójdę na samym przedzie i postaram się wbiec do jaskini, aby odwrócić uwagę łuczników…
Toż to samobójstwo – mruknęła nieprzekonana Zeida.
Dam sobie radę. Pamiętaj, że będą strzelać w kompletnych ciemnościach, a ja hałasuję tylko wtedy, gdy tego chcę. Gdy odwrócą się w moją stronę, rzuć jakieś zaklęcie, znasz chyba coś odpowiedniego?
Postaram się – kiwnęła głową. – A jeśli trafię ciebie?
Celuj w lewo, postaram się wbiec na usypisko. Potem ruszymy do walki wręcz. W każdym razie, jeśli jest ich tam więcej, mogą być problemy. Mam nadzieję, że główne siły są skupione z dala od posterunku.
Spoważniał i dodał:
To będzie niebezpieczne. Podkreślam „będzie”, nie żadne tam „może być”. Na pewno chcecie iść?
Nie mamy innego wyjścia.
Możecie zawrócić.
Nie możemy – stanowczo odparła Zeida, postanawiając śmiało stwierdzić że nie ma już wyboru. – Jestem chyba jedyną osobą, która może przekonać członków Szkoły Magii, aby nie przyjmowali Yorall i niemal jedyną, która wie, że Yorall to córka…
Korin uciszył zielarkę, przykładając jej palec do ust. Sam zdziwił się, że to robi, ale stojący obok łowca usłyszał czy wyczuł ten ruch i aprobująco położył dłoń na ramieniu młodzieńca.
Za długo tu gadamy. Chodźcie, jeśli wszyscy tego chcecie.
Ja pójdę z Zeidą – śmiało stwierdził Korin. – Jestem jej to winien.
My też pomożemy – dodała za oba bogedhille Fina. – Nie stchórzymy, nie teraz.
W dusznym, ciemnym korytarzu ich przyciszone głosy dodawały otuchy.
Zeida tylko pokiwała głową. Opanowana kobieta szybko przełamała swój nagły wybuch elokwencji, który ją także zaskoczył. Cieszyła się, że pozostali rozumieją powagę jej misji i dobrowolnie ją wspierają.
Dziękuję wam, przyjaciele – wyszeptała bezgłośnie.
Ruszyli na spotkanie wroga.

*
Łowca szedł szybko, ale jak najciszej. Niestety, pozostali nie byli tak dobrzy w skradaniu się – przynajmniej wiedział, że wciąż są za nim. W końcu zatrzymał się tuż przed wejściem do niewielkiej groty. O dziwo, wewnątrz najwyraźniej paliła się teraz pochodnia – nie widział płomienia, ale blask pełgał po posadzce groty i usypisku skalnych odłamków po prawej stronie, stromo spiętrzonym i sięgającym aż do wyjścia jaskini.
- Przynęta – mruknął do siebie Tarivar. – Chcą, żebyśmy o nich wiedzieli?
Odwrócił się. Za nim stała Zeida, z zaciętą miną, mrużąca oczy. Krąg blasku nie obejmował ich, ale było dość jasno, aby Tarivar mógł dostrzec zdeterminowanie zielarki. Z tyłu czekały bogedhille i Korin, który z kolei był wyraźnie zdenerwowany.
Bulgotliwe głosy kon’khaali dało się słyszeć co jakiś czas, ale najwyraźniej tym razem wartownicy się nie sprzeczali.
Wojownik oparł prawą dłoń na rękojeści miecza i szybko ruszył do przodu, zamierzając przebiec jaskinię i ściągnąć na siebie uwagę łuczników. Nie sądził, żeby byli w stanie go trafić.
Długim susem znalazł się w grocie. Zdążył dostrzec stojącego przy lewej ścianie kon’khaala, który ściskał coś w ręce… patrząc na minę stworzenia łowca zrozumiał, że ma problemy.
Refleks, wyćwiczony wieloma walkami w tunelach, ocalił wojownika. Tarivar rzucił się gwałtownie do tyłu, w bezpieczną ciemność korytarza w tym samym momencie, gdy w miejscu, gdzie przed chwilą miał zamiar się znaleźć, eksplodowała z głuchym pomrukiem ognista kula, rozrzucając drobne kamyki na wszystkie strony.
Skąd oni to mają? – jęknął Korin, błyskawicznie znajdując się obok łowcy. Ten podniósł się i otarł krew z policzka.
Wspaniałe lądowanie – rzekł z zaciśniętymi zębami. – Rzeczywiście, ciekawe, skąd?
Pewnie od Yorall. Jest tego więcej? – odezwała się Zeida.
Trudno powiedzieć. Rzucił we mnie jeden, a stało tam przynajmniej czterech… w każdym razie tak mi się wydaje.
Łowca sprawiał wrażenie zszokowanego. Po raz pierwszy od długiego czasu nie powiódł mu się starannie zaplanowany manewr, na dodatek o mało nie zginął z ręki kon’khaala, podłego, słabego stworzenia!
Nie damy rady przejść – rzekła bezradnym tonem Fina, obserwując dogasające magiczne płomienie. – Widzieliście, z jaką siłą to wybuchło?
Oni tam na nas czekają – wtrącił łowca. – Nie przyszli tutaj. Boją się. Czekają, aż wejdziemy, żeby zrobić to jeszcze raz.
Nie mamy szans – powtórzyła ponuro bogedhillka i Korin, choć z żalem, stwierdził, że ma rację. Poprzednie podekscytowanie bliskością wroga, przygodą, zastąpiło zniechęcenie.
W końcu wszystkim przydarzają się szczęśliwie zakończone przygody, tylko mnie nie – wymamrotał do siebie.
Mylisz się – odrzekła Zeida. – Większość przygód kończy się źle, tylko o ich bohaterach po prostu się nie mówi.
Przybity tym stwierdzeniem, pochylił głowę. Miał świadomość, że przeciwnik jest tuż obok, w jaskini, że wystarczy tam tylko wejść, aby… zginąć w kuli ognia. Właśnie.
Naraz Finn podszedł do usypiska po prawej stronie wyjścia, wyszukał oparcia stopami i ostrożnie zaczął się wspinać.
Co ty robisz? – syknął Tarivar. – Zobaczą cię, gdy tylko tam wejdziesz!
Nie zobaczą. Jeśli będę się trzymał po tej stronie grzbietu usypiska, koło ściany, dostanę się do jaskini nie zauważony.
Dobrze, i co z tego będziesz miał? – zapytała Zeida, ale szybko wspinający się bogedhill już jej nie usłyszał. Zniknął im z oczu, był w jaskini, odgrodzony od kon’khaali wielką górą gruzu.
Co on chce zrobić?
Finn zaskakująco zwinnie poruszał się po luźno usypanych odłamkach skalnych. Po chwili dostrzegli jego płową czuprynę na szczycie rumowiska. Wąskie przejście przesłaniało im resztę jaskini, nie widzieli więc reakcji kon’khaali na nagłe pojawienie się bogedhilla.
Dlaczego ja go nie zatrzymałem? – jęknął Tarivar.

*
Finn spojrzał w dół. Stał nieco poniżej grzbietu zwaliska, w dole mając wąską, oświetloną pochodnią jaskinię. Gdzieś po lewej, w wąskim, czarnym przejściu byli jego przyjaciele.
Kon’khaali usłyszeli bogedhilla już wcześniej, ale z początku sądzili, że po prostu kilka kamieni zsunęło się w dół. Nie przyszło im do głowy, aby ktoś mógł tam się wspinać. Przedtem widzieli tylko Tarivara; potem, słysząc rozmowę, zorientowali się, że nie jest sam. Mieli jednak rozkaz nie wychodzić z jaskini. Po prostu bronić przejścia. I niespecjalnie chcieli spotkać się z rozwścieczonym łowcą w wąskim korytarzu.
Teraz dostrzegli Finna; rozszerzonymi ze zdziwienia oczyma wpatrywali się przez długą chwilę w bogedhilla, niezdolni do jakiejkolwiek reakcji.
Hej, żabie pomioty! Co was tak zatkało?! – wrzasnął na całe gardło Finn. Wiedział, że nie zrozumieją, ale ton jego słów wyrażał dość jasno, co chce przekazać.
Zobaczył, jak jeden z kon’khaali z rozwścieczoną miną podnosi rękę i rzuca małą kulką.
Wybuchowy pocisk uderzył w usypisko może półtora metra poniżej bogedhilla. Finn zobaczył oślepiający wybuch, po czym skoczył do tyłu, szukając ratunku przy solidnej ścianie. Szczyt usypiska, znajdujący się przed nim, zatrząsł się i masa kamieni ruszyła w dół, prosto na zaskoczonych kon’khaali.
W korytarzu za grotą przyjaciele bogedhilla obserwowali eksplozję i osunięcie się kupy gruzu z podziwem, ale i lękiem, który nie pozwolił im się ruszyć.
Rozległy się oszalałe wrzaski kon’khaali, gdy kilka ton odłamków skalnych zsuwało się na nich, miażdżąc wszystko na swej drodze.
Finn… - z ust Korina wyrwał się przeciągły jęk.
Po chwili huk ucichł. Chmura kurzu powoli opadła; w sali było ciemno, gdyż pochodnia także została przysypana.
Zeida wyciągnęła przed siebie dłoń, koncentrując się na dawno nie używanym zaklęciu.
- Światło kryształu – powiedziała głośno. Z koniuszków jej palców uleciał mglisty obłok i popłynął w stronę jaskini, gdzie rozprzestrzenił się i zalśnił silnym blaskiem.
Czarodziejka poczuła nagłe osłabienie. Nie sądziła, że proste zaklęcie tak ją zmęczy. Przysunęła się za pozostałymi bliżej przejścia i zajrzała do groty.
Osuwisko zatrzymało się dopiero na przeciwległej ścianie. Właściwie cała góra gruzu, wstrząśnięta wybuchem, zjechała na lewo, unicestwiając kon’khaali.
Nagle na szczycie kamiennego zwaliska dostrzegli małą postać, z trudnością próbującą stanąć na nogi.
- Finn! – wrzasnęła bogedhillka. Aż do tej chwili szok odbierał jej mowę, teraz jednak okrzyk zabrzmiał czysto i donośnie. – Jak mogłeś tak…
Tarivar zwinnie podbiegł do bogedhilla i pomógł mu wstać. Finn przyjął to ze skrępowaniem, ale i wdzięcznością.
Wiedziałem, że to wszystko runie w tamtym kierunku i odsunie się ode mnie – wyjaśnił słabym głosem. Choć nie stało się mu nic poważnego, był mocno odrapany i posiniaczony.
To było genialne! – pochwalił go Korin. – W życiu bym na to nie wpadł! Byłeś… niezwykle odważny. To…
Zrobiłem to, co zrobił Liamendil – spokojnie odrzekł Finn, powoli podnosząc głowę. – Fina opowiedziała mi tę historię o smoku i postanowiłem wykorzystać podstęp…
Młody Va – erth w tej chwili naprawdę podziwiał bogedhilla. I był zaskoczony. Choć uwielbiał historię Liamendila i Płomiennołuskiego, nie wpadłby na to, aby tak ją wykorzystać.
- To było jak impuls… - dodał Finn. – Pewnie gdybym miał czas na zastanowienie, nie zrobiłbym tego, ale czasu nie było…
Naraz w tunelu po przeciwległej stronie jaskini rozległ się głośny tupot stóp, zwielokrotniony echem. Biegnący nie starali się nawet poruszać cicho.
- Już są – szepnął Tarivar, a wraz z jego słowami powróciło napięcie. – Musieli usłyszeć ten wybuch. Dziwi mnie tylko, że byli tak daleko.
Stanął w przejściu i zdjął z pleców łuk. Sprawdził palcem cięciwę i nałożył strzałę. Nie chciało mu się w to wierzyć, ale używał łuku po raz pierwszy od… siedmiu lat? Czy to możliwe, żeby aż tyle czasu spędził w podziemiach, uciekając przed własnym bólem? I dotychczas wystarczały mu tylko umiejętności szermiercze. Nie bał się żadnego przeciwnika.
Teraz znalazł się w groźniejszej sytuacji niż kiedykolwiek od czasu przybycia do Khov – Orest. I, o dziwo, poczuł, jak odżywają w nim wspomnienia z dawnych czasów. Gdy dokonał niejednego bohaterskiego czynu ze swoimi towarzyszami… Łowca miał serce poszukiwacza przygód, odkrywcy. Znał wielu ludzi, którzy żyli spokojnie i byli szczęśliwi, uprawiając ziemię lub handlując. Nie zaliczał się do nich.
No to chodźcie – mruknął, napinając łuk. Drzewce ugięło się posłusznie.
Kon’khaali z dala dostrzegli światło w jaskini. Yorall wysłała wszystkich do boju, gdy usłyszała wybuch. Stwory nie lubiły jasnych miejsc, ale musiały tam wejść, dla swojej przywódczyni. Było ich sześćdziesięciu; stanowili siłę, z którą każdy musiał się liczyć.
Na czele grupy biegł Kobbl Ordagnell, ściskając długą włócznię. Tuż za nim sadziła wielkimi susami Tapargabbali, z dzikim ogniem płonącym w oczach.
Z samego końca podążał Bobblebalibht. Szaman plemienia miał obowiązek brać udział w walce, ale wcale mu się to nie uśmiechało.
Kon’khaali wtargnęli do oświetlonej jaskini, wskakując na gruzowisko.
Jeszcze zanim pierwsi wynurzyli się całkowicie z mroku, stwór po prawej stronie potężnego przywódcy padł na twarz ze strzałą w gardle.
Tarivar uśmiechnął się lekko. Zaraz jednak całkowicie spoważniał.
Strumień kon’khaali wlewał się do jaskini. Przeszli po swym martwym towarzyszu i, wrzeszcząc dziko, rzucili się do ataku.
- Cofamy się! – krzyknął łowca, wyciągając swój długi miecz. Pchnął lewą ręką Finna. – nie powinieneś walczyć.
Tarivar rzucił się w przód. Płaszcz załopotał wokół niego, gdy wylądował tuż przed pierwszymi z nacierających kon’khaali.
Korin zastanawiał się, czemu łowca kazał im się cofać, po chwili jednak zrozumiał.
Większość kon’khaali otoczyła Tarivara, niektórzy jednak przebiegli tuż pod ścianą jaskini i ruszyli na stojącą w przejściu drużynę.
Korin dawno już wyciągnął miecz, a przynajmniej tak mu się wydawało. Z łomoczącym sercem stał w postawie bojowej przed Zeidą, patrząc na groteskowe, żabopodobne stwory, szarżujące z opętańczym wrzaskiem.
Tarivar ciął płasko, pozbawiając głowy jednego kon’khaala, uskoczył przed niezgrabnym pchnięciem włócznią innego, przypadł do ziemi i pchnął kolejnego przeciwnika w pierś. Strumień krwi prysnął na jego nogi.
Było ich zbyt wielu, po prostu zbyt wielu. Otoczyli łowcę ciasnym pierścieniem. Zdawali się całkowicie zatracić instynkt samozachowawczy: choć kilku już padło od ciosów wojownika, ich miejsce zajmowali kolejni. Jednak ciasnota jaskini, ograniczająca możliwości łowcy, działała też na jego korzyść, podobnie, jak lęk kon’khaali przed nim. Nie wszyscy atakowali jednocześnie: zaskakująco duża część ostrożnie trzymała się z tyłu, dzięki czemu wojownik jeszcze żył. Sześćdziesięciu kon’khaali stanowiło wielką siłę, nawet dla łowcy, ale trzydziestu…
Tarivar w ostatniej chwili kątem oka dostrzegł lecący w jego stronę dziryt. Gwałtownie poderwał rękę i odbił go płazem miecza…
…tylko po to, aby zarobić w nogę włócznią.
Łowca zaklął. Już dawno nie był tak niekorzystnej sytuacji. Jako doświadczony wojownik wiedział, że jego szanse są marne: otoczony przez kon’khaali nie miał swobody ruchów, którą tak cenił w walce.
Kolejny przeciwnik padł na gruzowisko, kolejna włócznia została odtrącona z głośnym trzaskiem. Tarivar nie widział, co dzieje się z resztą drużyny. Miał nadzieję, że jakoś sobie radzą.
Tnąc, parując ataki i uskakując, łowca zaczął przesuwać się w stronę korytarza, a pierścień kilkunastu oszalałych kon’khaali podążał wraz z nim w śmiercionośnym tańcu.

*
Zanim Korin zdążył się zastanowić nad tym, co go w ogóle podkusiło do wzięcia w tym wszystkim udziału i dlaczego on, kupiec z Tánoru czeka z mieczem w dłoni na atak małych, zielonoskórych potworów, pierwszy kon’khaal znalazł się niecały metr od niego.
Zeida uniosła rękę i zaczęła nieco nerwowym tonem śpiewną inkantację.
Korin dostrzegł, że kon’khaal mierzy w niego, próbując pchnąć oszczepem, skierowanym ostro w górę, prosto w serce. Trzęsącą się ze strachu ręką odbił proste uderzenie, w samą porę przypominając sobie podobny manewr podczas treningu z Tarivarem. Starał się, jak mógł, aby zachować względny spokój.
Z dłoni Zeidy wystrzelił cienki, błękitny promień, trafiając w pierś kon’khaala. Magiczna moc rozlała się w szeroką falę, powalając także kilku kolejnych z nacierających.
Va – erth, nie zastanawiając się w ogóle, co robi, pchnął w plecy leżącego przed nim stwora. Kon’khaal zarzęził, zaczęły nim rzucać drgawki.
„Zabiłem żywe stworzenie, rozumną istotę” – groza opanowała Korina. Wyciągnął z grzbietu stwora miecz, ociekający teraz ciemną posoką. Dostrzegł Finę, przebiegającą obok ze swoim niewielkim młotem bojowym. Śmiało zadała cios kolejnemu z leżących kon’khaali.
Atak ziemnowodnych stworów jednak nie był pozbawiony jakiejkolwiek taktyki. Po otrząśnięciu się z szoku, jakie wywołało w nich zetknięcie się z magią, rzuciły się na przeciwników. Korin z przerażeniem dostrzegł, jak jeden z ciśniętych przez kon’khaali oszczepów mknie prosto na niego.
„Trafi mnie” – zdążył tylko pomyśleć.
I rzeczywiście trafił.

*
Tarivar machinalnie sparował kolejny cios i pchnął kon’khaala w klatkę piersiową.
Chybił.
Po raz pierwszy, odkąd przybył do Khov – Orest zepsuł prosty atak.
Opadał z sił. Aby zyskać na czasie, skupił się na unikach i parowaniu.
Wyjątkowo duży kon’khaal, sięgający mu prawie do ramienia, wysunął się na czele swych pobratymców i zaatakował ciężką włócznią o kościanym grocie. Łowca mocnym zamachem odbił broń przeciwnika na bok.
Inni kon’khaali odsunęli się, jakby robiąc miejsce na pojedynek swojego wodza z Tarivarem. Nie stosowali się jednak do reguł takiego starcia: atakowali cały czas, nie pozwalając łowcy skupić się na jednym celu.
Kolejny cios Kobbla Ordagnella – gdyż to on był owym wielkim kon’khaalem – trafił celu. Łowca uchylił się przed włócznią, gwałtownie wyginając ciało do tyłu, dzięki czemu grot broni nie trafił go w głowę, ale drzewce dosięgło skroni wojownika. Siła ataku była wystarczająca, aby powalić znajdującego się w niezbyt stabilnej pozycji Tarivara na ziemię.
Kon’khaali zaryczeli triumfalnie. Łowca uniósł miecz, aby sparować pchnięcie oszczepem. Dostrzegł, jak ogromny kon’khaal szykuje się do zadania ciosu. Wiedział, że nie da rady skierować tam broni, przytrzymywanej przez drugiego wroga włócznią…
To nastąpiło w mgnieniu oka.
Z okrzykiem „Za Bergara!” Tarivar wyszarpnął gwałtownie swą drugą broń i, niemal wykręcając sobie unieruchomioną prawą rękę, poderwał się w górę. Ostrze rozcięło powietrze w prostym cięciu, miecz, który miał chronić łowcę przed niebezpieczeństwem, utkwił w gardle Kobbla Ordagnella, przebijając je na wylot.
Kon’khaali cofnęli się, zdumieni. Tarivar wykorzystał tę okazję i uwolnił przyszpiloną prawą rękę, jednocześnie wyszarpując skrwawione ostrze z gardła przywódcy kon’khaali.
Kobbl Ordagnell niewidzącymi oczami wpatrywał się przez chwilę w łowcę. Zacharczał i osunął się na ziemię.
Przeciwnicy szybko otrząsnęli się z szoku, spowodowanego śmiercią ich potężnego wodza. Mieli innego przywódcę, lepszego. Yorall. Czy jednak na pewno?
W prymitywnych umysłach wielu spośród kon’khaali pojawiła się niespokojna myśl: Yorall obiecała im pomoc w zabiciu Tarivara, a jak na razie to łowca położył trupem niejednego spośród wojowników podziemnego ludu.
Trzymający się ostrożnie na boku, w głębokim cieniu, Bobblebalibht pokręcił z niezadowoleniem głową.
Sprawy zaczęły przybierać zły obrót.
Nagle Tapargabbali przebiła się przez krąg otaczający Tarivara, teraz znacznie przerzedzony. Gestem, którego znacznie było jasne dla wszystkich, zamachnęła się włócznią, jednocześnie kiwając na swych pobratymców wolną łapą, szczupłą, o palcach spiętych błoną.
Wszyscy rzucili się na łowcę jednocześnie. W zamieszaniu Tarivar sparował jakiś atak od dołu krótkim mieczem, pchnął w serce jednego z nacierających drugim ostrzem – choć nie był nawet pewny, czy trafił – po czym rzucił się w stronę korytarza, tam, gdzie nie sięgało magiczne światło Zeidy. Kon’khaali odruchowo rozstąpili się przed wściekłym łowcą, roztrącił ich jeszcze na boki dwoma płaskimi cięciami. Płaszcz, postrzępiony i splamiony krwią, łopotał za nim jak upiorne, zwichnięte skrzydło. Niespodziewanie tuż przed nim, po prawej, zapłonęło jasne światło, zbliżające się w kierunku kon’khaali.

*
Korin czuł w głowie dziwną pustkę, nie do końca jednak zdawał sobie z tego sprawę. Świat dookoła niego jakby zwolnił, a potem błyskawicznie odjechał do tyłu.
Tępy ból, jaki Korin odczuwał w okolicach klatki piersiowej, z pewnością był skutkiem ciosu. Widział lecący na niego oszczep, był pewien, że przebije go na wylot. Jakim cudem jeszcze żył?
Zeida dostrzegła atak o ułamek sekundy za późno. Uskoczyła w tył, w stronę chodnika, jednak nie mogła pomóc Korinowi.
Miała tylko nadzieję, że kolczuga wykuta przez Jeovathę wytrzyma.
I doskonała zbroja wytrzymała cios oszczepu. Korin stracił na chwilę oddech, ale żył. Zachwiał się jednak do tyłu, jakby miał upaść.
Kątem oka dostrzegł przebiegającego obok kon’khaala. Stwór miał zamiar zaatakować Zeidę lub bogedhille – nie zwrócił uwagi na Korina, którego uznał za wyłączonego z walki.
Va – erth z całej siły schwycił lewą ręką nogę kon’khaala, zimną i śliską w dotyku, i pociągnął przeciwnika na ziemię. Pozostałe stworzenia przebiegły obok nich.
Zielarka, widząc szamocącego się Korina, sięgnęła pamięcią do dawno nieużywanych, groźnych zaklęć. Miała nadzieję, że starczy jej sił. Musiała uratować młodego kupca z Tánoru.
Był jej towarzyszem walki.
Zdała się całkowicie na dwa małe bogedhille, licząc, że powstrzymają siódemkę kon’khaali, które, rzuciwszy już swe oszczepy, szarżowały z wrzaskiem. Skupiła się na Korinie i wyszeptała słowa czaru.
Ciało młodzieńca otoczyły płomienie. Nie czyniły krzywdy jemu, jednak dla kon’khaala były jak normalny, parzący ogień. Wstrętny ogień, którego bardzo nie lubił.
Zeida westchnęła, czując, że było to ostatnie zaklęcie, jakie mogła rzucić. Sięgnęła po swoją okutą na końcu laskę i skoczyła do przodu, aby pomóc Finnowi i Finie, którzy desperacko odpierali ataki kon’khaali. Właściwie żyli jeszcze chyba tylko dlatego, że stwory skupiły swą uwagę na czarodziejce, którą uważały za najgroźniejszego przeciwnika, i starały się zaatakować ją, po prostu spychając bogedhille na boki, przechodząc jak lawina.
Finn bronił się słabo, wymachując swym kilofem, wykutym specjalnie do walki. Wiedział, że zaraz zginie, jeśli nie wydarzy się cud. Był poturbowany po swym wyczynie na rumowisku, a zresztą bogedhill zazwyczaj miał problemy w walce jeden na jednego z agresywnym kon’khaalem nawet, jeśli czuł się całkiem dobrze.
Kon’khaal zamachnął się na Finna złamaną włócznią, która pękła, gdy Fina trafiła ją swym niewielkim młotem bojowym.
Fino… gdzie teraz jesteś? – wychrypiał Finn, nie widząc bogedhillki. – Jeśli zginiemy razem…
Wolałabym jednak, żebyście żyli razem! – rozległ się okrzyk. Zeida spuściła ciężki koniec swego kija na łeb kon’khaala, roztrzaskując czaszkę potwora. Była otoczona przez kilka innych stworów, które całkowicie przestały interesować się bogedhillami. Zawahały się jednak na chwilę przed atakiem, nie wiedząc, jak walczyć z potężnym magiem – nigdy wcześniej nie widziały czarów, a widok wyczynów Zeidy nie dodał im odwagi.
Masz! – Fina zaszła jednego z przeciwników od tyłu i uderzyła go w kolano, druzgocąc kruchą rzepkę. Stwór stracił równowagę i poleciał na ziemię. Czekał już na niego wzniesiony do ciosu kilof Finna.

*
W jaskini Korin szamotał się z kon’khaalem. Był już bliski zrzucenia z siebie mniejszego przeciwnika. Nie używał żadnej techniki walki. To było siłowanie się na śmierć i życie.
Naraz dłoń, a potem całe ciało Korina ogarnął ogień. Va – erth krzyknął, płomień jednak nie parzył go. Kon’khaal za to odskoczył jak oszalały, na jego zielonej skórze rozszerzały się ciemne plamy oparzeń.
Korin po chwili zrozumiał, że to prawdopodobnie Zeida chce mu pomóc swą magią. Sięgnął po miecz i gwałtownym machnięciem wykreślił na piersi przeciwnika krwawą linię.
Teraz, gdy przez chwilę nie był atakowany, mógł dostrzec za sobą grupę kon’khaali, atakujących bogedhille. Z tyłu jednak stała Zeida, najwyraźniej gotowa do walki.
Znacznie więcej zaś kon’khaali otaczało szalejącego ze dwadzieścia metrów dalej Tarivara. Wcześniej Korin po prostu tego nie dostrzegał, skupiony na ratowaniu własnego życia.
Ważąc się na desperackie posunięcie, z dzikim okrzykiem – który miał dodać mu grozy – rzucił się w stronę walczących. W samą porę – Tarivar właśnie wyrwał się z pierścienia przeciwników i biegł w stronę korytarza.
Płonący Korin wpadł pomiędzy kon’khaali, którzy wszelkimi sposobami próbowali uskoczyć mu z drogi. Przebiegł przez środek grupy, ledwo zauważając zdumioną minę Tarivara, który teraz odwrócił się na pięcie i w mgnieniu oka ściął dwóch zdezorientowanych przeciwników. Va – erth zawrócił i ponownie wbił się w środek kręgu.
Nie zauważył tego, co zaskoczyło Tarivara: ten szalony, ognisty atak był całkiem skuteczny i – o dziwo – dość rozsądny: kon’khaali panicznie bali się ognia. Łowca nie mógł o tym wiedzieć, ale dawny Korin – Korin – kupiec – nigdy nie odważyłby się na coś takiego.
Wciąż jednak wrogów było wielu.
Nikt nie zwrócił uwagi na dość liczną grupę kon’khaali – tych, którzy byli blisko drugiego wejścia do jaskini i którzy od jakiegoś czasu nie brali bezpośrednio udziału w walce. Tymczasem ponad jedna trzecia ziemnowodnych stworów wycofywała się do przeciwległego korytarza.
- Pokonać Tarivara – mruczał do siebie w języku kon’khaali prowadzący ich Bobblebalibht. – Ja jej pokażę, co to znaczy „pokonać”.
Nie obchodziło go, czy reszta, która pozostała tam w grocie z wściekłym Tairvarem i siejącym zniszczenie Płomiennym Człowiekiem zginie. W tej chwili szaman martwił się przede wszystkim o własną skórę.

*
Przebił się przez uciekających przed nim przeciwników i machnął mieczem w lewo, trafiając jakiegoś kon’khaala w bark. Korin, syn kupca z Laasharin, walczył, otoczony poświatą ognia.
Nim jednak zdążył zadać kolejny cios, płomienie przygasły. Ze strachem obserwował, jak robią się coraz słabsze i w końcu znikają. Czar się wyczerpał.
Kon’khaali, dotychczas odsuwający się od Korina, zwrócili się gwałtownie w jego stronę. Jeden z nich, będący najbliżej, podniósł broń do ataku…
Tarivar walczył za plecami Korina, tańcząc zwinnie pomiędzy przeciwnikami. Wiedział, że nie zdąży dobiec do Va – ertha na czas.
Prawą ręką machinalnie parując ciosy, upuścił miecz, trzymany w lewej i sięgnął po sztylet do rzucania.
Srebrne, krótkie ostrze wbiło się od tyłu w kark kon’khaala, który zachwiał się i padł na Korina.
Widząc chwilową bezbronność łowcy, którego wiązał walką jego pobratymiec, jakiś kon’khaal zaszedł Tarivara od lewej.
Łowca błyskawicznie wsunął czubek stopy pod rękojeść leżącego na ziemi miecza, podbił go i schwycił, schylając się. Nie przestawał przy tym parować ciosów prawą ręką. Chwilę później krótkie ostrze zagłębiło się w piersi przeciwnika aż po rękojeść.
Dla kon’khaali było tego zdecydowanie za wiele. Najpierw padł Kobbl Ordagnell i wielu innych wojowników, potem pojawił się straszny płonący potwór, a teraz łowca dawał popis niesamowitej zręczności, z którą nikt z ziemnowodnej rasy nie mógł konkurować.
Około piętnastu pozostałych przy życiu kon’khaali zaczęło biec w stronę tunelu, w którym wcześniej zniknął Bobblebalibht. Co najmniej tyle samo ich pobratymców zabił Tarivar, garstka walczyła jeszcze z Zeidą i bogedhillami, a reszta uciekła z szamanem. Sześćdziesięciu kon’khaali, ta siła, która miała zmiażdżyć przeciwnika – poszła w rozsypkę.
Tylko Tapargabbali została. Postanowiła zabić chociaż towarzysza łowcy, jeśli jego samego nie może dosięgnąć.
Korin ledwo uniknął śmierci, gdy postanowił chwycić wolną ręką drzewce włóczni wojowniczki. Siła, jaką mała Tapargabbali włożyła w uderzenie, powaliła go na ziemię.
Nie dasz rady – stęknął. Obawiał się, że jednak da. Czuł zbliżający się koniec.
W obliczu takiego zagrożenia zmobilizował najgłębsze pokłady sił, o których posiadanie nawet się nie podejrzewał. Pionowe pchnięcie w dół zostało odbite na bok, Korin kopnął w brzuch zaskoczoną wojowniczkę. Zerwał się na równe nogi i doskoczył do Tapargabbali, którą – ze względu na jej małą wagę – siła ciosu odrzuciła do tyłu. Ciął prosto w dół, ale wojowniczka zablokowała jego atak trzymana w obydwu rękach włócznią.
Tairvar, który nagle znalazł się całkiem sam na środku jaskini, postanowił, że nie będzie ścigać uciekających kon’khaali. Zamiast tego sięgnął po łuk.
Korin zmagał się z niewielką, ale zaskakująco silną istotą. W pewnej chwili zawahał się; teraz, gdy walka niemal dobiegła końca, nie chciał już więcej zabijać. Tapargabbali jednak postanowiła zginąć w godny – według kon’khaali – sposób i użyła jedynych znanych sobie słów z języka powierzchni, używanego też przez bogedhille, które, choć nie pasowały do Korina, zmroziły mu krew w żyłach.
- My rozerwać was i pożreć, parszywe bogedhille.
Jej bulgocący głos był trudny do zrozumienia, ale niewątpliwie powiedziała właśnie to.
Korin ryknął jak raniony drapieżnik. Wiedział, jak okrutni są kon’khaali, ale uświadomił sobie to w całej grozie teraz, po tych słowach, gdy przypomniał sobie, co żabowate potwory zrobiły bogedhillom. Takim, jak Finn, który przed chwilą ocalił Korina i jego towarzyszy.
Uniósł miecz nad głowę i ciął, wkładając w to uderzenie całe swoje siły i całą wściekłość. Ostrze z żywego żelaza spadło na włócznię, która pękła z trzaskiem, rozcięło twarz Tapargabbali, po czym zagłębiło się w jej piersi.
W tej samej chwili w boku jej głowy utkwiła strzała.
- Widzę, że niepotrzebnie się martwiłem! – zawołał Tairvar, który strzelił do mocującej się z Korinem wojowniczki po tym, jak z łuku zabił jeszcze dwóch uciekających kon’khaali.
Łowca pobiegł teraz w stronę wyjścia tunelu, gdzie zmagali się z wrogami Zeida i bogedhille. Korin podążył za nim.

*
Czarodziejka krzyknęła, gdy w jej nie chronione przez kolczugę ramię wbiła się włócznia. Widziała Korina, otoczonego płomieniami, który walczył gdzieś dalej w jaskini, teraz jednak nie mogła poświęcać mu dłużej swej uwagi.
Pięciu kon’khaali przyparło ją i bogedhille do ściany korytarza. Ostre skalne krawędzie wbijały się w jej plecy. I tak utrzymywali się zaskakująco długo: bogedhille były naprawdę dobrze wyszkolone od strony walki defensywnej i unikały wielu z zadanych ciosów, pozostałe zaś najczęściej udawało im się zablokować. Zanim Finn upadł, wyrządził całkiem spore szkody wrogom.
Czuła, jak krew ścieka jej po ręce. Na szczęście grot nie wszedł zbyt głęboko. Włócznia leżała teraz na ziemi u stóp czarodziejki. Tuż obok Fina, będąca już na skraju wyczerpania, w końcu otrzymała cios, którego nie była w stanie odeprzeć. Trafiona tępym końcem dzidy w brzuch, jęknęła i osunęła się na ziemię. Zeida osłoniła ją swą laską przed kolejnym uderzeniem.
W jaskini rozległy się głośne wrzaski przerażenia. Trwały przez kilkanaście sekund, potem dało się słyszeć tupot wielu par stóp. Zeida wychwyciła też brzęk cięciwy i dziwny, niezrozumiały okrzyk.
Kolanem uderzyła w brzuch kon’khaala, drugiego trafiła okutym kijem. Grot włóczni zahaczył o jej biodro. Przed oczyma zatańczyły cienie.
- Jeśli mam tu zginąć, to walcząc aż do końca – szepnęła, budząc w sobie furię. Chciała ocalić siebie i bogedhille przed tymi złymi, zepsutymi do głębi paskudztwami. Chciała powstrzymać Yorall od zdobycia Nocnej Rosy i ocalić wiele żywotów. Chciała…
Usłyszała, że ktoś biegnie w ich stronę. Niewiele już widziała, rany po pazurach hyrveda piekły, jakby odzierano ją ze skóry. Z ostatnim, rozpaczliwym okrzykiem, padła, zasłaniając głowę trzymaną oburącz laską.
Kon’khaal, zamierzający dobić Finna, nagle znieruchomiał. Spojrzał ze zdumieniem na czubek miecza, wystający mu z piersi, po czym osunął się na ziemię, gdy Tarivar szarpnął ostrze.
Chwilę później weogowie leżeli martwi; nie zdążyli nawet obrócić swej broni przeciwko łowcy, który zaszedł ich od tyłu. Za lekko utykającym Tarivarem zjawił się Korin. Gwałtownie chwytał powietrze, poruszał się niemal zgięty wpół.
Łowca obrzucił grupkę spojrzeniem i zawrócił w stronę jaskini.
- Pilnuj ich – polecił Korinowi. – Mam jeszcze coś do zrobienia.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...