Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Szlakiem martwych karawan - Rozdział 19 - \"Blask gwiazd, światło słońca\"

iris ·

- Chodźcie, tędy – poganiał ich Tarivar. – Ostrożnie! Uważajcie, gdzie stawiacie nogi.
Łowca był mocno zdenerwowany, co zdarzało się mu niezwykle rzadko. Postanowił już, że nie wróci do Khov – Orest. Ostatecznie, czyż nie do tego próbował go nakłonić Kthoree?
Tarivar był pewny, że Zeida przyjmie jego dalsze towarzystwo z zadowoleniem. W każdej walce, jaka mogła się przytrafić, stanowił pomoc, której nie można było lekceważyć. Co więcej, chciał dowiedzieć się o motywach, jakie kierowały Yorall, gdy obiecała go zabić. A jeśli z jakiegoś powodu naprawdę chce jego śmierci?
Mimowolnie uśmiechnął się. To była przygoda, rzecz, jakiej często stawiał czoła za czasów Mydhal.
Stęsknił się za tym, nie mógł zaprzeczyć. Musiał długo myśleć nad swoją decyzją, ale ostatecznie ją podjął, choć wiedział, że może go to kosztować utratę spokoju.
Jeszcze jedna rzecz przekonywała go do powrotu na powierzchnię.
Gdy siedział pod ścianą jaskini, przytulony do Zeidy, przypomniał sobie inną kobietę. Piękną, delikatną, ciemnowłosą dziewczynę z Mydhal.
Wtedy zrozumiał, że tak naprawdę nie jest samowystarczalny. Przez siedem lat wmawiał sobie, że nie potrzebuje towarzystwa innych ludzi.
A teraz okazało się to jednym wielkim łgarstwem.
Wspinali się powoli po dość stromym podejściu. Któryś koń trącił kopytem kamień, rozległ się głuchy stukot.
- Nareszcie ją zobaczymy! Nareszcie! – cieszyła się Fina. „Zupełnie jak dziecko”, pomyślał Korin.
Sam jednak był bardzo zadowolony, że wracają na powierzchnię. Podziemia były wielką, niezaprzeczalną – choć niebezpieczną – przygodą, ale Korinowi brakowało przestrzeni, światła słońca i zieleni roślin. Zatęsknił przez chwilę za Laasharin i otaczającymi je rozległymi, bujnymi lasami, gdzie drzewa rosły z rzadka, dopuszczając do podszytu dużo światła. Rzecz jasna w pobliżu miasta las wykarczowano – mimo swej izolacji, Laasharin było typową tánorską metropolią, tętniącą życiem.
Westchnął krótko i zmienił temat rozważań. Nie mógł w żaden sposób przenieść się tam, a zresztą podróż z Zeidą była o wiele bardziej ekscytująca, choć chwilami nieprzyjemna. Myśląc o tym, dotknął lekko zabandażowanego prawego ramienia i uśmiechnął się mimochodem.
W końcu znaleźli się w obszernej grocie. Powietrze stało się chłodne, niemal zimne. Va - erth poczuł powiew wiatru na twarzy i prawie krzyknął z radości. Powierzchnia!
Tarivar zgasił pochodnię, którą dotychczas oświetlał im drogę. Konie, po mozolnej wspinaczce, również pokonały podejście.
Dopiero teraz, gdy w pobliżu nie było źródła światła, Korin dostrzegł czerwonawy blask, słabo rozjaśniający skały w dalszej części pieczary.
Zostawiając innych za sobą, pognał naprzód, potykając się po drodze. Z trudem złapał równowagę, minął załom skalny i znalazł się we właściwej części jaskini, zalanej promieniami zachodzącego słońca. Zmrużył oczy i wziął głęboki wdech, radując się czystym powietrzem, które było zupełnie odmienne od duchoty panującej w tunelach.
Przed sobą widział skaliste pustkowie, piasek, o tej porze ze względu na oświetlenie przybierający malinową barwę, oraz niebo, ciemniejące już i bezchmurne, na którym migotały nieliczne gwiazdy. Słoneczna tarcza, chowająca się za widnokręgiem, oślepiała go blaskiem, jednak tylko nad linią horyzontu było jeszcze jasno.
Przepiękne – odezwał się ktoś cicho za Korinem. Va – erth odwrócił się i zobaczył Tairvara, uśmiechającego się lekko. Łowca śmiało patrzył przed siebie, zdawał się pochłaniać wzrokiem krajobraz. Mrużył też jednak oczy, nienawykłe do silnego światła.
Jak mogłem uciekać przed tym przez siedem lat? – spytał nagle. Korin potraktował jego słowa poważnie i zawahał się, nie wiedząc, jakiej odpowiedzi udzielić, ale łowca wybuchnął śmiechem.
Jednak moje przeznaczenie jest inne, niż sądziłem – dodał. – Powiedzcie, przyjaciele, jak wam się podoba powierzchnia?
Finn i Fina stali w głębi groty, mrugając oczami.
No, chodźcie – zachęcił ich Korin. – W końcu na to czekaliście.
Zauważył, że dla bogedhilli powierzchnia jest znacznie większym przeżyciem, niż dla niego były podziemia, gdy po raz pierwszy się w nich znalazł. W końcu oglądały na własne oczy ten legendarny bezkres, nieskończoną przestrzeń…
Szczęście, że jest wieczór – stwierdziła Zeida. – Gdybyście wyszli na zewnątrz w środku dnia, wypaliłoby wam oczy.
To może być jeszcze jaśniejsze? – Finn zachłysnął się powietrzem. – Tu jest naprawdę dziwnie, widzę wielką jasność, ale nie ma przestrzeni.
Chodź – Zeida wzięła go za rękę i poprowadziła do wyjścia z jaskini. – Ach – dodała szybko – pamiętacie, co wam przed chwilą mówiłam? Nie patrzcie w słońce…
My mielibyśmy patrzeć w tę oślepiającą kulę ognia? – z powątpiewaniem mruknęła Fina. Zaraz jednak wyrwało się jej „och”, wykrzyknięte podekscytowanym tonem.
Czarodziejka wyprowadziła z groty mrugające, patrzące w piach pod swymi stopami bogedhille.
Spójrzcie w górę – zachęciła je.
Ale czy to…
Tak, to bezpieczne. Gwiazdy nie świecą tak mocno.
Fina niepewnie uniosła głowę. Przez chwilę trwała tak, nie odzywając się, z zaskoczonym wyrazem twarzy.
Nie ma sklepienia… - wyszeptała w końcu – To prawda…
Korin stanął między bogedhillami i położył lewą dłoń na ramieniu Finna, prawą ręką zaś objął Finę.
- Uratowaliście mi życie. Zeidzie też – rzekł cicho. – To niewielka zapłata za wasze czyny, ale cieszę się, ze możecie zobaczyć powierzchnię, miejsce, które ludzie nazywają domem.
Stali tak przez długą chwilę, obserwując ciemniejące niebo. Widać było, że bogedhille mocno przeżywają to, co im się przydarzyło, nie były jednak zbyt skłonne do rozmowy. Nawet Zeida w milczeniu obserwowała krajobraz.

*
- Pora nam wracać – uśmiechnęła się Fina do Va – ertha. – Nie mogę przestać myśleć o tym, co ujrzałam…
Rzuciła spojrzenie za siebie, gdzie w ostatnich promieniach słońca ciemne sylwetki koni odcinały się od beżów i brązów piasku oraz skał.
- Posłuchajcie – nagle obok Korina zjawił się Tarivar. Młodzieniec jak zwykle nie usłyszał, że łowca podchodzi. – Ja… zadecydowałem. Nie wracam do Khov – Orest.
Wyrzucił to z siebie i odwrócił się szybko w stronę wyjścia.
Chcesz iść z nami? – spytała Zeida po długiej chwili pełnego napięcia milczenia.
Tak – odrzekł z wahaniem. – Zrozumiałem, że to moje przeznaczenie, żyć wśród ludzi. I nie zmieni tego nic, nawet przyjaźń, jaką darzę mały lud – dodał już pewniej. – Zresztą, mam wolną wolę. Mogę decydować o tym, co robię, nieprawdaż?
Musisz zapewnić Finnowi i Finie bezpieczny powrót do miasta. Cały czas myślałam, że wykonujesz tylko rozkazy Rady…
Pozwolisz mi się do was przyłączyć? – spytał, patrząc jej w oczy. – Byłem… jestem najemnikiem z Mydhal. Ktoś taki może ci się przydać.
Łowca znalazł się w niezręcznej sytuacji. Jakby nie było dosyć tego, że musiał prosić zielarkę o pozwolenie na udział w dalszej wyprawie, pozostawała jeszcze kwestia bogedhilli.
Kthoree powiedział nam, że możesz tak wybrać – odezwał się nagle cicho Finn. Patrzył na Tarivara ze szczerością. – Spłaciłeś tysiąckrotnie swój dług wobec nas. Chyba już czas, żebyś powrócił do domu, łowco.
Wy też musicie dotrzeć do domu – zwróciła uwagę Zeida. Widziała zdeterminowanie Tarivara i rozumiała to. Człowiek nie mógł spędzać życia w podziemiach. Możliwe, że Jeovatha Thirr stanowiła wyjątek, ale… czy ona była szczęśliwa?
Zielarka nie sądziła, aby przyszło im walczyć z jakimiś szczególnie potężnymi wrogami. Ostatecznie zadanie, jakie sobie wyznaczyła, polegało tylko na ostrzeżeniu mistrzów ze Szkoły Magii oraz tych osób, które Yorall mogła próbować unicestwić.
Gdyby Zeida miała pewność, że próby zemsty nie powiodą się córce Vitshialai… Jednak już wtedy, gdy przyszło jej podróżować z Yorall, wyczuwała w niej iskierkę rodzącej się nieludzkiej przebiegłości, okrutnej i złej, spowodowanej przez nadchodzące szaleństwo. Także Vitshialaia, gdy uległa tej strasznej chorobie – o ile można było to określić mianem „choroby” – wykazywała dziwną, niepokojąca intuicję i spryt. To najbardziej martwiło Zeidę, bo przecież samotna młoda kobieta nie miała szans otwarcie zamordować osób należących do grona najlepszych czarodziejów w Anarii.
Jak jednak w zwycięstwie nad chytrością Yorall mógł pomóc Tarivar, oschły, małomówny wojownik?
Zdała sobie sprawę, że znów rozważa problem tylko i wyłącznie z własnego punktu widzenia. Przede wszystkim należało zadbać o bezpieczeństwo bogedhilli…
Cieszymy się, że wspierałeś nas przez tak długi czas i wyszkoliłeś wielu z naszego ludu, by mogli bronić miasta – głos Finna dotarł do niej jakby z oddali. – Jeśli wybrałeś, nie będziemy przeszkadzali ci w dopełnieniu twego losu. Żegnaj, łowco. Zadziwiające, że nigdy nie miałem okazji porozmawiać z tobą, gdy mieszkałeś w Khov – Orest…
Żegnajcie, przyjaciele – odrzekł Tarivar. – Bądźcie ostrożni.
Poradzimy sobie – zapewniła go Fina. Zeida zdała sobie sprawę, że oba bogedhille ze łzami w oczach żegnają teraz Korina.
Stałeś się naszym przyjacielem, choć z początku wzięliśmy cię za wroga. Byłeś człowiekiem, obcym, który wtargnął do naszego życia. A mimo to…
Jeśli jeszcze się kiedyś spotkamy – łamiącym się głosem odrzekł Va – erth – zabiorę was nad morze. Obiecuję.
Oczywiście, że się spotkamy – z uśmiechem dodała Finna. – W końcu tak zawsze dzieje się we wszystkich legendach o bohaterach…
Nie jestem bohaterem – zaoponował.
Już prawie jesteś, Korinie.
Czarodziejka odezwała się w końcu. Mówiła powoli, nadając szczególne brzmienie każdemu słowu, zaciskając przy tym nerwowo pięści. Na jej twarzy malował się jednak spokój.
- Widzę, że zadecydowaliście bez mojego udziału o samotnym powrocie. Mam nadzieję, że wybraliście mądrze… W ogóle to poznanie was sprawiło mi wielką radość. Jesteście dzielni i szlachetni, Finnie i Fino. Mam nadzieję, że nie będziecie mnie źle wspominać.
Bogedhille uśmiechnęły się, nieco zażenowane.
Szkoda, że tak szybko się rozstajemy, Zeido czarodziejko – rzekł Finn. – Nie chcemy jednak cię zatrzymywać. Czujemy się zaszczyceni… Ech – machnął ręką. – Nienajlepiej przemawiam. W każdym razie, niech zawsze sprzyja ci szczęście.
Wam też. I pozdrówcie ode mnie dostojnego Kthoree’go.
Wszyscy zamilkli, po raz ostatni spoglądając na siebie. Finn wyjął coś z kieszeni i podał Korinowi.
Masz. Na pamiątkę.
Zdumiony Va – erth przyjrzał się małemu posążkowi z gładkiego, zimnego metalu, miniaturce statuetki Tehaka, długiej zaledwie na palec.
Dziękuję – odrzekł, wzruszony. Czuł, że powinien dodać coś mądrego, ciepłego, płynącego prosto z serca, ale słowa nie chciały przejść mu przez gardło.
Poznał bogedhille. Istoty jakoby z bajek, istniejące jednak naprawdę. Dowiedział się wielu rzeczy o ich kulturze, tak odmiennej od ludzkiej i tak fascynującej… chciał jednak wiedzieć jeszcze więcej. Podczas tych kilkunastu dni, jakie spędził razem z Finnem i Finą, zaprzyjaźnił się z obydwojgiem, odkrył w nich odwagę, jakiej się nie spodziewał, poczucie humoru i pomysłowość. I teraz, kiedy tak naprawdę dopiero zaczęli poznawać się nawzajem, kiedy przestali postrzegać drugiego jako „człowieka” czy „bogedhilla”, kogoś odmiennego, a zaczęli po prostu jako „przyjaciela”…
Teraz mieli się rozstać.
Dotychczas nie myślał o tym – forsowny marsz, walka, były rzeczami nie dającymi czasu na rozważania o przyszłości. Podczas podróży przez podziemia nie myśleli o jutrze, zbyt zajęci tym, co właśnie się działo, a mogło zadecydować o ich życiu lub śmierci.
Zdał sobie sprawę, że ma łzy w oczach.
Dziękuję wam – powtórzył i, spoglądając na maleńki posążek, dodał:
To najcenniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek mi podarowano. I wiesz co, Finn?
Tak, Korinie?
Nie przypuszczałem, że spróbujesz przemycić aż dwa posążki!
Dowcip zabrzmiał dziwnie smutno. Nikt się nie roześmiał.
- Chyba już musimy iść, Finn – Fina zarzuciła sobie na ramię naszykowany przedtem tobołek. Nie chciała przedłużać nadspodziewanie trudnego pożegnania. „Jakie to niesamowite… zaprzyjaźniliśmy się z człowiekiem…” – pomyślała, kierując się w stronę tunelu. Obok niej maszerował Finn, milczący i zamyślony.
Odwrócili się jeszcze raz i zobaczyli Korina, który z uśmiechem machał im na pożegnanie, choć widać było, że nie cieszy się z rozstania. W końcu ciężko jest żegnać przyjaciół, u boku których przeżyło się tak wiele niebezpieczeństw, cały czas mając ich wsparcie…
Fina przekroczyła płaski, szeroki głaz, i w ciemnościach zaczęła schodzić w dół. Powitała ją znajoma, gęsta atmosfera tuneli i bijące z niższych części korytarza ciepło.
Bogedhille wracały do swojego domu.

*
W szybko zapadającym zmroku, Va – erth długo jeszcze stał bez ruchu, patrząc na tunel, w którym znikli Finn i Fina. W końcu, ciężko westchnąwszy, powlókł się do wyjścia jaskini. Nie mógł jednak oprzeć się przekonaniu, że przyjaźń z bogedhillami, choć tak krótka, była wspaniałym i owocnym przeżyciem, a wszystkie ich przygody zakończyły się szczęśliwie.
Podszedł do siedzącej już w siodle Zeidy i oparł się ramieniem o bok Torvailla.
Koń prychnął, rozdętymi chrapami chwytając orzeźwiające powietrze.
Przynajmniej one są całkiem zadowolone – mruknął Korin, przyglądając się, jak pozostałe zwierzęta spokojnie skubią suchą trawę, rosnącą przy skałach. – Ta wędrówka podziemiami… musiała być dla nich straszna. Przecież one nie wiedziały nawet, gdzie są i dlaczego tam się znalazły.
Chyba zboczyliśmy ze szlaku – odrzekła Zeida, patrząc na wielką, nieregularną formację skalną, w której znajdowało się wejście do groty. – W każdym razie, jesteśmy już bardzo blisko Anarii.
Anaria! Kraj czarodziejów, srebra, tajemniczych ruin i zielonych łąk! Korin poczuł, jak opada z niego znużenie. „Warto było wybrać się w podróż Szlakiem martwych karawan” – stwierdził. „Choćby po to, żeby zobaczyć te wszystkie cuda…”.
Ze wszystkich legend, jakie znał, wiele pochodziło z Anarii. Choćby ta o małych, podziemnych stworzeniach, które spotkał niegdyś pewien mag… Przypomniawszy sobie grubą księgę, w której znajdowała się owa opowieść, Korin spojrzał na trzymany w ręku posążek Tehaka. Surowe, poważne rysy bogedhillskiego bohatera rozjaśniały dobroć i mądrość, widoczne w jego spojrzeniu. Figurka była wykonana po mistrzowsku.
Wiesz, Zeido – zaczął Korin, uśmiechając się do zielarki.
Tak?
Zawsze już będę wierzył w bogedhille. Jeśli któraś z legend miała stać się dla mnie prawdą, dobrze, że była to właśnie ta.
Cóż, Korinie… widzę, że wiele się nauczyłeś – odrzekła po chwili czarodziejka, patrząc na wschód, w rozgwieżdżone niebo. – Naprawdę wiele.
Kilkanaście metrów dalej Tarivar, siedzący na głazie ze skrzyżowanymi nogami, zwrócił się ku północy, pozwalając, aby chłodny wiatr, wiejący od Kaaru, igrał z jego włosami, rozdmuchując jasne pasma i plącząc je.
W sercu łowcy zajaśniała iskra radości. Rodziła się w nim prawdziwa chęć życia, którą utracił tak dawno temu. Wiedział, że nie wszystko jest jeszcze stracone. Wciąż mogła czekać go przyjaźń i miłość, wspaniałe przygody, które stanowiły niegdyś jego źródło utrzymania…
Myślę, że tego właśnie pragnąłby dla mnie Bergar, gdyby tu był – wyszeptał łowca. Pomścił już dawno przyjaciela. Zrozumiał, że roztrząsając w kółko śmierć chłopaka, nie przywróci mu życia.
On jest teraz gdzieś, gdzie wszyscy doceniają jego śpiew – mruknął, przymykając oczy. – A ja wciąż żyję i mam swoje własne sprawy. Nasza przyjaźń dawała mi niegdyś nadzieję i radość…
Teraz dokoła mnie są inni ludzie – zdał sobie sprawę. Ostatnie siedem lat jego życia było ucieczką nie tylko przed pustką, jaka pozostała po śmierci Bergara Shaale w sercu łowcy. Było ucieczką przed złym losem, który odcisnął piętno na Tarivarze, gdy ten był jeszcze dzieckiem, ucieczką w samotność z wyboru ze strachu przed samotnością wśród tłumu. Zmierzenie się z tymi trudnościami było dla łowcy gorsze, niż walka z armią smoków, ale gdy już rzucił wyzwanie przeciwnikowi, nie zamierzał się cofać.
Obserwował uważnie sylwetki Zeidy i Korina. Słyszał, jak ze sobą rozmawiają, ale nie zwracał uwagi na ich słowa. W końcu wstał i szybkim, dziarskim krokiem podszedł do zielarki. Zmarzł, siedząc długo bez ruchu.
No to co, Zeido, mogę z wami iść do Srebrnego Fortu? – zapytał, uśmiechając się z przekąsem. Byli na pustyni, właściwie nie mógł pójść gdzie indziej.
Możesz, ale pod jednym warunkiem – odrzekła z uśmiechem kobieta, klepiąc po szyi niecierpliwiącego się konia.
Jakim to warunkiem? Mam nadzieję, że nie przekracza moich jakże skromnych możliwości, pani?
Celne riposty i złośliwe poczucie humoru były wrodzoną cechą łowcy. Nie miał zamiaru tego zmieniać.
Ależ nie, to zadanie jak najbardziej do ciebie pasujące. – odrzekła Zeida, uśmiechając się. Wiatr świszczał głośno pomiędzy skałami, jego podmuchy wzbijały w powietrze tumany piachu.
Dopóki będziesz wędrował z nami – do samego Fortu przy pełnym pośpiechu mamy dwa – trzy dni – masz intensywnie ćwiczyć z Korinem walkę.
Ależ Zeido! – jęknął Va – erth, stając obok łowcy.
„Myślałem, że więcej się ode mnie nauczył” – stwierdził Tarivar, spoglądając krytycznie na Korina, nieco zaskoczony jego reakcją. „Najwidoczniej wcale się nie zmienił. Cóż, nie można wymagać zbyt wiele…”
A dlaczego nie chcesz, abyśmy dalej ćwiczyli? – spytał szybko, przeszywając młodzieńca wzrokiem.
Korin przez chwilę gapił się na niego zdumiony, jakby szukając odpowiedzi.
Ależ nie, nie o to chodzi – wykrztusił w końcu. – Tylko… ja sam chciałem cię poprosić, abyś dalej mnie szkolił.
Patrząc na jego zakłopotanie, Zeida zachichotała.
- Wybacz, Korinie, że popsułam ci twoją od dawna przygotowywaną przemowę – zażartowała.
Mocniejszy podmuch wiatru potargał końskie grzywy. Płaszcz Tarivara głośno załopotał. Nad Righess nastała noc, ale jasna tarcza księżyca, będącego niemal w pełni, oświetlała drogę wędrowcom.
Łowca szedł ostatni, dotrzymując jednak kroku nie popędzanym koniom, Korin zaś cały czas trzymał się blisko Zeidy. Widząc, że jest pogrążona w myślach, nie próbował nawiązać z nią rozmowy, jednak po jakimś czasie czarodziejka zaczęła nucić. Głos miała pewny i czysty, choć nienawykły do śpiewu. Va – erth rozpoznał powolną, łagodną melodię starej anariańskiej piosenki, znanej także w Tánorze i przyłączył się.

Prastara puszczo, pragnę ujrzeć cię znów
Na kobiercu twych liści puścić w tany się chcę
Powędrować zieloną ścieżką na wschód
Miejsca starsze, niż ludzkość obserwować przez mgłę.

Samotność wśród traw, na łąkach pod niebem
Przy ognisku szeptane legendy i dzieje
Jak wielu tęskni, by wrócić do ciebie
Pobiec boso po mchu w stronę słońca, gdy dnieje.

Pieśń nabrała tempa, stała się żywsza. Korin miał chwilami problemy z nadążeniem za zielarką, która płynnie przechodziła z wyższych na niższe dźwięki w refrenie, po chwili jednak dopasował się do jej sposobu śpiewania.

Chociaż w miastach nas trzyma dobrobyt,
Magów wiedza na zwojach i w księgach,
Kupców zyski ogromne,
Młodych życie spokojne,
Zew do serc naszych czasami sięga.

Z mieczem chcemy przemierzać
Zagubione ostępy
Tam, gdzie smoków wciąż więcej, niż ludzi
Bystre mijać potoki,
Pływać w wodach głębokich,
Pod chmurami rankami się budzić.

Piosenkę kończyło powtórzenie pierwszej zwrotki – znów w powolnym, spokojnym rytmie. Korin nie zauważył, aby Zeida jakkolwiek zareagowała na jego przyłączenie się do pieśni, najwyraźniej więc nie przeszkadzało jej to. Odśpiewali jeszcze raz początkowe słowa, które Va – erth uważał za najpiękniejsze.

Prastara puszczo, pragnę ujrzeć cię znów
Na kobiercu twych liści puścić w tany się chcę
Powędrować zieloną ścieżką na wschód
Miejsca starsze, niż ludzkość obserwować przez mgłę.

*
Od rana wędrowała przez Spalone Stepy, rozciągające się na granicy Anarii i Righess. Teraz zaś słońce już zachodziło za jej plecami. Była brudna i zmęczona, jej ubranie lepiło się od potu. Dawno już skończyło się jej jedzenie.
Yorall podniosła głowę i wykrzywiła twarz w grymasie zbliżonym do uśmiechu, widząc w oddali kępę drzew oraz małe, białawe plamki, będące w istocie wzniesionymi z jasnego drewna chałupami. Za wioską płynęła leniwie rzeka, zakreślając szerokie zakola.
Pierwsza osada w Anarii, do której docierali podróżnicy wędrujący Szlakiem.
Yorall wędrowała niestrudzenie niemal przez trzy dni, nim tu dotarła. Gdyby nie to, że dawno już stała się obojętna wobec swych uczuć, lęków i zmęczenia, prawdopodobnie poddałaby się o wiele wcześniej.
Ona jednak wytrwała. Wlokąc się noga za nogą, zbliżała się do celu, który stanowił jej nieuniknione przeznaczenie.
W kępie wysokiej, ostrej trawy, na skarpie kawałek dalej, pasło się małe stadko brązowo – czarnych kóz. Zwierzęta podniosły głowy i zameczały, potem zaś zabawnie podskakując, czmychnęły w krzaki.
Spalone Stepy słusznie zasłużyły na swą nazwę. Za Yorall rozpościerała się wielka połać żółtych, wyschniętych traw, kołyszących się w podmuchach wiatru. Drzewa, w których cieniu zbudowane zostało niewielkie gospodarstwo – pierwsze, jakie mijała w tej osadzie – stanowiły znaczną odmianę, podobnie, jak gęste zarośla, porastające brzegi rzeki.
Ścieżką, prowadzącą do wioski, powoli spacerowała podpierająca się laską staruszka, ubrana w błękitną, luźną spódnicę i koronkową bluzkę. Na głowie miała kapelusz z szerokim rondem, osłaniający ją od słońca.
Yorall nie starała się specjalnie o zwrócenie na siebie uwagi, jednak kobieta dostrzegła ją już z daleka.
Patrzcie, ty nie jesteś stąd! Przecież ona musiała przyjść z Righess! – zawołała, wskazując końcem swego kija na Yorall. Dla mieszkańców małej, odizolowanej wioski pojawienie się kogoś obcego, kto w dodatku przywędrował od strony pustkowia, było zaskakujące i niezwykłe. Yorall nie odpowiedziała, chcąc w miarę możliwości szybko oddalić się od ciekawskiej staruszki, która tymczasem już do niej przydreptała, starając – we własnym mniemaniu – zachowywać się dyskretnie.
Cóż cię tu przywiodło, młoda damo? – zagaiła, próbując dotrzymać kroku przyspieszającej Yorall.
Zbliżyły się do pierwszych zabudowań, a ona wciąż nie zwróciła uwagi na staruszkę. Szła z zaciśniętymi w wąską linię wargami, rozglądając się bacznie dookoła. Potrzebowała zapasów na dalszą drogę.
- Wiem, na pewno idziesz do Fortu – stwierdziła nagle odkrywczo babka, usiłując sprawdzić, jakie wrażenie wywarły na Yorall te słowa. – Ale przez pustynię?! Podobno przyjmują w tym roku do tej akademii magicznej… ale nie wiem, czy zdążysz… coś takiego, przez pusty…
Yorall odwróciła się do niej gwałtownie.
Nie zdążę? Muszę tam dojść. Jak daleko jeszcze do Fortu? Potrzebuję zapasów. Zapłacę.
Wyrzuciła z siebie te słowa szybko, na jednym oddechu. Jej ton był zimny, wręcz nieprzyjazny.
Babka pokręciła głową. W jej wiosce, położonej na uboczu i rzadko odwiedzanej przez podróżników, pojawiła się nagle młoda kobieta, która sama przyszła z Righess, a teraz chce iść, zanim zdążą ja ugościć!
Dróżką nadbiegł chłopiec, wyglądający na jakieś siedem lat. Miał koszulkę do kolan i rozczochraną czuprynę.
Babciu, babciu! Co robisz? – zawołał.
Już idę, mój drogi. Niech pani zaczeka, przyniosę pani jakieś jedzenie.
Nieprzyjazne, oziębłe zachowanie Yorall wywarło złe wrażenie na staruszce. Czuła ona dziwny niepokój, patrząc na jasnowłosą kobietę. Chwyciła wnuka za rękę i pociągnęła go w stronę jednopiętrowego, małego domu.
Yorall usiadła na nieheblowanej ławce, stojącej koło drzwi. Wiedziała, że musi po prostu ignorować wieśniaków. Jeśli nie będzie odpowiadała na ich pytania, nie będą jej nimi zasypywać.
Młoda dziewczyna, pędząca przed sobą dwie brązowe kózki, spostrzegła ją i najwyraźniej miała ochotę porozmawiać, gdyż szybko podeszła, nerwowo mnąc szary fartuszek. Widać było, że jest spragniona nowinek i plotek – bez różnicy, jakich.
Yorall przybrała doskonale obojętny wyraz twarzy i przymknęła oczy.
Musiała tylko uzupełnić swe zapasy i upewnić się co do drogi do Fortu. Na razie jej zadanie wymagało cierpliwości.

*
Zatrzymali się na postój niedaleko grupy wysokich, przypominających gigantyczne kolumny skał dopiero, gdy niebo na wschodzie zaczęło rozjaśniać się przed świtem. Korin usiadł na kocu, plecami dość wygodnie oparty o wielki, porośnięty żółtawym mchem głaz. Zeida podała mu kawałek placka, zawiniętego w białą chustkę, pasek wędzonego mięsa i bukłak z wodą.
Tarivarze, nie jesz z nami? – rzuciła, wpatrując się w szlak, w stronę, z której przybyli.
Łowca nie odpowiedział. Korin nie miał nawet pewności, czy Tarivar gdzieś tam jest.
Po chwili łapczywego pochłaniania jedzenia młody Va – erth z pełnymi ustami zapytał siedzącą obok zielarkę:
- Może opowiedziałabyś mi coś o Anariańskiej Szkole Magii, skoro jesteśmy już tak blisko?
Zaśmiała się głośno, przez co zakrztusiła się i musiała odkaszlnąć.
Cały Korin, rzeczywiście – parsknęła, gdy poklepał ją mocno – może trochę za mocno – po plecach. – Nie śmiałam się z ciebie, nie musiałeś mnie tłuc! Po prostu od dawna czekałam, kiedy znowu zaczniesz zadawać pytania.
A czy robię coś złego? – potraktował jej słowa nieco zbyt poważnie i ogarnął go niepokój. Nie chciał naprzykrzać się Zeidzie, którą bardzo szanował.
Skądże znowu, Korinie – odrzekła zaskoczona. – Skoro mamy wolną chwilę… pytaj, o co zechcesz. Istnieje zbyt wiele historii dotyczących Szkoły Magii, bym mogła je teraz wszystkie przytoczyć.
Przez chwilę zastanawiał się, nie wiedząc właściwie, czego chciałby się dowiedzieć. Szkoła Magii była na tyle słynna, że słyszał już kiedyś o niej parę opowieści, ale teraz miał okazję porozmawiać z kimś, kto tę szkołę ukończył.
Jak powstała Anariańska Szkoła Magii? – zapytał w końcu.
To akurat proste pytanie – uśmiechnęła się Zeida. – Wiesz na pewno, że istnieje wiele stowarzyszeń zrzeszających czarodziejów, gildii i kręgów. W Laasharin, o ile mi wiadomo, znajduje się Kamienna Wieża czy coś takiego, prawda?
Przytaknął. Nie spodziewał się, że będzie znała nazwę niewielkiej gildii magów z Laasharin.
- Anariańska Szkoła Magii powstała z jednego z najstarszych stowarzyszeń tego rodzaju. Magowie tworzący grupę postanowili – całe wieki temu – że ich głównym zajęciem będzie wtajemniczanie zdolnych osób w arkana magii. Z pewnością istniały też jakieś bardziej ukryte powody, niż ów szlachetny cel. Ponoć czarodzieje ze Srebrnego Fortu rywalizowali wówczas ze swymi kolegami po fachu z Dher Gaelabi. To drugie miasto leży w Kaarze, więc cała sprawa nabrała po trochu charakteru… hm, jakby to nazwać… państwowego. Anaria musiała mieć lepszych magów, niż Kaar, musiała mieć ich więcej…
Przerwała, widząc znudzoną minę Korina, którą ten starał się ukryć, gdy tylko padł na niego jej wzrok.
Dobrze, nie zagłębiam się dalej w politykę – przerwała. – Widzę, że tego rodzaju historie nie odpowiadają ci…
Ależ nie, mówisz bardzo ciekawie – zaprzeczył. – Więc… jak stara jest Szkoła Magii?
Ma prawdopodobnie około pięciuset trzydziestu lat – wyjaśniła. – Z pewnością ponad pięćset.
Gwizdnął z wrażenia.
Niesamowite. Musieli wykształcić naprawdę wielu czarodziejów przez te pięćset lat…
Wystarczająco wielu, aby Dher Gaelabi straciło swą pozycję w świecie magii – przytaknęła, rozbawiona jego uwagą. – Teraz mało kto wie o istnieniu Kręgu Żywiołów, niegdyś sławnego w całym Kaar i poza jego granicami.
Zza jednej z licznych skał wyłonił się Tarivar. Szedł w ich stronę powolnym krokiem.
Gdzie byłeś? – spytał Korin.
A czy ja pytam, gdzie ty byłeś? – odburknął łowca. – Tylko się rozglądałem po okolicy. Macie coś do jedzenia?
Przyszedłeś za późno, pora na posiłek minęła.
Zeida powiedziała to całkowicie poważnym tonem, Korin jednak od razu zorientował się, że żartuje. Tarivar jednak tylko wzruszył ramionami i usiadł obok, na swym znoszonym płaszczu.
Masz – po chwili czarodziejka rzuciła mu jego porcję i bukłak. – Przecież tylko cię nabierałam.
Zmierzył ją przenikliwym spojrzeniem, z którego trudno było wyczytać, co o tym wszystkim myśli.
- Jeśli będziemy jechać naprawdę szybko, dziś w nocy możemy dotrzeć do Fortu – po chwili milczenia odezwała się ponownie. – Po drodze napotkamy jeszcze niewielką osadę, gdzie zatrzymamy się na jutrzejszy odpoczynek.
Na twarzy Korina pojawił się promienny uśmiech. Srebrny Fort! Nareszcie!

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...