Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Szlakiem martwych karawan - Rozdział 2 – Przez skały Righess

iris ·

Gdy w końcu świat otaczający Korina Va – erth ustabilizował się co nieco, a drzewa przestały tańczyć szalonego połamańca, mężczyzna ze zdumieniem ujrzał, iż jest środek nocy.
Leżał na brudnym, pomiętym płaszczu, rozłożonym pod grubym pniem potężnej sosny.
Ze złością stwierdził, że ta zabawa wcale nie jest śmieszna. Najpierw zostaje wzięty w niewolę, a potem porywają go jacyś nieznajomi ludzie i układają w bardzo niewygodnej pozycji, na dodatek ze skrępowanymi rękami i nogami.
Dopiero po dłuższej chwili poczuł, jak bardzo jest głodny.
- Przeklęte życie – warknął, gdy nie udało mu się, mimo bohaterskich prób, rozluźnić więzów. Okazało się, że nie jest to tak łatwe, jak wynika z lektury opowieści o najrozmaitszych herosach, wychodzących cało z każdej opresji. Na dodatek złościła go własna niewiedza. Nie miał najmniejszego pojęcia, dlaczego Yorall wykupiła go od strażników. Gwałtowne zakochanie się raczej nie wchodziło w rachubę, gdyż wtedy nie uciekałaby się do podstępu i nie nakłaniała swych ludzi, by walili Korina w głowę właśnie w momencie, kiedy próbował się do niej zbliżyć. Z tego, co wiedział, nie mógł być zaginionym synem królewskim, nie posiadał również żadnego magicznego przedmiotu o wielkiej mocy, będącego obiektem pożądania szalonego czarownika. A innego powodu, dla którego się kogoś napada, ogłusza i porywa Korin nie potrafił wymyślić.
Doszedł go szmer głosów. Przy niewielkim ognisku, rozpalonym kawałek dalej, siedziały Yorall i jej rudowłosa towarzyszka. Konie pasły się nieopodal. Dwóch mężczyzn nie było w zasięgu wzroku.
Z namiętnego upodobania do historii o przygodach i potworach Korin wiedział, jak należy postąpić w takim przypadku. Natychmiast przestał się szamotać i położył spokojnie, nasłuchując. Żałował, że był przedtem tak skupiony na własnym nieszczęściu, iż nie widział ani nie słyszał, co dzieje się dookoła. Najwyraźniej jednak obydwie kobiety były przekonane, że wciąż śpi.
- Yorall, posłuchaj – ruda odezwała się podniesionym głosem. – Nie mogę dłużej utrzymywać go w tym stanie. To trwa już trzy tygodnie. Dziwię się w ogóle, że jeszcze żyje.
Trzy tygodnie! Korin był bliski roześmiania się w głos. Przecież ledwo tego ranka zobaczył Yorall po raz pierwszy! Świetnie pamiętał przebieg wydarzeń; chwilę, w której zaczął coś podejrzewać, wykrętne tłumaczenia kobiety i moment, gdy zapadł w nienaturalny sen! Może zorientowały się, że je podsłuchuję i mówią tak specjalnie, by mnie zmylić – zastanowił się.
- Zeido, sama mówiłaś, że jesteś w stanie dokonać rzeczy niemożliwych. Trzymałaś go przez cały ten czas pod działaniem narkotyku, a jednak dzięki twoim ziołom wciąż żyje, ba, nawet lepiej wygląda niż w dniu, w którym wykupiliśmy go od strażników! Jutro przekroczymy barierę gór i znajdziemy się poza Tánorem, o ile oczywiście nadal będziemy współpracować.
- Poza Tánorem, dobre sobie – odparła Zeida, podnosząc się powoli. – Miałam towarzyszyć wam tylko do granicy, nieprawdaż?
- Plany uległy zmianie. Musisz pomóc nam przebyć Righess, a on nie może się niczego dowiedzieć. Ma być nieprzytomny albo oszołomiony.
Yorall przysunęła się bliżej ognia, tak, że płomienie oświetliły jej twarz. W ich czerwonym blasku młoda kobieta wyglądała niczym ognisty demon, doświadczający rozkoszy niszczenia. Oczy zabłysły jej dziko.
- Sama nie wiem – w głosie Zeidy czuć było wyraźnie wahanie. – Zgodziłam się, bo potrzebuję pieniędzy, a twoja oferta była hojna. Nawet bardzo hojna. Ale przeprawa przez pustkowie Righess to całkiem inna sprawa. Tam żyje się, patrząc śmierci w oczy. Raz zbłądziłam w stronę pustkowia i nie chcę więcej się na nim znaleźć.
- Jeśli sama nie zechcesz, zmuszę cię – Yorall wstała. Górowała nad niską Zeidą o głowę. Mówiła z determinacją. – Przyrzekłam to matce, zanim umarła. Że zabiję tego człowieka na jej grobie.
Rudowłosa kobieta odsunęła się od niej z wyrazem przestrachu na twarzy. Natomiast Korin, do tej pory przy każdym zdaniu Yorall odczuwający coraz gwałtowniejsze mdłości, zbladł na twarzy i po prostu – ponieważ nie był bohaterem z opowieści – stracił przytomność. Ostatnią jego myślą było: „Hejże, jestem kimś na tyle ważnym, że postanowiono złożyć mnie w ofierze!” i brzmiało to dziwnie zabawnie w porównaniu ze stanem jego nerwów.
- Ale to tylko jego syn. – podjęła Zeida. – Nigdy wcześniej nie widział cię na oczy. Pewnie nawet o niczym nie wie.
- Oczywiście, że nie wie! Sądzisz, że jego tatuś chwali się tym na prawo i lewo?
- A czym ci zawinił…
Krzaki nieopodal zaszeleściły i obydwie kobiety błyskawicznie sięgnęły po broń. Yorall wyszarpnęła ze skórzanej pochwy przy pasie wąski, długi sztylet, a Zeida podniosła z ziemi solidną laskę o końcówce okutej grubą blachą.
- Spokojnie, to tylko ja – z zarośli wyłonił się jeden z mężczyzn, towarzyszy Yorall.
- Gdzie się szwendacie?! – kobieta błyskawicznym ruchem schowała broń. W jej głosie zabrzmiała jednak niebezpieczna złość.
- Sama kazałaś nam się oddalić. Nie kwestionujemy twoich poleceń.
Yorall usiadła z powrotem na ziemi.
- Zeido, daję ci czas do jutra. Na dziś już chyba wystarczy, niczego mądrego nie jestem w stanie wymyślić o tej porze. – ziewnęła demonstracyjnie. – Czuwajcie na zmianę, ty i twój przyjaciel – zwróciła się do mężczyzny.
- Oczywiście.

*
Ojciec Korina stracił nadzieję na powrót jedynego syna. Trzy wyprawy poszukiwawcze wróciły z niczym, ślad po karawanie urywał się w ostępach puszczy Än’Hrôid. Va – erth pogodził się już ze smutną wieścią, ciągle jednak bolała go utrata potomka.
- Na pewno chciał być bardzo odważny. A przecież tyle razy go ostrzegałem…
I tylko wiatr, suchy wiatr owiewający ogryzione przez zwierzęta kości starego człowieka, spoczywające dwa dni drogi od puszczy, mógłby powiedzieć coś więcej na ten temat.
*
Korina obudziło dziwne przeczucie, że ktoś nad nim stoi. Tym razem wolał nie ryzykować pocałunku, zresztą i tak nie dałby rady odpowiednio tego zrobić z rękami związanymi z tyłu. Otworzył szeroko oczy i spojrzał prosto w zaniepokojoną twarz Zeidy.
- Wstawaj – szepnęła kobieta. Wyciągnęła niewielki nóż i szybkim ruchem przecięła krępujące młodzieńca więzy.
Korin zrobił, co mu kazała. W tej chwili był tak daleki od rozumienia czegokolwiek, że aż go to bawiło.
- Yorall kazała nam zbierać się w środku nocy? – zaryzykował pytanie.
- Niech licho weźmie Yorall. Ona o niczym nie wie. W tej chwili działam na własną rękę. Ratuję ci życie.
Korin poczuł się mile połechtany, jakby nagle z syna zwyczajnego kupca przemienił się w zaczarowanego księcia.
- Chyba pozwolę ci się uratować, Zeido. Zresztą pewnie wkrótce ocalą mnie ludzie ojca.
- Gadasz jak głupi dzieciak.
Korin zrozumiał to w tej samej chwili i zawstydził się własnego zachowania.
- Dziękuję – powiedział, chcąc jakoś zatrzeć niekorzystne wrażenie. – Ratujesz mnie zapewne od strasznej śmierci z ręki szalonej kobiety.
- Właśnie się przekonałam, jak bardzo szalonej. Nie mogę teraz pojąć, dlaczego jej pomagałam.
Podążyła szybkim krokiem ścieżką, prowadząc za wodze dwa konie. Korin skierował się jej śladem, starając się robić to jak najciszej.
Po kilkunastu minutach wytężonego marszu w milczeniu Zeida zatrzymała się na niewielkiej polance. Sama wskoczyła na siodło jednego wierzchowca, milczącym gestem polecając mężczyźnie, by dosiadł drugiego.
- Myślisz, że będą nas gonić? – spytał szeptem Korin. – Nie boisz się?
- O mało nie pomogłam popełnić morderstwa. Muszę za to odpokutować. Zanim jednak postanowiłam uratować twoją skórę, przyjęłam zapłatę od Yorall, po czym pokrzyżowałam jej zamiary. Nie zdziwię się, jeśli teraz i mnie będzie chciała zabić. Nie jestem dobrym człowiekiem. A jeśli chodzi o pogoń – zanim cię obudziłam, napoiłam wartownika mocnym winem z dodatkiem odpowiednich składników.
- Otrułaś go?
- Nie, oczywiście, że nie. Tylko uśpiłam. – baczne spojrzenie Zeidy spoczęło na Korinie. – Jak mogłabym popełnić jedno morderstwo, aby zapobiec drugiemu? Sądzisz, że jego życie jest mniej warte, niż twoje?
Korin po raz kolejny zawstydził się, nie z powodu samego przypuszczenia kobiety, ale ponieważ było ono w dużej mierze słuszne. Zdał sobie z tego sprawę z niejakim zdumieniem.
W końcu uznał, że więcej nie dowie się o sprawach łączących Zeidę i Yorall, zadał zatem inne pytanie.
- Gdzie właściwie jesteśmy? Naprawdę spałem przez trzy tygodnie?
Na twarzy Zeidy zagościł blady uśmiech.
- Bardzo jesteś ciekawski, Korinie Va – erth. A ciekawość jest cechą wielkich odkrywców, ale i straceńców. Jeśli koniecznie chcesz wiedzieć, to mogę potwierdzić informacje, które posiadasz. Pewnie nas podsłuchałeś, co? Utrzymywałam cię w śpiączce przy pomocy ziołowego naparu. Mam swoje metody, potrafię napoić nieprzytomnego, jeśli zajdzie potrzeba. W tym czasie przekroczyliśmy góry i teraz jesteśmy na granicy pustkowia Righess. Pomogę ci wrócić do domu. Nie mogłam dotrzymać słowa danego Yorall, więc muszę oddalić się od niej jak najbardziej. A zmierzam akurat w tę samą stronę, co ty. Jeśli podążymy wzdłuż łańcucha szczytów, dotrzemy do portowego miasta Orchid. Stamtąd jakimś statkiem przedostaniesz się do Tánoru, omijając półwysep Henkil, ostrze gór wdzierające się w morze. Gdy będziesz już w pobliżu Kedran czy innego wielkiego miasta południa, z łatwością trafisz z powrotem do Laasharin. – widząc jego powątpiewanie, dodała:
- Chyba, że wolisz wracać przez Än’Hrôid.
Korin naraz stwierdził, że jest całkowicie przekonany o słuszności obranej przez Zeidę drogi.
Co prawda nadal nie rozumiał wielu rzeczy – czemu kobieta mu pomaga, jakie pobudki nakłoniły Yorall do porwania go i dlaczego, u licha, chce złożyć go w ofierze na grobie swej matki. Jednak Zeida ponagliła wierzchowca, wysuwając się na przód – wyraźny znak, że nie życzy sobie dalszej rozmowy. Korin z niezadowoleniem przyznał przed samym sobą, iż nie wie o własnym życiu wszystkiego. W przyszłości, pocieszał się, poznam więcej faktów dotyczących mojego przeznaczenia – może coś się wyjaśni? Musiało spaść na niego tak zwane pechowe dziedzictwo – ktoś inny – lub coś innego – zawinił, a nieprzyjemności skrupiają się na niewinnej istocie.
Na razie, mając dość wszelkich ponurych rozważań, a także dlatego, że jego ciało i umysł wciąż pozostawały pod odrętwiającym wpływem narkotyku, zaczerpnął głęboki haust zimnego, nocnego powietrza i rozkoszował się historią niczym z legend, jazdą przez las w towarzystwie tajemniczej kobiety.

*
Noc szybko przeszła w blady świt. Byli na odludziu, wśród skał i pojedynczych drzew, stanowiących ostatnie przyczółki górskich lasów. Konie, zmęczone forsowną jazdą, wlokły się noga za nogą ze spuszczonymi łbami. Korin czuł zmęczenie, gdyż narkotyk przestawał działać. Dopiero teraz pełne skutki trzech tygodni bez normalnego pożywienia stały się w pełni widoczne.
Poprosił Zeidę o coś do jedzenia.
- Nie, na razie jeszcze nie. – odparła, ku jego przerażeniu.
- Dlaczego?
Z każdą chwilą stawał się coraz słabszy. Czuł, że zaraz spadnie z siodła.
- Twój organizm musi stopniowo przystosowywać się do normalnego pokarmu. Na razie weź to, prawdziwy posiłek zjemy około południa.
Podała mu niewielki, skórzany bukłak.
- To wino zaprawione ziołami. – wyjaśniła. – Pij je, kiedy będziesz głodny, zmęczony albo znajdziesz się w niepewnej sytuacji. Poprawia nastrój i dodaje sił. Ale – ostrzegła – ostrożnie z jego używaniem. Najwyżej jeden łyk naraz, chyba, że chcesz mieć poważne problemy z… samopoczuciem.
Korin wyciągnął z bukłaka korek i przez chwilę cieszył się błogim zapachem trunku. Wychylił niewielki łyk i poczuł, jak krew zaczyna żywiej krążyć w jego odrętwiałym ciele. Wino było słabe, miało charakterystyczny, gorzki posmak ziół.
- Lepiej od niej znam się na alkoholu, wiem, ile mogę wypić – zadecydował i jeszcze raz pociągnął z bukłaka.
Do południa jechali wolnym tempem, klucząc pomiędzy grupami skał i wydmami, które porośnięte były karłowatymi krzewami. Dzień był duszny i gorący.
- O ile się orientuję, to typowa pogoda na Righess – odparła zapytana Zeida. – A w sercu pustkowia jest jeszcze gorzej. Nie ma tam ani roślin, ani potoków. Deszczu również. My zaledwie muskamy krawędź Righess, trzymając się gór, ale i przez pustkowie wiedzie szlak. Obym nigdy nie musiała go oglądać. Zginęło tam więcej ludzi, niż podczas niejednej wielkiej wojny. Znany jest jako szlak martwych karawan.
Korin wzdrygnął się na te słowa, przypominając sobie własną karawanę. Z jego winy ci wszyscy ludzie gnili gdzieś w lesie z przeszytymi z łuku gardłami! Właściwie wiele z nich już pewnie nie zostało.

*
Koło południa stanęli, aby przyrządzić coś do jedzenia. Zeida rozsądnie zaopatrzyła się w większe racje żywnościowe i obiecała Korinowi, że jemu także nie pozwoli umrzeć z głodu. Wręczyła mu malutki, żelazny kociołek na śmiesznym uchwycie i wysłała po wodę do pobliskiego strumyka.
Bliskość gór gwarantowała na szczęście dostęp do wody, z czego mężczyzna był niezwykle uradowany. Raźnym krokiem powędrował po piasku, wychwalając trunek zielarki, który dodał mu sił.
Naraz poczuł, jak coś kłuje go w bok. Odwrócił się gwałtownie, ale w pobliżu nikogo nie było. Wzruszył ramionami i szedł dalej.
Kawałek przed strumykiem gwałtownie zwinął się z bólu. Poczuł, jak żołądek zawiązuje się mu w wielki supeł. Rzucił na ziemię kociołek i obryzgał pobliską skarłowaciałą brzózkę strumieniem wodnistej treści.
Rzygał tak przez całą drogę powrotną do prowizorycznego obozowiska. Słaniał się na nogach, wyrzucając z siebie kolejne porcje cuchnących wymiocin. W głowie szumiało mu i dzwoniło. Z oczywistych powodów, wody nie przyniósł.
- Zły wpływ pustyni albo otruła mnie Zeida – jęknął, osuwając się na kolana.
Nadchodzącą kobietę, która musiała zobaczyć go z daleka, powitał wyjątkowo obfitym strumieniem, skierowanym prosto w jej stronę.
Zeida odskoczyła i, ku jego zdziwieniu, zaśmiała się cicho.
- Co cię tak bawi? – wycharczał z trudem. Żołądek wyczyniał nieprawdopodobne harce.
- A mówiłam, żebyś nie pił więcej, jak łyk! – Zeida zaśmiewała się z jego nieszczęścia do rozpuku. – Chyba zwróciłeś wszystko, czym cię poiłam przez te trzy tygodnie!
Podniosła z ziemi kociołek i sama poszła po wodę, zostawiając obolałego Korina na ziemi.
- Masz nauczkę na przyszłość! – rzuciła mu przez ramię na obchodne. W jej głosie nie było jednak złośliwości. W niedługim czasie wróciła i pomogła mężczyźnie jakoś doczołgać się do obozu.
W ten sposób Korin Va – erth nie zjadł swojego wyczekiwanego z tęsknotą obiadu.
- Paskudny początek – jęczał co chwila jeszcze kilka godzin później.
Ale jego przygoda z Righess dopiero się zaczynała.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...