Szlakiem martwych karawan - Rozdział 3 - Oblicza pustyni
- Ciesz się, że wędrujemy wzdłuż linii lasu – burknęła Zeida. Szła teraz w cienkiej, zwiewnej bluzce i materiałowych spodniach jasnej barwy. Czarna szata, gdy ją zrzuciła, była mokra jak po wyjęciu z rzeki, kobieta jednak nosiła ją odważnie aż do tej chwili, nie chcąc pokazywać się przy Korinie w bieliźnie.
- Wzdłuż linii lasu, tak, tylko gdzie ty widzisz tą linię? – zadrwił mężczyzna. Roztrząsanie, jaką część garderoby ma na sobie Zeida nie było teraz dla niego atrakcyjną perspektywą.
Od wschodu słońca upłynęły zaledwie dwie godziny, jednak oni wyruszyli jeszcze przed świtem. Zeida chciała podróżować jak najszybciej, a w godzinach południowych musieli zrobić postój.
Co jakiś czas zsiadali z koni, aby dać im trochę odetchnąć. Zwierzęta były brudne i zmęczone, jednak pocieszały się skubaniem twardej, pustynnej trawy, która rosła niekiedy pomiędzy skałami. Korin nie miał się czym pocieszać, starał się więc po prostu nie myśleć o tym, co robiłby teraz, gdyby nie strzeliło mu do głowy jechać przez An`Hroid. A nie było to łatwe.
- Gdyby nie moja głupota, chłodziłbym się teraz w kąpieli – jęknął, zdejmując koszulę i zawiązując ją w pasie.
- Po pierwsze – odezwała się kobieta – jest maj i w Laasharin siedziałbyś pewnie przed kominkiem. Na północy lato przychodzi późno, prawda?
- Prawda. A po drugie?
- Co po drugie? – jej oddech był nierówny, płytki. – Pustynia zaczyna na nas oddziaływać. Najpierw mówi się od rzeczy.
- Nie, powiedziałaś „po pierwsze”, więc ja się pytam, co po drugie.
- Po drugie, załóż koszulę, albo wieczorem pożegnasz się ze swoją skórą. Poparzenia słoneczne to paskudna sprawa. Leczyłam je parę razy. Ohydne pęcherze i otwarte rany.
Korin szybko założył koszulę. Nie chciał mieć ani ohydnych pęcherzy, ani też otwartych ran, ale materiał przylegający do pleców palił go nieznośnie.
Zatęsknił za domem: zrzędzącym ojcem, matką, która ciągle wymyślała mu od idiotów, znajomymi, nawet za służbą. Przede wszystkim zaś za chłodną kąpielą z odrobinką olejku z sosnowych igieł.
Zastanowił się, ile lat może mieć Zeida. Na pewno była młodsza od jego matki – pani Va – erth była już po trzydziestce, gdy urodziła dziecko. Tego wyczynu nie udało się jej już później powtórzyć i Korin pozostał jedynakiem, choć podejrzewał, że gdyby rodzice zechcieli, z łatwością zapełniliby dom małymi Va – erthkami.
Zeida natomiast… cóż, wyglądała na starszą, niż Yorall, ale nie miała więcej, niż trzydzieści pięć lat. To trochę za dużo, jak dla Korina, poza tym nie podobał mu się jej uszczypliwy charakter i skłonność do ciągłej krytyki. Ale może to nic dziwnego, że nie rozkochała go w sobie – była zielarką, a ostatecznie ten zawód zawsze kojarzył się młodemu mężczyźnie z zasuszonymi babami po siedemdziesiątce, marynującymi zwierzęta w occie.
- Zielarki… tak, wsadzały ropuchy do słojów. Nigdy specjalnie nie lubiłem tych kobiet – pomyślał.
- To wiedźmy – usłyszał Zeidę. – Zielarki zajmują się roślinami, nie produkcją pikli z żab.
- Co, mówiłem na głos? – zdumiał się.
- Tak jakby. Zaczynasz tracić rozum. Chodź, rozejrzymy się za odrobiną cienia i zrobimy sobie postój, bo istnieje ryzyko, że mózgi nam się zagotują.
*
Samotne drzewo udzieliło im życzliwie skrawka cienia. W pobliżu płynął kolejny wątły strumyczek, opłukujący drobne skałki i jasne ziarenka piasku.
- Zeido?
- Mhm?
Korin poczuł się upoważniony do pomęczenia kobiety pytaniami przez kilka kolejnych minut. Zeida oparła się plecami o pień drzewa i półleżała z przymkniętymi oczami.
- Dlaczego nie wędrujemy lasem, bliżej linii gór? Przecież chcemy dotrzeć do Orchid, prawda? Rozumiem, że udaliśmy się naokoło, aby ominąć An`Hroid, ale czemu męczymy się na tej przeklętej pustyni, mając pod nosem cieniste lasy?
Zeida przez chwilę nie odpowiadała, jakby ważąc jego słowa.
- Cóż, Orchid nie leży aż tak blisko gór i cypla Henkil. I tak musielibyśmy przez jakiś czas podążać pustkowiem. Poza tym w górach nie jest całkiem bezpiecznie. Żyją tam różne dziwne istoty, które nie są groźne tylko do momentu, w którym naruszysz ich spokój.
- Jakieś dzikie plemiona?
- Między innymi. Owszem, wędrówka w niewielkiej odległości od linii lasu byłaby przyjemniejsza, ale na pewno bardziej ryzykowna. Tu jest jakby wąska strefa bezpieczeństwa – stwory z gór nie zapuszczają się na pustkowie, a środek Righess jest jeszcze daleko. To tylko w połowie pustynia, sam widzisz, że rosną tu nawet drzewa, a i o wodę jest łatwo.
Do Korina dotarła w końcu logika tej wypowiedzi, zastanawiał się jednak przez chwilę, czy nie warto zaryzykować własnego bezpieczeństwa i uciec od obrzydliwego upału.
- Cóż, kiedy tylko wrócę do domu, odpocznę sobie za wszystkie czasy. A swoją drogą ciekawe, że właśnie mnie przytrafiają się takie przygody!
- Nigdy o nich nie marzyłeś?
Wydawało mu się, że przez twarz kobiety przemknął szczery uśmiech.
- Oj, marzyłem, i to jeszcze jak. Straszliwym byłem głupcem.
- Przygody nie są aż takie paskudne. Zobaczysz, będziesz jeszcze miał się czym chwalić. No i ja też – napodróżuję się, jak nigdy w życiu. Strach pomyśleć, że gdyby nie nagłe postanowienie o zmianie planu podjęte przez Yorall, pomogłabym jej cię zamordować!
Korin słyszał o tym już wcześniej, ale uznał, że dokładniejsze wypytanie nie zaszkodzi.
- Czemu ona chciała… no, zabić mnie? Nie miałem pojęcia o jej istnieniu, jak mogłem się jej narazić?
- Wiem, wiem. Yorall… cóż, spotkałam ją w jednym z małych miasteczek portowych na zachodzie Tanoru. Potrzebowałam pieniędzy, zaproponowała mi niewielką sumę za przyłączenie się do jej wyprawy. Podróżowała dokądś przez puszczę An`Hroid i uznała, że może się jej przydać pomoc zielarki, biegłej w leczeniu ran i znającej się nieco na obyczajach dzikich ludzi.
Podczas opowieści Zeida cały czas miała zamknięte oczy. Gdyby nie monotonnie poruszające się wargi, Korin mógłby sądzić, iż kobieta śpi.
- W każdym razie pewnego ranka, gdy obozowaliśmy gdzieś w puszczy, obudziła mnie Yorall. Była niezwykle podekscytowana, powiedziała, że ma informacje o synu swego wielkiego wroga. Ten syn miał ponoć być w niewoli u strażników, nieokrzesanych ludzi żyjących w ostępach An`Hroid.
- Czyli pojawiam się ja – uśmiechnął się Korin. W głębi duszy jednak wcale nie było mu do śmiechu. Syn wroga? To jakieś bzdury!
- Yorall opowiedziała, że kiedyś, dawno temu, twój ojciec skrzywdził jej matkę. – kontynuowała Zeida. - Nie chciała mówić dokładnie, o co chodzi, ale wywnioskowałam, że musiało chodzić o jakieś kontakty handlowe, którymi zrujnował on tę kobietę. Opisała go w samych czarnych barwach. Jeszcze wtedy jej wierzyłam, no a na dodatek zaoferowała mi sporą sumę pieniędzy. Powiedziała, że chce wykupić cię z niewoli i zabrać do jakiegoś miejsca w górach. To miała być zemsta na twoim ojcu – żeby tam przyjechał, przeprosił czy coś jeszcze. Wtedy się zdziwiłam, bo po co odstawiać taki spektakl? No, ale miałam Yorall za uczciwą, więc zgodziłam się. Nie bardzo mi się podobało, że mam cię trzymać pod wpływem narkotyku, ale ona zachowywała się jakby… jakby się ciebie bała. Przez jakiś czas miałam się za żądnego krwi potwora!
- Ale ja o niczym nie wiedziałem! – zaprotestował słabo zszokowany Korin.
- No cóż, potem już jej całkowicie odbiło. Sam chyba słyszałeś, jak wymyśliła, że ma cię złożyć w ofierze na grobie własnej matki. Bałam się jej wtedy! Nagle odkryłam, że faktycznie cały czas był z nami potwór, ale to nie ty, tylko ona. Nie mam pojęcia, czemu ma coś do twojego ojca, a przez to i do ciebie, ale pewnie nigdy nic poważnego nie zaszło. Jesteś w dobrych stosunkach z ojcem?
- Tak. Powiedziałby mi chyba, gdyby…
- Właśnie. Więc wniosek – Yorall to wariatka. A że wariaci zawsze stanowią zagrożenie, spakowałam swoje rzeczy i podziękowałam jej za współpracę. Ciekawe, czy w ogóle podejrzewa, jak to wszystko wyglądało.
- Może myśli, że wyswobodziłem się z więzów i porwałem cię ciemną nocą, aby odprawić rytualne zabójstwo?
Sugestia była tak zabawna, że oboje się roześmiali.
- Porwałeś mnie razem z moimi ubraniami, ziołami, laską i zapasami na dwa tygodnie? Nie wiadomo, co sobie uroiła w tej swojej chorej głowie. W każdym razie miałeś szczęście – najpierw ona wykupiła cię od strażników, potem ja uratowałam od niej…
- Ciekawe, kto uratuje mnie od ciebie. Na pewno chcesz mnie otruć i zabrać moje bezcenne… - zawahał się, bo nie wiedział, co właściwie posiada takiego bezcennego.
- Jesteś pechowcem, któremu wszyscy muszą pomagać i który ciągle pakuje się w kłopoty?
- Ależ skąd, właśnie mam szczęście. Gdyby nie Yorall, strażnicy pewnie zarżnęliby mnie jak prosię, bo nie sądzę, aby ktoś inny fatygował się z okupem. Mój ojciec ma mnie za martwego. Myśli, że przepadłem z kretesem w puszczy. Pewnie już jakoś się pocieszył.
- Nie myśl tak – skarciła go Zeida. – Ojcowie zawsze kochają dzieci. Zawsze. Nawet, jeśli ich nie… nie…
- Nie kochają? – dokończył. – Chyba odkryliśmy jakąś nową mądrość, tyle, że coś mi tu nie do końca pasuje.
- Nie żartuj sobie. Twojej rodzinie na pewno też jest ciężko. Przez ciebie.
- Ale oni nie muszą leźć przez jakieś upiorne pustkowia.
Zeida nie odpowiedziała. Westchnęła tylko lekko i zmieniła pozycję na bardziej leżącą.
*
Korin zrozumiał. Na początku trochę się przestraszył, potem zdziwił, zaśmiał, ale wszystko pasowało do siebie. Po raz pierwszy samodzielnie rozwiązał zagadkę. Był z tego – nie da się ukryć – dumny.
Yorall była jego siostrą. To znaczy, w połowie. Wskazywały na to następujące fakty: była do niego podobna z wyglądu. I mówiła coś o krzywdzie, jaką Va – erth wyrządził jej matce.
- Owoc krzywdy – mruknął Korin. – Gratulacje, tatuśku, spłodziłeś wariatkę.
Nie znał życiorysu ojca zbyt dokładnie, przynajmniej do momentu, w którym pan Va – erth (wówczas już na tyle bogaty, że tytułowali go „panem”) ożenił się. A wielu młodych ludzi miało przygody natury miłosnej. Rozwiązanie było cudownie proste.
- Zeido?
- Czego znowu? – jej głos zabrzmiał trochę opryskliwie.
- A gdyby Yorall była moją siostrą? No wiesz, córką ojca z okresu przed małżeństwem?
Zeida nagle przebudziła się i otworzyła szeroko oczy.
- Wiem, że ta przygoda cię zachwyca, cieszysz się, że jesteś w centrum uwagi, ale nie przesadzaj. To oklepana fabuła, kiedy wróg okazuje się znienacka należeć do rodziny. Jeśli koniecznie chcesz stworzyć książkę o swoich losach, napisz wszystko tak, jak jest naprawdę.
- Chyba mnie źle zrozumiałaś. Nie chce nigdzie napisać, że Yorall jest córką mojego ojca. Ja po prostu to odkryłem.
- Taak? Mianowicie w jaki sposób?
Nie dał zniechęcić się ironią w jej głosie i wyjaśnił.
- Na dodatek ma takie charakterystyczne gesty, na przykład uśmiecha się, unosząc tylko jeden kącik ust do góry. Zwróciłem na to uwagę, gdy z nią rozmawiałem tamtego dnia. Wiedziałem, że znam skądś ten gest, ale dopiero teraz wpadłem na to, że widziałem go wiele razy u ojca.
- Świetnie. Może ci uwierzę. I jesteś dumny, że rozwiązałeś cały problem, tak? Wiesz, czemu chciała cię zabić, wszystko jest jasne?
- Tak – potwierdził dumny z siebie Korin.
- A czy to jakoś wpływa na fakt, że jesteśmy na Righess i mamy ledwie tyle zapasów, aby dotrzeć do Orchid?
Mężczyzna osunął się na piasek.
- Ty to wiesz, jak podnieść mnie na duchu.
Zeida wyciągnęła z leżącej w pobliżu torby czarny kapelusik bez ronda i coś, co Korin uznał za wielki motek wełny we wstrętnym, zielonym kolorze.
- Pora pomyśleć o nakryciach głowy – stwierdziła kobieta, zakładając kapelusik. – Niestety, nie mam przy sobie niczego lepszego. Nie wybierałam się na pustynię.
- To ja chyba się przejdę nad rzeczkę. Gorąco tu.
Chciał trochę porozmyślać w samotności.
- Gorąco? – odparła Zeida. – Patrzcie, jak na to wpadłeś?
*
Korin wrócił po jakiejś godzinie, gdy najgorszy upał minął i mieli wyruszać w dalszą drogę. Zeida pomachała mu z daleka czyjś trzymanym w ręce.
Gdy podszedł bliżej, dostrzegł, że jest to bezkształtna, zrobiona chyba w pośpiechu na drutach do robótek skarpeta. Z tamtej ohydnej wełny.
- Bardzo ładna – pochwalił niepewnie. Wtedy kobieta, ku jego zgrozie, wcisnęła mu to paskudztwo do ręki.
- Trzymaj, to twoja czapka.
- Żartujesz?! Nigdy w życiu tego nie włożę!
- Wiesz, mogę ją schować, ale podobno przebywanie bez nakrycia głowy na słońcu jest w stanie spowodować, tego… impotencję. Na całe życie.
Wykonała gest, jakby chciała mu zabrać czapkę.
- To chyba – zawahał się Korin – chyba jednak ją ubiorę.
Naciągnął zielone ohydztwo na głowę. Wprost czuł, jak głupio wygląda.
- Mądry chłopiec – pochwaliła go Zeida.
*
Wkrótce potem wyruszyli ponownie w męczącą drogę. Jechali teraz po rozległych połaciach suchej trawy, co było o tyle lepsze, że kiedy trzeba było zsiąść z koni, piasek nie wsypywał się do butów.
Gdy tylko nastał wieczór, zapadający tu dziwnie gwałtownie, Korin zerwał z głowy czapkę i odetchnął głęboko.
Zdążył się już przekonać, jak chłodne bywają noce na Righess, nie okazał więc zdziwienia widząc, że Zeida rozpala ognisko.
- Weź sobie koc z juków – doradziła mu kobieta. – Przy odrobinie pomyślunku da się nim całkiem wygodnie owinąć.
Po skromnym posiłku ułożyli się do snu. Kilka skał dawało całkiem przyzwoite schronienie przed wszędobylskim piaskiem, wsypującym się za kołnierze, do oczu i nosa, przyprawiającym o płacz i swędzenie.
- Wspaniale, nie ma co. Jeśli na środku Righess jest gorzej, musi to być przeklęte miejsce.
- Nie da się ukryć, Korinie. Nie da się ukryć.
*
Wycie było przeraźliwe. Korin przez dłuższą chwilę zastanawiał się, czy te rozpaczliwe odgłosy nie są wytworem jego własnego umysłu, kiedy jednak dostrzegł zrywającą się na równe nogi Zeidę, rozbudził się całkowicie i wstał.
Zielarka ściskała w dłoniach laskę. Narzuciła swą grubą, czarną szatę, ale i tak trzęsła się z zimna.
- Co to jest? – zapytał, mając na myśli upiorne dźwięki. Brzmiały tak, jakby ktoś wrzucił setkę kotów do lodowatej wody.
- Co dokładnie? Wycie, moja laska czy tamto, o? – Zeida najwyraźniej nie straciła swego ciętego humoru.
Korin spojrzał we wskazanym kierunku i ujrzał „tamto, o”, jarzące się niczym błękitne ogniki.
- Chyba i wycie, i tamto. Wilki, tu, na Righess?
- Zgadłeś, wilki. Pustynne.
Przenikliwe wycie na chwile ustało, a ogniki zgasły.
- Są tchórzliwe – rzekła Zeida, w bezruchu wypatrując zwierzęcia. – Zapuszczają się nawet na sto kilometrów w głąb pustkowia, jedzą jakieś jaszczurki i małe gryzonie. Normalnie nie zaczepiają ludzi, są mniejsze i słabsze od wilków z górskich lasów. Muszą być bardzo głodne, aby zaryzykować taki krok.
- Przy moim cholernym szczęściu na pewno zaryzykują.
Wycie odezwało się ponownie, tym razem towarzyszyło mu jakby echo zwiększonej liczby głosów.
- Jest ich kilka – szepnęła kobieta. Konie, dotąd pasące się w pobliżu, nerwowo przestępowały z nogi na nogę i potrząsały łbami.
Jeden z wilków pojawił się nagle w kręgu światła, rzucanego przez niewielkie ognisko.
Był bardzo wychudzony, brudnożółta skóra wisiała na nim jak na chodzącym szkielecie. Warczał cicho, wpatrując się w dwoje ludzi wielkimi, czarnymi ślepiami.
Korin sięgnął po krótki miecz, który nosił przy pasie. Strażnicy byli na tyle mili, że przekazali go Yorall, a Zeida najzwyczajniej zabrała go z pakunku, kiedy uciekali. Młodzieniec zawsze nosił broń, jednak nie potrafił się nią posługiwać. Używanie miecza inaczej, niż jako dekoracji, przerażało go.
Mimo to skierował klingę w stronę wilka. Zeida uniosła laskę. Zza skał wyłoniły się kolejne drapieżniki.
Nagle przywódca wilków odskoczył w bok i pognał w stronę koni. Reszta stada pobiegła wielkimi susami za nim.
- Konie! – jęknął Korin. Jego wierzchowiec, kasztanowata klacz, spłoszył się i pognał w stronę ogniska.
Zeida podniosła z ziemi suchą gałąź, złożoną na stosie chrustu, i zapaliła ją. Z zacięta miną pobiegła w stronę wilków, wymachując płonącym konarem niczym pochodnią.
Wilki osaczyły konia zielarki, przypierając go do skały. Pierwszy z nich zbliżył się z rozwartą paszczą do ofiary.
Głośne rżenie wyrwało Korina z odrętwienia, w które wpędził go przestrach. Koń Zeidy, ciemnogniady ogier, stał dęba, otoczony ze wszystkich stron przez wygłodniałe wilki.
Przywódca stada skoczył, chcąc zatopić kły w gardle zdobyczy.
W tej samej chwili koń gwałtownie opadł na przednie nogi. Korin nie wiedział, czy trzask, jaki usłyszał, to odgłos zderzających się z łbem wilka podkutych kopyt, czy dźwięk pękającej czaszki drapieżnika.
Reszta wilków zawróciła i uciekła z podkulonymi ogonami – czy to na widok śmierci przywódcy, czy też Zeidy, ruszającej do ataku. Kobieta rzuciła gałąź w sam środek watahy, oparzone zwierzęta zapiszczały ze strachu.
Chwilę później nie było po nich żadnego śladu, poza odciskami łap na piasku.
Zeida uspokajała swego wierzchowca, delikatnie głaszcząc go po chrapach.
- Świetny ten twój koń – wymamrotał Korin, podchodząc bliżej. Wstydził się okazanego tchórzostwa, ale kobieta nie czyniła żadnych docinków na ten temat.
- Kupiłam go trzy lata temu od pewnego nieco… ekscentrycznego handlarza – uśmiechnęła się. – Jest najlepszym rumakiem pod słońcem, przynajmniej dla mnie. Choć właściwie to nie był jego największy wyczyn. Już ci mówiłam, że wilki pustynne są strachliwe.
Całkiem, jak ja, pomyślał Korin.
- O takim przypadku nigdy nie słyszałam – kontynuowała Zeida. – W tym roku na całym pustkowiu musi panować wyjątkowa susza… jeszcze gorsza, niż zwykle. Dlatego nas zaatakowały. Ale, jak widzisz, okazały się niegroźne.
Mężczyźnie jednak ciarki przeszły po plecach na wspomnienie upiornego wycia.
- Zeido, jesteś nieoceniona – mruknął. – Istna skarbnica wiedzy.
- Ty też zaczynasz się uczyć. Poznajesz oblicza pustyni – każde jest inne. W dzień gorąco, w nocy chłód, czasami cisza, a innym razem – wycie wilka.
- O nie, nie aż tak zupełnie inne – zaprzeczył stanowczo. – Mają jedną wspólną cechę.
- Mianowicie?
- Wszystkie są paskudne.##edit_byatak 2006-01-23 19:48:06##ed_end##