Szlakiem martwych karawan Rozdział 4 – Orchid
- Zrobimy długi postój w ciągu dnia, ale teraz jedźmy – nalegał.
Zielarka w końcu się zgodziła.
Odjechali, zostawiając za sobą rozgrzebane ognisko i martwego wilka z roztrzaskanym łbem, leżącego w kałuży powoli tężejącej krwi.
*
Kolejne dni były dla Korina równie monotonne jak ćwiczenia z pisania, którymi nękano go, gdy miał osiem lat. Odjazd, droga, postój, droga, wieczorne rozbijanie obozowiska, sen. Młody mężczyzna zatęsknił za swym normalnym, pełnym rozrywek życiem.
Któregoś poranka rozmowa skierowała się na temat Yorall.
- Mówię ci, że jest córką mojego ojca – upierał się Korin. – Sam sobie tego nie wymyśliłem.
- A ja ci mówię, że za dużo czytasz – odburknęła Zeida. – Nie może być twoją siostrą.
- Czemu?
- Posłuchaj, kochanie – widać było, iż kobieta walczy, aby nie wybuchnąć gniewem. – Yorall wiele razy mówiła, że jej ojciec umarł dawno temu. Jasne? A ty – ty zachowujesz się jak rozpieszczony dzieciak, wyobrażasz sobie nie wiadomo co. Naucz się w końcu racjonalnie myśleć!
Korin nigdy wcześniej nie słyszał jej mówiącej z taką złością.
- Może faktycznie coś sobie uroiłem – mruknął do siebie, zaskoczony reakcją zielarki. – Ale skąd niby miałem wiedzieć, że ojciec Yorall nie żyje? Nie musiała od razu na mnie wrzeszczeć.
Jednak już podczas południowego postoju kobieta przestała zachowywać się z pełną wyższości rezerwą.
- Jeśli trochę się przyłożymy, jutro możemy być w Orchid. – oznajmiła z radością. – Widzisz ten ciemny kształt tam, na horyzoncie? To Savril i Isavril, dwa bliźniacze szczyty. Cel naszej podróży leży tuż przy nich.
- Po czym poznałaś? – zdumiał się Korin. Dla niego pustynia w każdym miejscu wyglądała identycznie, jakieś góry zawsze majaczyły w oddali, a rachubę czasu stracił już dawno temu.
- Mam swoje sposoby, i tyle – roześmiała się. – Zresztą, wcale nie podróżowaliśmy krótko. Prawdę mówiąc, nasze tempo dalekie było od przyzwoitego.
- Cóż, ważne, że w końcu dojedziemy, prawda? Righess nie było takie złe. Woda cały czas pod ręką, cień na każde życzenie…
- Na środku pustyni nie ma ani jednego, ani drugiego. Mało kto przeżył taką podróż.
Korin zastanowił się.
- Dlaczego zatem ludzie w ogóle się tam zapuszczają?
Zeida przyzwyczaiła się do ciągłych pytań i odpowiadała na nie z niczym niezmąconą cierpliwością.
- Pewnie wiesz, że zachodnią granicę Righess stanowią Góry Tánorskie. Wschodnią wyznacza rzeka Tienaen, nad którą leży…
- Srebrny Fort – odgadł.
- No właśnie.
Srebrny Fort był pięknym, starym miastem, leżącym na granicy Righess i żyznych łąk Anarii, niewielkiego państewka. Prócz bogatych złóż srebra w otaczających go pokładach skalnych, słynął z najwspanialszej pośród wspaniałych szkoły czarodziejów, do której przyjęcia odbywały się cyklicznie – co siedem lat.
- No tak, Fort jest niewątpliwie godnym uwagi miastem, ale łatwiej podróżować morzem w stronę ujścia Tienaen, a potem w górę rzeki.
- Masz rację, Korinie, ale nic nie może być tak proste. W okresie letnich burz morze jest bardzo niebezpieczne, zwłaszcza na wschód od Henkil.
- Dlatego niektórzy ryzykanci wybierają Szlak martwych karawan – dokończył.
- Zgadłeś. Zaspokoiłam twoją ciekawość?
- Na razie tak – uśmiechnął się.
*
Następnego dnia dotarli do pasa suchych łąk, z rzadka przetykanych niewysokimi drzewami. Mniej było tu skał, a kobierzec roślinności szczelnie pokrywał warstwę piasku. Konie, nawet bez ponaglania, szły szybciej, od czasu do czasu podrywając się do krótkiego biegu.
- Jesteśmy coraz bliżej morza – rzuciła Zeida. Wyprzedzając Korina, pochyliła się nad końskim karkiem i pozwoliła ponieść rytmowi galopu. – Ścigamy się?
- Oczywiście.
Choć nie potrafił walczyć, a szermierkę uważał za równie bzdurny wymysł, jak każdy sport, młody Va – erth był całkiem niezłym jeźdźcem. Doceniał luksus przejażdżki i przekładał go zawsze nad spacer o własnych siłach.
Teraz ścisnął łydkami klacz, zmuszając ją do przyspieszenia. Po chwili zrównał się z Zeidą.
- Nie myśl, że pójdzie ci łatwo! – krzyknął.
Kopyta dudniły po suchej ziemi. Wjechali na szczyt łagodnego wzniesienia i ujrzeli w dali ciemną linię drzew.
Dotarli do lasu niemal w tej samej chwili. Zeida zatrzymała konia mocnym ściągnięciem wodzy. Objuczony ogier dyszał ciężko.
- Przyjemność przyjemnością, ale te zwierzaki muszą nas jeszcze trochę ponieść. Teraz trzeba dać im chwilę wytchnienia – stwierdziła.
Zeskoczyli z siodeł i wolnym krokiem zagłębili się w las.
Drzewa rosły tu w sporej odległości jedno od drugiego, a zamiast ściółki ziemię zarastały kępy żółtozielonych traw, sięgających Korinowi do kolan. Jeszcze nigdy wcześniej nie widział też młodzieniec lasu, w którym byłoby tak mało cienia.
Savril i Isavril były coraz wyraźniejsze. Ich kontury migotały lekko w rozedrganym, gorącym powietrzu.
- Dojedziemy późnym wieczorem, jeśli nie będziemy marnować czasu.
- Aha. Zeido, jakie jest Orchid? Byłaś już tam?
- Owszem, byłam. Ale to małe miasto, odizolowane od innych. Nie wygląda tak, jak Kedran, Laasharin czy Ahed – Âz. W zasadzie należy jeszcze do Tánoru, ale, o ile się orientuję, posiada sporą niezależność. Prócz portu nie ma tam niczego ciekawego.
- Myślisz, że uda mi się załapać na jakiś statek płynący na zachód?
- Pewnie tak. Z południowych portów, jeśli tam opuścisz pokład, możesz łatwo dotrzeć do Kedran, od którego do Laasharin prowadzi całkiem wygodny szlak.
- A pewnie, prowadzi – skrzywił się Korin. – Szkoda, że nie pojechałem nim dwa miesiące temu.
- Ale wtedy nie spotkałbyś mnie. – zażartowała zielarka.
- Och, to byłaby wielka strata.
- Śmiej się, śmiej.
- Wcale się nie śmieję – odparł. – Jednak mimo wszystko wolałbym poznać cię w innych okolicznościach.
*
Orchid ukazało się ich oczom w momencie, który nienajlepiej uwydatnił jego zalety. Małe miasto leżało nad płytką zatoką, między podnóżem Isavril, lasem, z którego wynurzyła się właśnie dwójka wędrowców na zmęczonych koniach, a kamienistą plażą. Wzdłuż głównej ulicy ciągnęły się szeregi kamienno – drewnianych domów, a bliżej morza stały zabudowania portowe – magazyny, niewielka stocznia i kilka pomostów z bali, wrzynających się na około sześćdziesiąt metrów w wodę. Miasteczko wyglądało dość ponuro, tylko w nielicznych domach okna były złociście rozświetlone.
- No to w końcu jesteśmy – rzucił słabym głosem jeden z jeźdźców, młody mężczyzna o długich włosach. – Nie wierzyłem w to ani przez chwilę, ale jednak mnie tu doprowadziłaś.
- Oczywiście – odparła jego towarzyszka. – Korinie Va – erth, gdybym nie była taka zmęczona, oberwałbyś za swoje zarozumialstwo. Nie wierzyłem w to ani przez chwilę, jeszcze ci tak odpowie po wszystkim!
Oboje roześmiali się. W ich głosach brzmiała ulga charakterystyczna dla kogoś, kto właśnie wydostał się z beznadziejnego położenia i uważa z trudem ocalone życie za wielki skarb.
- Nieszczególnie wygląda całe to Orchid. Mała mieścina, a na dodatek ponura jak tysiącletni grobowiec.
- Jeśli ci się nie podoba, możesz wracać na pustynię – odrzekła Zeida. – Jednakowoż ja tutaj pozostanę. Jak dla mnie, Orchid jest w tej chwili największym cudem świata.
*
Korin nalegał, aby jak najszybciej zorientować się w kursach statków zawijających do Orchid. Zostawili więc rzeczy w gospodzie przy głównym placu, wytchnęli przez krótką chwilę w pokojach i, mimo śmiertelnego znużenia po długiej podróży, udali się do domu zarządcy portu.
Budynek ten nawet z daleka odróżniał się od wszystkich innych. Wielka, dwupiętrowa rezydencja z malowanymi na czerwono okiennicami stała przy portowym nadbrzeżu.
- Cóż, obawiam się, że nie ucieszą was wiadomości, jakie posiadam.
- Jak to? – wyrwało się niezbyt grzecznie Korinowi.
Przyjął ich sam zarządca, sympatyczny, siwy staruszek, po którym wcale nie było widać, w jakim luksusie żyje.
- A tak to właśnie, młody człowieku. W tym roku okres burz zaczął się wyjątkowo wcześnie i przez najbliższe dwa miesiące żadne statki, oprócz przybrzeżnych łodzi rybackich, nie wyruszą z Orchid. Może i pogoda nie wygląda tu tak źle, ale dalej na morzu szaleją małe, gwałtowne huragany. Szybko się pojawiają i szybko gasną. Nie dalej, jak wczoraj kilkanaście kilometrów od brzegu zatonęła barka, przewożąca ładunek zboża z zachodniego Tánoru – mężczyzna ze smutkiem pokręcił głową. – Na razie jesteśmy odizolowani. Bardzo mi przykro, nie mogę wam w niczym więcej pomóc.
Zeida uprzejmie podziękowała i gestem kazała Korinowi iść przed sobą. Młody mężczyzna z trudem pohamował wyrazy gniewu, cisnące się mu na usta.
- Dwa miesiące! – jęknął, gdy tylko wyszli z rzęsiście oświetlonego domu zarządcy. – Dwa! Nawet listu nie mam jak wysłać!
- Cóż, twojemu ojcu chyba to nie robi różnicy, skoro i tak ma cię za martwego – ponuro zażartowała Zeida.
- Ale mnie to robi różnicę!
- Korinie?
- Co? Jeśli masz zamiar robić mi wykład…
- Nie mam zamiaru robić ci wykładu! Mógłbyś chociaż posłuchać!
- Przepraszam – westchnął ciężko. Ich kroki głucho rozbrzmiewały na bruku portowej uliczki. – Spotkał mnie straszny zawód, dlatego jestem trochę nieswój.
- O nie, w twoim przypadku to normalne zachowanie. W każdym razie, posłuchaj. Musisz zostać w Orchid do września. Wtedy pojawi się mnóstwo statków, barek, łodzi, czego tam sobie zażyczysz…
- No tak – przerwał jej, zdumiony, iż tłumaczy mu coś tak oczywistego. – Przecież ty chyba też zostajesz?
- Otóż nie…
- Jak to? – nie zrozumiał. – Mówiłaś, że twój szlak zbiega się z moim.
- Nie do końca, Korinie. Chciałam złapać tu statek, płynący w stronę portów Anarii. Muszę… musze udać się do Srebrnego Fortu. Ty zostaniesz tu, tak będzie najlepiej.
Przez chwilę szli w milczeniu. Korin rozważał słowa Zeidy, które zdumiały go i nieco przestraszyły. Nie wyobrażał sobie życia przez dwa miesiące w całkiem obcym mieście. Kto da mu gwarancję, że w Orchid znajdą się osoby równie chętne do ratowania go, jak Zeida? Przywiązał się już trochę do niej, znał jej historię – a ona jego dzieje.
- Zeido, pojadę z tobą. Tak właśnie będzie najlepiej.
- Nie – zaprotestowała ostro. – Nie chcę narażać cię na niebezpieczeństwa Szlaku martwych karawan.
- A jeśli ja chcę się narażać? Chyba mam prawo wyboru?
- Owszem, ale to nieprzemyślana decyzja. Poza tym mogę nie zgodzić się na twoje towarzystwo.
- Posłuchaj, Zeido – spojrzał jej w oczy. Mimo ciemności zdawało się mu, że widzi w nich ogniki zdecydowania. – Uratowałaś mi życie, możliwe, że nie jeden raz. Bez ciebie przepadłbym gdzieś na Righess. Nie boję się nawet Szlaku. Jestem twoim dłużnikiem. Poza ty… - przerwał na chwilę – poza tym nie chcę sam zostawać w Orchid. To też nie jest bezpieczne.
- Nie, Korinie. Nie pozwolę ci na to.
Tej nocy, w czystej, pachnącej pościeli, w małym pokoiku w gospodzie, Korin spał gorzej, niż na kocu pośród skał pustkowia. Wiedział już, że musi pojechać z Zeidą, nie miał tylko pojęcia, jak do tego pomysłu przekonać samą zielarkę.
- Może to ma związek z Yorall? – zastanawiał się. – Muszę być po trochu odpowiedzialny za własną rodzinę.
Dla niego bowiem fakt, że Yorall jest jego rodzoną (no, w połowie) siostrą, był nadal bezsporny. Pomimo wszystkich argumentów „przeciw”.
W przekonaniu o słuszności własnej decyzji utwierdził go jeszcze jeden fakt. Słyszał kiedyś od Zeidy – sam ją o to wypytywał – że im gwałtowniejsze są letnie burze, tym większa szansa na deszcz na Righess i tym łatwiej przeprawić się szlakiem.
No i miał ostateczny powód. Żaden z bohaterów nieprawdopodobnych historii nigdy nie wahał się przed wyruszeniem w niebezpieczną drogę.
Korin nie był bohaterem, ale uznał to za mało istotny detal.