Szlakiem martwych karawan Rozdział 5 – Czarodziejskie sztuczki
Właściwie ledwo przeżył, bo na wiadomość, że ma tu tkwić do końca okresu burz, o mało nie padł trupem.
Potem naszło go dokuczliwe wspomnienie Zeidy – niezadowolonej, rozgniewanej, wściekłej Zeidy, która najspokojniej w świecie chciała sobie wyruszy Szlakiem martwych karawan i zostawić go tutaj samego.
- Cholera by to wzięła – jęknął, wygrzebując się z łóżka. – Nie ma co, ładny początek dnia.
Jego ubranie, zwinięte w bezładny kłąb, nadal leżało w kącie, tam, gdzie je rzucił. Z obrzydzeniem podniósł brudną, przepoconą koszulę. Trzymając ją daleko od siebie, niczym pochwyconego za ogon węża, naliczył kilkanaście wielkich dziur oraz całą masą pomniejszych pęknięć i rozdarć.
Nie chciał naciągać na swój wyszorowany do czysta grzbiet cuchnących łachmanów. Zawiązał biały, płócienny ręcznik dookoła bioder i zaczął się zastanawiać, co powinien teraz zrobić. Ociężałe myśli wirowały jednak złośliwie wokół Yorall, Szlaku i Zeidy niczym sępy, krążące nad karawaną, bez przerwy, aż do obrzydzenia. Jedyną oryginalniejszą refleksją, na jaką się zdobył, było wypowiedziane na głos zdanie:
- Porządne tu mają ręczniki.
Słowa te niewątpliwie przydawały chluby właścicielowi gospody, jednak Korinowi w niczym nie pomogły.
Wtedy klamka w drzwiach opadła, poruszyła się w górę, a potem w przód – gdyż nie mogła tak po prostu od popychanych drzwi odpaść – i do pokoju wkroczyła zamaszyście Zeida, trzymająca naręcze ubrań.
Właściwie poznał ją tylko po głosie, gdyż wielki stos przeróżnych części garderoby zasłaniał kobietę od pasa w górę, sprawiając komiczne wrażenie miękkiej, materiałowej góry, kroczącej niepewnie na drobnych nóżkach.
- Masz – Zeida z sapnięciem rzuciła wszystko na łóżko, omal nie przygniatając siedzącego na nim młodzieńca. Korin wygrzebał się spod atakującej go góry i popatrzył na zielarkę, usiłując w jednym spojrzeniu zawrzeć wdzięczność, radość, niepokój i resztki urazy.
- Naprawdę nie musiałaś – dodał, widząc po minie Zeidy, iż spojrzenie nie wyszło chyba do końca tak, jak sobie zaplanował.
- Owszem, musiałam. Nie chcę paradować po mieście w towarzystwie obdartusa.
Zawstydzony dostrzegł, iż zielarka ma na sobie nową, szmaragdowozieloną suknię, współgrającą pięknie z jej miedzianymi włosami, a w pasie przewiązaną brunatną szarfą.
- To wszystko za pieniądze od Yorall i wcale nie jest tego dużo – dodała kobieta tonem wyjaśnienia.
- Ile ci zapłaciła? – spytał zdumiony.
- Tyle, na ile ciebie wyceniła.
Roześmiał się cicho, niepewny, czy to żart. Zielarka jednak też się uśmiechnęła, a wychodząc z pokoju rzuciła:
- Przebierz się i zejdź na dół. I tobie, i mnie przyda się solidne śniadanie.
*
Korin był trochę skrępowany faktem, iż za jego śniadanie płaci kobieta, nie przeszkodziło mu to jednak w spałaszowaniu sześciu kromek chleba i góry jajecznicy z kiełbasą i cebulą. Popił wszystko gorzkim, ciemnym piwem i z rozkoszą wyciągnął się na krześle.
- To było pierwszorzędne – stwierdził, oderwaną od nieheblowanego blatu drzazgą dłubiąc sobie między zębami, gdzie utkwiło mu dokuczliwe włókienko. Zeida sprawiała wrażenie zbyt zadowolonej, aby zwracać na to uwagę.
- O tak. Wspaniały posiłek.
Może nie było to obiektywne określenie – jajecznicę ciut było czuć spalenizną, a chleb był czerstwy, ale obydwoje nie mieli teraz ochoty na przesadny obiektywizm.
W końcu, po chwili błogiego odpoczynku, trzeba było poruszyć drażliwy temat. Zarówno Korin, jak i zielarka świetnie o tym wiedzieli, ale każde z nich zdawało się czekać na ruch tego drugiego. W końcu cierpliwość Zeidy uległa wyczerpaniu i kobieta, z lekkim westchnięciem oznaczającym rezygnację, podjęła temat.
- Jutro odjeżdżam. Zostawię ci trochę pieniędzy, powinny starczyć.
Korin zrozumiał, że odniesione w walce na niecierpliwość zwycięstwo postawiło go w niekorzystnej pozycji, dając kobiecie możliwość takiego rozpoczęcia.
- Nie wiem, czy to rozsądne… - zaczął, próbując wywikłać się jakoś z kłopotliwego położenia.
- Co?
Proste, ale niespodziewane pytanie całkowicie zbiło go z tropu.
- No jak to „co”? Że wyruszasz tak… tego… samotnie…?
- Jakieś towarzystwo znajdę – ucięła. – W tym roku przyjmują do Anariańskiej Szkoły Magii. Na Szlaku będzie wyjątkowy tłok.
- Ale…
- Świetnie rozumiem, że nie chcesz zostawać tu sam – zielarka w mig rozszyfrowała plan Korina. – Być może jakiś statek znajdzie się wcześniej, niż przypuszczasz.
Mężczyzna oczyma wyobraźni ujrzał się w roli rozbitka uchwyconego deski, dryfującej w pobliżu rozlicznych szczątek statku, gdzieś koło Henkil.
- Chyba wolę poczekać – wyjęczał słabym głosem. Żałował teraz, że zjadł tyle jajecznicy – ciążyła mu w żołądku niczym kamienie.
Prawdę mówiąc, koncepcja podróży Szlakiem martwych karawan również nie wydawała się Korinowi specjalnie zachęcająca, ale wielokrotnie widział już, że Zeida jest towarzyszem, na którym można polegać. Zwariowałby chyba, zostawszy samotnie w Orchid.
A ze Srebrnego Fortu szybko i wygodnie dotarłby morzem do południowego Tánoru, a może nawet gdzieś na zachodnie wybrzeże, w okolice Laasharin. Okres burz akurat powinien się wtedy skończyć, zaś o wiele lepiej było oczekiwać na to zakończenie w drodze, u boku odważnej zielarki, niż sterczeć samemu w Orchid.
Z drugiej strony, takie nadkładanie drogi było całkowicie bezcelowe z logicznego punktu widzenia. Gdyby trochę poczekał, byłby w domu co najmniej o miesiąc wcześniej. Choć, prawdę mówiąc, nie zależało mu na tym aż tak bardzo. O swoich rodzicach niemal zapomniał i absolutnie nie przyjmował do wiadomości, że mogą się o niego jeszcze martwić.
- A nawet, jeśli – stwierdził – to ich wina. Sami mnie wysłali.
*
Dodając do tego dawne marzenie o zobaczeniu słynnego Srebrnego Fortu, Korin miał wystarczająco dużo argumentów, ukazujących, jak dobrym, rozsądnym i logicznym wyborem jest towarzyszenie Zeidzie w jej wędrówce szlakiem. Niestety, nie miał pojęcia, jak powiedzieć to wszystko kobiecie.
Wkrótce po śniadaniu zielarka udała się na miasto, celem uzupełnienia swego podróżniczego ekwipunku. Korin również wyszedł z gospody, aby powałęsać się trochę. Uznał, że Orchid nie może być gorsze, niż Kedran czy Laasharin.
Dochodziło południe, ulice pełne były ludzi. Jedynie część miasta najbliższa portowi wyglądała smętnie i pusto, opuszczona przez swych pracowników. Na niespokojnej toni morza kołysały się tylko dwie małe, wiosłowe łódki rybackie, choć wiatr nie był akurat specjalnie porywisty.
Spory tłumek zebrał się za to dookoła niewielkiego podwyższenia, na którym stała trójka ludzi: wysoki, chudy mężczyzna w czerni, piękna blondynka i potężny, muskularny atleta. To dość dziwnie dobrane towarzystwo wyglądało tak zaskakująco – i zabawnie – że Korin zdecydował się podejść bliżej.
Mężczyzna w czerni właśnie podrzucił w górę niewielki kamyk. Gdy złapał go ponownie, wszyscy dojrzeli błysk złota, a po chwili dumny sztukmistrz prezentował zebranym monetę.
W odróżnieniu od większości „czarodziejów”, zabawiających ludzi w podobny sposób, ten był prawdziwym magiem, uczonym znawcą swej sztuki. Pechowe burzowe lato, które postawiło w problematycznej sytuacji Korina, i jemu pokrzyżowało plany. Czarodziej postanowił więc zostać przez jakiś czas w Orchid i dać cykl pokazów – bardziej dla własnej rozrywki, niż dla pieniędzy, których mu nie brakowało.
Korin od dziecka uwielbiał czary, niewyjaśnione sztuczki, znikanie i zaskakujące przemiany. W odróżnieniu od innych dzieciaków, usiłujących rozgryźć sekrety iluzjonisty, z pełną świadomością pozwalał się nabierać, wmawiając sobie, że to, co widzi, to szczera prawda.
Teraz przepchnął się jak najbliżej podium i gorliwie klaskał po każdej kolejnej sztuczce.
- A teraz, szanowni widzowie – odezwał się czarodziej – zaprezentuję niesamowitą moc, która potrafi całkowicie przemienić człowieka… oczywiście – dodał szybko – na krótki czas.
Korin zaczął bić brawo, podobnie, jak wielu innych gapiów.
- Potrzebuję do tego ochotnika z tłumu, zwykłego mężczyznę lub kobietę, przeciętniaka, który na własnej skórze poczuje zaraz dreszczyk emocji i pozna moc magii.
Korin sam nie wiedział, jak to się stało, że znalazł się na podium. Prawdopodobnie wciągnęła go tam chichocąca asystentka czarodzieja. Z początku opierał się, ale kiedy ktoś krzyknął: „Hej, chyba nie boisz się takiej lisiczki, bohaterze?”, pozwolił zaprowadzić się do maga. Z zaciętą miną obrzucił pełnym wyższości spojrzeniem widzów i lekko skłonił głowę przed sztukmistrzem – uważał to za stosowne powitanie.
- Widzę, że masz piękny miecz, młody człowieku – zauważył czarodziej. Tłum ryknął śmiechem. Korin zaczerwienił się i zaczął odpinać pas, ale mag powstrzymał go szybkim ruchem ręki.
- Za chwilę może ci się przydać. Miłe panie i szlachetni panowie, teraz dokonam wspaniałego przemienienia tego oto młodzieńca w wielkiego bohatera.
Ludzie zaczęli wiwatować, czapki poleciały w górę. Wszyscy byli ciekawi takiej sztuki.
- A potem będzie walczył ze mną – ponurym głosem odezwał się gigant, drugi z towarzyszy maga, dotąd milczący. Zgodził się on na występ tuż przed pokazem, za sporą sumę, i przypuszczał, że mag za chwilę się ośmieszy. Ten chuderlawy, trzęsący się ze strachu chłopak miałby jego pokonać? Atleta zatarł radośnie ręce.
- Spójrz, co cię czeka.
Ruchem niemal błyskawicznym, jak na mężczyznę tego wzrostu i tak potężnej budowy, uderzył Korina w podbródek. Tuż przed ciosem pięść siłacza zwolniła, ale i tak siła ciosu zwaliła młodego Va – ertha z nóg i pozbawiła przytomności.
Gawiedź śmiała się i wiwatowała, ale czarodziej nie wyglądał na zachwyconego.
- Rób tylko to, co ci mówię! – warknął do zapaśnika, pochylając się nad ogłuszonym Korinem. Mrucząc pod nosem, wykonał kilka szybkich, ledwo dostrzegalnych ruchów dłońmi, po czym wyciągnął małą fiolkę i skropił twarz leżącego błękitną cieczą.
Korin od razu się ocknął i kichnął, wzbudzając tym kolejną salwę śmiechu.
Niepewnie stanął na nogi, mrużąc oczy. Czuł się dziwnie, bardzo dziwnie. Przez chwilę zapomniał, że jest synem rodu Va – erth, kupcem, nawiedziły go za to wspomnienia licznych treningów, godzin ćwiczeń i wyczerpujących starć, długich dni spędzonych pod nadzorem nauczyciela na studiowaniu ksiąg traktujących o sztuce walki…
- To twój wróg – szepnął mu do ucha czarodziej, wskazując na atletę. Korin skinął głową, uśmiechając się szeroko.
- A teraz – rzucił mag głośno – najważniejsza część przedstawienia.
Siłacz zaśmiał się w głos, pewien swej przewagi.
- Szkoda, że się z tobą nie założyłem, kto wygra, czarodzieju.
- Stawiam na atletę! – ryknął ktoś.
- Chyba nie sądzisz, że ktokolwiek zechciałby się z tobą założyć?
Wielki mężczyzna zamachnął się, tym razem jak najmocniej. Chciał wbić przeciwnika w ziemię, zgnieść go, zniszczyć.
Jednak doskonale wymierzony cios trafił w próżnię.
W chwili, gdy żylasta pięść pędziła w jego stronę, Korin ze złośliwym uśmieszkiem uskoczył w bok. Atleta stracił równowagę, młócąc tylko powietrze.
Z tłumu dało się słyszeć gwizdy i okrzyki zdumienia. Gapie już się nie śmiali. Najbardziej zdziwiony ze wszystkich był jednak sam siłacz, który nie rozumiał, jak mógł nie trafić. Postąpił chybotliwie o krok do przodu i odwrócił się do przeciwnika w samą porę, aby oberwać stopą Korina w twarz.
W tej chwili myśli obu walczących były bardzo podobnie ukierunkowane. Siłacz był jeszcze przekonany o swej przewadze, myślał, że to tylko pechowy początek. Jego celem było druzgocące zwycięstwo, kolejny pokaz siły.
Korin natomiast wyregulował wszystkie swoje zmysły, tak, że teraz reagowały tylko na rywala i jego posunięcia. Nie słyszał krzyków, nie widział falującego tłumu. Wszystko to nie miało znaczenia. Był wojownikiem, prowadzącym walkę i wiedział, że musi ją wygrać.
Zapaśnik, choć nie gustował w zbyt wyrafinowanych posunięciach, znał się na swym fachu, który pozwalał mu zarobić na życie i – co ważniejsze – przetrwać w miejscach nie zawsze bezpiecznych. Przewidział następne posunięcie młodzieńca i w ostatniej chwili skrzyżował przedramiona na wysokości twarzy, zasłaniając się przed ciosem, po czym mocno pchnął.
Korin, choć atakował pięścią, a nie kopnięciem, o mało się nie przewrócił. Ze zdziwieniem spojrzał na wroga, oszacował zawziętość, wyzierającą z jego oczu i porównał ją z własną.
Pod tym względem chyba wygrywał.
Zasypał siłacza serią szybkich ciosów, w czasie których to doskakiwał do niego, to znów cofał się, nie pozwalając atlecie na wykonanie kontrataku. Poznał już siłę mięśni przeciwnika, jego główny atut, i wiedział, że nie może przyjąć na siebie kolejnego uderzenia.
Coraz bardziej zaskoczony atleta spuścił nieco z tonu, całkowicie przechodząc do defensywy. Teraz jego żylaste pięści zasłaniały to twarz, to brzuch, tworząc krzyż, mający chronić przed atakiem. Ciosy Korina nie wyrządzały przez to większej szkody, rozbijając się o potężną osłonę, ale sama szybkość natarcia zaczęła wyczerpywać zapaśnika. Zdecydował, iż musi zakończyć starcie jednym, decydującym uderzeniem. Jeszcze nigdy nie brał udziału w tak dziwnej walce, w trakcie której przeciwnik zdawał się być ze wszystkich stron naraz, obrzucał gradem ciosów, sam pozostając poza zasięgiem rąk siłacza. Wielkolud nie był do końca przekonany, z kim walczy, jednak na pewno nie z tamtym chudym, wystraszonym chłopakiem, którego wciągnięto na scenę. Zamiast niego prowadził zapierający dech w piersi taniec jakiś opętany demon, bóg wojny o rozwianej rudawej grzywie i dumnej twarzy, okolonej brodą.
Korin zwolnił na chwilę tempo natarcia i rozszerzył ręce, odsłaniając klatkę piersiową. Tym razem podejrzliwy zazwyczaj atleta, dążąc do jak najszybszego zakończenia walki, nabrał się na podstęp i rozkrzyżował przedramiona, chcąc szybkim, niespodziewanym ciosem lewej pięści rozstrzygnąć walkę na swą korzyść.
Korin w ostatniej chwili przykucnął, pozwalając, aby wielka łapa przeciwnika, zaciśnięta, zamieniona w straszliwą broń, przeleciała mu tuż nad głową. Potem, nie prostując się całkowicie, wykorzystał chwilę, jaka potrzebna była siłaczowi na odzyskanie równowagi po chybionym ciosie i uderzył go w twarz, miażdżąc chrząstkę nosa, uwalniając strumyczek krwi. Poprawił jeszcze raz i drugi nogą i wyprostował się w chwili, gdy nieprzytomny zapaśnik z łoskotem zwalił się na deski podwyższenia.
Uśmiechając się na widok zwycięstwa, dobył miecza.
- Wróg wyzwany, wróg pokonany – mruknął.
W tej chwili czarodziej uświadomił sobie, że chyba nieco przesadził.
- Stój! Miałeś go pobić w walce, ale nie zabijać!
Korin zachwiał się na nogach, jakby ktoś go z całej spoliczkował. Schował lśniące ostrze do pochwy i zszedł chwiejnym krokiem z podwyższenia. Nagle przypomniał sobie o jakiejś kobiecie imieniem Zeida, o pokoju w gospodzie i nadchodzącej porze obiadu. Zaniepokoił się trochę myśląc, czy tamta kobieta przypadkiem go nie szuka. Obrzucił ostatnim spojrzeniem powalonego przeciwnika i przeszedł pośród zdumionego tłumu, a milczący ludzie rozstępowali się przed nim bezszelestnie.
*
Rzecz jasna jeszcze w wiele dni później opowiadano w Orchid niezwykłe historie o magu, który zaczarował „zwykłego młodzieńca”, tak, że ten pokonał „olbrzyma” w walce na pięści. Nikt jednak nie znał imienia zwycięzcy, a prędkość, z jaką Korin poruszał się podczas walki, nie stwarzała najlepszych warunków do przyjrzenia się jego twarzy.
Sam zaś bohater, wciąż czując się trochę nieswojo, skierował się w stronę, gdzie, jak się mu zdawało, znajdowała się karczma. Tłum tak klaskał i gwizdał, wiwatował i buczał na cześć maga, że nie puszczono się w pogoń za Korinem. Zresztą po tym, co zobaczyli, nikt nie miał specjalnej ochoty na zatrzymywanie go siłą.
Występ więc udał się i czarodziej po raz kolejny zaskoczył widzów niezwykłymi umiejętnościami. Wiedział, że skutki jego zaklęcia ustaną za kilka godzin i nie martwił się zbytnio o Korina.
Ten zaś szedł jak pijany, błądząc wśród wąskich uliczek, schodząc coraz niżej i niżej, w okolice magazynów portowych tej części Orchid, która już dawno została porzucona przez porządnych ludzi na rzecz bezpańskich psów, biedoty i łotrzyków.
W końcu brukowana droga, jaką zmierzał, skończyła się, docierając do innej, nieco szerszej, z którą łączyła się prostopadle. Po lewej ręce Korina znajdowały się jakieś szare, ponure ruiny domów z kamienia, naprzeciwko i nieco na prawo opuszczony magazyn, ziejący ciemną paszczą rozwalonych, częściowo przegniłych drzwi, zaś za magazynem – kilkanaście metrów od dolnej drogi – biegło nabrzeże portu. Właśnie jakiś samotny rybak sprawdzał cumy małej łódki i odchodził, niosąc kilka małych ryb, zawiniętych w białą szmatę. Poza nim nie było tam żywego ducha.
Korin akurat doszedł do zakrętu i miał zamiar iść w lewo, kiedy rybak przeszedł szybkim krokiem koło drzwi magazynu. Nagle jednak zatrzymał się, o mało nie upuszczając owoców swego połowu.
Korin, niezdecydowany, co ma robić, stanął za rogiem i obserwował rozgrywającą się przed nim scenę.
Z cienia wyłonił się obszarpany żebrak. Jego łachmany zwisały w strzępach, włosy tworzyły jeden brudny, paskudny kołtun, a z oczu sączyła się żółta ropa. Przykuśtykał do rybaka i jął błagać go drżącym głosem o jałmużnę.
- Niestety, nic nie mam – usłyszał w odpowiedzi. – Te parę rybek ledwo starczy dla mojej rodziny. Żal mi was, ale poza błogosławieństwem – choć nie sądzę, by moje było wiele warte – nic wam nie dam.
- To twoje ostatnie słowo? – zapytał dziwnie ostrym tonem żebrak.
- Tak – rybak zaczął odchodzić.
- Dobrze, ludzie. Sami słyszeliście, ten tłuścioch nie chce się podzielić z konającym z głodu.
Zawołanie było nieco przesadzone, gdyż rybak wyglądał na chudego niczym szkielet, jednak Korin nie miał czasu myśleć nad tym. Z magazynu wypadło jeszcze trzech żebraków, dwóch mężczyzn i kobieta, równie brudnych i cuchnących, jak ich przywódca.
- Taka dola, musimy jakoś zdobywać jedzenie – zaśmiał się ten, który rozmawiał z rybakiem, wyciągając spomiędzy strzępów ubrania poczerniały nóż.
Choć prawdopodobnie w normalnym wypadku skończyłoby się na rabunku i paru niewybrednych groźbach, dziś łotr był zdenerwowany. Od rana on i jego towarzysze nic nie wyżebrali ani nie ukradli, raz zostali poszczuci psami, a na dodatek w ich kryjówce – starym magazynie – oberwała się deska ze stropu i spadła tuż obok dwójki odpoczywających akurat po nieudanym wypadzie na miasto. W związku z tym Orchid straciłoby jednego ubogiego rybaka, gdyby nie przyczajony za rogiem mężczyzna.
Korin – wojownik przypomniał sobie mgliście nauki o pomocy sierotom, biedakom i rannym oraz o walce z rabusiami i łotrzykami wszelakiej maści. Co prawda Korin – kupiec nigdy nie rzuciłby się sam na czterech zdeterminowanych przeciwników, ale kupiec spał teraz spokojnie, marząc o ciepłej kąpieli.
W związku z tym Korin wyskoczył zza rogu budynku, wyszarpując z pochwy miecz, z dzikim okrzykiem bojowym na ustach. Przywódca bandytów zawahał się przez chwilę i odwrócił w stronę źródła dziwnego dźwięku, co wykorzystał rybak, aby oddalić się o kilka kroków od zagrażającego mu sztyletu.
Ten błąd kosztował łotra trzy palce, które poleciały na ziemię wraz z nożem. Raniony ryknął nieludzkim głosem i schwycił się za okaleczoną dłoń.
Jego ludzie musieli więc sami podjąć decyzję, a była ona oczywista. Trzech na jednego – to wydawało się cudownie proste.
Niestety, nie widzieli wcześniej nowego wcielenia Korina Va – erth.
Młodzieniec odtrącił uzbrojoną w toporny miecz dłoń kobiety i błyskawicznie uderzył łokciem w brzuch jednego z przeciwników, po czym uchylił się przed ostrzem. Cios wydawał się śmiesznie niegroźny, ale żebrakowi oczy wyszły na wierzch. Skulił się, czując, jakby w żołądku galopowało mu stado wyjątkowo podnieconych ogierów.
Poza kobietą i przywódcą bandy – już unieszkodliwionym – przeciwnicy nie mieli broni bądź też nie zdążyli jej dobyć, zbyt pewni swej przewagi liczebnej. Korin odwrócił się i z lekkim wyskokiem kopnął ostatniego mężczyznę między nogi, po czym powalił go na ziemię ciosem rękojeścią miecza. Szermiercze starcie z kobietą również nie trwało zbyt długo i po chwili pozbawiona broni złodziejka zmykała w pobliski zaułek.
*
Korin rozejrzał się półprzytomnym wzrokiem po pobojowisku i postanowił wrócić do gospody. Nie za bardzo pamiętał, co zrobili mu trzej rozciągnięci na ziemi mężczyźni w postrzępionych płaszczach, stwierdził więc, że lepiej zrobi, oddalając się stamtąd.
Po krótkim błądzeniu dotarł do karczmy.
Nie zauważył jednak, że ktoś go śledzi – rybak, któremu ocalił życie.