Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Szlakiem martwych karawan - Rozdział 6 - Z powrotem na pustkowiu

iris ·

- Hej, ty! Wstawaj!
Wyrwany z błogiego snu Korin przeciągnął się i ziewnął. Leżał na wygodnym łóżku w swoim pokoju w gospodzie, zaś nad nim stała Zeida. I wcale nie wyglądała na szczególnie rozradowaną.
- Myślisz, że kim ty jesteś, księciem jakimś? W twoim domu też chodzi się do łóżka w ubłoconych butach? - rzuciła z przekąsem do rozespanego młodzieńca. – Wstawaj wreszcie! Masz gościa.
W pierwszej chwili pomyślał, że zielarka żartuje. Po chwili jednak dostrzegł chudego, wystraszonego człowieczka, chowającego się za uchylonymi drzwiami.
- Ja przyszedłem… tego… podziękować – wystękał przybysz, kiedy kobieta gestem nakazała mu wejść. – Chciałem waszą dostojność wcześniej dogonić, ale po prawdzie trochę się bałem zatrzymywać waszą dostojność, bo jakbyście się dokądś spieszyli.
- Nie nazywaj go „waszą dostojnością” – żachnęła Zeida. – Taki z niego szlachcic, jak ze mnie leśna rusałka.
Korin nie miał nic przeciwko „dostojności”, ale wolał się nie odzywać. Czekał cierpliwie, aż gość wyjawi powód swej wizyty.
- Tego… bo wasza… - rybak urwał zganiony spojrzeniem zielarki – uratowaliście mi życie no i tego… szedłem za wami i zapamiętałem, gdzie mieszkacie. Potem szybko pobiegłem do domu do mojej starej i mówię jej: słuchaj, jaka mnie dziś spotkała przygoda, nie uwierzysz! Szedłem ja sobie, proszę ja was, z portu, i naraz – napadli mnie zbrojni bandyci, czterech ich było. Jużem myślał, że przyjdzie mi się z życiem pożegnać, kiedy nagle – hop! – zza rogu wyskoczył człowiek z mieczem, panicz wysoki, przystojny. Tamci od razu na niego, ale nawet nie zdążyli dobrze się mu przyjrzeć i już było po sprawie. Jak uciekał ten ostatni, co się na nogach trzymał. Boki zrywać! - powiedział wywołując delikatny uśmiech Zeidy, której wizja bandytów uciekających przed Korinem wydała się komiczna. -Jakem już przyszedł po wszystkim do siebie, chciałem temu panu, co uratował moją skórę, pięknie podziękować, patrzę, a on idzie het, pędzi, jakby go stado wilków gnało! Choć nie, przed wilkami to on by nie uciekał, bo odważny jak nikt, tak tej mojej żonie powiedziałem.
Zielarka, która pamiętała przygodę na pustyni, dyskretnie powstrzymała się od komentarza.
- No i przyszedłem tu teraz - kontynuował - żeby czekać, aż pan będzie miał czas wysłuchać mojego podziękowania, i opisałem pana tej pani, co ją spotkałem na dole, a ona mówi: „Jak nic, Korin!”. Tak się strasznie zdziwiła, bo pewno myślała, że pan to na pomoc byle biedakowi nie pospieszy. Jak dobrze, że jeszcze są tacy ludzie na świecie! Więc proszę przyjąć moje piękne podziękowanie i prezent. Jest to jedyna rzecz – ciągnął rybak, teraz już całkiem ośmielony – godna, aby ją podarować komu wielkiemu, jaką miałem w domu. Moja stara dać nie chciała, ale mówię: „A dyć to tyle lat już leży na dnie kufra! Lepiej, żeby ktoś, kto różne przygody przeżywa, miał eliksir życia, niż tacy, jak my, którym się on na nic nie przyda!” Bo wiecie, ta flaszka to najprawdziwszy skarb. Jest tam ponoć płyn cudowny, który uzdrowi każdą ranę. Dostała go kiedyś babka matki mojej żony od jakiegoś adoratora, co to się kształcił gdzieś daleko. A że starczy tego eliksiru tylko na jeden raz, nigdyśmy go nie użyli, bo zawsze mogła przyjść lepsza okazja. Nawet żeśmy go sprzedać chcieli, bo ostatnio bieda ściska, ale to i lepiej, że nie zdążyliśmy tego zrobić. No, panu to się pewnie i przyda, choć nie widzę takiego łotra, któryby pana pokonał.
Rybak skończył długi wywód i wręczył Korinowi małą flaszkę z szyjką owiniętą sznurkiem.
- Nie powinieneś tego brać.
- Dlaczego? – zapytali niemal jednocześnie Korin i rybak, przy czym ten pierwszy wydawał się być urażony, zaś drugi – urażony, przejęty i zakłopotany.
- Bo nie sądzę, żebyś sobie zasłużył. – wyjaśniła spokojnie Zeida. – Ta historyjka o ratowaniu życia jest porywająca, ale raczej nieprawdopodobna, Korinie. Nie wyobrażam sobie ciebie w roli bohatera.
- Hej, ale to prawda! - zaprotestował rybak. - A poza tym – dodał z odważnie i stanowczo – obrażę się, jeśli pan tego nie weźmiesz.
To mówiąc wcisnął Korinowi, który bynajmniej nie protestował, fiolkę do ręki, a następnie skłoniwszy się nisko, czmychnął za drzwi.
- Wspaniały ten twój dłużnik – uśmiechnęła się Zeida.
- Nie czepiaj się go, pochodzi z biedoty i onieśmielają go ludzie tacy…
- Jak ty?
Korin zazgrzytał zębami, słysząc szyderstwo w jej głosie.
- Może chcesz się przekonać, kto z nas jest lepszy?
- Czemuż by nie?
Rzucił się na nią z szybkością nieosiągalną dla przeciętnego śmiertelnika. Zeida uniknęła pięści wycelowanej w żołądek, ale już następny cios, w szczękę, sięgnął celu.
Kobieta natychmiast kontratakowała, ale Korin zdążył się uchylić.
- No i co? – spytał nie bez cienia dumy. – Nadal wątpisz w tą historię?
Zielarka spojrzała na niego uważnie. Otarła krew z warg wierzchem dłoni i odrzekła:
- Historia chyba jest prawdziwa, choć w nią wątpiłam. Pewnie jednak nie wiem wszystkiego.
- A skąd. Myślisz, że czego ci nie powiedzieliśmy? Historii mojego tajemniczego brata bliźniaka, najlepszego szermierza na świecie?

Kobieta całkowicie zignorowała tą uwagę. Zadziwiające zdolności Korina, których, prawdę mówiąc, w ogóle się po nim nie spodziewała, stawiały sprawę wspólnej wyprawy w całkiem innym świetle. Przedtem zielarka nie chciała się zgodzić głównie ze względu na bezpieczeństwo Korina, który na dodatek – jak przypuszczała – ciążyłby jej niczym kamień u nogi, swą niezaradnością spowalniając podróż. Teraz jednak, po chwili zastanowienia doszła do wniosku, że mężczyzna mógł nawet się przydać. Poza tym – pomijając nawet fakt, że miał u Zeidy dług wdzięczności za uratowanie mu życia – sam chciał jej towarzyszyć.
- Jeśli dalej tego sobie życzysz – sucho oświadczyła kobieta – możesz ze mną jechać do Srebrnego Fortu… wasza dostojność.
- Dobrze, jaśniepanienko – zrewanżował się radośnie. - Z istną przyjemnością!

*
Zeida nie do końca wiedziała, co sądzić o niezwykłych umiejętnościach swego towarzysza. Nie ukrywała zdziwienia, gdyż po wcześniejszym zachowaniu Korina spostrzegła, iż jego główne cechy to brak rozsądku i marzycielskość, a nie odwaga i brawura. Gdy wędrując skrajem Righess tworzyli niejako tymczasową drużynę, to do Zeidy należała funkcja wojownika – ochrona przed ewentualnymi wrogami. Na początku podejrzewała, że ktoś mógł rzucić na Korina zaklęcie, ale – jak na razie – charakter mężczyzny nie zmienił się zbytnio, jak to często się przydarza przy złożonych czarach. Poza tym sam pomysł z zaklęciem nie trzymał się kupy. Kto normalny obdarza niezwykłą mocą nieznanego człowieka i odchodzi?
Korin wyprowadzić jej z błędu nie mógł, gdyż, dziwnym trafem, wyleciało mu z pamięci przedstawienie czarodzieja i walka z atletą na deskach areny. Do wspomnień młodzieńca wmieszały się cudze przeżycia, ale siedziały cicho i raczej nie dawały o sobie znać. W efekcie był przekonany, że jest Korinem Va – erth, synem kupca z Laasharin, najlepszym wojownikiem w całym Tánorze, który został porwany przez swoją złą siostrę przyrodnią Yorall i uciekł z niewielką pomocą zielarki Zeidy. I było mu z tym jak na razie całkiem dobrze.

*
Kilka dni później, parnym, lipcowym wieczorem, Zeida i Korin wyruszyli do Srebrnego Fortu. Zielarka chciała ujechać jeszcze kilkanaście kilometrów, zanim zapadnie całkowita ciemność, gdyż pod osłoną zmierzchu podróżowało się lepiej, niż w gorącu dnia. Wędrowcy prowadzili ze sobą dwa dodatkowe konie, objuczone zapasami żywności, wodą i ubraniami pustynnymi. Korin ciekaw był, dlaczego biorą tak mało.
- To nie wystarczy na całą podróż, przecież będziemy tam najwcześniej za miesiąc – zauważył.
- Mam nadzieję, że nawet na pustkowiu Righess znajdzie się coś do picia i jedzenia – odparła Zeida, tajemniczo uśmiechając się.
Torvaill, jej piękny ogier, szedł wciąż dziarskim krokiem, lecz pozostałe konie były już zmęczone. Kobieta oceniła, iż mogą iść jeszcze najwyżej przez pół godziny.
- Jak można znaleźć wodę na Righess? – indagował natarczywie Korin. Nawet, jeśli tego nie dostrzegał, stawał się coraz bardziej sobą, tamtym prawdziwym Korinem. Zaklęcie powoli ulatywało. I tak działało o wiele dłużej, niż to przewidział mag – może młody mężczyzna był wyjątkowo podatny na czary, a może istniała jakaś inna przyczyna. Na razie Korin w trakcie codziennych, porannych ćwiczeń, gdy zaprawiali się przygotowując się do drogi, wygrywał jeszcze z Zeidą, ale teraz i jego to dziwiło. Nie przypominał sobie, gdzie i kiedy nauczył się walki wręcz i fechtunku, a wiedział, że takie zdolności nie spadają prosto z nieba.
- To będzie dobre miejsce – Zeida wskazała kępę wysokich sosen o cienkich pniach i szerokich konarach, tworzącą niewielki zagajnik. – Jutro skręcimy na północny wschód i znajdziemy się na Szlaku.
Wieczorne niebo usiane było gwiazdami, ale na południowym zachodzie, nad Orchid, kłębiły się chmury, skrywając wyniosłe zbocza Savril i Isavril. Wiał silny wiatr, zaganiając na małe kupki piasek w tych miejscach, gdzie nie był on porośnięty trawą.
Korin rozsiodłał swą kasztankę i zawinął rząd wraz z kulbaką w płachtę zgrzebnego płótna. Nauczył się już, że ziarenka piasku niszczą pozostawione bez ochrony przedmioty, oblepiają przepocone końskie derki i stanowią coś, z czym trzeba się pogodzić i nauczyć radzić.
Położył się na dwu kocach, złożonych jeden na drugim. Kolejna sztuczka przydatna na pustyni – oddzielić się od podłoża tyloma warstwami, iloma się da. Patrząc w tańczące płomienie małego ogniska, rozpalonego przez Zeidę z suchych sosnowych gałęzi, zasnął, ponownie pod niebem, na otwartej przestrzeni. Ponownie na granicy Righess.

*
Dni szybko wstawały, przynosząc radykalną odmianę po zimnych nocach – prażące gorąco, słoneczny żar lejący się z nieba i nieustanną wędrówkę. Zeida twierdziła, że piąta część drogi już za nimi, ale Korin sądził, iż mówi to tylko, aby podnieść go na duchu. Tak naprawdę dopiero wkroczyli na teren Righess – terytorium wroga, który gotów był zasypać piaskiem i wysuszyć na wiór. Teraz młodzieniec zobaczył, co to tak naprawdę pustynia. Jeśli przedtem widział uschnięte, rachityczne krzaczki – tu nie było żadnej roślinności, prócz suchych traw, które miały w sobie tak mało wody, że właściwie nie dało się ich nazwać roślinami. Wyśmiewał się kiedyś z żałosnych strużek, nazywanych przez Zeidę „strumieniami” – teraz dałby wiele, aby znów ujrzeć jeden z nich. A dookoła był tylko piasek, skały i błękit nieba.
Po raz pierwszy pożałował, że nie został w Orchid, ale żal szybko mu minął, gdy nadeszła noc.
- Zeido, hej, Zeido! Obudź się, zobacz!
Daleko przed nimi, na wschodzie, w niebo tryskał fioletowy snop iskier. Ogniki jarzyły się przez chwilę, powoli opadając, i gasły.
- Co to jest? – zapytał, gdy przebudzona kobieta przecierała nerwowo oczy, sądząc, iż Korin zobaczył co najmniej smoka i wszczyna właśnie alarm.
- To? – spojrzała we wskazanym kierunku. – Po to mnie budziłeś? – rzuciła ze złością. Po chwili jednak uśmiechnęła się. - Nic dziwnego, że jesteś zaskoczony. Każdy, kto widzi to po raz pierwszy, traci mowę ze zdumienia. To drogowskazy.
- Drogowskazy?
Przypomniał sobie, jak kobieta nazywała tak czerwone drewniane słupki, które mijali co jakiś czas.
- Tak, zapalają się w nocy i pokazują, którędy prowadzi szlak. Ich magia przygasa, ale dawniej, gdy więcej tędy podróżowano, dbano o nie bardziej. Wtedy zapalały się wcześniej, tuż po zmierzchu, a gasły dopiero nad rankiem. Teraz zostało ich tylko kilka, i świecą krótko.
- Jak zrobiono coś tak… niesamowitego?
Zaśmiała się, widząc jego zachwyt.
- Przyjrzyj się uważnie. Te iskry nie tryskają po prostu z piasku.
Po chwili rzeczywiście dostrzegł tuż nad ziemią niewielką bryłę, która zdawała się być żywym ogniem, tej samej barwy, co ogniki.
- To zaklęty kamień – wyjaśniła Zeida. – Skała, którą postawiła tu natura, odmieniona przez magię, aby służyła ludziom.
- I nikt tych kamieni nie kradnie? – wyrwało się Korinowi. Jego pytanie wywołało kolejną salwę śmiechu ze strony zielarki.
- Po pierwsze są za duże – tylko z daleka wydaje ci się, że mógłbyś je wziąć i schować do kieszeni. A po drugie – podróżujący tędy kupcy wiedzieli, iż zabierając coś takiego, narażaliby życie innych ludzi. Na Righess nie ma wielu złodziei.
- Bo też nie ma tu co kraść.
- Racja. No, jeśli i tym razem udało mi się zaspokoić twą ciekawość, to idź spać.
- A mogę mieć jeszcze jedno pytanie?
Spojrzała na niego rozbawiona. Przywiązała się do tego młodzieńca, ciekawskiego i bezpośredniego. Cieszyła się też, że nie zachowuje się tak dziwnie, jak tego dnia, gdy ponoć ocalił życie rybakowi.
- Pytaj o co zechcesz, a jeśli znam odpowiedź, udzielę ci jej.
- Skąd ty tyle o wszystkim wiesz? – rzucił. – O magii, pustyni i tych wszystkich rzeczach?
Wydawało mu się, że na chwilę uśmiech zniknął z jej oczu.
- Taki mój zawód. Zielarki słuchają ploteczek wszystkich starych bab, którym sprzedają mikstury piękności – odparła jednak ze śmiechem i Korin uznał, że coś musiało mu się przywidzieć.

*
Dzień zaczęli, jak zwykle, od skromnego śniadania. Dawali teraz koniom więcej owsa, gdyż sucha pustynna trawa stała się paszą prawie bezwartościową. Jej kępy nadal rosły wszędzie – pokrywały całe pustkowie, ale tylko na jego obrzeżach mogły stanowić odpowiedni pokarm dla zwierząt.
Po posiłku spakowali bagaże i ruszyli dalej, chcąc przed południem dotrzeć do majaczącej w oddali grupy wielkich skał, które mogłyby dać nieco cienia podczas postoju.
Po jakichś dwóch godzinach drogi minęli wysoki głaz sterczący w niebo niczym palec olbrzyma. Iskrzył się delikatnie w słońcu i nie rzucał wcale cienia. Zeida, zanim Korin zdążył ją o to zapytać, wyjaśniła, iż mają przed sobą ów drogowskaz, który widzieli z daleka w nocy.
Słońce prażyło coraz mocniej, a od celu dzielił ich jeszcze kawałek drogi. Wjechali na płaskie wzgórze, którego środkiem biegł rząd kilku czerwonych tyczek, wyznaczających Szlak. Otworzyła się przed nimi bezkresna przestrzeń, usiana drobnymi plamkami skał. Więcej niż kilometr od nich w stronę upatrzonej przez Zeidę grupy skał posuwała się dość szybko mała, ciemna plamka. Po chwili dostrzegli za nią kolejną plamkę.
-Tam ktoś jest! – wykrzyknął Korin, nie wierząc własnym oczom. – Chyba czeka nas spotkanie!
Nie mógł jeszcze przypuszczać, że naprawdę oczekuje ich coś o wiele bardziej dziwnego, niż zwykłe spotkanie podróżnych, których drogi przypadkowo się przecinają.##edit_byveron 2006-02-27 00:54:21##ed_end####edit_byveron 2006-02-27 01:01:20##ed_end####edit_byveron 2006-02-27 01:35:15##ed_end####edit_byveron 2006-02-27 17:32:20##ed_end##

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...