Szlakiem martwych karawan - Rozdział 7 - Piasek i woda
- Wszystko w swoim czasie. Konie są zmęczone – dodała. – Uwierz mi, to nie nam tu przypada najcięższa robota.
Przez cały czas Korin zastanawiał się, kim mogą być tamci ludzie i co ich tu przywiodło. Dlaczego opuścili bezpieczne domy i pojechali Szlakiem martwych karawan? Wymyślał setki najróżniejszych przyczyn, a niektóre były tak niedorzeczne, że w głębi ducha sam się z nich serdecznie śmiał, kręcąc przy tym głową.
- Co ci tak wesoło? – zapytała w końcu Zeida, tonem raczej poirytowanym, niż zaciekawionym. Wtedy stwierdził, że widocznie musiał zacząć chichotać na głos. Zamilkł natychmiast, nie tłumacząc niczego kobiecie, która zresztą i tak nie wyglądała na prawdziwie zainteresowaną przyczyną nagłej radości swego towarzysza.
Od upatrzonych skał dzieliła ich już tylko chwila drogi. Dwaj podróżni rozłożyli obozowisko w cieniu największego z wyniosłych ostańców i teraz, spostrzegłszy zbliżających się jeźdźców, jeden z nich pokiwał im ręką. Z tej odległości Korin dostrzegł, iż obaj nieznajomi są mężczyznami, a ich konie, stojące nieopodal, nie niosą dużej ilości bagażu. Z zadowoleniem pomyślał o dzieleniu z tymi ludźmi miejsca odpoczynku, gdyż miał ochotę porozmawiać z kimś nowym, wysłuchać o cudzych przygodach i opowiedzieć własne. Ściągnął z głowy pustynny kapelusz z rondem, kupiony w Orchid, i pomachał nim nad głową.
Naraz jeden z mężczyzn zerwał się na równe nogi i dobył broni. W pierwszej chwili Korin uznał ten gest za niezbyt śmieszny żart, jednak kamienny wyraz twarzy obcego kazał mu w to zwątpić.
Zeida, dotychczas jadąca kawałek za Korinem, zrównała się z nim. Widać było, że jest czymś poważnie zdenerwowana. Zacisnęła pobielałe palce na swej lasce.
- To ludzie Yorall. Wiem, że ty ich nie poznajesz, ale uwierz mi, mieli wiele okazji, aby się tobie przyjrzeć i od razu pokojarzyli, kim jesteś, choć twoja broda zrobiła się bujniejsza od tamtego czasu.
Korin zaczął nawracać koniem, ale Zeida powstrzymała go.
- To nie ma sensu. Ich wierzchowce są lżej objuczone, niż nasze; bez problemu nas dogonią. Poza tym sądziłam, iż jesteś nieustraszonym wojownikiem, prawda? Chyba, że rybak zmyślił całą tą piękną historię...
Na te słowa mężczyzna skierował swą klacz z powrotem w stronę obcych. Jego ręka powędrowała do ukrytego w ozdobnej pochwie ostrza.
- Czekaj, schowaj miecz. Najpierw spróbujemy z nimi porozmawiać.
Dwaj mężczyźni, którzy uprzednio rzucili się do swych koni, teraz, widząc, iż Zeida i Korin wciąż się zbliżają, przystanęli w bezruchu, zdumieni, ale gotowi do walki.
Zeida zdjęła popielaty kapelusz, aby nie mieli najmniejszych wątpliwości.
- Miło was znowu widzieć – zaczęła, zatrzymując Torvailla stanowczym ściągnięciem wodzy.
- Nie czaruj nas ładnymi słówkami – warknął w odpowiedzi wyższy z mężczyzn. Wahał się przez chwilę między gwałtownym atakiem a rozmową, i wybrał to drugie.
- Dziwi mnie, że się spotykamy, Zeido.
- Uwielbiam zadziwiać ludzi, Arviusie.
- W takim razie próbujesz zadziwić niewłaściwe osoby. Gdyby nie to, że jesteśmy na tym parszywym Szlaku – Arvius splunął na ziemię – zabrałbym cię związaną do Yorall i patrzył, jak wydłubuje ci oczy, zawszona suko.
- Nie trzeba od razu tak się złościć – zielarka wciąż zachowywała spokój. Korin zaczął się zastanawiać, w co ona gra. – Ale Yorall, której jesteś taki wierny, chyba okazała się nienajlepszą panią, wysyłając was tutaj.
- Też tu jest – odrzekł, wciąż ze złością. – Wysyła nas na zwiady o dzień drogi w przód, żebyśmy wykryli wszystkie niebezpieczeństwa… albo zdrajców, którzy pomagają uciec więźniom.
To powiedziawszy, skoczył błyskawicznie na Zeidę, próbując ściągnąć ją z konia. Kobieta jednak była na to przygotowana i spięła swego ogiera, który stanął dęba, omal nie trafiając Arviusa podkutymi kopytami. Mężczyzna uniknął ciosu i zaatakował mieczem, chcąc wykończyć niczym nieosłoniętego wierzchowca, zanim weźmie się za jeźdźca.
Arvius był wojownikiem wyszkolonym we wszystkich rodzajach walki, także z przeciwnikiem siedzącym na koniu. Wiernemu rumakowi Zeidy przyszłoby pewnie pożegnać się z życiem, gdyby nie zielarka. Krzyknęła kilka brzmiących jak rozkaz słów w dziwnym, nieznanym Korinowi języku, i po chwili Arvius leżał na ziemi, ogłuszony ciężkim uderzeniem jakiejś niewidzialnej broni. Korin dopadł z obnażonym mieczem drugiego przeciwnika, pozostawiając troszczenie się o Arviusa Zeidzie.
Mężczyzna był przygotowany na atak i z łatwością odparował pierwsze, niepewne cięcie Korina. Młody Va – erth zeskoczył z siodła i natarł ponownie. Był nieco zaskoczony, gdyż walka nie przychodziła mu tak łatwo, jak jeszcze parę dni wcześniej. Wiedział jednak, że umiejętności szermierki nie można utracić w ciągu tygodnia, przypisał więc chwilowe niepowodzenie świetnym zdolnościom przeciwnika.
Mężczyzna wyprowadził kilka krótkich machnięć mieczem, które miały raczej wytrącić Korina z równowagi, niż dosięgnąć go i zranić. Wkrótce jednak musiał wykonać rozpaczliwe parowanie – w ostatniej chwili jego klinga zderzyła się z ostrzem Korina. Metal zazgrzytał o metal. Zgrzyt przeszedł w głuchy łomot, kiedy przeciwnik Korina zwalił się znienacka na ziemię. Trzy sekundy później był martwy, ale to nie Korin zadał ostateczny cios.
- Zeido, oszalałaś?! – wykrzyknął Korin. – Po pierwsze, nie potrzebuję twoich sztuczek, żeby wygrać, a po drugie, nie musiałaś go zabijać!
Zielarka otarła skrwawiony sztylet o płaszcz martwego mężczyzny.
- Widzę, że w pierwszej kolejności twoja duma, a dopiero potem życie innego człowieka – zażartowała ponuro. – Wierz mi, niczego w życiu nie żałowałam bardziej, niż tego, co właśnie uczyniłam.
- Oczywiście, łatwo jest tak powiedzieć - odparł Korin.
Zeida westchnęła.
- Nie mogę cię winić za to, że trudno ci uwierzyć. Teraz jednak bądź przez chwilę cicho i pomóż mi trochę. Musimy szybko ruszyć dalej, a najpierw trzeba ich pochować.
Skinieniem głowy wskazała na dwóch martwych mężczyzn.
- Yorall niedługo zacznie się zastanawiać, czemu nie wrócili.
- Właściwie po co ona i ci jej przyjaciele podróżują Szlakiem? – zapytał Korin, trąc nerwowo podbródek. – Chcą nas złapać?
- A skąd mieliby wiedzieć, że tu jesteśmy? – odparła pytaniem na pytanie kobieta. – Nie, Korinie. Yorall chce dotrzeć do Srebrnego Fortu, a ja muszę tam być pierwsza.
- Chce się dostać do Anariańskiej Szkoły Magii? – zgadł.
- Widzę, że zaczynasz myśleć. Jeśli zostanie przyjęta, szybko posiądzie wiele niebezpiecznych zdolności, których użyje, aby szkodzić swoim wrogom… tym prawdziwym i tym wyimaginowanym.
Młodzieniec po raz kolejny poważnie zastanowił się, kim tak naprawdę jest Zeida. Co właściwie o niej wie? Dziś znów pokazała mu się z innej strony. Najwyraźniej potraktowała przeciwników jakimiś zaklęciami, a tego po zwykłej zielarce mało kto by się spodziewał.
- Jesteś jej wrogiem? – rzucił.
- Yorall? Z pewnością. Tylko, że ona jeszcze o tym nie wie, a dzień, w którym pozna prawdę, będzie ostatnim dniem jej życia.
*
Postój był zdecydowanie za krótki i słońce wciąż stało wysoko na niebie, kiedy Zeida i Korin wyruszyli w dalszą drogę. Konie, należące do Arviusa i jego towarzysza puścili wolno.
- Pewnie sobie jakoś poradzą, a jeśli nie – to tylko zwierzęta – mruknęła zielarka, odwiązując je. – Nie możemy troszczyć się jeszcze i o nie.
- Kto by się tego po tobie spodziewał – prychnął Korin, mający w pamięci czułe postępowanie Zeidy wobec jej ukochanego wierzchowca.
Tego dnia dojechali dalej, niż zakładał to ich początkowy plan. Zielarka pędziła przez pustynię niczym ścigana. Szybki marsz wyczerpał zarówno konie, jak i jeźdźców, ale nie zatrzymali się aż do późnej nocy.
Korin stwierdził z zadowoleniem, że przynajmniej wieczorny posiłek był obfity. Nie chciało mu się kalkulować, na ile jeszcze dni wystarczą zapasy, zjadł więc, co miał do zjedzenia, i ułożył się do snu.
Ledwie przymknął oczy, poczuł, że Zeida szarpie go za ramię.
- Dajże mi raz odpocząć – jęknął, przewracając się na drugi bok.
- Dosyć już śpisz. Niedługo wstanie słońce.
Otworzył oczy i spojrzał w czarne niebo, usiane punkcikami gwiazd. Gdzieś w oddali zaklęta skała tryskała wąskim strumieniem bladych, zielonych iskier.
- Odbiło ci? Jest środek nocy.
- Odbiło czy nie, sam chciałeś ze mną jechać. – warknęła kobieta i wtedy zrozumiał, że żarty się skończyły. Zeida była naprawdę zdenerwowana.
- Posłuchaj, Korinie – dodała, już nieco spokojniejszym tonem. – Znam Yorall wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że nie będzie oszczędzała ani swych ludzi, ani koni. Musimy się naprawdę spieszyć, jeśli chcemy dotrzeć do Fortu przed nią. A to, uwierz mi, ocaliłoby dziesiątki istnień.
- Ale przecież chyba jej nie przyjmą do Szkoły Magii, jeśli z jej głową jest coś nie tak…
- Sam widziałeś, jaka potrafi być układna. Nie, to nie z jej głową jest coś nie tak, tylko z jej duszą.
Nie zadając więcej pytań, Korin podniósł się i zaczął siodłać swą klacz. Kasztanka prychnęła z niezadowoleniem i, przerywając skubanie suchej trawy, uniosła łeb, patrząc na wschód, w stronę słupa zielonych ogników.
Śniadanie zjedli już w drodze. Zeida dodała jakieś zioła do porannej porcji paszy, jaką wydzielali koniom, i zwierzęta szły całkiem raźnie, choć dawno nie zaznały prawdziwego odpoczynku. Korin łyknął odrobinę wina, które kiedyś dostał od zielarki, ale pamiętając skutki nadużycia tego trunku, ograniczył się do jednego pociągnięcia z bukłaka. To wystarczyło, aby poczuł w sobie nowe siły.
- Jak długo jeszcze potrwa podróż? – zapytał po jakimś czasie jadącą w milczeniu Zeidę.
- Co najmniej dwa i pół tygodnia, jeśli pojedziemy normalną drogą.
- Umrzemy z pragnienia. – stwierdził stanowczo. Ku jego zdziwieniu, zielarka zaśmiała się.
- Nie, Korinie. Nie umrzemy, moja w tym głowa. Chcesz coś zobaczyć?
Skinął głową, więc zeskoczyła z konia i zgarnęła dłonią suchy, nagrzany piasek. Gdy znalazła się z powrotem w siodle, pokazała go mężczyźnie.
- Piasek – odrzekł rozbawionym tonem – Z tego, co wiem, nie można go pić.
- To patrz teraz.
Zacisnęła mocno garść, aby zatrzymać jak najwięcej pasku, którego drobne ziarenka wymykały się każdą szczeliną. Przymknęła oczy i skupiła się na jakiejś dziwnej inkantacji. Po chwili między jej palcami pociekła czysta woda.
- Wierzysz już? – zapytała, pryskając nią Korinowi w twarz. Ten nie mógł wyjść ze zdziwienia.
- Zrobiłaś wodę z piasku – rzekł, zachwycony. – Fantastyczna magia. Myślałem, że takie rzeczy umieją tylko prawdziwi czarodzieje.
- Co rozumiesz pod pojęciem „prawdziwy”? Takiego, który gdzieś studiował?
Korin skinął twierdząco głową.
- Widzisz, czasami magiczne moce objawiają się nawet u prostej zielarki.
- Coś mi się zdaje, że ty nie jesteś prostą zielarką, moja droga.
- Jaka twoja droga? – oburzyła się kobieta, waląc go mocno w plecy. Korin jęknął z bólu, ale nie oddał jej.
- To jak wolisz, żebym do ciebie mówił? – spytał. – Mój robaczku? Smoku? Bogedhillu?
Zeida uśmiechnęła się.
- Ciekawe, że właśnie teraz przypomniało ci się o bogedhillach. Widziałeś kiedyś jakiegoś?
Korin stwierdził, że zielarka sobie z niego żartuje.
- Całą armię. Wiesz, tak w ogóle to wszędzie widzę nieistniejące istoty z bajek. To u naszej rodziny dziedziczne
- Podobnie, jak oszczędność w mowie i zadawaniu pytań.
Kobieta dała mu spokój. Przeprowadziła już swój mały test i wynik był taki, jakiego się spodziewała. Korin nie uchylił się przed prostym, otwartym atakiem, przeprowadzonym nieuzbrojoną ręką. Znaczyło to, iż jego wcześniejsze zdolności były efektem długotrwałego czaru, który właśnie się kończył. Choć przy spotkaniu z rybakiem Zeidzie wcale nie było do śmiechu – bała się, że ktoś mógł podmienić Korinowi część świadomości, co było groźne i trudne do odwrócenia – teraz zaśmiała się w głos, oczyma wyobraźni widząc największego bohatera wszechczasów, Korina Va – erth, ocalającego życie niewinnemu człekowi.
- Bandyci musieli być zdziwieni – podsumowała.