Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Szlakiem martwych karawan - Rozdział 8 - Podziemia

iris ·

Do południa wędrowcy nie zatrzymali się nawet na chwilę. Zeida „zrobiła”, jak określił to Korin, parę bukłaków świeżej wody, więc obydwoje pili właściwie bez przerwy. Mężczyzna stwierdził, że czuje, jak woda po prostu wylewa się z niego przez skórę.
- To nie jest dla ludzi – stęknął, mając na myśli podróż przez pustynię.
- Jednak inni ludzie robili to przed nami – odrzekła zielarka.
Konie ledwo się wlokły, przywodząc na myśl ożywione szkielety, jeśli nie wyglądem, to z pewnością ruchami. Choć otrzymały większą niż zazwyczaj dawkę kalorycznej paszy, sprawiały wrażenie zagłodzonych.
- Przeklęta Yorall, przeklęta pustynia, przeklęty upał – mruczał pod nosem Korin, mając całkowicie nieuzasadnioną nadzieję, że wyrzucając z siebie gniewne słowa, trochę się ochłodzi. – Przeklęta Yorall, przeklęta pustynia, prze…
- Zamilczże, jeśli łaska! – warknęła Zeida, aż podskoczył w siodle. – Głowa mnie boli od twoich narzekań. Z samego rana muszę wysłuchiwać, jaki to jesteś nieszczęśliwy, jakbym nie miała własnych problemów, a im bliżej południa, tym bardziej zrzędzisz. Proszę, jeśli ci coś nie odpowiada, wracaj. Tam jest Orchid.
Wyciągnęła rękę, wskazując na południowy wschód.
Korin puścił jej słowa mimo uszu. Rozumiał zdenerwowanie Zeidy, gdyż sam czuł coś podobnego. Jednak u każdego z nich objawiało się to inaczej, – podczas gdy zielarka milczała, z rzadka wybuchając złością, on jęczał bez chwili przerwy. Oboje wiedzieli, że właśnie zaczął się najcięższy okres podróży, najcięższy nie dla ciała, ale dla ducha. Sam środek drogi, gdy jest się daleko od punktu wyjścia, ale wcale nieblisko celu, potrafi dać się we znaki najtwardszym wędrowcom. Jak na razie, szło im nieźle. Nawet niedawny incydent z Arviusem i jego towarzyszem, nienależący do wesołych, jakoś udało im się przejść. Jednak teraz napięcie aż wisiało w powietrzu, czyniąc je jeszcze gęstszym i bardziej dusznym.
Torvaill potknął się i zatrzymał, potrząsając łbem. Wspaniała grzywa lepiła mu się od potu, kurzu i brudu, a sierść pozbijana była w kłaczki.
- No, dalej – zachęciła wierzchowca Zeida. – Musimy dojechać do tamtej skały, jeśli zatrzymamy się w pełnym słońcu, spali nas na popiół.
To nie byłoby takie złe, pomyślał Korin. Przynajmniej nie doznałby już żadnych problemów.
- W takim razie jedźmy do skały – odezwał się. – Jednak nie skłamię mówiąc, że skał mam już dosyć na całe moje życie.
- I po co mi to mówisz? Myślisz, że mogę coś zmienić? – prychnęła Zeida.

*
Yorall siedziała w kucki na beżowym płaszczu, rozłożonym w cieniu kępy karłowatych drzew.
- Coś długo nie wracają – mruknęła do siebie. Dźwięk własnego głosu sprawiał jej przyjemność.
Ze złością pomyślała o towarzyszach, którzy znów ją zawiedli. Okazali się słabi i nieudolni. Wysłała ich na zwiad wczoraj, mieli pojechać godzinę w przód, wrócić i złożyć meldunek. Yorall lubiła być ostrożna.
Nie pojawili się dotąd i kobieta uznała, że nawet, jeśli są żywi, nie ma sensu dłużej na nich czekać. Tacy nieudacznicy do niczego jej się nie przydadzą.
Zamyśliła się głęboko. Z jednej strony, musiała jak najszybciej wyruszyć dalej. W przeciwnym razie jej plan zawiódłby. Potrzebowała jednak sojuszników. Nie miała złudzeń – samotne przebycie Righess nie było na siły samotnego człowieka.
Wydobyła z kieszeni niewielką, skórzaną sakiewkę i rozsupłała ją. Z otworu powoli, niczym złocisty wąż, wysunął się gruby łańcuch z owalnym, lśniącym medalionem.
Yorall przez chwilę pieściła klejnot w dłoni, przywołując wspomnienia.
Medalion otrzymała od swej matki, zanim ta odeszła na zawsze. Przekazując córce zaklęty przedmiot, dała wraz z nim swoje dziedzictwo i nakazała, by Yorall kształciła się w czarach, szkoliła ciało i umysł i pokonała kiedyś wszystkich złych ludzi. Ci źli ludzie zabili co prawda matkę Yorall, ale córka nie zamierzała dać się zwyciężyć.
Podniosła medalion i przyjrzała mu się. Klejnot miał niezwykłą moc zmieniania rzeczywistości.
- Każde życzenie spełni się, jeśli wypowiesz je, używając go – rzekła niegdyś matka Yorall. – Ale pamiętaj, talizman ma ograniczoną moc. Korzystaj zeń tylko w największej potrzebie.
Yorall wiedziała, że teraz nadeszła ta chwila. Musiała użyć magicznego medalionu, starając się przy tym zużyć jak najmniejszą cząstkę zaklętej w nim energii.
Wiedziała, że jest daleko od Srebrnego Fortu. Przeniesienie się tam przy pomocy magii byłoby niezbyt bezpieczne i zabrałoby wiele mocy. Poza tym nie spieszyło się jej aż tak bardzo. Uznała w końcu, że lepiej uczyni, wzywając przy pomocy talizmanu jakiegoś sojusznika.
- Mocy czarów, spraw, abym osiągnęła swój cel – wyrecytowała, zakładając klejnot na szyję. – Pomóż mi; daj mi potężnego towarzysza, abym mogła przebyć trudną drogę, jaka mnie czeka i wypełnić mą misję.
Medalion zajaśniał niepokojąco pięknym, bladym światłem. Yorall poczuła, jak przepływa przez nią czysta energia, dobra, nieskażona słabością.
Po chwili klejnot zgasł i stał się lodowaty. Zdawał się wysysać również ciepło z otoczenia, kobieta jednak nie zwracała na to uwagi, nawet, gdy zimny metal przywarł do jej nagiej skóry. Z zamkniętymi oczami dawała się ponieść cudownej fali mocy, rozlewającej się po jej członkach.
Wszystko skończyło się równie gwałtownie, jak rozpoczęło. Yorall siedziała w bezruchu, znów czując gorąco słońca, znów widząc pustynię.
Po chwili kilka metrów od kobiety piasek utworzył niewielkie wzniesienie, które zdawało się żyć i rosnąć z każdą chwilą. Gdy kopiec osiągnął jakieś półtora metra wysokości, wyłonił się zeń czarny, wąski pysk hyrveda.
Ziemny jaszczur powoli wystawił głowę i pazurzaste przednie łapy, mrużąc oczy w oślepiającym świetle słońca. Potem pojawił się długi, wężowy tułów, okryty twardymi, kostnymi płytami.
Yorall uśmiechnęła się, doceniając nadludzką mądrość medalionu. Przywołanie hyrveda na pewno nie pochłonęło wielkiej ilości mocy, a trudno było wymarzyć sobie lepszego sprzymierzeńca na Righess, niż ten gigantyczny, złowieszczy jaszczur. Koń Yorall, stojący nieopodal, wierzgnął, wyrwał kołek, do którego był przywiązany, i pognał w dal, kobieta jednak nie przejęła się tym. Nie potrzebowała już swego starego wierzchowca, miała teraz lepszego. Hyrved utkwił małe, purpurowe oczy w uciekającym zwierzęciu i oblizał się wąskim językiem, jednak jego nowa pani nakazała mu zostać w miejscu.
Na grzbiecie czworonożnego stwora zrogowaciałe płyty tworzyły strukturę nieco przypominającą łęki kulbaki. Najwyraźniej na jaszczurze można było wygodnie się utrzymywać, nie korzystając z siodła. Yorall, nie chcąc tracić czasu, przytroczyła do szerokiego grzbietu stwora bagaże i usiadła okrakiem na hyrvedzie.
- Ruszajmy zatem – rzuciła polecenie.

*
W południe podróżnicy zjedli szybki, skromny posiłek. Korin narzekał na prowiant, ale prawdę mówiąc był zadowolony, że w ogóle ma jakiekolwiek pożywienie.
- Coś mi mówi, że kiedy dotrzemy do Srebrnego Fortu, będę bardzo wychudzony. – zażartował.
- Cóż, Korinie, na pewno wyjdzie ci to ostatecznie na zdrowie. Poza tym, jeśli uda mi się zrealizować me zamierzenie, już wkrótce będziemy podejmowani na wspaniałej uczcie.
- Co?
- To, co słyszałeś. Żałuj, że nie widzisz własnej miny. Naprawdę, można się uśmiać.
Mężczyzna zrozumiał, że zielarka mówi całkiem poważnie.
- Ale jaka uczta? Tu, na pustyni?
- Prawdę mówiąc, to pod pustynią. Widzisz – kontynuowała, zanim zdążył jej przerwać – pod Righess ciągnie się szereg jaskiń i podziemnych korytarzy, znanych tylko nielicznym. Podróż nimi trwa szybciej, a przy tym wcale nie jest bardziej niebezpieczna.
- Więc… dlaczego wszyscy nie obierają tej drogi?
- Ponieważ mieszkańcy jaskiń nie życzą sobie tego.
- Mieszkańcy?! – wykrzyknął zdumiony. – Tam… tam są ludzie?
- Nie, Korinie; nie ludzie. Podziemia zamieszkuje wiele dziwnych istot: gigantyczne jaszczury, ślepe pająki… lecz nie ma pośród nich ludzi. Jest inna inteligentna rasa – bogedhille.
Korin zastanowił się nad tym, co powiedziała Zeida. Bogedhille znał z bajek, ale…ale zielarka zdawała się mówić prawdę. Albo naprawdę dobrze kłamała. Więc może te małe stworzenia rzeczywiście…
- Bogedhille – kontynuowała zielarka – nie lubią konfliktów. Uważają ludzi za głupią rasę, żądną krwi, i trzymają się z dala od ich spraw. Niemniej jednak czasem zdarza się, że jakiś ludzki mężczyzna lub kobieta pozyska przyjaźń bogedhilla… Oczywiście, jeśli ten ostatni tego zechce. Wybierają najczęściej magów, ponieważ kto zna czary, skrycie wierzy w różnego rodzaju legendy.
- I ty jesteś jednym z takich wybranych? – z lekką zazdrością spytał Korin.
- Owszem, kiedyś pewien zacny bogedhill imieniem Kthoree był… zresztą, nieważne – przerwała, wywołując tym zawiedzione westchnienie swego słuchacza. – W każdym razie mogę otworzyć przejście do podziemi i podróżować nimi. Bogedhille pomogą mi, jeśli je o to poproszę, a ponieważ przeczuwam, że utrata pomocników nie zniechęci Yorall do podróży, zdecydowałam się teraz skorzystać z mego przywileju. Będziemy w Forcie o wiele wcześniej, niż nasza przeciwniczka.
- W porządku, ty będziesz. Ale bogedhile – o ile mówisz prawdę i te baśniowe ludki naprawdę istnieją – nie znają mnie. Nie sądzisz, że mogą potraktować mnie jak intruza?
Zeida przez chwilę myślała nad odpowiedzią.
- Poproszę je, by udzieliły ci swego zaufania.
- Uważasz, że jestem tego godny? – zapytał, nie ukrywając rozradowania.
- Cóż, sam fakt, że uwierzyłeś w ich istnienie czyni cię godnym. Lubisz czytać, Korinie; znasz wiele starych historii. Tacy spośród mieszkańców powierzchni są najczęściej przyjaciółmi podziemnego ludu.
Korin w milczeniu pokiwał głową, zadowolony z tej pochwały.
- A co z końmi? – rzucił po długim milczeniu. Jakoś nie wyobrażał sobie swego wierzchowca, wędrującego podziemnymi tunelami.
- Myślę, że jakoś je nakłonimy do zejścia.
- A jeśli nie?
- Wtedy pójdziemy pieszo, panie wygodnicki.

*
Zeida wydobyła ze swej sakiewki mały, okrągły kamień o lśniąco zielonej barwie. Wzruszeniem ramion odmawiając odpowiedzi na niewypowiedziane pytanie Korina, położyła kamyczek na piasku i wcisnęła go głębiej czubkiem buta.
- Ciekawe, co ona robi – zastanawiał się cicho Korin. – Dlaczego nie zrobiła tego palcem? Zupełnie, jakby użycie buta było niezbędną częścią rytuału… Zabawne. Zresztą, to głupie pytanie – stwierdził po chwili. – Czarodziejów nie da się zrozumieć.
Zielarka tymczasem wykonywała jakieś tajemnicze gesty nad piaskiem, który zaczął zapadać się, tworząc lej. Chwilę później odsłonił ciemne wejście do podziemnej pieczary, utworzone z litej skały. Pochyły chodnik wiódł w głąb jaskini. Piach powoli zsypywał się w głąb korytarza. Przejście było na tyle szerokie, by zmieścił się tam objuczony koń, i wystarczająco wysokie, aby człowiek przeciętnego wzrostu mógł w nim iść wyprostowany.
- Tamten kamień dostałam od Kthoree – wyjaśniła Zeida, patrząc na zdumioną minę Korina. – Aż dotąd nigdy z niego nie korzystałam… zresztą, to zrozumiałe, bowiem aby otworzyć przejście, trzeba znajdować się nad podziemnymi chodnikami – czyli na Righess.
- Wspaniałe – stwierdził mężczyzna, drapiąc się w niedowierzaniu po brodzie. – Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego.
- No to niewiele jeszcze widziałeś, Korinie Va – erth. Chodź, nie traćmy tu na próżno czasu.
Chwyciła za wodze Torvailla oraz jednego z jucznych koni. O ile bojowy ogier szybko dał się nakłonić do zejścia w mroczny, cuchnący stęchlizną chodnik, drugi koń stanął w miejscu i rżał z przerażenia. W końcu zielarka zasłoniła mu oczy kawałkiem szmaty i stanowczo wciągnęła w korytarz, podczas gdy Korin siłował się z pozostałym koniem jucznym oraz z własnym wierzchowcem.
- No chodź, naprzód – zachęcał miłym głosem zwierzęta. – Przebrzydłe bydlaki, właźcie natychmiast!
Zeida, słysząc te popisy, wybuchła głośnym śmiechem, który dotarł do Korina zwielokrotniony przez echo.
- Jak jesteś taka mądra, to chodź tu i mi pomóż! – ryknął, doprowadzony do wściekłości. Juczny koń, przerażony tym nagłym wrzaskiem, szarpnął się i przewrócił Korina, który upadł twarzą w piasek.
Zielarka wynurzyła się z tunelu, ledwo stojąc na nogach ze śmiechu.
- Treserem zwierząt to ty nie jesteś – parsknęła.
W końcu konie zostały jakoś poskromione. Zeida związała je kawałkami liny – przedni łęk siodła konia idącego z tyłu z tylnym łękiem tego z przodu – zaś jako pierwszy szedł Torvaill, trzymany przez zielarkę za wodze. Jego przykład jakby dodał odwagi pozostałym zwierzętom.
Korin szedł na samym końcu, przezornie trzymając się z dala od podkutych nóg swej klaczy. Uważnie obserwował ściany chodnika, który teraz nie prowadził już w dół, ale biegł poziomo. A było na co patrzeć.
Z początku przejście zdawało się po prostu naturalną jaskinią, teraz jednak można było dostrzec wyraźne ślady celowej działalności jakichś rozumnych istot, które poszerzyły chodnik i wygładziły jego ściany. Za pierwszym zakrętem Korin dostrzegł blade światełko, pełzające po wilgotnych ścianach. Po chwili zdał sobie sprawę, że jest to pochodnia, umieszczona w uchwycie i paląca się dziwnym, jasnożółtym płomieniem. Gdy podeszli bliżej, dojrzał, jak precyzyjnie wykute było żelazne trzymadło. Przypominało kształtem szponiastą łapę, która wyrastała ze ściany, a jej trzy palce były zaciśnięte dookoła pochodni. Miniaturowe łuski, niczym na nodze ptaka, zostały także dokładnie wyrzeźbione. Korin aż jęknął, kiedy wyobraził sobie, ile musiała trwać praca nad czymś takim! A w głębi korytarza w identycznych uchwytach jaśniały kolejne pochodnie!
- Kto to wszystko zrobił? – zapytał Zeidy, podświadomie mówiąc szeptem. To miejsce wydawało się mu jakąś świątynią, której powagę należało uszanować.
- Bogedhille, a któż by inny? – odparła Zeida. Ona również ściszyła głos. – Żyją pod ziemią, korzystają więc z jej dóbr. Właściwie niczego nie wyrabiają z drewna, za to znakomicie pożytkują kamień i rudę żelaza. Wyrabiają istne cuda. Szkoda – westchnęła – że większość ludzi nie widziała ich na oczy. Może wtedy nabraliby trochę pokory, bo dzieła ludzkich rzemieślników, uważanych za mistrzów, są nieudolnymi próbami w porównaniu z wyrobami bogedhilli.
Korin w milczeniu pokiwał głową. Ludek, który jeszcze niedawno znał tylko z bajek – a większość ludzi chyba w ogóle o nim nie słyszała – istniał naprawdę, a na dodatek wyrabiał tak cudowne przedmioty! Zdjęty podziwem, całym sercem zapragnął ujrzeć przedstawiciela podziemnej rasy. Gdy zapytał o to Zeidę, odparła, iż jego marzenie może się ziścić już wkrótce.
Dość długo wędrowali tunelem, który biegł prawie cały czas prosto, nie rozgałęziając się. Konie głośno stukały podkutymi kopytami o twardy kamień. Co jakiś czas któreś ze zwierząt potykało się na drobnej nierówności i wtedy słychać było naprawdę potężne „łup”. Jeśli te korytarze miały jakichś mieszkańców, zostali oni już z pewnością zaalarmowani.
W pewnym momencie przed wędrowcami wyrosła gładka ściana.
- Koniec chodnika – stwierdził Korin.
- Cholera, chyba musieliśmy przegapić jakieś ważne rozgałęzienie. Choć dziwi mnie to, bo bogedhille zawsze kopią według zasady „dobry tunel to prosty tunel”. Naprawdę nie wiem, jak nam się udało pomylić drogę. Zawracamy.
Nagle usłyszeli dziwny, nieartykułowany dźwięk, coś jakby warknięcie, dobiegający z daleka i wielokrotnie powtórzony przez echo. Zeida chwyciła oburącz swoją laskę i stanęła w pozycji obronnej.
- Nie ruszaj się, rób jak najmniej hałasu i spróbuj uspokoić konie – szeptem poleciła Korinowi. – Stworzenia podziemi mają bardzo słaby wzrok, ale za to świetny słuch.
Korin posłusznie zatrzymał się, ściskając w dłoni końskie wodze. Torvaill zastrzygł uszami.
Warczenie dobiegało z niewidocznego dotąd sbocznego tunelu, którego otwór znajdował się pół metra nad podłogą głównego chodnika.
Chwilę później w półmroku zamajaczyła długa sylwetka jakiegoś stworzenia. Istota ta poruszała się zwinnie na czterech nogach, sposobem chodzenia przypominając jaszczurkę.
- Hyrved – w głosie Zeidy zabrzmiała złość. – Przeklęta bestia.
Jaszczur zbliżał się do nich, utkwiwszy w zielarce małe oczka. Wyglądał na wychudzonego: gruba, pokryta łuskami skóra zwisała luźno z jego boków. Głodny hyrved postanowił zaryzykować otwarte starcie.
- Wyczuł nas węchem – mruknęła kobieta. – Pewnie ma ochotę na koński stek.
Błyskawicznie skoczyła do przodu i z całej siły zdzieliła hyrveda okutym końcem swej laski po łbie. Jaszczurem wstrząsnął dreszcz.
Długość jej broni pozwoliła Zeidzie pozostać poza zasięgiem przeciwnika. Zielarka zdążyła zaatakować jeszcze raz. Konie rwały się nerwowo, nie mając drogi ucieczki.
Korin wyszarpnął z pochwy miecz i stanął obok Zeidy. Jaszczur przez chwilę wahał się między atakiem a ucieczką, przeważył jednak jego głód. Z otwartą szeroko paszczą hyrved rzucił się na Korina.
Młody Va – erth właśnie wtedy zdał sobie sprawę, że opuściły go niezwykłe umiejętności walki. Klinga jego broni odbiła się od twardych płyt pokrywających ciało potwora. Korina ocaliła tylko szybka reakcja, Zeidy, która zaatakowała jaszczura od boku, wbijając swój krótki nóż w szparę między zrogowaciałymi płytami. Ostrze rozcięło skórę, stwór wydał z siebie chrapliwy dźwięk i odwrócił się w stronę zielarki.
Gdy Korin zdał sobie sprawę, że opancerzony ogon leci prosto w kierunku jego głowy, było już za późno. Zdążył się uchylić, dzięki czemu ostre kolce nie przeorały mu twarzy, ale cios w bok głowy pozbawił go przytomności.

*
Korin jęknął, widząc oślepiający, jaskrawy płomień. Sięgnął dłonią ku głowie, wyczuwając skrzepniętą krew.
- Co… co ja tu robię? – zapytał istotę, trzymającą pochodnię.
Na dźwięk jego głosu stworzenie odskoczyło w tył, przestając świecić mu po oczach.
- On mówi! – zapiszczało.
- Jasne, to przecież chyba ten… ludź! – odrzekł ktoś.
- Mówi się człowiek!
Korin dokładnie przyjrzał się dziwnym istotom. Obydwie ubrane były w spodnie na szelkach z płótna, obydwie nie liczyły sobie więcej, niż metr dwadzieścia wzrostu. Niezwykłe stworzenia miały brązowawą skórę i wełniste, beżowe włosy, długie, cienkie kończyny oraz beczkowate tułowie, a także małe, błyszczące jak paciorki oczy i płaskie, szerokie nosy. Z kieszeni ich spodni wystawały najróżniejsze narzędzia: młotki, płaskie ostrza i żelazne szpikulce.
Po chwili Korin zdał sobie sprawę, że ma przed sobą najprawdziwsze bogedhille.
- Kim wy jesteście? – zapytał jeszcze, dla upewnienia.
- Och, jesteśmy z Khov – Orest, człowieku – wyjaśniło stworzenie z pochodnią cienkim, nosowym głosem. – Nazywamy się Finn i Fina.
- A… które z was jest Finą? – spytał słabo.
- Ja! – pisnął jeszcze cieniej drugi bogedhill. – Posłuchaj – dodał podekscytowanym tonem – czy ty też spadłeś z góry? Podobno tam żyją ludzie, ale czasami wpadają w różne dziury i przychodzą do nas.
- Fino – zganił ją towarzysz – nie czas na rozmowy! On może być niebezpieczny, zapomniałaś, jakie są instrukcje?
Korin zdał sobie sprawę, że nie ma nawet swego miecza do obrony, a Finn wydobył ostry szpikulec i wymachiwał nim z groźną miną.
- Obawiam się, że pójdziesz z nami – rzekł, próbując nadać swemu głosowi basowe brzmienie.
- Och, patrz, jakie wielkie zwierzęta! – zawołała naraz z przestrachem Fina wskazując na stojące nieopodal, tuż za załomem korytarza, konie, które teraz wyciągnęły z zaciekawieniem łby, by przyjrzeć się nieznanym istotom.
W pierwszej chwili Korin ucieszył się na ich widok (w przeciwieństwie do Finy, która schowała się za swym towarzyszem), jednak wtedy uświadomił sobie, że nigdzie nie ma Zeidy.
Torvaill prychnął, co wywołało natychmiastową reakcję bogedhilli: obydwa skryły się za Korinem.
- Pomożecie mi znaleźć moją przyjaciółkę, dobrze? – zaproponował, starając się odsunąć od Finna, który trzymał swój szpikulec akurat na wysokości uda Korina. – Jest chyba również waszą przyjaciółką, to zielarka… ona mnie tu zaprowadziła.
Jeśli sądził, że te rewelacje wywrą jakieś wrażenie na bogedhillach, był w błędzie. Fina jednak, trzęsąc się trochę ze strachu, a trochę z przejęcia, odrzekła szybko:
- Pomożemy ci ją znaleźć, w końcu prowadzimy tu patrol, tylko trzymaj z dala od nas te…te zwierzęta!

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...