Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Szlakiem martwych karawan - Rozdział 9 - Droga do miasta

iris ·

Przez chwilę stali w miejscu, nie całkiem zdecydowani, co należy zrobić. Finn oświetlił swą pochodnią najpierw ściany, a potem podłogę korytarza, szukając jakichś śladów. Wkrótce znalazł to, czego Korin spodziewał się w swoich najgorszych przypuszczeniach.
Krew. Wąska ścieżka posoki wiła się po skalnej posadzce. Korin zacisnął zęby, schwycił wodze Torvailla i podążył za Finnem.
- Co właściwie robicie w tych chodnikach? – rzucił po chwili, aby przerwać jakoś denerwującą ciszę. Starał się nie patrzeć pod nogi, ale i tak dostrzegł, że krwawych plam jest coraz więcej. Dołączyły do nich także rozmazane smugi.
- Chyba coś dużego wlokło tu coś mniejszego – zasugerowała Fina.
- Na przykład jaszczur bogedhilla – odparł Finn. – Albo człowieka.
Serce Korina na krótką chwilę przestało bić.
- Albo ranną łapę – dodała bogedhillka, przyglądając się z bliska śladom.
Korin odetchnął głęboko, starając się uspokoić swe nerwy. Powtarzał, że Zeida przecież nie dałaby się tak łatwo pokonać, potrafi ostatecznie czarować i tak dalej.
- Jesteśmy tutaj na patrolu – Finn odpowiedział na zadane jakiś czas temu pytanie. – Przeszukujemy chodniki, aby sprawdzić, czy są bezpieczne. Dbamy o wszystkie korytarze w sąsiedztwie naszych osad.
- Chronimy też bezbronne istoty przed potworami – dodała Fina.
- Na przykład mnie?
- Tak, ciebie również, człowieku. Fino, pozwól na chwilę.
Finn złapał towarzyszkę za ramię i pociągnął do przodu. Zaczął mówić coś przyciszonym głosem, ale i tak słychać było w nim zdenerwowanie.
- Przecież to człowiek, on może nas pozabijać, nie wiesz, jacy są ludzie?
- Finn, świetnie pamiętam nauki, ale on jest całkiem bezbronny i szuka swej przyjaciółki! To przecież szlachetny cel, prawda? Poza ty wydaje się miły!
- Na litość Tova Kamiennej Głowy, wydaje się miły? Zastanów się, co mówisz! Mamy go natychmiast zaprowadzić do Khov – Orest albo będziemy odpowiadać przed Radą!
Korin zastanawiał się, czy bogedhille są w ogóle świadome tego, że je słyszy.
- Najpierw odnajdziemy tę kobietę, o której mówił – Fina stanowczo pokręciła głową. – Nie możemy jej tak zostawić. Każde dobre stworzenie…
Nagle urwała. Młody Va – erth dopiero po chwili zrozumiał, dlaczego.
Dotarli do niewielkiej komory, rozszerzenia chodnika, oświetlonej przez dwie pochodnie. Widok tego, co leżało na podłodze, dosłownie sparaliżował oba bogedhille.
Wielkie, czarne zwłoki jaszczura, dziwacznie powykręcane, spoczywały pod ścianą. Miękka skóra na podbrzuszu stwora była rozcięta. Korin szybko odwrócił wzrok od tego, co wypływało na podłogę z długiej rany, najwyraźniej zadanej jakimś rodzajem ostrej broni. Wszędzie dookoła na szaro – brunatnych ścianach widniały szkarłatnoczerwone plamy. Krwią spryskana była także posadzka korytarza. Straszliwy smród doprowadził Korina na skraj omdlenia. Mężczyzna szybko zasłonił twarz połą koszuli.
Konie szarpały się nerwowo, widząc dziwnego stwora, który przedtem chciał je zaatakować. Omijając szerokim łukiem groźne kopyta, Finn podszedł do ciała hyrveda.
- Piękna robota – rzucił, oglądając ranę. – Czyste cięcie, choć przedtem został już raniony.
Bogedhill dotknął rany pomiędzy kostnymi płytami na boku jaszczura, a potem drugiej, przecinającej ścięgno tylnej nogi.
- Ten, kto zadał te ciosy, musiał być naprawdę szybki i zręczny.
- Twoja przyjaciółka próbowała odciągnąć potwora od ciebie – dorzuciła Fina, patrząc Korinowi głęboko w oczy. – Możliwe, że poświęciła własne życie.
- To wielki czyn – szepnął cicho drugi bogedhill. Wydawało się, że zapomniał już o bardzo ważnych instrukcjach, nakazujących natychmiastowe doprowadzenie człowieka do Khov – Orest.
Korin poczuł, jak łzy napływają mu do oczu. W decydującej chwili zawiódł kobietę, która dwa razy ocaliła mu życie.
- To niemożliwe – warknął, ocierając oczy rękawem. – Dopóki nie zobaczę jej ciała, Zeida żyje.
Finn wyprostował się gwałtownie i wbił wzrok w twarz młodzieńca.
- Zeida? Powiedziałeś „Zeida”?
- Finn, to musi być ta kobieta, która kiedyś przywędrowała razem z dostojnym Kthoree! – Fina wydawała się nie mniej przejęta od towarzysza. – Tym bardziej powinniśmy jej pomóc!
Korin miał nadzieję, że nie jest za późno. Jednocześnie poczuł satysfakcję widząc, iż jego przyjaciółka, – bo tak teraz zaczął ją nazywać w myślach – jest naprawdę znana, a na dodatek Kthoree, o którym opowiadała, zajmuje ważną pozycję wśród bogedhilli.
- Szybko, tędy! – wykrzyknął nagle Finn, zrywając się z miejsca.
Za komorą korytarz gwałtownie skręcał, a ponieważ nie było tam pochodni, wąziutka strużka krwi była trudna do dostrzeżenia. W plamie cienia spoczywała z rozkrzyżowanymi ramionami Zeida.
- Na wszystkie bóstwa! – wrzasnął Korin, podbiegając do niej. – Jak mogliśmy jej nie zauważyć! Wykrwawia się tu na śmierć, a wy sobie spokojnie gadacie!
Przykucnął obok i w świetle pochodni Finna zaczął szukać ran.
Zeida żyła, a to było najważniejsze. Jednak jej płytki, urywany oddech nie wróżył dobrze. Po chwili Korin dostrzegł niewielkie draśnięcie na ramieniu zielarki. Rozdarty rękaw ubrania lepił się od ciepłej krwi.
- To nie dlatego straciła przytomność – rzekła szybko Fina. – Musi mieć większą ranę gdzieś na plecach albo z tyłu uda.
- Wtedy byłaby tu kałuża krwi!
Delikatnie podnieśli nieprzytomną Zeidę, starając się nie spowodować tym dodatkowych obrażeń. Korin wziął ją na ręce, uginając się pod ciężarem rannej.
- Tutaj – wskazała palcem Fina. – Na Tova – jęknęła cicho. – Paskudne.
- Co jej jest? – niemal krzyknął Korin, odchodzący od zmysłów. – Tylko nie mów, że umrze, nie mów tego!
Fina spojrzała na niego smutnym wzrokiem.
- Ma wielką ranę u góry pleców, chyba od uderzenia łapą albo ogonem hyrveda. To zmiażdżenie, krwi tam mało. Boję się, że może mieć nawet złamane żebro. W najgorszym wypadku – dodała szybko, widząc zrozpaczone spojrzenie młodzieńca. – Nic pewnie jej nie będzie, jeśli szybko dostarczymy ją do Sali Chorych w Khov –Orest.
- Zaniosę ją – zdecydował Korin. – Nie możemy w takim stanie posadzić jej na konia. Fino, wyjmij z juków przy siodle bandaże.
Bogedhillka spojrzała na niego bezradnie.
- Drugi koń, ten łaciaty, ma na grzbiecie kilka pakunków. Poszukaj tam bandaży! Szybko! Powinny być w którejś z większych toreb.
Fina przez chwilę wahała się, potem jednak podbiegła dzielnie do konia, zaciskając zęby.
Na szczęście zwierzę stało spokojnie, co nie rozproszyło jednak obaw bogedhillki. Stając na placach, dosięgła największej ze skórzanych sakw i z pewnymi trudnościami odpięła sprzączkę.
Kilka chwil później – chwil, które Korinowi wydawały się wiecznością – Fina znalazła paski białego płótna, starannie zwinięte i schowane w czystym woreczku. Młody Va – erth dziękował w duchu wszystkim dobrym siłom, że bandaże nie były w jednym z pakunków u góry siodła.
Fina odeszła od koni jak mogła najszybciej, zerkając co chwilę przez ramię. Wyciągnęła jeden bandaż i rozwinęła go około metr. Potem ze skórzanej pochwy przy swym pasku wydobyła mały, ostry nóż i odcięła potrzebną ilość płótna. W czasie, gdy opatrywała ranę na ramieniu Zeidy, Finn obserwował dokładnie miejsce, w którym znaleźli nieprzytomną kobietę.
- Musiała dzielnie walczyć. Gdy zabiła jaszczura, była poważnie ranna. Próbowała wrócić do ciebie, człowieku, ale będąc ledwie przytomną, pomyliła korytarz. Sił starczyło jej tylko na opuszczenie tej komory.
Korin zatkałby uszy, gdyby mógł. Słowa bogedhilla brzmiały dla młodzieńca jak oskarżenie. Korin wiedział, że zawiódł. Jeśli wtedy, zamiast panikować, pomógłby Zeidzie walczyć, zielarka byłaby tu teraz wraz z nim, cała i zdrowa. Zagryzając wargi aż do krwi, Korin stał nieruchomo, dźwigając bezwładne ciało kobiety.
- Spójrz, co znalazłem.
Finn stanął przed Korinem, unosząc w górę jakiś metalowy przedmiot.
Dopiero po chwili Va – erth zdał sobie sprawę, że jest to jego miecz.
Klinga była pęknięta i wykrzywiona. Zeida walczyła tym ostrzem aż do końca.
- Nienajlepsza broń, powiedziałbym: paradna – zacmokał bogedhill, oglądając szczątki miecza. – Jeovatha Thirr wyrzuciłaby to na śmietnik, zanimby się samo popsuło.
- Finn, przestań kontemplować to żelastwo! – rozległ się nagle okrzyk.
Fina podparła rękami biodra i tupnęła nogą.
- Zeida, przyjaciółka dostojnego Kthoree, umiera na rękach swego przyjaciela! Musimy natychmiast ruszyć do Khov – Orest, ty… ty zakuty łbie!
W oczach bogedhillki płonął ogień.
- Nie ma czasu na pogawędki! Finn, idź z przodu i oświetlaj nam drogę. Człowiek niech pójdzie za tobą. Człowieku, uważaj i nie potknij się. Ja poprowadzę… te, konie.
Szybkim, stanowczym ruchem szarpnęła za wodze Torvailla. Ogier prychnął, zdziwiony, ale posłusznie poszedł za zdeterminowaną Finą.

*
Korin nigdy wcześniej nie przypuszczał, że niska kobieta o raczej drobnej budowie może tyle ważyć. Powoli tracił czucie w rękach. Bał się, że upuści nieprzytomną zielarkę, starał się jednak myśleć o przyjemnych rzeczach wiedząc, że to doda mu sił.
Finn niemal biegł na swoich krótkich nóżkach, prowadząc ich nieomylnie chodnikami. Wrócili w pobliże miejsca, gdzie bogedhille znalazły nieprzytomnego Korina. Skręcili w trudne do zauważenia wąskie przejście, znajdujące się za zakrętem w nieoświetlonej partii chodnika.
Teraz korytarz wiódł w dół, na szczęście niezbyt stromo. Był też słabiej oświetlony niż poprzedni tunel.
- Zdaje się, że tu jest bezpiecznie. Tamten hyrved… w tym roku mnóstwo się ich wylęgło. Na ogół nie zapuszczają się w pobliże naszych miast, ale pojedynczy potwór zawsze może się trafić. Dlatego powstają patrole. My lokalizujemy jaszczura, a pokonuje go specjalna brygada wojowników.
Korin uznał, że bogedhille są świetnie zorganizowane.
- Przydałaby mi się brygada sanitariuszy – zażartował ponuro.
- Kiedy dotrzemy do miasta, z pewnością znajdziemy właściwą osobę. – pocieszyła go Fina.
- Jeżeli dotrzemy do miasta.
Bogedhillka z niepokojem spojrzała na idącego przed nią człowieka.
- Nie możesz się poddać. Pomyśl o swojej przyjaciółce, wyobraź sobie, co by powiedziała, żeby dodać ci otuchy – poradziła.
Korin oczyma wyobraźni ujrzał Zeidę, wesołą i dowcipkującą. Niemal namacalnie wyczuł więzy przyjaźni, jakie połączyły go z tą, o co najmniej dziesięć lat starszą kobietą.
Chwilę później musiał przystanąć i powoli złożyć zielarkę na ziemi. Sycząc z bólu, rozmasował odrętwiałe przedramiona. Żyły pod jego skórą utworzyły węźlaste wypukłości, a napiętymi mięśniami, co chwilę wstrząsało gwałtowne drgnięcie. Mężczyzna zastanawiał się, jak to w ogóle możliwe, że doszedł aż tak daleko.
- Musimy natychmiast ruszyć. Nie możemy zatrzymywać się nawet na chwilę. Stan twej przyjaciółki z każdą chwilą pogarsza się.
Fina z zatroskaniem otarła z czoła nieprzytomnej Zeidy kropelki potu małą, białą chustką. Ten prosty gest współczucia zmobilizował Korina.
- W takim razie idźmy dalej. – wydyszał. Czuł rozrywający, pulsujący ból w całym ciele. Przed oczyma latały mu czarne plamy.
- Jeśli chcesz, możemy ponieść ją we dwójkę, ja i Fina – zaproponował Finn. Korin wiedział jednak, że oba bogedhille nie poradziłyby sobie z ciężarem bezwładnego ciała.
- Nie ma takiej potrzeby, czuję się jeszcze na siłach – odparł z grymasem bólu na twarzy, który całkowicie przeczył jego słowom.

*
W miarę, jak korytarze stawały się szersze i lepiej oświetlone, szli coraz szybciej. Finn właśnie skręcił w ostatnie przejście przed bramą miasta, kiedy usłyszał za sobą stukot kamienia, a potem przekleństwo.
- Nic ci nie jest? – rzucił szybko.
- Nie, wszystko w porządku – usłyszał w odpowiedzi. – Choć o mało nie zabiłem siebie i Zeidy. Nie potrafię biegać po jaskiniach tak, jak wy.
Nagle z chodnika przed nimi dobiegł ich szmer rozmowy.
- Mówię ci, że musimy się choć trochę pośpieszyć, jeśli chcemy wrócić z inspekcji przed zebraniem Rady – odezwał się szorstki, nosowy głos, niewątpliwie należący do bogedhilla. – Nie co dzień natrafiamy na rudę żywego żelaza.
- Powinni przydzielić nam więcej wojowników do ochrony – odparł ktoś. – W tej sytuacji rada mogłaby ostrożniej traktować robotników. Nie możemy sobie pozwolić na narażanie naszych najlepszych…
Rozmawiające bogedhille wyszły zza zakrętu prosto na Finna.
- Proszę, czyż to nie jeden z patrolu? – zaciekawił się ten, który twierdził, że trzeba się pospieszyć. Był ubrany w spodnie i koszulę z miękkiego materiału, zdobioną wymyślnym haftem. Stanowczo sprawiał wrażenie dowódcy. Obok niego szedł drugi, podobnie odziany bogedhill, trzymający pochodnię, a za nimi czwórka wojowników z krótkimi – odpowiednimi do ich wzrostu – włóczniami.
Chwilę później z cienia wynurzył się Korin. Cały oddziałek stanął w miejscu.
- Szybko, to człowiek! – wrzasnął bogedhill z pochodnią, całkowicie ignorując próby Finna, który starał się wyjaśnić całą sytuację. – Otoczyć go!
Wojownicy unieśli swe włócznie, kierując ostrza w stronę Korina.
- Ani mi się ważcie! – rozległ się nagle rozkazujący okrzyk z tyłu. – Mamy ze sobą ranną, przyjaciółkę dostojnego Kthoree, i jeśli zaraz nas nie przepuścicie, poszczuję na was olbrzymie bestie!
Uzbrojone bogedhille przezornie zeszły z drogi Finie, prowadzącej w ich stronę konie.
- Chwila, to jakieś nieporozumienie – szybko zaczął tłumaczyć bogedhill wyglądający na dowódcę. – Jeśli patrol zagwarantuje, że człowiek… a właściwie ludzie… nie stanowią zagrożenia, możemy porozmawiać z Radą o wpuszczeniu ich do miasta…
- Ta kobieta się wykrwawia! Umiera na rękach przyjaciela! – wrzasnęła Fina. Jej rozmówca cofnął się o trzy kroki, wpadając na swego towarzysza z pochodnią. – Jest nieprzytomna, jak może stanowić zagrożenie?! Poodbijało wam wszystkim, czy co?!
- Uważaj, jak odzywasz się do inspektora wydobycia… - zaczął dostojnie ubrany bogedhill, usiłując nadać swojemu głosowi groźne brzmienie.
Fina jednak całkowicie na to nie zważała. Była młoda i, jak każdy bogedhill, miała wysoce rozwinięte pragnienie niesienia pomocy. Na dodatek, z racji tego, że była mieszkańcem Khov – Orest, znała i szanowała Kthoree, członka rady miasta i słyszała historię o zielarce imieniem Zeida, która kilka lat temu ocaliła mu życie. Nawet, jeśli tkwiła w niej głęboko zakorzeniona nieufność wobec ludzi, nie mogła nie pomóc niewinnej kobiecie.
- Niech więc szanowny inspektor wydobycia zejdzie mi z drogi, albo będzie z nim źle! Jak myślisz, co by powiedziała Rada, dowiedziawszy się o śmierci przyjaciółki Kthoree, spowodowanej przez twoją głupotę?!
Inspektor zaczerwienił się ze złości. Jeszcze nigdy wcześniej nikt go tak nie obraził.
Jednak postanowił posłuchać głosu rozsądku i nie kłócić się z Finą, za którą stały cztery wielkie zwierzęta. Widział zresztą, że ludzki mężczyzna, brudny i potargany, idący potulnie pomiędzy dwoma bogedhillami z ranną towarzyszką w ramionach, raczej nie stanowi zagrożenia. Pominął więc dalsze formalności i odszedł, omijając Korina, Finę i konie.
- Nie powinnaś tak się do niego odzywać. Możemy mieć potem poważne problemy – westchnął cicho Finn, kiedy głosy grupki dowodzonej przez inspektora ucichły w oddali.
- Wiem, co należy do moich obowiązków, Finnie. Człowieku… hej, właściwie jak ty się nazywasz?
Korin z zaskoczeniem zdał sobie sprawę, że nie przedstawił się bogedhillom. Po prostu go o to nie zapytały, a był zbyt przejęty całą sytuacją, aby pamiętać o takich sprawach.
- Korin Va – erth – rzekł teraz szybko. Dyszał ciężko i mówienie sprawiało mu trudność.
- Głupia jestem – stwierdziła naraz Fina. – Nie powinnam pytać cię o takie błahostki, kiedy ledwo trzymasz się na nogach. Dalej, Korinie Va – erth. Miasto jest już blisko.
Chwilę później ponownie usłyszeli dźwięk głosów. Dobiegały z jasno oświetlonej przez wiele pochodni sali, z której wychodziły trzy korytarze, razem z tym, którym właśnie szli. Jeden z nich zagrodzony był solidną, żelazną furtą. Przy niewielkim, kamiennym stoliku siedziały dwa bogedhille i zażarcie o czymś dyskutowały.
- Mówię ci, że w życiu bym tam nie poszła! Może praca przy wydobyciu rudy jest zyskowna, ale to nie warte narażania karku! Kiedy opuszczali miasto, powiedziałam im…
Finn dał znak pozostałym, aby zatrzymali się w półmroku chodnika i wyszedł samotnie do przodu.
- Proszę, wrócił nasz patrol! I co, znaleźliście coś? – zagadnęła go wesoło bogedhillka, wstając od stołu. – Zaraz otworzę ci przejście… Mniemam, że twoja przyjaciółka wkrótce dołączy…
Finn miał tak zaaferowaną minę, że nawet rozgadana strażniczka w końcu dostrzegła, iż coś jest nie tak.
- Mamy ze sobą rannego – wykrztusił szybko Finn, oglądając się za siebie. – Potrzebuje natychmiastowej pomocy medyka.
- To straszne! – wykrzyknął drugi z wartowników, wyjątkowo chudy bogedhill, który dotąd się nie odzywał. – Lomm, biegnij po pomoc.
Finn poskrobał się po głowie, nie wiedząc, co teraz powiedzieć.
- W zasadzie ten ranny… a właściwie to ta ranna… jest… tego, to znaczy… Fino, wytłumacz im!
W tej chwili Korin stwierdził, że nie utrzyma Zeidy ani chwili dłużej i, chcąc zapobiec katastrofie, podszedł do kamiennego stołu, na którym leżał jakiś zwój pergaminu oraz dwa żelazne kubki, po czym położył między tymi rzeczami zielarkę, sam zaś z jękiem osunął się na ziemię.
Lomm stanęła jak wryta, zaś drugi strażnik jąkał się przez chwilę, chcąc coś powiedzieć, nie udało mu się jednak wydobyć ani jednego artykułowanego dźwięku.
- Przepraszam was, ale nie dałbym rady położyć jej na podłodze. Cały zesztywniałem – wyjaśnił Korin, mając nadzieję, że wypadło to w miarę swobodnie.
- A… ale… ale…
- To bardzo pilna sprawa, bardzo dobry człowiek – zaczął niezbyt składnie wyjaśniać zaaferowany Finn – To znaczy przyjaciel. Naprawdę. Sprawdziliśmy sami.
- Właśnie – dodała Fina. – Ratuje życie swej przyjaciółce. A ona zabiła hyrveda. W pojedynkę.
Na obu strażnikach te słowa wywarły ogromne wrażenie. Lomm pierwsza odzyskała mowę.
- Jeśli… jeśli naprawdę za niego ręczycie… pobiegnę w takim razie po pomoc. Pilnujcie go jednak mimo wszystko. Wybacz, człowieku – zwróciła się do Korina – takie traktowanie. Niestety, wielokrotnie wy, ludzie, stanowiliście dla nas zagrożenie. Jeżeli jesteś naszym przyjacielem, spróbuj to zrozumieć.
Korin pokiwał głową. Doskonale rozumiał Lomm. W końcu istnieli ludzie tacy, jak Yorall, dla których życie żadnej istoty nie mogło być przeszkodą w osiągnięciu celu.
Strażniczka odpięła od paska klucz, otworzyła furtkę i popędziła korytarzem. Po chwili tupot jej nóg ucichł w oddali.
- To naprawdę niepokojące – zamruczał drugi wartownik. – Nie powinna zostawiać otwartej bramy, dobrze wie, jakie są reguły…
Natychmiast zamilkł, gdy Fina zmroziła go zabójczym spojrzeniem.
Bogedhillka przysiadła na kamiennaj ławie i z troską obserwowała Zeidę. - Nie siedź na gołej skale, możesz się od tego poważnie rozchorować – ostrzegł Korina strażnik. Va – erth nie zdobył się na reakcję.
Nagle coś wyrwało go ze stanu odrętwienia. Głos Zeidy.
Zielarka, której Fina przemywała czoło chłodną wodą z małego bukłaka, otworzyła oczy i skrzywiła się.
- Boli jak cholera – stwierdziła ledwo dosłyszalnym szeptem.
- Proszę się nie martwić. Zaraz przybędzie pomoc.
Na widok Finy Zeida uśmiechnęła się niemrawo.
- Bogedhill. Więc jeszcze zobaczyłam bogedhilla… Rozumiem, że żyję. Gdzie Korin?
- Jestem tutaj.
Korin podniósł się na nogi i podszedł do Zeidy.
- Chyba nie przyniosłeś mnie tu na rękach? – zapytała zielarka. – A tak w ogóle, gdzie jesteśmy?
- U bram Khov – Orest – odparła Fina. – Zaraz przybędzie medyk. Czy to prawda – dodała nagle, – że jesteś tą Zeidą, przyjaciółką dostojnego Kthoree?
- Tak, to ja. Ech… bardzo mi miło. Obawiam się jednak, że medyk już mi nie będzie potrzebny. Raczej grabarz. Ogon hyrveda przeorał moje plecy i, zdaje się, złamał żebro. Coś tak czuję, że ta rana jest śmiertelna, choć na taką nie wygląda.
- Zeido, przestań w tej chwili! – wrzasnął Korin. – Nie umrzesz!
Zielarka spojrzała na niego ciepło.
- Chyba jednak umrę. U samych bram Khov – Orest…
Korin widział, że kobieta płacze. Starała się udawać pogodną, ale była niemal w rozpaczy. Jednak jej zadziwiająco spokojne podejście do kwestii śmierci i tak zdumiało Korina. Najwyraźniej nie ubolewała nad sobą, ale nad swą niewypełnioną misją.
- Muszę ci w takim razie powiedzieć, po co tu jesteśmy, dopóki mogę wydobyć z siebie głos. Proszę, przyjaciele, odejdźcie na chwilę – rzekła do bogedhilli.
Wszystkie trzy posłusznie się oddaliły.
- Nie możesz umrzeć teraz, kiedy cię tu przytaszczyłem – ostro rzekł Korin, starając się nie rozpłakać. Naprawdę polubił zielarkę i nie wyobrażał sobie dalszej podróży bez niej. Zeida na dodatek chciała chyba powierzyć mu swą misję – związaną z Fortem i Yorall, a Korin wiedział, że nie poradzi z tym sobie.
- Może jednak nie umrę – odparła zielarka, chcąc go nakłonić do słuchania. – Stąd do Khov – Orest jest dziesięć minut drogi, pomoc powinna być tu lada chwila, a wtedy mnie odratują.
- Dziesięć minut?! – jęknął – Myślałem, że to już tutaj!
- Brama jest trochę oddalona od miasta. Ponoć ze względów bezpieczeństwa. Bogedhille uwielbiają być ostrożne – wyjaśniła. – No, ale nie traćmy czasu i sił. Posłuchaj… posłuchaj, co mam ci do powiedzenia.
Korin usiadł na ławie i chwycił dłoń zielarki. Starał się uspokoić, ale głos mu lekko drżał.
- W takim razie mów.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...