To wydarzyło sie naprawde
Z początku wielce się wystraszyłem, gdyż byłem jednym z setek, a nawet tysięcy niczym nie wyróżniających się, ubogich ziemian. Nie wiedziałem, czemu króla zainteresowała moja osoba. Jednak potem opanowałem się, gdyż uzmysłowiłem sobie, że król Artur jest władcą prawym i mężnym, a bać się go powinni tylko wrogowie jego majestatu. Gdy tak rozmyślałem, miejsce bojaźni zastąpiła radość i duma z tak wielkiego wyróżnienia.
W dniu wizyty byłem odziany w swoje najpiękniejsze szaty. Wsiadłem na pożyczonego wielkiego i dostojnego ogiera, gdyż uznałem, że na wizytę u samego władcy nie należy iść piechotą. Tak wystrojony, w pięknym siodle, na ogromnym koniu, z głową pełną pytań dojechałem do zwodzonego mostu nad fosą otaczającą zamek Camelot. Zatrzymało mnie tam dwóch strażników w pięknych zbrojach, z królewskimi herbami na tarczach.
- A ty czego tu szukasz?! - zapytał jeden z nich głosem pełnym nieukrywanej wrogości.
- Niedawno do mego domu przyjechał królewski goniec i wręczył mi to. - odparłem pokazując mu wezwanie na zamek.
- Zaczekaj tu - rzekł i odszedł w obręb murów.
Zostałem na moście praktycznie sam pilnowany przez barczystego strażnika z groźnie wyglądającym mieczem u pasa. Nie czekałem długo, gdy wrócił strażnik, z którym poprzednio rozmawiałem i rzekł:
- Możesz wejść. Król już na Ciebie czeka.
Zaskoczony tym miłym, by nie rzec, przyjacielskim tonem i niecodziennymi słowami wjechałem do zamku pełen obaw, czy aby ktoś nie stroi sobie ze mnie żartów. Gdy jechałem przez zamek w kierunku czegoś co przypominało postój dla koni, większość ludzi, których mijałem mierzyło mnie badawczym wzrokiem.
- Gdzie mogę znaleźć króla? - zapytałem mężczyznę, który wyglądał jakby był tu kimś naprawdę ważnym.
- A więc to ty jesteś tym nowym. Król już Cię oczekuje w tamtym budynku - odparł.
Drzwi, za którymi czekał na mnie król, były potężne, na wysokości około sześciu i pół łokcia, z misternymi rzeźbieniami i mosiężnymi klamkami. Przed nimi po obu stronach stał strażnik z lancą, którą w razie potrzeby miał zagrodzić wejście, jednak tym razem nie poruszyli się, więc uchyliłem drzwi i wszedłem do środka budynku.
Sala, w jakiej się znalazłem przerażała swoją wielkością. Pomieszczenie miało około 25 łokci wysokości, a jego drugiego końca nie mogłem dojrzeć, możliwe, że to przez ten półmrok, jaki mimo słonecznego dnia tam panował. Atmosfera, jaką było czuć w powietrzu nie napawała mnie optymizmem. W tej ciemności niewiele widziałem, więc szedłem przed siebie po bordowym dywanie, znajdującym się pod moimi stopami. Co jakiś czas po obu stronach dostrzegałem kolumny podtrzymujące sklepienie. Były one okrągłe, i to niestety jedyne, co wtedy mogłem dostrzec. Nie widziałem, czy pokryte były malowidłami, czy może jednej barwy.
Po chwili, która wtedy wydawała mi się znacznie dłuższa niż była w rzeczywistości, wyrósł przede mną solidny drewniany tron, na którym siedział król Artur, a po jego prawicy, na znacznie mniejszym krześle, spoczywał starzec z długą siwą brodą i bardzo tajemniczym, spiczastym kapeluszem na głowie. W chwili, gdy zobaczyłem króla, padłem na kolana i czekałem, aż on albo jego sędziwy towarzysz odezwą się pierwsi. Nie czekałem długo gdy król przemówił:
- Witam Cię, Gilbercie z Cannock. Powstań i wysłuchaj, co mam Ci do powiedzenia...
- Ależ królu ja nie nazywam się Gilbert i nie pochodzę z Cannock. - odparłem wielce zaskoczony.
- Naprawdę? Yyyy... To niedobrze. Pomyliliśmy Cię z kimś. W takim razie będziesz musiał zapomnieć o tym, co cię tu spotkało i wrócić tam, skąd przybyłeś. Bóg z Tobą.
Tak też zrobiłem, i już nigdy się nie dowiedziałem, kim był Gilbert z Cannock i czemu wzywał go król. Nie dowiedziałem się także kim był sędziwy starzec spoczywający po prawicy króla, ani tego dlaczego miesiąc po odwiedzinach w zamku pod drzwiami swego domu znalazłem sakiewkę pełną złota.