Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Turniej

yojoe ·

tekst: Ania Ellwart - Socha i Mirek Socha


Sępny Gród leżący na zboczu północnego ramienia Gór Szarych ze względu na odbywające się tam niebawem zawody rycerskie stał się celem podróży dla niezliczonej rzeszy zamożnych dostojników, śmiałków szukających sławy, kupców węszących dobrych interesów, złodziei, oraz ciekawskich gapiów.

Około południa, siedem dni drogi od miejsca turnieju, z gęstego boru na swym bogato zdobionym rydwanie wyjechał szlachetny Thallynease, elf ze Srebrnej Gwiazdy. Jako, że Prefekt Thenessuline sławny i szanowany oficer jest jego ojcem, a z kolei ojcem ojca jest Gubernator Thonantane, tako młody arystokrata pragnie godnie reprezentować swą rodzinę na zbliżającym się turnieju.
Teraz pędził co sił by dogonić swych szlachetnych krewniaków, którzy znacznie go wyprzedzili. Chciał oznajmić im że jest gotowy dać świadectwo swego męstwa stając w szrankach. Gdy wyjeżdżał z ciemnego boru Thallynease został oślepiony przez słońce i w tym momencie poczuł przerażający wstrząs, który niespodziewanie targnął jego pojazdem.
Już od najmłodszych lat większość czasu spędzał na ćwiczeniach w powożeniu. Fechtowania uczył się od najwytrawniejszych szermierzy cesarstwa, a z taktyką wojenną zapoznawał uważnie studiując raporty elfickich dowódców. Był pojętnym uczniem i wiedzę chłonął z nadzwyczajną łatwością. Teraz w oczach, których nigdy nie zagościł strach stanęło mu całe życie. Zatrzymał jednak rydwan z mistrzowską wprawą. Kurz jaki wzbił się w powietrze na moment przysłonił wszystko wokół. Słyszalny był jedynie ciężki oddech wierzchowców. Dopiero po chwili mógł dostrzec, że stanął pośrodku polany, z której promieniście rozchodziło się siedem dróg. Żadna nie wyróżniała się niczym specjalnym i wydawały się być identyczne.
- Więc dokąd teraz? – Zapytał sam siebie otrzepując ubranie z kurzu. Nosił modną w jego stronach krótką kurtkę o kolorze kości słoniowej. Końce rękawów miała ozdobione złotym haftem przedstawiającym pradawne, przez wielu zapomniane już pismo. To oznaka arystokratycznego pochodzenia. Na dłoniach gustowne rękawiczki z cielęcej skórki w tym samym kolorze co kurtka i reszta ubrania. Do tego bardzo wąskie spodnie długością sięgające do połowy łydki. Przy pasie wisiał miecz pojedynkowy o długim i wąskim ostrzu. Całość kreacji dopełniały pantofle ze złotymi sprzączkami. Na szczególną uwagę zasługiwała biżuteria, która ograniczała się w jego wypadku wyłącznie do złotej spinki, kolczyka z szafirem na łańcuszku, bransolety, oraz naszyjnika z wizerunkiem herbu rodowego przedstawiającego Srebrną gwiazdę i zawołaniem „Thessne” czyli Światło.
Zszedł z rydwanu by uspokoić rumaki i kątem oka dostrzegł na skraju północnej części polany coś nienaturalnego. Coś co nie pasowało do reszty otoczenia. Gdy podszedł bliżej i zaczął odgarniać gałęzie, to już spostrzegł że znalazł drogowskaz, naprawdę prastary drogowskaz. Siedmiokątny kamień na którym wyciosano jakieś znaki lub pismo sięgał mu prawie do pasa. Na każdej z siedmiu ścian widniały pionowe napisy i znaki które pewnie niegdyś głęboko wyryte, teraz zaledwie widoczne. Zaintrygowany całkiem się pogrążył w badaniu znaleziska. Nagle jeden z koni zarżał. Elf odskoczył zwinnie i dobył miecza w mgnieniu oka będąc gotowym do walki. Zobaczył niską, ale barczystą postać, która z zainteresowaniem badała jego rydwan. Robiła to w dosyć dziwny sposób stukając, ciągnąc, potrząsając i nawet nie zauważając przy tym stojącego opodal elfa. Zadowolony z siebie młodzieniec chwilę bawił się tym osobliwym widokiem, lecz gdy nieznajomy sprzedał energicznego kopniaka w koło, aż się kilka drzazg posypało nie wytrzymał i krzyknął – Hej obdartusie uciekaj stąd bo kości tobie porachuje.
Dopiero teraz gdy obca postać odwróciła się w stronę młodego szlachcica rozpoznał w niej członka górskich klanów. Po masywnej postawie można było sądzić że jest wojownikiem. Jednak w oczach elfa zniszczone i brudne ubranie, niechlujny wygląd i tępy wyraz twarzy dyskwalifikowały go w tej roli. Thallinease nie bał się jego mimo tej nie obliczalnej góry mięśni jaką sobą reprezentował krasnolud, bo wiedział że nie w sile tkwi zwycięstwo a w umyśle.
Szlachcic schował miecz, następnie zaczął poprawiać rękawiczki celowo odwracając wzrok od krasnoluda i powiedział – Jesteś zapewne miejscowym góralem – i nie czekając na odpowiedź kontynuował – Udaję się na turniej rycerski w którym wezmę udział. Wskaż mi najkrótszą drogę do Sępnego grodu, a nie pożałujesz.
Zaskoczony propozycją krasnolud, aż otworzył usta z oburzenia i pochmurnie zmarszczył brwi. Jego brązowe oczy zaczęły błądzić ślepo w powietrzu nie mogąc pojąć całego zajścia. Ciężki oddech stał się szybszy i wyraźniej słyszalny.
Elf sądząc że nie został zrozumiany powtórzył swoją propozycję w tutejszym dialekcie. Po chwili na twarzy „górala” pojawiło się zrozumienie. Ukłonił się nisko i wskazał kierunek – To jest najkrótsza z możliwych droga do Sępnego grodu Jaśnie Wielmożny Panie. – Powiedział ciągle nie podnosząc głowy
Thallinease uśmiechnął się z zadowoleniem i rzucił kilka monet prosto pod nogi nieznajomego. Z gracją wskoczył na swój rydwan i ruszył z kopyta zostawiając za sobą chmurę kurzu. Krasnolud padł teraz na kolana i bynajmniej nie po to by pozbierać monety, lecz skręcając się ze śmiechu nie mógł dłużej ustać. Gdy już się trochę uspokoił otarł łzy których nie mógł powstrzymać i w dużo lepszym już humorze poszedł pozbierać swoje porozrzucane przy drodze rzeczy.


Pierwszy Wielki turniej odbył się rok temu na cześć przymierza zawartego między trzema księstwami biorącymi udział w tzw. szarej wojnie. Zaangażowane w ten spór strony ustanowiły Radę Pokoju, która miała odtąd stać na straży tego bardzo niepewnego sojuszu. Uchwaliła ona Wielki Turniej, który miał jako symbol pojednania łączyć księstwa, miasta i ludzi. Pieczę nad porządkiem, przepisami i tradycją powierzano trzem Heroldom. Byli to najlepsi z najlepszych.
Na jednego z Heroldów został w tym roku wybrany krasnolud Grombding Kamienny Młot. Jego poprzednik podczas zeszłorocznego turnieju zasłabł i zmarł, jak głosi oficjalna mało prawdopodobna wersja. Nie oficjalna głosi że został otruty po tym jak w pierwszym dniu turnieju za spóźnienie nie dopuścił elfickiego szlachcica do konkursu łuczniczego. Grombding pochodził z Gór Śnieżnych, gdzie w srogim i niedostępnym środowisku znajdowało się jedno z najpotężniejszych państw krasnoludzkich. Jako wojewoda kilku okręgów grodowych był bardzo zapracowany. Większość czasu zajmowały mu oczywiście sprawy administracyjne, ale nierzadko jako komes pełnił funkcje sądownicze i sprawował dowództwo nad wojskiem. Znany jako dowódca odważny, ale roztropny, budził powszechny podziw, respekt i szacunek nie tylko wśród swoich rodaków.
Teraz po wielu latach jako wyższy urzędnik książęcy, zasłużony dowódca, oraz poważany sędzia został potraktowany jak najgorszy żebrak. I to przez rozpieszczonego dzieciaka który pędząc po chwałę na swoim rydwanie o mało co go nie zabił. Grombding szczęśliwie został uderzony w plecak do którego przytroczone było jego oporządzenie wojenne. Właśnie to zamortyzowało uderzenie i odrzuciło go do rowu ratując mu tym samym życie. Ta przygoda skłoniła go do refleksji - Przecież to był zwykły wypadek, ale gdybym jednak zginął ten młodzieniec został by oskarżony o morderstwo,- pomyślał - a może nawet o zabójstwo na zlecenie. Być może zeszłoroczny sędzia wcale nie został otruty jak się pokątnie szepcze.
Szedł tak kilka dni rozmyślając nad tym dziwnym zdarzeniem, gdy nagle zauważył rydwan. Stał po prawej stronie drogi w miejscu gdzie znajdowała się niewielka polana.
- Zbóje! - pomyślał rzucając się do rowu. Rozpoznał rydwan i trochę nawet zrobiło mu się żal młodego elfa.
Kamienny młot miał niedługą, ale całkiem siwą brodę i była to jedyna widoczna oznaka sędziwego wieku. Poruszał się nadzwyczaj sprawnie, wzrok miał bystry, a język cięty. Przedzierając się na leżąco przez gęste krzaki zaczął odczuwać zmęczenie. Wstrzymał oddech zbliżając się do polany i zaczął uważnie nasłuchiwać.
Polana otoczona niewielkimi drzewami miała regularny prostokątny kształt. Jeden z krótszych jej boków przylegał do drogi. Na przeciwległym do drogi boku, w odległości około stu kroków polana kończyła się skałą. Gładka i niemalże pionowa ściana była nie do przejścia, a jej wierzchołek niknął gdzieś daleko w chmurach.
Grombding dobrze znał to miejsce. Tutaj pan deszczu LaTolsul przynajmniej raz na jeden cykl księżyca zsyłał swoje błogosławione łzy wprost do świętej sadzawki „wody wędrowców”. W praktyce pomagała ona podróżującym do niższych partii górskich krasnoludom na uzupełnienie zapasów wody.
Wtem krasnolud usłyszał słodki głos dobywający się gdzieś u podnóża skały. Głos ten był delikatny, piękny i bez trudu można było rozpoznać w każdym tonie charakterystyczną elficką miękkość. Przywarł jeszcze mocniej do poszycia a gdy już uznał ze jego obecność prawdopodobnie nie została odkryta wystawił głowę z nad krzaków. Zauważył sadzawkę wykutą w skale i elfa moczącego w niej nogi.
-Tego zachowania niczym nie można wytłumaczyć i czas najwyższy dać tu komuś lekcję pokory- Pomyślał krasnolud odpinając przytroczony do plecaka młot.
-Wyjdź proszę przyjacielu – powiedział nieoczekiwanie Elficki szlachcic.
- W tych krzakach nie może być zbyt wygodnie, więc zapraszam na spoczynek.
Rozzłoszczony Grombding z trudem łapał powietrze i nie był w stanie nic odpowiedzieć więc ruszył w kierunku młodzieńca.
Gdy już zbliżył się na odległość dziesięciu kroków stanął i powiedział wolno lecz zdecydowanie.
- Wołają na mnie Kamienny Młot i teraz szybko tłumacz się ze swego postępku bo przyrzekam na mój honor że źle skończysz jeśli tego nie uczynisz.
Elf wolnym spojrzeniem zmierzył Krasnoluda po czym odwrócił wzrok i prawie szeptem powiedział.
- To Ja, Thallynease z Valyeaw herbu Thessne żądam wyjaśnień. Czy to jakiś tutejszy zwyczaj Panie Kamienny Młot, aby z ukrycia podglądać strudzonego drogą wędrowca? Czy może to normalne, aby na propozycję wspólnego wypoczynku odpowiadać groźbą? -Po tych słowach spojrzał w oczy krasnoluda, który był wyraźnie zbity z tropu.– Czy my się znamy? – dodał po chwili
To ostatnie pytanie Grombding puścił mimo uszu.
- To ..
I gdy miał już powiedzieć że to „święta woda LaTolsul” , coś mu strzeliło do głowy i zająknąwszy się dokończył
– .. to sadzawka pełna pijawek.
Elf jak poparzony wyskoczył z sadzawki i to prosto w rosnący dookoła ostrokrzew. Przez jeszcze krótką chwilę tańczył z przeszywającego jego stopy bólu by wreszcie stracić równowagę i paść na ziemię.
Naładowany Grombding mógł dać wreszcie upust skrywanym emocjom.
-HAHA…- Wybuchnął śmiechem, a głos jego zagrzmiał i odbił się donośnym echem.

Opatrując poszkodowanego młodzieńca Grombding wyjaśnił mu co to za miejsce, jaka jest jego rola i znaczenie dla tutejszych.
- U nas zawsze opisuje się takie miejsca odpowiednim napisem i dla tych, którzy nie potrafią czytać odpowiednią płaskorzeźbą.- Tłumaczył elf.
- Wiesz chłopcze że jednak nie jesteś taki zły za jakiego początkowo ciebie brałem. Miałeś prawo nie wiedzieć co to za miejsce.
Wieczorem przy ognisku do późna jeszcze rozmawiali o odmienności kultur. Opowiadali także o zbliżającym się turnieju o czekających na zawodników próbach.
- Czegoś się nauczyłem od ciebie chłopcze. Teraz wiem że nie wolno oceniać tylko po pozorach. Choćby nie wiem jak były przekonywujące, pozory to tylko pozory.
- Dziękuję, i ja się od Ciebie dużo nauczyłem Grombdingu Kamienny Młocie. Mam nadzieje że nie będziemy musieli stawać przeciwko sobie na turnieju
Krasnolud postanowił nie zdradzać młodzieńcowi swej roli w zbliżających się zawodach. Więc wymijająco odpowiedział.
-Jestem tego pewien.##edit_byveron 2006-03-09 23:35:28##ed_end##

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...