Tylne wyjście z niebios
Papież nie żyje. Wielki autorytet moralny i duchowy ludzi odszedł na zawsze. Jego usta nie przemówią już nigdy do wiernych, nie zaszczyci już więcej krajów swymi pielgrzymkami, nie wygłosi homilii do narodów. Jego już po prostu nie ma.
Mówią, że pewni ludzie żyją wiecznie. I choć ich ciała legły w grobach a ich kości żółkną na słońcu, ich czyny pozostaną nieśmiertelne. Jak heros Achilles wsławił się pod Troją, jak Aleksander pobiwszy Dariusza i jak wielki Czyngis – chan podbijając Azję. O tych ludziach nie zapomni historia. A jak to jest z ludźmi nieco mniejszymi, takimi, którzy nie podbijali i mordowali, ale naprawiali i czynili dobro? Jak to jest z papieżami?
Co czuliście, gdy doszła do was wiadomość o śmierci Jana Pawła II? Smutek, żal, czy raczej pustkę, jakby go nigdy nie było i nie był wam do niczego potrzebny. Czy ten człowiek zostawił wam coś po sobie, czy jego czyny są na tyle wielkie, aby nie umknął historykom spisującym dzieje świata? Na odpowiedź na to pytanie przyjdzie światu jeszcze poczekać jakieś kilkaset lat. A mi razem ze światem.
*
Cokolwiek wy czuliście po mojej śmierci i cokolwiek ludzie mówią o odczuciach na tamtym świecie, wszystko jest bzdurą. Nie było uczucia błogości, wywołanego oderwaniem się od ciała i wzbicia się w przestworza lekkiej jak piórko duszy; nie szedłem przez żaden tunel ku światłu. Jedyne, co czułem, to pustkę. Nicość. Trwało to zaledwie chwilę, sekundę, może dwie, a może trwało sto lat? Nie wiem. Przestrzeń i czas na tamtym świecie to jedno i to samo, więc nie ma większego znaczenia, czy moja dusza znajdowała się w tym stanie rok, dziesięć, sto, czy nawet tysiąc lat. To wszystko jest tam nieważne. Prawdą jest jedynie to, że wraz z opuszczeniem ziemi przez duszę, duszę opuszczają wszelkie ziemskie problemy. Więc wreszcie pozbyłem się bólu, którego zaznałem tyle w ostatnim czasie na ziemi. Przynajmniej skończyło się cierpienie.
W postaci astralnej jest się nadal, w gruncie rzeczy, człowiekiem. A przynajmniej takie odnosi się wrażenie. Choć nie widać nigdzie własnych kończyn, można chodzić i dotykać; choć nie ma się uszu, nadal się słyszy, choć nie ma się oczu, widzi się nadal. Różnica jest tylko jedna, ale za to zasadnicza. Nie jest się już człowiekiem w sensie pojęcia człowieczeństwa jako ogółu cech i zachowań ludzkich. A prościej – jest się wszędzie i nigdzie, zna się każdego i nikogo, pojmuje się wszystkie tajniki istnienia wszystkiego, a jednocześnie jeszcze mniej wie się o samym sobie. Ja to nazwałem Paradoksem Pośmiertnym. Bo pomimo opuszczenia ( w pewnym sensie) Ziemi, myśli się nadal racjonalnie; nie znikły żadne ziemskie przyzwyczajenia i umiejętności, np. nadawanie nazw rzeczom i zjawiskom.
Nie znikła również wiara.
Nie rozmyła się, jak rysunek flamastrem na szybie, nie pękła jak bańka mydlana. Dlatego, że była silna. Teraz to wiem, i chciałbym pouczyć ludzi w ostatnim kazaniu z zaświatów, że tylko głęboka wiara ich uratuje. Bo wiara rzeczywiście czyni cuda. Ale cóż, nie mogę, nie wejdę już w powłokę cielesną. I choć przebywałem w stanie pośmiertnym, jeśli tak to można nazwać nie wiem jak długo, moja wiara nie upadła. Pozostała we mnie, a ja pozostałem w niej; najsilniej i najmocniej w życiu, (wliczając oczywiście również to wieczne), i już nigdy nie miałem przestać tak mocno kochać to, na co tyle lat czekałem, i pozostać szczęśliwy. Czy wiara podupadła kiedykolwiek w papieżu, czy zgrzeszył choć raz? Wszyscy ludzie grzeszą. Teraz, po przeżytym życiu widzę to jak na dłoni, wszystkie przewiny; i wstyd mi za siebie. Jak można było tak obrazić Boga? I choć nie grzeszyłem dużo przez całe życie nazbierało się tego, oj nazbierało. Uświadomiłem sobie dogłębnie, choć byłem o tym święcie przekonany, jak mały jest człowiek w porównaniu do Boga. Nawet papież. Zostałem jedynie wybrany przez ludzi na spadkobiercę Św. Piotra; byłem takim samym człowiekiem, jak inni. Choć powiedzieli o mnie później święty.
Mój sąd ostateczny znacznie różnił się od sądu wszystkich ludzi. Odbył się błyskawicznie, a wyrok zapadł oczywisty: Raj.
Raj na Ziemi.
Potem, a może przedtem albo nawet jeszcze podczas usiadłem na gzymsie między pomnikami świętych, będąc jeszcze jedną osobą czekającą na coś, co ma wydarzyć się na placu Św. Piotra. Wszystko trwało nie wiem jak długo i nie mogę powiedzieć czy na pewno byłem już martwy, czy zasnąłem zaledwie na łóżku kliniki Gemmelii. Nic już nie było tak jasne, jak przedtem, bo rozumiałem jedynie jestestwo Boga, nie zaś ludzi i siebie.
Było wietrznie, jak gdyby wszystkie anioły zleciały na Ziemię, uziemione w jakimś celu od fruwania po przestworzach, robiąc wielki wiatr skrzydłami. Wszędzie ich było pełno; mniejszych, większych i archaniołów. Wszystkie krzątały się dokoła, gotując coś wielkiego. Nad całym placem roznosił się zapach mirry i zioła; wonności te wytwarzały kadzidła aniołów, szybujących to wyżej, to niżej. Robiły to w wielkim skupieniu, nie przeszkadzając sobie wzajem.
Modlitwy, jak czysty tlen oświecały łuną to miejsce, wznosząc się, mimo wiatru, prostą drogą ku niebu; a Boży Duch unosił się nad wszystkimi, i widział, że były dobre. Na samym dole zaś, między ludźmi, szalał szatan, tworząc kontrast do modłów. Czarny i biały.
Obok mnie siedzieli między pomnikami inni papierze, spoglądając ciekawie w dół. Wszyscy słuchali mszy. No, może oprócz szatana.
Na dole chowali właśnie kogoś; z twarzy jakby znajomy, ale jakoś nic nie mogę sobie przypomnieć...
- Nie sil się. – powiedział do mnie człowiek z długą, siwą brodą, jako atrybut używający laski. – Nie przypomnisz sobie, kto to. Na razie.
Po czym człowiek znikł, jakby go nigdy nie było i dźwięczał tylko w mojej głowie jego głos – nie przypomnisz sobie, nie przypomnisz...
Spojrzałem na chwilę jeszcze w dół, gdy jeden z małych aniołków, przytłoczony widać zbytnio ciężarem kadzidła, zanurkował ku trumnie i ledwie wyhamował, trzepiąc straszliwie skrzydłami. Jakaś księga, leżąca tam od dłuższego czasu, zamknęła się. Niefrasobliwemu aniołowi inni zabrali jego kadzidło, czym bardzo się zmartwił.
*
Hale były takie, jak zawsze na wiosnę; piękne i wietrzne. Ich czar, jak czar całych gór pochodził od Boga, bo tylko jedne góry mogły mieć w sobie tyle ciepła i dawać tyle mocy. Znałem je na wylot.
Spacerowałem, jak kiedyś po kamienistych dróżkach i szlakach, przeczesywałem wszystkie szczyty, jakby w poszukiwaniu odpowiedzi, co właściwie tu robię. Jedno jest pewne – nie chciałem stąd odchodzić już nigdy. Znów zabrał mi to ktoś, akurat, gdy dochodziłem do szczytu Gubałówki...
Potem był zamęt. Zamęt i świst, tąpniecie i głucha seria z karabinu. Jeden młody chłopak upadł właśnie jak wprost rażony piorunem, z niemym krzykiem dogorywał na rozgrzanym piasku. Zaraz potem jego oprawca w czerwonym turbanie odszedł na sąd ostateczny ze ślepym przekonaniem, że wysadzając się w powietrze przysporzył sobie zasług u Boga Ojca.
Nagle pojąłem wszystko.
- Nie czyń sobie wyrzutów, Karolu. – powiedział zmaterializowany starzec z kaplicy sykstyńskiej – Nic byś nie poradził. Ludzi nie zmienisz, choćbyś był samym Bogiem. Teraz pozostaje ci już tylko czekać, czekać i patrzeć, czy twoje nauki i kościół budowany na twojej skale przetrwa, tak jak mój przetrwał, i poprowadzić również możesz nowego papieża duchowo, wedle twojej woli.
- Kim jesteś?
- Jam jest skałą, nie piaskiem; tak jak ty nie rozmyłeś się jak piasek i wprowadziłeś pokój do tego świata, prowadząc moje dziedzictwo. Dobrym byłeś dziedzicem, teraz czas na odpoczynek. Wieczny. Otworzę ci bramy niebios i zasiądziesz na tronie po prawicy Boga.
- Nie zrobię już nic dla tego świata, jeśli będę całą wieczność w niebie.
- Zrobiłeś już to, co miałeś zrobić. A z niebios jest tylne wyjście. Możemy pogadać czasem o wypadach do Wadowic na kremówki...##edit_byatak 2006-03-25 20:56:08##ed_end##