U źródła Anarsej
Miejsce, w którym zatrzymali się rycerze było nader urokliwe, kilka metrów od obozowiska znajdowało się małe źródełko, z którego biła czysta, orzeźwiająca woda. Źródełko to było początkiem wielkiej rzeki zwanej Anarsej ciągnącej się daleko na południe, aż do najdalszych rubierzy ojczyzny wędrowców - Enraji; w tym miejscu Anarsej była jednak tylko małym strumykiem wijącym się leniwie przez usiany pagórkami Step Naktariański; od południa i wschodu obóz otaczał wał ziemi, od północy las - Faris.
Wędrowcy ćmili fajki rozmawiając o nadchodzącej wojnie z elfami mieszkającymi w głębi puszczy. Te z resztą pewnie nawet nie przeczuwały nadciągającego niebezpieczeństwa, żyjąc w izolacji od reszty świata nie miały żadnych wieści o niczym, co działo się poza granicami ich siedziby. Nigdy nie wychylały nosa poza swoją część lasu. Teraz miało się to brutalnie zmienić. Ciągnące w ich kierunku wojsko pod wodzą króla Konste'a nie było wprawdzie liczne jak na enrajańskie standardy, bo liczyło zaledwie około półtora tysiąca wojowników, ale było aż nadto silne żeby wyciąć w pień paruset elfów. Na to właśnie wojsko czekali wędrowcy przy ognisku Kilku wędrowców miało już kontakt z tym leśnym plemieniem podczas ostatniej wyprawy wojennej wymierzonej przeciwko orkom nękające Enraję regularnymi napadami, a mającymi swe siedziby w Farisie. Wtedy jednak nie walczono z elfami - nie chciano przysparzać sobie kolejnych przeciwników, a i elfy nie odnosiły się wrogo do Enrajan. Czasem nawet pomagały ludziom w kolejnych mniejszych czy większych potyczkach. Widocznie również miały dość śmierdzących orków i trolli... i oczywiście nie miały pojęcie, że ludzie z którymi mają do czynienia zgładzili już niejeden elfi lud.
Wojna się skończyła i ludzie odeszli z Farisu. Pewnie też nigdy by do niego nie wrócili gdyby nie dowiedzieli się niedawno, że w lesie znajdują się bogate złoża srebra. Niespełna rok temu elfi wyrzutek skazany przez swych ziomków na banicję zawędrował do enrajańskiego miasta Sarit. Mieszkańcy znani ze swojej gościnności i sympatii do elfów oczywiście ciepło go przyjęli... do miejscowego cyrku w charakterze obiadu dla wygłodniałego niedźwiedzia. Nieszczęśnik zdołał jednak odwlec swoje spotkanie sam na sam z misiem na cyrkowej arenie rozgadując się o złożach cennego kruszca znajdujących się w lesie. Wysłano małą grupę najlepszych zwiadowców, którzy potwierdzili słowa elfa. W głębi lasu, w pobliżu głównej siedziby elfów znajdowało się mnóstwo skał mieniących się srebrnymi żyłkami. Wieść o złożu rozeszła się po całym państwie i w naprędce zorganizowano wyprawę mająca na celu zajęcie terenów leśnych elfów.
- Hahaha... w końcu rozruszamy trochę kości i przy okazji nieźle zarobimy... - podsumował rozmowę jeden z wędrowców - Szkoda, że nie wiedzieliśmy o złożu jak wyżynaliśmy orków... upieklibyśmy dwie pieczenie na jednym ogniu.
- Zarobić, owszem zarobimy... ale czy rozruszamy kości... na wielką raczej się bitwę nie zanosi.... - odpowiedział inny - Spiczaści nigdy nie bili się dobrze... równie dobrze moglibyśmy iść zapolować na króliki! Haha! - wszyscy wędrowcy odpowiedzieli śmiechem.
- Bitwa czy nie, ale i tak się zabawimy! Jak nie używając jednego miecza to drugiego!
- HAHAA!!! - znowu odpowiedzieli śmiechem wszyscy wojownicy, poza jednym, najmłodszym z nich, który chyba nie zrozumiał o co chodzi starszym towarzyszom.
- Czułem, że i tak kiedyś ich wykończymy, tak jak wszystkie inne... - ktoś skwitował. Enrajanie nigdy nie przepadali za elfami. Swego czasu najazdy na elfie plemiona były powszechna formą szkolenia młodych wojowników. Nie brali też jeńców spośród "spiczasntych", jak w Enraji nazywano elfy, gdyż były one stosunkowo słabe i w niewoli szybko umierały. Nie nadawały się więc na niewolników. Czasem tylko chwytano elfki i darowano je możnym jako nałożnice.
Nad krainą zapadł juz zmrok rozjaśniany jedynie przez płomień ogniska i blask księżyca wznoszącego się coraz wyżej. Rycerze zakończyli ostanie rozmowy i ułożyli się do snu. Cichy szum lasu i szmer wody działały na wędrowców usypiająco, a zmęczenie dawało o sobie znać więc szybko posnęli. Przez cały dzień maszerowali do źródła będącego miejscem spotkania z królem. Miał on być tutaj wraz ze swoim wojskiem jeszcze dziś przed zmierzchem ale widocznie coś mu pokrzyżowało plany. Najprawdopodobniej było to zmiłowanie do suto zakrapianej zabawy właściwe dla wszystkich Enrajan - od chłopów po możnowładców. Wędrowcy z jednej strony byli nieco zawiedzeni, że nie zobaczą się dziś ze swoim królem, z drugiej jednej dawno już nie mieli okazji się wyspać więc cieszyli się, że w końcu będą mogli odzyskać siły. Nie było im jednak dane długo wypoczywać... Gdy wojownicy ledwo zapadli w sen powietrze przeszył krótki, głośny gwizd po czym z ogniska buchnęła chmura srebrnoszarego dymu, który jeszcze długo utrzymywał się w powietrzu. Wojownicy zerwali się na równe nogi łapiąc miecze i tarcze. Natychmiast dostrzegli słabo świecącą smugę srebrnoszarego dymu biegnącą prostopadle od lini lasu zaczynającą się między drzewami a kończącą w ognisku. Spostrzegli także lotkę strzały wystającą z paleniska oraz drzewiec szybko trawiony przez ogień. Wojownicy zastygli w bezruchu próbując dostrzec coś w ciemności lasu lecz nie mogli nic dojżeć.
- Heej! Kto tam jest!? - zawołaj jeden z wojowników lecz nie uzyskał żadnej odpowiedzi. Zrobił kilka kroków naprzód i zawołał ponownie.
- Jestem Janakte Anar, przyboczny księcia Iktara, bratanka króla Konste'a, władcy Enraji! Jak zaraz nie powiesz czemu nas niepokoisz to będziesz miał ze mną do czynienia! - tym razem nadeszła odpowiedź nie pozostawiająca wątpliwości co do intencji tych, którzy ją posłali: cichy świst strzał wystrzelonych spomiędzy drzew. Jedna z nich zatrzymała się w ramieniu Janakte'a, druga w jego boku, trzecia utknęła w ramieniu młodego wojownika stojącego obok ogniska, czwarta przeszyła szyję wojownika stojącego za młodzieńcem. Z gardła młodzieńca wydobył się okrzyk bólu, z ust stojącego za nim towarzysza wydobył się tylko cichy jęk i krew. Janakte przez chwilę chwiał się na nogach ale szybko się opanował, ułamał lotki strzał tkwiących w jego ciele, podniósł tarczę i krzyknął do towarzyszy:
- Uformować mur!!! Chronić księcia!!!
Janakte zrobił szybko kilka kroków w tył i uklęknął tyłem do rannego w ramię młodzieńca, zasłonił się tarczą, reszta wojowników zrobiła to samo. Rycerze klęcząc za opartymi o ziemię tarczami tworzącymi teraz zwarty półokrągły mur zaczęli między sobą nerwowo wymienić swoje teorie na temat "Kto u licha do nas strzela?!", ale żadna z teorii nie wydawała się prawdopodobna. "Kto to u licha może być? - myślał Janakte - Orki? Niemożliwe, od ostatniej wojny żaden z nich nie atakował ludzi, boją się nas bardziej niż nienawidzą, nie bawią się też w podchody... z resztą, umiejętność strzelania z łuku jest im równie obca jak mydło. Spiczaści? Też nie, skąd by mieli wiedzieć o naszej wyprawie, po za tym nie zaważyłem ostatnim razem żeby używały strzał ostrzegawczych. Więc kto?" Rozmyślania przerwał świst strzał: łucznicy celowali w czubki głów wojowników wystających sponad tarcz. Wojownik klęczący po prawej Janakte'a odchylił się w tył i po chwili padł na ziemię z drzewcem wystającym z czoła. Innemu strzała rozdarła skórę nad uchem - mężczyzna jęknął z bólu i opuścił broczącą krwią głowę tak nisko jak to było możliwe.
- O cholera! - krzyknęli z wrażenia pozostali rycerze. Takiej wprawy w posługiwaniu się łukiem nie posiadał żaden z wcześniej spotkanych wrogów. Przez jakiś czas oszołomieni wojownicy pozostawali na swoich miejscach, dopiero po chwili zsunęli się wypełniając wyrwę w murze. W porę żeby osłonić się przed kolejną salwą, tym razem chybioną.
- Heej!!! Wy tam!!! Jak się teraz poddacie to może wam to darujemy!!! - krzyknął Aska,
żartowniś drużyny, wychylając głowę zza tarczy. Nieco dziwaczne poczucie humoru Aski nieraz pomagało kompani w trudnych chwilach, jednak czasami było niezrozumiałe dla towarzyszy, tak jak to było właśnie w tym przypadku. Łucznicy chyba też nie zrozumieli dowcipu - Aska za długo wychylał się zza tarczy, co było błędem - ostatnim w jego życiu. Zanim zdążył schować się z powrotem strzała trafiła dokładnie w jego usta zamykając je na zawsze. Wojownik powoli osunął się na ziemię, jeszcze chwilę potem drgał w przedśmiertnych konwulsjach, po czym znieruchomiał.
- Askaa!!! Niee!!! - wrzasnął ranny młodzieniec. Twarze reszty drużyny przeszył ból żalu. Po chwili we wszystkich wezbrał gniew. Janakte, nie wychylając się zza tarczy zaczął krzyczeć:
- Wy pozbawieni honoru szczury!!! Wyłaźcie z tego lasu nędzne psy!!! Walczcie jak mężczyźni!!!
Nikt z rycerzy nie miał nadziei, że napastnicy posłuchają... a jednak! Wojownicy znieruchomieli. Pomiędzy drzewami błysnęły ostrza mieczy. Ośmiu mieczy. Powoli zaczęły wyłaniać się z lasu.
- Niedobrze... - jęknął jeden z wojowników.
- Róg!!! - wrzasnął Jaknakte - Zadnij w róg Itar!!!
Młodzieniec pośpiesznie złapał róg, który leżał razem z jego zbroją obok posłania. Wysoki, donośny dźwięk wzbił się w powietrze. Potem rozległ się drugi, krótszy. Taka kombinacja oznaczała wzywanie o pomoc. Żaden z rycerzy nie miał nadziei na szybką pomoc, w końcu wojska królewskiego nie było w pobliżu, ale może przynajmniej uświadomi króla, że wyprawa może nie okazać się tak prosta jak przewidywał. Tymczasem ostrza miecz wyłoniły się już z lasu.
- A teraz uciekaj!!! -znowu krzyknął Janakte.
- Co!? - Iktar był wyraźnie zdezorientowany
- Uciekaj!!! Jesteśmy tu żeby cię chronić! My się zajmiemy tamtymi, nieraz już sobie radziliśmy sobie w takich sytuacjach. Biegnij!!! - Iktar wahał się jeszcze chwilę ale w końcu zerwał się na nogi i ruszył w górę wzgórza.
- Na nich!!! - wojownicy zerwali się na nogi i wznosząc okrzyki zaczęli biec najszybciej jak mogli w kierunku napastników. Spostrzegli, że nie jest ich ośmiu jak się to wydawało, ale tylko czterech. Każdy z nich dzierżył po dwa miecze. Nie dodało im to jednak otuchy. Wrogowie zachowywali się dziwni a wyglądali jeszcze dziwnej. Nie wznosili okrzyków bojowych i poruszali się nienaturalnie szybko. Nie było także widać ich ramion i dłoni, nie można było dostrzec ich twarzy i korpusów. Widać było tylko hełmy i miecze połyskujące w świetle księżyca a także nogi wysuwające się w biegu spod jakiegoś płaszcza zdającego się pochłaniać światło. Wojownicy obu stron zbliżali się do siebie coraz bardziej. Za chwilę miał się rozlec szczęk skrzyżowanych mieczy i krzyk konających...
Itar, nie oglądając się za siebie, biegł co sił w nogach ku szczytowi ziemnego wału. Słyszał okrzyki swoich towarzyszy. W momencie kiedy jego uszu dobiegł szczęk stali młodzieniec potknął się i upadł. Strzała tkwiąca w ramieniu zadała mu potworny ból rozrywając mięśnie. Cierpienie zamroczyło młodzieńca. Gdy po chwili zamroczenie minęło Iktar klęczał w połowie wzgórza odwrócony plecami do ogniska. Nie słyszał odgłosów walki, okrzyków, szczęku stali. Słyszał tylko cichy szum lasu, szmer wody i trzaski z paleniska. Tak jakby nic się nie wydarzyło, nie było żadnego starcia. Powoli odwrócił głowę. Oniemiał z przerażenia. W świetle księżyca dostrzegł nieruchome ciała towarzyszy leżące pod lasem a przy ognisku znajdowali się ci, którzy ich zabili. Cztery postacie z zakrwawionymi mieczami. W świetle ognia widział ich dokładnie. Odziani w płaszcze czarne jak najmroczniejsza noc, w lśniących hełmach, twarze mieli zakryte maskami, widoczne były tylko oczy zdające się jarzyć. W ostatniej próbie obrony przed losem towarzyszy Iktar rzucił w przeciwników kamieniem, który wymacał właśnie pod ręką. Jednak strach i ból nie pozwoliły mu rzucić celnie. Kamień upadł pod stopami morderców, a ci skwitowali tą próbę śmiechem. Śmiechem, który ktoś inny w innych okolicznościach mógłby uznać nawet za życzliwy, lecz Iktarowi wydał się on szyderczy i zimny. Śmiech nadchodzącej śmierci.
* * *
Kilkunastu jeźdźców pędziło przez step w świetle księżyca ku źródłu Anarseju. Przed niespełna godziną wysunęli się przed oddział wojska aby spotkać się księciem Iktarem i jego przybocznymi, którzy według zwiadowców już byli w miejscu spotkania. Armia królewska miała dotrzeć do źródła jeszcze tego popołudnia ale żołnierze nieco zawiali się ostatniej nocy i dzisiejszy marsz nie szedł im zbyt żwawo. Król pędzący na czele jeźdźców nie mógł jednak się doczekać spotkania ze swoim ulubionym bratankiem i kilkoma starymi przyjaciółmi więc wraz ze swoimi przybocznymi postanowił opuścić swoje wojsko i spotkać się z drużyną księcia jeszcze dziś. Oczywiści nie sama chęć spotkania dawnych towarzyszy była powodem, dla którego król kazał galopować koniom. Jeszcze przed chwilą Konste i jego przyboczni jechali spokojnie, ale zmieniło się to w momencie gdy ich uszu dobiegł dziwny, niepokojący gwizd. Król nie wiedział co mógł oznaczać ten dźwięk, ale wydawało mu się, że skądś zna ten odgłos. Nie pamiętał jednak kiedy i gdzie mógł go usłyszeć ale nie kojarzył mu się on z niczym dobry. Wręcz przeciwnie - czuł że jego przyjaciele znajdują się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
Jeźdźcy znajdowali się już niedaleko wału ziemi osłaniającego źródło gdy rozległ się dźwięk enrajańskiego rogu wzywający pomocy. Teraz jeźdźcy już byli całkowicie pewni, że Iktar i jego kompania znajdują się w niewesołej sytuacji. Jeszcze bardziej spięli konie jednocześnie obnażając ostrza mieczy. Po chwili spienione konie pięły się ku szczytowi wału. Gdy jeźdźcy znaleźli się na szczycie przystanęli na chwile. Im oczom ukazał się widok zdumiewający i przerażający: przy ognisku stało czterech dziwnych wojowników, zdecydowanie nie enrajańskich; u ich stóp leżały trzy ciała, za ich plecami w połowie drogi do lasu kolejnych sześć. Mniej więcej w połowie wału siedział czy klęczał jeszcze jeden człowiek. Żaden z konnych nie miał pojęcia co dokładnie tutaj zaszło, ale wszyscy byli pewni że Ikar i jego przyboczni zostali pobici przez wojowników stojących przy ognisku.
- Na nich!!! - wrzasnął Konste a jeźdźcy w momencie rzucili się w dół wymachując mieczami i krzycząc. Wszyscy jednak niemało się zdziwili kiedy wojownicy w dole zamiast rzucić się do ucieczki, jakby to zrobił każdy inny napotkany wcześniej wróg, pozostali na swych miejscach. Wojownicy przy ognisku błyskawicznie wbili swe miecze w ziemię i jednym ruchem wyciągnęli zza pleców łuki jednocześnie je ładując. Niemal bez celowania wypuścili strzały w kierunku nacierających przeciwników. Każda z nich okazała się celna, czterech przybocznych króla zostało ugodzonych. Zanim trafieni zdążyli dotknąć ziemi łucznicy już zdążyli napiąć cięciwy, ułamek sekundy później kolejnych czterech jeźdźców zmierzało na spotkanie z zimną trawą. Trzeciej salwy nie zdążyli wypuścić gdyż Enrajanie znajdowali się już za blisko. Chwyciwszy miecze wbite w ziemię rzucili się na boki próbując uniknąć ciosów jeźdźców. Tylko jednemu jednak udał się nie zostać stratowanym przez konie. Wojownik padł na ziemię, próbował się podnieść jednak nie zdołał: udało mu się uniknąć kopyt ale nie grotu włóczni, który zadał mu śmiertelny cios w tył głowy. Tylko hełm utrzymał czaszką w całości. Wojownik przez chwilę opierał się na rękach po czym padł martwy.
Iktar, szczęśliwie ominięty przez jeźdźców, oszołomiony patrzył na martwe ciała wojowników, którzy zabili jego przyjaciół. Nie mógł uwierzyć w to co się stało. Jeszcze kilka minut temu śmiał się ze swoimi przyjaciółmi, teraz dokoła niego leżały martwe ciała i unosił się zapach krwi. Nie znał przyczyny tej masakry ani tożsamości tych, którzy ją zapoczątkowali. Z tego stanu otępienia wyrwał go dopiero ostry ból w ramieniu. To król Konste jednym ruchem wyciągnął strzałę.
- Co tu się stało? - zapytał głosem jednocześnie nerwowym i zrozpaczonym - Co tu się u licha stało? Janakte, Aska, Itri... nie żyją... co tu się stało...
Iktar nic nie odpowiedział, spojrzał tylko nieprzytomnie na wuja i cicho jęknął. Dopiero po dłuższej chwili był w stanie wydusić z siebie pierwsze słowa. Cichym głosem zaczął mówić:
- Oni... zaczęli do nas strzelać... potem... róg... nie... oni... zabili... Janakte... kazał mi uciekać... potem wy... - Iktar próbował powiedzieć coś jeszcze ale znów gardło mu się zacisnęło. Młodzieniec upadł na ziemię i stracił przytomność.
Król spojrzał na płaski grot strzały. Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że już kiedyś gdzieś widział podobny. Podszedł do ciała jednego z wrogów. Odwrócił je na plecy i zdjął maskę: zakrwawiona twarz wojownika miała regularne, delikatne rysy, wciąż otwarte oczy były duże i nieco skośne. Gdy zdjął hełm na ziemię spadły długie, jasne włosy spod których wystawały koniuszki spiczastych uszu.
- Efy?! - krzyknęli ze zdumienia wszyscy przyboczni króla. W przeszłości mieli kontakt z elfami, ale jeszcze nigdy nie spotkali się takimi, które potrafiłyby tak walczyć. Król nie odpowiedział nic, wziął do ręki miecz o lekko zakrzywionym ostrzu należący do martwego wojownika. Wydał mu się on nienaturalnie ciężki jak na klingę tej wielkości. Czuł też dziwne, nieprzyjemne uczucie w dłoni, jakby kłuły go małe igły, jedne rozpalone w ogniu, inne lodowato zimne. Ręka zaczęła mu powoli drętwień, kłucie stawało się z każdą chwilą coraz silniejsze a miecz cięższy. Teraz królowi rozjaśniło się w umyśle, a za chwile pociemniało z przerażenia. Skojarzył skąd znał ten dziwy gwizd i kształt grotu. Ciężar miecza i ból stawały się już nie do wytrzymania. Ostatnim wysiłkiem król zwrócił ostrze ku dołowi aby się ostatecznie upewnić. Wiedział co zobaczy u spodu rękojeści, choć wciąż podświadomie miał nadzieję, że się myli. Na spodzie wygrawerowany był znak: sierp półksiężyca opleciony przez różę z kolcami - bez wątpienie się nie mylił. Król upuścił miecz, zaczął się nieświadomie cofać jednocześnie ze strachem wpatrując się w mrok lasu... strachem, jakiego nikt jeszcze nie widział na jego twarzy.
- Co one tu do cholery robią? - wycedził przez zęby po dłuższej chwili
- Kto? - spytał jeden z przybocznych.
- Czarne elfy...