Ucieczka od śmierci- cz.I
-Rozumiesz... Mnie.... Gary... Te przeklęte.... Krasnoludy nie dadzą nam spokoju chyba, że...- Głosy były mi coraz bardziej zrozumiałe....Utniemy język ich wodzowi!- Po tych słowach Gobliny zaczęły głośno rechotać. Po chwili dwie postacie pojawiły się u krat. Jeden z nich miał wyłupiaste oczy, włosy spięte w kok i mordę, z której wystawały długie zęby, na których widać było resztki mięsa.
Jak na Goblina był on bardzo dobrze zbudowany, miał bardzo grubą szyję, (prawie jak u Orka)ręce wielkości łopat i wielkie nogi, na których trzymało się ogromne ciało.
W prawej ręce trzymał bat, zaś w przeciwnej mosiężny miecz, którym wymachiwał na wszystkie strony. Jego towarzysz, mały i bardziej kościsty patrzył zezem na wszystkich więźniów, w szczególności przyglądał się trupom, które z chęcią by skonsumował.
W tej celi leżało ich tu sporo, wielu więzionych przez te okrutne istoty zginęło. Byli tu nie tylko ludzie, Gobliny zamykały wszystkich, którzy im przeszkadzali. Siedziały tutaj również Krasnoludy, Niziołki, Elfy i wiele innych przedstawicieli ras. Mało, kto był w stanie przeżyć te ciężkie chwile w lochach bez pożywienia i picia. Martwe ciała więźniów były świetną wyżerką dla tych stworów, więc Gobliny z niecierpliwością czekały aż któryś z niewolników zachwieje się i padnie na ziemie, wtedy rzucały się na ofiarę. Te podłe i bezlitosne istoty nie tylko potrzebowały więźniów dla pożywienia, ale również po to by wykonywać różnego rodzaju prace. I właśnie w tych celach przyszły tu one owego dnia.
Ten większy wyciągnął klucz i po chwili stał już w pomieszczeniu.
-No, no, no widzę tu kilka smakowitych kąsków- powiedział na wstępie ten większy zwany Garym, oblizując przy tym wargę.
-Racja, racja- powiedział drugi i kopnął ciało leżące obok, żeby sprawdzić czy jest żywe.
-Trup...- Oświadczył wskazując na Krasnoluda leżącego przy nim.
-Zostaw, warknął- Gary- potem się tym zajmiemy najpierw zaprowadźmy naszych więźniów do kamieniołomów, tam już się zajmie nimi Tradd.
Lutir wzdrygnął się na wieść o tym przeklętym i najbardziej znienawidzonym przez niego Goblinie.
Z zamyślenia wyrwało go głośne warknięcie Garego: -Wstawać wszyscy, podnoście te swoje zapchlone tyłki!- Wrzeszczał na całe gardło i strzelał z bata na wszystkie strony.
Wszyscy z mozołem i trudem poczęli podnosić się.
-Szybciej, szybciej wstawać darmozjady! Dzisiaj jak zawsze będziecie pracować w kamieniołomach, ale jest pewna nowość, wymyśliliśmy dla was jeszcze jedną atrakcję potem pójdziecie pomagać w budowie prawej wieży- Po tych słowach zaczął głośno rechotać, po chwili wtórował mu śmiech jego kolegi.
-Dranie...- Mruknął pod nosem Lutir i spojrzał na Garego z jeszcze większą niechęcią, jaką czuł dotychczas. Goblin jakby usłyszał tą obelgę, bo powoli zaczął się zbliżać w stronę Elfa.
-Coś ci się nie podoba gównojadzie, przeproś –zapytał i wyciągnął swój ostry miecz z pochwy.
-Odezwij się śmierdzący pomiocie, albo zaraz skończysz jako trup...- Po tych słowach zaśmiał się złowieszczo i przystawił miecz do gardła Lutira. –Wolę zginać niż poniżyć się do waszego poziomu- pomyślał Elf, ale nadal nie odpowiadał.
Po chwili poczuł mocne uderzenie w plecy i padł na ziemię. Goblin jeszcze raz nabrał zamach i ze wściekłością zadał ponowne uderzenie z bata tym razem prosto w nogi.
-Błagaj o litość, albo zaraz skończysz jak ten tu obok- wrzasnął i kopnął ciało leżącego blisko, człowieka. Lutir czuł, że Gary jest do tego zdolny, mógł go ubić w każdej chwili, cóż to za trud pokonać zmęczonego, niedożywionego więźnia bez broni. Wiedział, że długo już nie wytrwa, rana coraz bardziej krwawiła, krew sączyła się z niej coraz większym strumieniem, to był już koniec, następne uderzenie mogło być śmiertelne...
Nagle z oddali dało się słyszeć szybkie kroki, ktoś biegł w ich stronę. Nagle do lochu wbiegł niewysoki Goblin. Sapał głośno, z nosa i nogi leciała mu krew, w prawej ręce trzymał miecz on także był poplamiony krwią. Nabrał głęboki oddech i z trudem wypowiedział: -Alarm, w całym zamku, Armia Zbawienia najechała nas... Zostaliśmy zaskoczeni, wdarli się tu z łatwością, zabiją nas wszystkich! Wark rozkazał bronić się do ostatniego żołnierza, szybko na górę przydacie się!
Lutir pierwszy raz widział Garego i jego wspólnika w takim stanie. Te same pewne siebie bestie, potrafiące zabić człowieka jednym machnięciem bata, przez chwile nie wiedziały, co się dzieje, zamarli z lękiem wpatrując się w siebie nawzajem. Na gołe oko było widać, że boją się śmierci. –Z przerażenia zapomnieli nawet o mnie- pomyślał Elf i spojrzał na człowieka, który już od dłuższego czasu próbował coś do niego powiedzieć. Stał tuż za Goblinami. Miał długą brodę, która kleiła się od krwi, krzaczaste brwi i długi nos. W pewnej chwili, Lutir zobaczył, że ów mężczyzna wyciąga coś z kieszeni spodni. Był to mały sztylet. Długobrody popatrzył na niego i ruchem głowy wskazał na drugą bestię. –Rozumiem....- Mruknął Elf i powoli począł wstawać, czuł jednak mocny ból ran. Jednak nim zdążył się ruszyć Gary lekko drżącym głosem wrzasnął:- Nie myślcie ścierwojady, że ujdzie wam to na sucho, jutro wszyscy zginiecie!
-Martw się o siebie...- Dało się słyszeć kpiący. –Kto, kto to powiedział- dostał furii do jego dużych oczu natychmiast napłynęła krew. Wyciągnął miecz z pochwy i począł się kierować w stronę skąd dochodził głos. I wtedy nastąpiła ta chwila długo brody mężczyzna rzucił się na bestię wbijając jej sztylet w plecy. –Ahhhh!!!! -Zawył Goblin, ale ten cios go nie uśmiercił, ale wręcz przeciwnie, spowodował jeszcze większy napływ siły. Obrócił się i mieczem ugodził długobrodego starca w okolice serca. Ten powoli osuwał się na ziemię, były to ostatnie chwile jego życia, ale zdążył jeszcze wypowiedzieć kilka słów:- Ja jestem wolny... Idźcie za moim przykładem... Niech prowadzi was honor...
Wszyscy więźniowie naokoło jakby te słowa dodały siły i wiary w to, że jest ratunek, z euforią rzucili się na oniemiałe bestie. Po kilku chwilach okrutny Gary leżał już ze sztyletem w głowie, a jego koledzy tuż obok z pokiereszowanymi twarzami. Kilku powstańców także poległo w starciu z Goblinami, a ci, którzy przeżyli sapali głośno, lub opatrywali rany.
Lutir też nie czuł się najlepiej, rany po uderzeniach Garego strasznie piekły, przed oczami mu się dwoiło, czuł, że ma gorączkę.
- Nie jesteśmy w najlepszym położeniu, nie mamy broni, nie wiemy jak się stąd wydostać, w końcu jesteśmy pod ziemią, a jak każdy z nas wie, Gobliny budują taki labirynt korytarzy, że mało, kto zna z nich wyjście. Jeżeli nawet jakimś trafem uda nam się stąd wyjść, to czeka tam na nas gromada tych zapchlonych bestii, a jeszcze jedno, wśród nas jest sporo rannych.- Odezwał się młody blondyn w zielonym płaszczu. Na środku pojawił się Krasnolud z rudą brodą i rzekł spokojnym, ale jak donośnym głosem:- Wychowałem się w tych okolicach zanim jeszcze stał tu ten zamek, bardzo często chodziłem tu z kolegami. Gobliny wcale nie stworzyły tych podziemi, chłopcze są tu one od dawien dawna, podobno to robota człekoszczurów. Legenda głosi, że zakopały one tu skarb, kiedy na te tereny wkroczyły Gobliny. Ja przeprowadzę was przez ten labirynt, jeden z korytarzy prowadzi nawet do zbrojowni, zaopatrzylibyśmy się w potrzebne rzeczy. Wątpię czy daliby nam radę, przecież do zamku wkroczyli nasi sprzymierzeńcy...
-Nie ma na co czekać, ruszamy-przerwał mu blondyn-pomórzcie zabrać się rannym!- Dodał po chwili. Jakiś masywny mężczyzna złapał Lutira pod pachę i ruszył za rudowłosym Krasnoludem. Szli tak przez dłuższy czas nasłuchując czy w pobliżu nie ma nieprzyjaciela, było ich z trzydziestu. Wkoło panował mrok, gdzie niegdzie tylko padała mała smużka światła wytwarzana przez pochodnie. Słyszeli, że na górze toczy się bitwa, byli świadomi tego, że niedługo oni także znajdą się tam na górze i będą walczyć o życie. Lutir był na wpół przytomny, przed oczami migały mu czarne plamki, czuł się okropnie. Szli tak przez kilka minut, aż wreszcie Krasnolud na przedzie przyłożył palec do ust i cichym głosem zaapelował do wszystkich: -Teraz musimy być bardzo cicho jesteśmy właśnie pod zbrojownią, ja najpierw sprawdzę czy nie ma tam strażników i dam wam znać, kiedy będziecie mogli ruszyć.
Po tych słowach powędrował ku klapie wiszącej im nad głowami. Uchylił ją lekko i na chwilę nastała cisza. Rozglądał się długo, a po chwili machnął do nich ręką na znak, że mogą iść. Było to pokaźne pomieszczonko pełne od różnego rodzaju broni, i potrzebnych przyrządów zaczynając na sztylecie, przez tarcze, łuki, siekiery, kończąc na mieczach i maczugach. Leżały tam jeszcze beczki z prochem i trochę pożywienia pozostawionego przez Gobliny przez pomyłkę.
Było tam także okno, przez które wpadało trochę promieni świetlnych, ściany czarne i wysokie, wkoło pełno kurzu i pająków, gdzieniegdzie przebiegały myszy. Olbrzym położył Lutira w kącie i także wyraźnie zmęczony usiadł tuż obok. Krasnolud z blondynem usadowili się przy oknie, a kilku innych przy drzwiach. Na straży przy klapie siedział mężczyzna w kapturze, który tlił fajkę znalezioną przy jednym z Goblinów. –Patrzcie, co znalazłem, bukłak wody i kawałek chleba, cholera o takim żarciu to w lochach mogliśmy tylko pomarzyć.- Powiedział mężczyzna wyglądem przypominający Elfa, jednak miał coś z Krasnoluda.
Oczy wszystkich zwróciły się ku niemu, każdy łakomo patrzył na niesione przez niego rzeczy. Widocznie zauważył ich zamiary, dlatego dodał szybko: -Spokojnie dla każdego starczy, najpierw najbardziej wykończeni. Wskazał na Lutira i leżącego w drugim kącie chłopaka. Elf poczuł zimny napój w ustach, a potem kawałek chleba. -Cóż za ulga- westchnął i podziękował serdecznie półelfowi. Następnie bukłak wędrował z jednych rąk do drugich, każdy z zadowoleniem popijał jak największy haust płynu i dodawał po chwili: -Dziękuję...
O dziwo starczyło dla wszystkich...
-No dobra, nie możemy zwlekać, bierzcie broń i ruszamy....- Zawołał blondyn.
-No, no, no słyszałem, że gdzieś się wybieracie, ciekawe.
W drzwiach zbrojowni stał, Wark, przywódca Goblinów