Upadek Atlantydy
Minąwszy wszystkie pierścienie okalające centrum Samilany zatrzymała się na chwilę i z jakąś nostalgią zapatrzyła się na świątynie Posejdona. Marmurowy gmach wsparty na smukłych kolumnach o pięknych zdobieniach, mimo że zapomniany i zaniedbany wciąż górował nad miastem. Przed wejściem do dawnego miejsca kultu stał pomnik władcy mórz. Posejdon posępny i groźny, patrzył surowym wzrokiem na każdego, kto przechodził obok świątyni.
W tej chwili w oddali rozbrzmiały dzwony budząc Flayę z tego dziwnego odrętwienia.
„Jestem spóźniona” pomyślała, w panice biegnąc przed siebie. Trzeba dodać, że był to nader rzadko spotykany widok wśród cierpliwych i nieśpieszących się z natury mieszkańców Atlantydy.
Dziewczynka w rekordowy czasie przebiegła trasę z centrum miasta do domu mistrza Folkena. Wpadła jak burza do ogromnego domu nawet nie zapukawszy. Zatrzymała się tuż za progiem przestraszona ciemnością, która ją ogarnęła, gdy z trzaskiem zamknęły się za nią drzwi frontowe. Wszystkie okna były zasłonięte nie przepuszczając do domu nawet najmniejszego promyka słońca.
- Prze... Przepraszam za spóźnienie mistrzu. - Wydukała dziewczyna.
Gdy przez dłuższą chwilę nikt jej nie odpowiedział rzuciła w ciemność dookoła trochę głośniej:
- Mistrzu?
Spod drzwi naprzeciwko niej wydostawała się drobna strużka światła. Flaya zebrała się na odwagę i powoli podeszła do drzwi. Chwyciła za klamkę, stojąc jeszcze przez chwilę w skupieniu, gdy w końcu otworzyła je.
Zobaczyła siwą postać stojącą przy biurku w niewyraźnym świetle lampy. Mężczyzna pochylał się na dziwną aparaturą, składającą się z mnóstwa rurek i szklanych naczyń, między którymi krążyła niebieskawa ciecz.
- Mistrz Folken? - Zapytała ponownie.
- Cii... Zaczekaj - odparł nauczyciel dając Flayi znak ręką by nie zadawała dalszych pytań.
Dziewczynka posłusznie czekała aż jej mistrz skończy. Nachylał się teraz nad niewielką fiolką, do której kropla po kropli skapywał przeźroczysty płyn.
- 109, 110, 111... Nareszcie! - Powiedział do siebie mężczyzna wyjmując delikatnie fiolkę z aparatury i odwracając się do swojej uczennicy.
Teraz dopiero Flaya mogła mu się przyjrzeć O dziwo mimo siwych włosów nie był stary. „Jest chyba nawet młodszy od mojego ojca” oceniła w końcu. Wzdrygnęła się lekko, gdy zauważyła, że zamiast prawej ręki jej mistrz ma mechaniczną protezę.
- Ty musisz być Flaya. - Folken zerknął na zegarek. - Spóźniłaś się, ale zapomnę o tym o ile nie uraczysz mnie nieudolną i kłamliwą przemową pod tytułem „to się już więcej nie powtórzy”.
Dziewczynkę zamurowało. Słyszała różne pogłoski o swoi nowym mistrzu, ale jego bezpośredniość i w gruncie rzeczy trafność jego słów kompletnie ją zaskoczyły.
Folken zabrał pęk kluczy z biurka, kiwnął na swoją uczennice, następnie na stos papierów i ruszył w stronę wąskich drzwi w roku pokoju.
Flaya od razu zrozumiała, co ma robić, wiec chwyciła papierzyska i poszła za swoim mistrzem.
Mężczyzna szybko znalazł wśród kluczy ten właściwy i pewnym ruchem swej mechanicznej ręki przekręcił go w zamku, otwierając drzwi. Spoglądał przy ty z troską na trzymaną w drugiej ręce fiolkę. Za drzwiami znajdowały się strome schodki prowadzące do piwnicy.
Dziewczynka pomału zaczęła schodzić na dół patrząc przy tym pod nogi by się nie poślizgnąć.
Gdy zeszła z ostatniego stopnia i podniosła głowę jej oczom ukazał się niezwykły widok. W ogromnej czarze znajdowały się kryształy najróżniejszych rozmiarów i kolorów: duże, małe, żółte, błękitne, fioletowe, przeźroczyste. W okuł czary wirowało w różnym tempie, jeżeli dobrze naliczyła sześć pierścieni.
- Czy to generator kryształowy? - zapytała przenosząc wzrok na swojego mistrza.
- Owszem, nazywa się go także tuvradirem bądź generatorem wieczornym - odparł mężczyzna porządkując biurko i ustawiając fiolkę z przezroczystym płynem na stojaku razem z innymi. - Papiery włóż do tamtego sekretarzyka. - Dodał po chwili.
Flaya posłusznie wykonała polecenie.
- Pierwszy raz widzę taki generator. Ten, który dostarcza prąd do mojego pierścienia jest większy. Trzymają go pod kopułą wielkości domu. Nie jestem pewna, bo dzieci tam nie wpuszczają. - To ostatnie zdanie dziewczynka powiedziała z dziwnym niesmakiem. - Dlaczego pan korzysta z osobnego generatora? - Zapytała.
- To jest wygodniejsze i bezpieczniejsze. Do swoich badań potrzebuję dużo energii. Sieć miejska mogłaby ulec przeciążeniu. - Odpowiedział w końcu nauczyciel.
- Tuvradir jest wynalazkiem Donkirka, prawda?
Folken westchnął ciężko, przerwał pracę i odwrócił się w stronę swojej uczennicy.
- Nie, to nie Donkirk wynalazł ten rodzaj generatorów. - Zaczął mężczyzna, mówiąc głosem spokojnym i autorytarnym. - Były one znane już naszym przodkom na ich rodzimej planecie, na wiele lat przed ich przybyciem tutaj, na Ziemie i skolonizowaniem tej oraz paru innych wysepek. Tuvradir oznaczał wieczór w ich języku.
Flaya niewiadomo, kiedy znalazła się na jednym z dwóch krzeseł w tym pomieszczeniu. Wyraz twarzy miała taki jakby słuchając swojego nauczyciela jednocześnie się nad czymś głęboko zastanawiała.
- Tamte generatory stały się przyczyną wybuchu dawnej Atlantydy. - Ciągnął Folken.- Starsi uznali, że do zagłady nie doprowadziła nasza technologia, a nieodpowiedni rodzaj kryształów używany do pobierania energii. Gdy ci, którzy ocaleli z katastrofy dotarli tutaj próbowali znaleźć źródło energii, które zastąpi tuvradir. Donkirk ogłosił, że szukanie alternatywnych źródeł nie jest potrzebne, gdyż na Ziemi także znajdują się kryształy...
- Ale skoro te kryształy doprowadziły do zagłady dawnej Atlantydy, -weszła swemu mistrzowi w słowo Flaya.- to, dlaczego nadal się z nich korzysta?
Folken postanowił przemilczeć ten brak szacunku i jednak odpowiedzieć na pytanie.
- Donkirk poddał tutejsze kryształy badaniom i ogłosił, że są one bezpiecznym źródłem energii.- Dokończył mężczyzna.
- Rozumiem. - Odparła dziewczynka.- A ufa pan temu, co on mówi?
Folken spojrzał z namysłem na swoją uczennice po czy odparł:
- Niestety nie mam wyboru. Wszystkie obszary naszego życia są zależne od tej energii.
Flaya siedziała przez dłuższą chwilę cicho, w skupieniu, tak, że jej nauczyciel uznał, iż na razie nie ma ona do niego więcej pytań i zamierzał wrócić do przerwanej pracy. Wtedy dziewczynka niespodziewanie wypaliła z następnym pytaniem:
- Pańska ręka... Co się stało z pańską ręką?
- Co? - Wyrwało się mimowolnie z ust Folkena, gdy opadł ponownie na blat biurka, na którym siedział. Zamrugał głupkowato, co mu się od bardzo dawna nie zdarzyło. Westchnął głęboko i schował na chwilę twarz w dłoniach, zastanawiając się nad czymś.
- Jesteś bezczelna i ciekawska. - Powiedział w końcu. - Ale to dobrze. Jeżeli zapanujemy nad twoim temperamentem możesz zostać kimś wielkim. - Oznajmił podnosząc twarz, na której malował się wyraz czystego rozbawienia.
* * *
Flaya każdego dnia mijała świątynię Posejdona dwukrotnie. Zapytała w końcu swojego mistrza skąd ona się wzięła. Usłyszała wtedy, że Atlantydzi, którzy przybyli na Ziemię zafascynowali się panteonem ludzkich bóstw i wybrali na swego patrona właśnie władcę mórz - Posejdona. Równie szybko, co zainteresowali się greckim bogiem tak i o nim zapomnieli, wkładając jego istnienie między bajki. Zaczęli znów stawiać na technologię i postęp.
- Dziś jest wyjątkowo uroczy dzień a mimo to pan nie odsłonił okien - rzuciła dziewczynka z wyrzutem w stronę nauczyciela, zerkając jednocześnie niepewnie na generator wokół, którego miała dziś posprzątać.
- Stare przysłowie mówi, że wyjątkowo piękne dni zdarzają się tylko przed tymi wyjątkowo paskudnymi. - Odpowiedział Folken nie podnosząc głowy znad szkła optycznego. - Poza tym i tak siedzisz dziś w piwnicy, więc co za różnica czy okna są, czy nie są odsłonięte.
Flaya wywróciła oczami, czego na szczęście jej pochłonięty pracą mistrz nie zauważył. Na razie dziewczynka dała też sobie spokój z rozmową i postanowiła skończyć zamiatać podłogę. Wtem zobaczyła na rzeczonej podłodze coś, co ją ogromnie przeraziło. Pochyliła się i drżącymi dłońmi podniosła niewielkie piórko.
- Mistrzu... Czarne pióro... Pańskie skrzydła są czarne? - Zapytała łamiącym się głosem.
Folken westchnął znad szkła optycznego.
- Tak, ale uspokój się dziecko jakoś jeszcze się nie wybieram na tamten świat.- Oznajmił nauczyciel ze stoickim spokojem.
Mieszkańcy Atlantydy, choć mogło się wydawać, że do ludzi bardzo podobni, różnili się od nich znacznie. Żyli dłużej i posiadali białe skrzydła, które czerniały, gdy ich właściciel był ciężko chory, znalazł się w niebezpieczeństwie, bądź miał niedługo umrzeć.
- Czy to długo już tak...? - Zapytała niezgrabnie Flaya.
- Tak, ale nie przejmowałbym się tym na twoim miejscu. - Mówiąc to mężczyzna próbował się uśmiechnąć. - Każdego to spotyka prędzej czy później. Tak naprawdę liczy się tylko to, co uda na się po sobie pozostawić.- Dodał wracając do pracy.
Flaya usiała przyznać, że słowa jej nauczyciela nie były pozbawione sensu.
Chcąc ukryć narastające przygnębienie dziewczynka zaczęła bardziej energicznie machać miotłą. W pewnym momencie uderzyła w coś, a potem to coś chyba upadło. Chyba, bo Flaya niczego nie widziała. Za to hałas tak ją wystraszył, że spięła się i przyciągnęła miotłę do siebie.
- Nic ci nie jest? - Zapytał doskakując do niej momentalnie Folken.
Dziewczyna pokręciła przecząco głową.
- Co to było? - Zapytała, gdy mogą już mówić.
- Testuję nową vallae, płaszcz niewidzialności dla robotów bojowych z wyspy Mu. Zostali ostatnio zaatakowani przez Greków. - Odparł jej mistrz wpisując coś przy pulpicie tuvradir. - Chciałem sprawdzić ile wytrzyma osłona przy standardowym zasilaniu. - Dodał przesuwając jedną z dźwigni.
W tym momencie na podłodze tuż przed Flayą pojawił się korpus pancerza jednego z robotów bojowych używanych przez ich pobratymców z wyspy Mu.
- Miałaś szczęście, że nie spadł na ciebie. - Stwierdził Folken.
- Po co nam taki kamuflaż? -Zapytała w końcu dziewczynka.
Jej nauczyciel nawet nie licząc na pomoc takiej kruszyny zaczął ustawiać na powrót korpus maszyny na stojaku.
- No cóż - zaczął - stworzyłem vallae po to by móc ukryć nas przed ludźmi. Rada tego nie poparła i znalazła swoje zastosowanie dla tego wynalazku. Dla nich liczy się to, że Grekom jeszcze trudniej uszkodzić naszych żołnierzy. - Mówiąc to minę miał kwaśną.
- Czyli jeżeli niewidzialnością staramy się bronić, - zaczęła Flaya pokazując palcem na korpus, który ponownie zniknął - to, czym atakujemy?
- Tym - odparł Folken wskazując na generator. - Wbrew pozorom nie służy on tylko do uzyskiwania prądu.
Dziewczynka bacznie przyjrzała się urządzeniu.
- Jak?
- W bardzo prosty sposób - stwierdził jej nauczyciel. - Wystarczy niezbyt duży kryształ włożyć do obrotnicy... O, mniej więcej takiej wielkości - mężczyzna nakreślił w powietrzu koło wielkości piłki do koszykówki - dodać szkło optyczne, które skupi wiązkę energii oraz „obudowę”, by takowa wiązka nie strzelała gdzie popadnie. Ot i mamy kalinitę. Jest to oczywiście wynalazek Donkirka - dodał na koniec z kpiną.
Flaya podrapała się z namysłem po szczęce. Miała przeczucie, że Donkirk w jakiś sposób przyczynił się do tego, że jej mistrz stracił rękę. Ufała temu przeczuciu, bo jeszcze nigdy jej nie zawiodło. Tym razem, jak się okazało, też nie.
- Czy Donkirk - zaczęła nieśmiało - nie a przypadkiem czegoś wspólnego z pańską ręką? Dlatego tak go pan nie lubi?
Folken opadł ciężko na krzesło i, o ile Flaya dobrze usłyszała, przeklął.
- No cóż, dostrzegasz więcej niżby można się spodziewać po dziecku w twoim wieku. - Powiedział w końcu. - Ale tak, masz rację. Rękę straciłem, gdy, jako jego uczeń, pomagałem Donkirkowi nad stworzeniem przenośnych armat kryształowych. I choć mnie „naprawił” już mu nie ufam. Nie jako nieomylnemu wynalazcy. -Dokończył.
Zapadła dziwna cisza. Flayi jakoś przeszła ochota na zadawanie pytań, przynajmniej tego dnia.
* * *
Jakby na potwierdzenie przytoczonego przez Folkena przysłowia kilka dni później pogoda zrobiła się naprawdę paskudna. Flaya przyszła do domu swojego mistrza nie dość, że przeoczona do suchej nitki, to jeszcze w podłym nastroju. Mężczyzna był na tyle uprzejmy, że zwolnił dziewczynkę z jej codziennych obowiązków. Zaprowadził ją do biblioteki i posadził w fotelu, dając jej ręcznik oraz koc, po czym poszedł zaparzyć herbatę. Gdy wrócił Flaya już trochę rozgrzana siedziała z nosem w książkach. Dosłownie.
- Jeżeli zawsze tak czytasz to ciekaw jestem, jakim cudem nie popsuł ci się jeszcze wzrok. - Dziewczynka podskoczyła, gdy mężczyzna się odezwał.
- Mógłby pan robić trochę hałasu, gdy chodzi, bo tylko pan ludzi straszy. - Powiedziała z wyrzutem. - Dziękuję. - Dodała, gdy Folken postawił przed nią parującą filiżankę.
- Nie to by nie dawało takich efektów. - Stwierdził uśmiechając się i marszcząc jednocześnie nos nauczyciel. - A swoją drogą mogłaś, chociaż zerknąć na odczyt pogody.
Flaya zrobiła obrażoną minę. - Sprawdzałam.- Burkła w stronę nauczyciela.
Mężczyzna przyjrzał się jej uważnie. - Zły dzień? - Zapytał.
Dziewczynka pokiwała głową.
- Trójce dzieci naszych sąsiadów i dobrych przyjaciół sczerniały skrzydła.
- Rzadko się zdarza by w tym samym czasie przytrafiło się to wszystkim dzieciom chyba, że zbliża się jakieś niebezpieczeństwo, ale jak już ci mówiłem czarne skrzydła nie zawsze oznaczają najgorsze.- Dodał z uśmiechem, który jednak szybko znikł z jego twarzy. - W zasadzie nie zwróciłem na to wcześniej uwagi. Pewnie z przyzwyczajenia do swoich własnych skrzydeł. Ostatnio całkiem sporej liczbie mieszkańców one sczerniały - Folken zauważył minę swojej uczennicy i szybko zakończył temat. - To naprawdę nie musi oznaczać najgorszego. Nie przejmuj się tym naprawdę.
Gdy Flaya już kompletnie wyschła i trochę poprawił jej się humor zebrała się na odwagę by przeszkodzić swojemu nauczycielowi w pracy.
- Przepraszam, że prze...
- No dalej dziecko, o co chciałaś zapytać? - Wszedł jej w pół słowa mężczyzna.
-Chodzi o książkę, którą znalazłam w bibliotece. - Dziewczynka wyjęła zza pleców grube tomisko.
- Tak?
- Czy to są aritery? - Zapytała pokazując nauczycielowi jeden ze schematów.
- Tak. Nawet o, ten model, latawiec - wskazał na drugi spośród trzech rysunków na danej stronie. - Stoi pod kopułą.
Flayi roziskrzyły się oczy w taki sposób, jaki można zaobserwować u dziecka, gdy słyszy, że dostanie wymarzony prezent.
Mistrz dziewczynki wywrócił oczami i podał jej pęk kluczy. Ta od razu pobiegła ile sił w nogach w stronę większej spośród dwóch kopuł wieńczących dom mistrza. Folken pomału podążył za nią. Kiedy do niej dotarł Flaya stała przed wielką, owalną konstrukcją z metalu i szkła. Maszyna miała dwie pary skrzydeł oraz lotki wbudowane w tył korpusu.
Dziewczynka stała jak urzeczona. Odwróciła głowę w stronę swojego nauczyciela.
- Mogę? - Zapytała uśmiechając się do niego zdrowym biały uśmiechem.
Folken kiwnął głową a jego uczennica w mgnieniu oka znalazła się we wnętrzu statku.
- A w jaki sposób się go uruchamia? - Doszło go pytanie Flayi.
- Na dawnej Atlantydzie napędzało go paliwo metanowe. Tu jego użycie jest zbyt niebezpieczne, więc zostają nam tylko baterie kryształowe. - Tu mężczyzna zawahał się - Pracuje od pewnego czasu nad nowym paliwem. - Dokończył.
Przez chwilę panowała cisza. Potem Flaya wystawiła głowę przez jeden z otworów maszyny. - To ten przeźroczysty płyn, tak? - Zapytała.
- Tak…- mężczyzna umilkł, bo właśnie w tym momencie zgasły wszystkie lampy.
Folken usłyszał głośne „łahuu”, po którym nastąpił głośny trzask.
Nauczyciel próbował znaleść dziewczynkę, lecz zanim zdążył to zrobić znów włączyło się światło. Z promu wyszła potrzaskana Flaya z niewyraźną miną.
- Zrobiłaś sobie coś?
- Nie, chyba nie, ale boli. - Odparła kwaśno dziewczynka. - Mam dość tych maszyn to już drugi raz…
Folkena coś tknęło.
- Drugi raz?
- No tak wczoraj wieczorem w moim pierścieniu padł tuvradir.
- Dziwne. - Powiedział jakby do siebie mężczyzna.
- Co dziwne? - Zapytała dziewczynka.
- Mój generator nie jest podłączony do sieci miejskiej a wczoraj też nie działał. - Mistrz zapatrzył się na ariter. W tej chwili coś mu przyszło do głowy.
Chwycił Flayę za rękę i zaczął ją prowadzić w pośpiechu do drzwi.
- Wybacz mam pilną pracę do wykonania. Musisz iść do domu.
Dziewczynka nie zdążyła o nic zapytać, gdy Folken zamknął za nią drzwi frontowe.
* * *
Flaya już trzeci dzień siedziała w domu gdyż mistrz Folken odwołał lekcję. Próbowała się uczyć, ale wszystko spaliło na panewce, gdy zasiadła do teleskopu. Dziewczynka zauważyła dwie cieniutkie smużki dymu. Sprawdziła, co znajduje się w tamtej okolicy a gdy okazało się, że są to kratery uśpionego wulkanu, jakich sporo było w okolicy, pobiegła do mistrza. Chciała się z nim podzielić tym jak najszybciej, ale nie zastała go w domu pozamykanym na wszystkie spusty. Dziś chciała spróbować znowu, zwłaszcza, iż owe strużki dymu zrobiły się na tyle okazałe, że nie musiała posiłkować się lunetą.
Już miała zapukać, gdy drzwi domu otworzyły się i tuż przed nią stanął sam mistrz Folken.
- O, dobrze, że jesteś właśnie miałem posłać po ciebie posłać.- Oznajmił przepuszczając Flayę w drzwiach.
- Mistrzu ja…
- Ci, już wiem, co się działo z tuvradirami w ostatnich dniach. - Mężczyzna nie dał Flayi dojść do słowa.- Zaraz ci to wytłumaczę - nauczyciel dziewczynki wydobył spomiędzy papierzysk, które trzymał jakąś czystą kartkę i kawałek grafitu. Narysował kilka kółek i pionowych kresek w jednym rzędzie. - Kółka to generatory w Samilanie, a kreski to złoża kryształów po za stolicą. - Objaśnił.
- Ale mistrzu… - próbowała Flaya. Bezskutecznie.
- Chwileczkę, zaraz dam ci powiedzieć, co tylko zechcesz, tylko wysłuchaj mnie teraz. To ważne. - Powiedział stanowczo Folken. - Nie wpadłbym na to bez twojej pomocy. Widzisz generatory wytwarzają pole elektromagnetyczne. Przypomniałem sobie o tym, gdy ty oglądałaś prom.
Flaya jeszcze nie bardzo wiedziała, co jej mistrz ma na myśli.
- Otóż właśnie dzięki temu polu statki powietrzne napędzane kryształami mogą latać. - Wyjaśnił podekscytowany nauczyciel. Zaczął kreślić strzałki na swoim schemacie. - Im dłużej tuvradir działa, a pamiętaj, że nasze działają bez przerwy, tym pole jest większe. Gdy takie pole zetknie się z innym następuje przeskok, który wywołuje nieodczuwalny wstrząs sejsmiczny. Z każdym przeskokiem wstrząsy będą większe a gdy dodamy, że przeskoki mogą przechodzić na złoża kryształów poza stolicą mogąc wywołać ogromne trzęsienia ziemi...
Flaya otrzeźwiała.
- Lub erupcje wulkanu - dokończyła i pociągnęła Folkena za sobą biegnąc na wyższe piętro. Wpadła jak burza do jakiegoś pokoju. Podskoczyła do okna zrywając kotarę. W zadyszce pokazała tylko ręką na odsłonięte okno. Mężczyzna podążył wzrokiem w kierunku wskazanym przez swoja uczennice. Znad niedalekich szczytów unosiły się ogromne kłęby dymu. Oczy Folkena rozszerzyły się w przerażeniu, gdy zrozumiał, co się dzieje. Sapnął zły na siebie, że zorientował się tak późno.
Podbiegł do Flayi.
- Niektórzy na pewno już wiedzą, o co chodzi. Będą próbowali się ratować. My zrobimy to samo. Leć do domu weź, kogo się tylko da i wracaj. Trzeba się dostać na stały ląd póki nie jest za późno. Leć nie biegnij. Nie mamy dużo czasu.
Dziewczynka kiwnęła głową i puściła się biegiem na parter. Tuż za progiem rozłożyła skrzydła i mimo lęku wysokości wzbiła się w powietrze.
Jak umiała najszybciej pomknęła ponad dachami domów starając się nie patrzeć w dół o ile nie było to konieczne. Wylądowała i wbiegła do domu. Rodzice już w pośpiechu pakowali najpotrzebniejsze rzeczy. Z tego pierścienia Similany wydać już było nie tylko dym, ale pierwsze wybuchy lawy.
- Mistrz Folken ma latawiec - wydyszała - kazał zabrać mam, kogo się tylko da.
Ojciec Flayi energicznie kiwnął głową i wybiegł krzycząc w stronę sąsiadów. Po dwudziestych minutach zmierzali w stronę domu mistrza. Pod nimi rozpościerał się widok uliczek stolicy, na których pełno było spanikowanych mieszkańców. Niektórzy próbowali uruchomić aritery wszelkiej maści. Desperaci, którzy nie mieli takiej możliwości wierzyli, że uda im się dolecieć w bezpieczne miejsce o własnych siłach.
Kopuła osłaniająca latawiec była opuszczona. Maszyna stała teraz na lądowisku gotowa do startu, a z wylotu jej silnika wydostawał się szarawy dym. Flaya wraz z rodzicami i przyjaciółmi wylądowała tuż obok Folkena. Ten kazał im się pośpieszyć, gdy właśnie w tej chwili nastąpił pierwszy silny wstrząs. Zawaliła się cześć płyty lądowiska. Mężczyzna nie miał wyboru, musiał się śpieszyć. Wprowadził dziewczynkę i jej bliskich do promu. Kolejny wstrząs. Nauczyciel odpalił. Flaya zobaczyła przez okno latawca ogromną fale zbliżającą się do brzegu. Potem upadła i straciła przytomność, gdy Folken gwałtownie wzbił maszynę do lotu. Ocknęła się głaskana delikatnie przez swoją mamę, która jednocześnie starała się uspokoić jej młodszego braciszka. Dziewczynka wstała i spojrzała przez okno w dół pokonując po raz kolejny tego dnia swój lęk. Patrzyła jak jej ukochana wyspa, jej dom, powoli, spalony i unicestwiony, ginął w otchłani oceanu. Z oczu popłynęły jej łzy. Zastanawiała się czy to technologia unicestwiła Atlantydę czy może jednak wzgardzony Posejdon mścił się na nich.
Oglądający ten widok z kabiny pilota Folken był pewny jednego - nikt już nie odnajdzie Atlantydy. Wszak woda to żywioł, który nie zwraca raz zagarniętych tajemnic.