Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Uroczysko cz.1

mroczek ·

Chmury zakryły blady księżyc, jednak Kaveri, największe miasto ludzi, nigdy nie tonęło w ciemnościach do końca. Szklane latarnie oświetlały bajeczne ogrody Lakshmi, dzielnicy szlacheckiej. Jesienne liście przesuwały się wolno po ulicy. Nieliczne już o tej porze powozy z głuchym turkotem przemierzały bruk. Pałac Królewski lśnił w oddali, na murach płonęły wielkie niczym stosy pochodnie. Flagi łopotały na wietrze. Niektóre przedstawiały czarnego ogara w biegu, herb panującego rodu Edgarów. Inne zdobił starannie odwzorowany miecz na tle płomieni, znak Acyutananda, głównego bóstwa. Część drzewiec była pusta jakby czekała na inne symbole.
Ciemna wstęga Nilakshi, sunącej leniwie w stronę morza, dzieliła miasto na dwie połowy. Zakotwiczone po obu stronach przystani łodzie kołysały się spokojnie. Jednak ta łagodność rzeki była tylko pozorem. Mieszkańcy dobrze znali jej humory. Specjalny system kanałów wybudowany jeszcze za czasów, gdy stała tu metropolia innego imperium, chronił miasto przed zalaniem, tworząc dodatkowo bagna stanowiące wspaniały obronny atut nieraz ratujący miasto w czasie wojny. Starzy mieszczanie mawiali, że Niebieskooka jest zarazem główna arterią i drzwiami do stolicy. I właśnie jej Kaveri zawdzięczało swoją nazwę. Praktycznie dzieliła ona miasto na dwa światy.
Położona po zachodniej stronie Nilakshi, Lochan była dzielnicą nędzy. Gnieździło się tam trzy czwarte miejskiej populacji, w brudzie, ścisku i ubóstwie, z zazdrością patrząc na drugi brzeg. Straż miejska bardziej pilnowała tego, by nikt niepożądany nie opuścił przypisanego mu miejsca niż dbała o przestrzeganie prawa wśród ubogich. Każdy przeciętny złodziej chleba z Lochan wiedział, że może liczyć tylko i wyłącznie na siebie.
Tam właśnie, ciasnymi uliczkami, gdzie latarnie stłuczono już dawno temu a uczciwa cześć mieszkańców bała się wcisnąć choć czubek nosa, przemykała drobna postać szczelnie otulona peleryną, twarz skrywała pod kapturem.
Valina doskonale znała tego typu zaułki. Przemierzyła ich dziesiątki w różnych miastach, na przeciwległych skrajach Kamjit’u i rozumiała ich naturę lepiej niż cokolwiek na świecie. Miała aż zbyt wyraźną świadomość tego, że prosi się o kłopoty. Jednak gdy ten głos wołał, nie miała odwagi odmówić. Dlatego teraz brnęła w sam środek bagna patologii i przestępstwa, z bardzo gorącym towarem pod płaszczem.
\"To ostatni raz. Oddam mu to i powiem, że spłaciłam dług.\" Pomyślała, mając pełną świadomość, że to jedno z największych kłamstw, na jakie kiedykolwiek się zdobyła, nie tylko wobec samej siebie. Przekroczyła kolejną kałużę pomyj przyglądając się uważnie okolicznym domom. Połowa szyldu w kształcie kielicha wisiała na haku kołysząc się smętnie.
\"Teraz na lewo, do straganu z rybami. Jak ja o tej porze rozpoznam stragan z rybami?\" Westchnęła, skręcając w odrobinę szerszą uliczkę. Słysząc głośne przekleństwa dobiegające z oddali, mocniej naciągnęła kaptur na twarz. Wiedziała że jej oczy muszą teraz świecić a nie chciała wywoływać niepotrzebnej sensacji. Może i w takim tyglu łatwo było pozostać anonimowym, jednak wieści też rozchodziły się lotem błyskawicy.
Dostrzegła ich bez trudu w wątłym świetle księżyca, ledwie przebijającego zza chmur z odległości niemal dwustu merów, choć ich głowy tylko czubkami wystawały zza jednego straganu. Dwóch pijaczków raczących się samogonem, którego ona nie tknęłaby nawet kijem. Smród trunku docierał do niej niesiony wiatrem. Razem z nim rozchodziła się wyraźna woń ryb. \"Dobrze, teraz który to stragan?\"
Po obu stronach miała rzędy ubogich, skleconych ze starych desek stanowisk sprzedawczych, widocznie trafiła na jeden z bazarów, opustoszały w środku nocy. Pozostało jej tylko zaufać swoim zmysłom. Szła powoli, środkiem ulicy, oddychając przez nos. Kilka razy się zatrzymywała by porównać intensywność zapachu. Namierzyła stragan z ubraniami po ostrym smrodzie środka na mole. Zorientowała się, że w jednym z budynków który mijała jest nielegalna gorzelnia.
\"Cóż, to by wyjaśniało tamto towarzystwo.\" Stwierdziła, zastanawiając się czy dostrzeże to, czego szuka, zanim podejdzie do pijaczków tak blisko, że będą musieli ją zauważyć.
\"Żadnych świadków.\" Wspomnienie głosu, który wypowiedział te słowa, spowodowało gwałtowny dreszcz. Jeszcze jej nie dostrzegli i miała świadomość, że mogłaby podejść do nich na co najmniej pięć metrów dalej pozostając niezauważoną. Jej kroki były bezdźwięczne, a ulice spowijała ciemność. Mogła też użyć wszystkich swoich zdolności i przeparadować tuż przed nimi, jednak ciężki plecak kryjący w sobie wszystko co miała poważnie ograniczał jej możliwości.
Wkrótce stało się jasne, że nieszczęsna parka przesiaduje tuż obok szukanego przez nią straganu, na schodach kamienicy która ją interesowała. Sprawdziła czy nie ma jakiegoś przejścia z boku. Było, jednak po chwili okazało się, że na nic się ono jej nie zda, wszystkie okna zostały zamurowane. Jedyną drogę do środka stanowiły drzwi, o które opierało się teraz dwóch mężczyzn z butelkami w rękach.
Zatrzymała się i odstawiła ciężki tobołek rozważając, czy warto sobie zaprzątać nimi głowę. W końcu miasto zamieszkiwało trzynaście tysięcy ludzi, dwie trzecie z tego stanowiły kobiety a z nich co najmniej co czwarta odpowiadała opisowi ”niska, drobna, młoda”. Teoretycznie nic wielkiego by się nie stało gdyby ich po prostu przepłoszyła.
\"Więc czemu tego nie zrobisz? Masz odwagę od tak sobie zignorować część instrukcji?\" Wiedziała, że nie. Zawsze była bardzo staranna, dokładna i wręcz paranoicznie ostrożna. Poza tym nie chciała nawet myśleć jaka kara spotkałaby ją za zaniedbanie.
Odruchowo sięgnęła po drobne sztylety do rzucania, których tuzin nosiła w pochwie przewieszonej przez plecy. Jednak szybko odrzuciła ten pomysł. Gdy padnie jeden, drugi się rozkrzyczy. Musiała załatwić sprawę bezpośrednio.
Podkradła się wzdłuż ściany jak najbliżej się dało w obecnym stanie. Potem sięgnęła po dodatkowe możliwości swoje i swojego ubrania. Czuła jak materiał znika, chłodne powietrze drażniło jej ciało. Spojrzała na swoją dłoń i stwierdziła, że jej nie widzi. Błyskawicznie zmieniający się pigment skóry dostosował barwę do otoczenia. Chwyciła mizerykordie, którą zazwyczaj trzymała ukrytą przy bucie i ruszyła cicho przed siebie.
Dwóch postawnych lecz niskich mężczyzn siedziało na spróchniałych schodkach rozpadającej się rudery, która na jej gust groziła zawaleniem, opierając się plecami o drewniane drzwi. Ubrani byli biednie, ale w miarę schludnie, kubraki, spodnie i buty nosiły wyraźne ślady częstego cerowania. Mieli domy i rodziny do których nie przeznaczone im było już wrócić.
Zaatakowała gdy tylko uznała, że jest gotowa, bez chwili wahania. Pewnym chwytem złapała pierwszego z brzegu zakrywając mu usta, zanim drugi zdążył choć westchnąć jego towarzysz już leżał na ziemi z poderżniętym gardłem. Błyskawicznie przekroczyła ciało i zaatakowała ponownie. Mężczyzna nie krzyknął, zapewne wpierw był zbyt zdziwiony, potem w szyi tkwił mu sztylet. Nawet nie zdążył się porządnie przestraszyć. Odprężyła się, powracając do stanu wyjściowego. Ubranie znów znalazło się na swoim miejscu, zaś skóra odzyskała naturalny kolor.
Obaj skonali u stóp zakapturzonej dziewczyny z cichym charkotem. Gdy zwłoki jeszcze drżały, ściągnęła kurty mężczyzn i otoczyła nimi ich rany tak by nie zostawić krwawych śladów. Postanowiła ukryć zwłoki w domu.
Rozejrzała się za ewentualnymi światkami, jednak ulica była pusta. Wróciła więc po swoje rzeczy i zajęła się drzwiami.
Popełnione morderstwo nie wstrząsnęło nią specjalnie. Wątpliwości, jakie miała przedtem, wynikały raczej z niechęci do niepotrzebnych kłopotów, niż z obawy przed odebraniem życia. Nie żałowała swoich ofiar. Myśl, że jakieś dzieci właśnie straciły ojców skwitowała wzruszeniem ramionami. \"Już taki jest ten świat.\" Robiła gorsze rzeczy. Życie dawno temu pozbawiło ją skrupułów, zwłaszcza wobec gatunku ludzkiego. To jedyna droga jaką znała by przetrwać i nie bardzo widziała sens w szukaniu innej.
Sięgnęła do kieszeni przy pasku i upewniwszy się, że wciąż ma to, co trzeba zaczęła oglądać drzwi. Na pozór nie wyróżniły się niczym szczególnym. Ot, kolejne zabite dechami wrota do opuszczonej rudery. Jednak to co wyczuły jej palce mówiło zupełnie co innego. Zawsze gdy miała do czynienia z magią robiło się jej niedobrze. Odetchnęła kilka razy głęboko by pozbyć się mdłości. Wyprostowała się i spojrzała na swoją dłoń. Patrzyła jak materiał rękawiczki się cofa, zaś na skórze wyrasta biało-szare, miękkie futro, paznokcie zamieniły się w szpony. Podniosła drugą rękę, wciąż całkowicie normalną. Użyła pazura by naciąć opuszek palca wskazującego. Gdy popłynęła krew cofnęła transformację.
Uklękła przy drzwiach i zaczęła rysować po nich własną krwią. Prosty, schematyczny znak oka. Kiedy skończyła, nerwowo wstrząsnęła dłonią by pozbyć się nieprzyjemnego mrowienia i włożyła palec do ust. Tak jak się spodziewała znak zapłonął fluoryzującą czerwienią, po czym wsiąkł w drewno nie pozostawiając po sobie śladu.
Zawsze myślała, że jest na to przygotowana, jednak gdy akt magiczny w końcu się zaczynał, nieodmiennie reagowała prymitywnym, zabobonnym strachem. W całkowitej ciszy deski wraz z gwoździami zaczęły same opuszczać swe miejsce. Po chwili drzwi otworzyły się bezgłośnie. Wyglądały jak wielkie usta, brama do zionącej ciemnością czeluści. Żałowała, że jej wrodzona zdolność widzenia w ciemności nie działa gdy światło jest całkowicie odcięte.
\"Tylko spokojnie. Spokojnie.\" Powtarzała w myśli niczym mantrę. Chwyciła jedne ze zwłok i zaczęła je wciągać do pomieszczenia. Księżycowa poświata, blady uciekinier z za chmur pozwalała jej widzieć na metr w głąb budynku. Tam też porzuciła ciała. Wróciła na próg, tak jak się spodziewała, ślady krwi były minimalne. Zobaczyła wciąż stojące na schodkach butelki z samogonem i uznała, że może je dobrze wykorzystać. Wylała ich zawartość na schody w miejscach gdzie była krew. Płyn miał ciemnoczerwony kolor i intensywny zapach który maskował wszelkie ślady po morderstwach. Zadowolona weszła do budynku.
Zatrzymała się na granicy swojego pola widzenia. Nie zdziwiła się wcale, gdy drzwi zaczęły się powoli zamykać. Ciemność zbliżała się po obu jej bokach, zacieśniając swój uścisk. Pochłaniała nieruchome ciała mężczyzn, lizała jej pelerynę, zakrywała ręce, ramiona by w końcu uwięzić ją w swoim królestwie. Pozbawiona wzroku, zdała się na inne zmysły. Jej wyjątkowo wrażliwe uszy przefiltrowały cisze panującą w pomieszczeniu, jednak niczego nie wykryły. \"Jak w grobowcu.\" Pomyślała.
Chwile potem zaczęło się. Nozdrza wypełnił znajomy zapach, tak samo pachniało powietrze przed burzą śnieżną. Kiszki skręciły się jej gwałtownie wywołując potężną fale mdłości, lecz paraliżujący strach szybko odsunął wszystko co stricte fizjologiczne na bok. Ledwie śmiała oddychać. Chłód narastał tuż za nią. Poczuła dotyk na ramionach, delikatny i łagodny, jednak zarazem bezgranicznie przerażający. Serce łomotało jej w piersi, jakby zaraz miało z niej uciec. Otworzyła usta, ale żaden głos się z nich nie wydobył. To on przemówił pierwszy.
- Przybyłaś, wilczyco. Przed czasem i na dodatek w glorii zwycięstwa. Wspaniale jak zwykle, moje dziecko. – Głos niczym szept wiatru uderzającego o ściany wąwozu. Odległy i bliski zarazem. Wiedziała, że musi przełamać się choć na tyle, by odpowiedzieć. Wolała skonać na miejscu, niż wywołać gniew lub irytację tej istoty.
- Dziękuje, panie – wykrztusiła. Chciała sięgnąć po zawiniątko, jednak zabrakło jej sił. – Czy to wszystko czego sobie życzysz?
- Nie, wilczyco. Masz przed sobą kolejne zadanie. Ważniejsze niż jakiekolwiek z tych, które ci powierzałem. Nie zastanawiałaś się czemu tak nagle zmieniłem miejsce naszego spotkania i ściągnąłem cię niemal na drugi koniec kraju?
- Wielokrotnie – odparła. \"I tego właśnie się obawiałam.\"
- Widzisz. Jedno z moich długoterminowych przedsięwzięć, najważniejsze z nich znalazło się nagle na granicy katastrofy. Zwykła złośliwość losu, zbieg okoliczności, którego nie mogliśmy przewidzieć. – Głos przybliżył się, chłodne ramiona przesunęły tak, że teraz obejmowały ją całą. Zacisnęła powieki panicznie bojąc się, iż z tak małej odległości może dostrzec coś strasznego. Coś z czym nie była pewna, czy umiałaby żyć. On kontynuował prosto do jej ucha. - Jednak jest szansa by nie tylko zapobiec tragedii ale i obrócić ją w największe nasze zwycięstwo. Rozumiesz moje dziecko?
- Tak panie. To bardzo ważne zadanie – szepnęła. \"Tylko dlaczego musisz powierzać je mnie?\"
- Tak, ważne. Być może właśnie to, dla którego się narodziłaś, dziecko. Mogę liczyć, że znów dasz z siebie wszystko, prawda?
- Jak zawsze, panie.
- Wspaniale. – Uśmiech, który musiał się kryć za tymi słowami, mroził krew w jej żyłach jeszcze bardziej, choć zaledwie go sobie wyobrażała.
– Poczekaj tu. Za chwile przybędzie po ciebie mój uczeń. Oddasz mu to co przyniosłaś, ponadto masz służyć wszelką pomocą i radą.
- Tak panie. – To jedyne co zostało jej do powiedzenia. \"Tak zrobię to, zrobię co tylko będziesz chciał, tylko puść mnie już.\"
Jakby w odpowiedzi na jej nieme błaganie ramiona opadły, chłód zaczął się oddalać a pomieszczenie znów pachniało jedynie kurzem i starością.
Upadła na kolana podpierając się rozpaczliwie rękoma. W ustach czuła palącą suchość, żołądek skręcał się nerwowo. Gdyby miała czym, zapewne zwymiotowałaby, jednak doświadczenie już dawno nauczyło ją, że na spotkania z Panem należy przychodzić na czczo.
Mijały minuty a Valina powoli powracała do równowagi. Podniosła się i sięgnęła do kieszeni po manierkę z wodą. Przepłukała usta pozbywając się kwaśnego smaku i nieznośnej suszy. Ochlapała spoconą ze strachu twarz.
Odgłos kroków pojawił się jakby z nikąd, dopiero po chwili zrozumiała, że pochodzi on spod podłogi. Po chwili pomiędzy deskami ukazało się delikatne światło. Może i żałośniejsze nawet od tego, co na zewnątrz przebijało przez chmury, jednak dla niej wystarczające.
Pomieszczenie w którym się znajdowała było zdezelowanym parterem domu. Schody zarwały się, znajdowały się teraz po jej prawej stronie, nieopodal nich porzuciła ciała. Światło pod podłogą po raz pierwszy pojawiło się tam, gdzie kiedyś była kuchnia, potem przesunęło się tuż obok starego kominka, dalej za zdezelowanym łóżkiem, by przybrać na sile po lewej stronie. Tuż przy klapie w podłodze. Po chwili zaskrzypiały zawiasy a blask stał się wyraźniejszy. Wlewał się przez powstającą szparę.
Gdy drzwiczki uniosły się pierwsze co zobaczyła to pochodnia. Zaraz po niej wyłoniła się jasna czupryna, na której płomienie pozostawiały rude cienie. Tak samo wyglądały oczy młodzieńca, który pojawił się przed nią. Nie dała by mu więcej niż piętnaście-szesnaście lat. Był wysoki, mógł dobijać metra-osiemdziesięciu, drobny, o delikatnych dłoniach i harmonijnej, przystojnej twarzy. Długie uszy wystające ze zmierzwionych włosów zdradzały domieszkę elfickiej krwi, jednak były krótsze niż u czystych przedstawicieli tej rasy. Miał na sobie starannie skrojoną, białą koszulę i bryczesy, typowe dla klasy średniej. Brzegi rękawów pobrudził atramentem, poza tym czarne plamy miał również na opuszkach palców i policzku. Zerknął na leżące przy schodach trupy i westchnął:
- O rany. Nieproszone towarzystwo? – spojrzał na nią żywym, inteligentnym wzrokiem.
- Miało nie być świadków. – oznajmiła szybko i sucho.
- Prawda… - podrapał się w brodę zostawiając na niej plamę atramentu. – Tak zostawić ich nie można. Trudno, zaraz się tego pozbędę, a ty idź na dół i się rozgość. Paczkę połóż na stole, w skrzyni powinna być jeszcze jakaś kiełbasa i mleko, chleb wyszedł trzy dni temu. A raczej wyniosło go to, co na nim wyrosło. Ale mleko zakląłem żeby się nie psuło więc powinno być pijalne. Możesz wziąć posłanie przy ścianie ja śpię za książkami, cholernie tam dużo kurzu ale za to mniej wieje. Lepiej zostaw w spokoju to przy kotarze bo jest mokre, łazienka trochę przesiąka. A tak w ogóle to jestem Sevarin.
Tyradę zakończył wciskając jej pochodnie w jedną dłoń i ściskając zamaszyście drugą na powitanie.
- Valina. – odparła krótko. Nigdy nie wiedziała jak postępować z osobami które były dla niej miłe. Miała wtedy denerwujące poczucie, że coś jest nie w porządku. Jednak chłopak nic sobie nie robił z jej chłodu. Uśmiechnął się szeroko.
- Leć już pewnie padasz z nóg. Znam to, sam często zapominam o odpoczynku gdy mam dla niego coś zrobić. Po prostu zawsze chcę mieć to szybko za sobą.
Jakaś niepokorna cześć jej natury miała ochotę oznajmić mu, że sama zdecyduje kiedy będzie zmęczona a w ogóle to jakim prawem śmie myśleć, że wie co ona czuje. Jednak cała reszta jej osoby była wyczerpana długa podróżą i stresem. Teraz, gdy napięcie opadło senność zaatakowała ze zdwojoną siłą. Odwróciła się więc i bez słowa zrobiła to co zasugerował młodzieniec.
---------------
Łagodny nurt Nilakshi niósł karawanę statków w górę swego biegu. Woda leniwie chlustała burty, wiosła biły rytmicznie o jej powierzchnię. W oddali pomiędzy koronami drzew widać było królewski zamek w Kaveri. Razjel dostrzegał łopoczące na wietrze flagi, herb króla oraz znak panującego boga. „Ten który nigdy nie upadnie”, najkrwawszy z panteonu. Jego domeną była walka wszelkiego rodzaju. Kapłani Acyutananda głosili prawa brutalnej siły. Elf nie dziwił się wcale, że to właśnie wyznawcy tego bóstwa podporządkowali sobie resztę ludu. Osobiście brzydził się tą wiarą. Panem jego serca był Pravin „Ekspert” patron wiedzy, osobisty opiekun magów. Symbol właśnie tego bóstwa, otwarta księga, została wyhaftowana na lewej piersi jego ozdobnej tuniki. Sam na to nalegał i miał w dalekim poważaniu co na to powie jego nowa „rodzina”. Prawą pierś zdobił orzeł w locie, herb Tanaktamalów, jego rodu.
Niedawno skończył trzysta lat, wśród swoich był więc uważany za młodego, choć już w pełni dorosłego. Należał do tych, którym stanowczo dobrze wiodło się w życiu, nie tylko za sprawą dobrego pochodzenia ale i własnych zdolności. Owszem, księciem się urodził, jednak wysoką pozycję w marynarce wojennej rodzimego kraju oraz członkostwo bractwa czarnoksiężników zdobył własnymi siłami i okupił wieloma poświęceniami. W głębi duszy liczył, że spotka go za to jakaś nagroda od życia. Jednak jak zwykle okazało się to marzeniem ściętej głowy. Teraz sam w duchu nazywał takie przeświadczenie prosto i po imieniu, szczeniacką naiwnością. Powinien był wiedzieć, że mimo licznych sukcesów, wielu w towarzystwie uzna, że w najistotniejszej dziedzinie życia nie szczęści mu się zbytnio. I oczywiście będą aż bardziej niż chętni by pomóc. Zwłaszcza, kiedy znajdzie się zdechła świnia którą koniecznie będzie trzeba komuś podłożyć.
„Gdy tylko rozeszły się plotki, mówiłem żebyś szybko łapał pierwszą lepszą z twoich przyjaciółek i ciągnął do świątyni Preity, bo cię jeszcze wpakują w to gówno, ale nie, jaśnie paniczyk był mądrzejszy. Teraz mi powiedz, że paranoik jestem.” Głos Kiratana rozległ się w myślach księcia.
Elf zmarszczył pięknie ukształtowane brwi. W jego lazurowych oczach odbijały się łagodne fale rzeki. Przez chwile widział własne odbicie. Młoda, przystojna twarz o harmonijnych rysach, teraz zmąconych przez fale i wyraz niezadowolenia. Pszenicznego koloru włosy opadały luźno na jego ramiona i plecy sięgając mu do pasa.
„Ile razy mam powtarzać żebyś nie przechwytywał myśli dla ciebie nie przeznaczonych. A tak w ogóle to pilnuj własnego nosa.” Odparł.
„Powtórz mi to, kiedy następnym razem wpakujesz się w jakieś kłopoty. Bo jakbyś już zapomniał, głównym zadaniem mojego nosa jest strzeżenie twojego tyłka, udzielny królewiczu. I przestań się tak krzywić, bo ci jeszcze zostanie.” Odciął się miecz. Myśląca broń może i była nieoceniona w ogniu walki, jednak czasami potrafiła naprawdę wyprowadzić właściciela z równowagi. Powoli przestawał się dziwić, czemu jego ojciec tak ochoczo zrzekł się rodowego miecza.
Razjel uznał, że tym razem nie da się wciągnąć w kłótnie, jeszcze w porywie gniewu znowu wyrzuciłby oręż za burtę. Problemy z wyłowieniem broni byłyby zbyt wielkie w porównaniu z satysfakcją jaką miał w takich chwilach.
Zamiast tego oparł się wygodniej o barierkę na dziobie statku, koncentrując spojrzenie na zamku. Potężny i toporny, stworzony bardziej by spełniał funkcje obronne niż estetyczne. Widać było, że budowla była stosunkowo młoda, choć zapewne starsza niż on sam. Niewiele musiało pozostać budynków z czasów gdy Karmazynowy Księżyc władał tą ziemią. W głębi duszy żałował tego trochę, przecież tutaj właśnie znajdowała się jedna z ich największych bibliotek. A wiedza sama w sobie nie była zła.
- Aż tak bardzo nie możesz się doczekać? – Głos Premala zaskoczył go. Tak jak i dłoń przyjaciela opadająca mu na ramię. Obrócił się zaskoczony.
Tuż za nim znajdował się wysoki elf ubrany w lekką mithrilową kolczugę przepasaną szarfą. W pasie przymocowany miał poręczny, średniej długości miecz, na dłoniach metalowe rękawice. Miodowo-rude włosy ściął krótko, pod hełm, zielone oczy błyszczały rozbawieniem. Znali się od dziecka. Ojciec Premala był dowódcą straży na dworze rodziców Razjela. Urodzili się w odstępie zaledwie trzech lat i wyrastali ramie w ramię, razem kończyli szkołę oficerską. Później też nie stracili kontaktu, mimo iż podjął magiczne studia w stolicy, zaś jego przyjaciel pozostał przy rodzinie. Dlatego z zadowoleniem przyjął wiadomość, że to właśnie on będzie dowodził jego ochroną w czasie wyprawy i potem na nowych ziemiach.
- Och tęsknota aż mnie rozpiera – mruknął, wracając do przerwanych oględzin. Żołnierz stanął obok niego, wspierając się na barierce.
- To dobrze, bo jeszcze trochę i twoje dąsy przeszłyby do historii.
Razjel uśmiechnął się leniwie, z pewną nutą podstępu.
- Powiedz mi przyjacielu. Czy powinnością strażnika rodowego nie jest przypadkiem poświęcenia się dla swego pana? Pomaganie mu z problemami i odwracanie od niego przeciwności losu?
Premal zaśmiał się odrzucając głowę do tyłu.
- Widzę do czego zmierzasz, więc od razu zaznaczam. Umrzeć dla swego władcy to jedno. Żenić się za niego, to coś zupełnie co innego.
- Cóż, warto było spróbować – westchnął Razjel, spoglądając na uciekającą spod dzioba wodę.
- Mmm… pozostaje mieć tylko nadzieję, że portret który nam przysłali, nie był aż tak przekłamany jak karze obyczaj.
Książe nie odpowiedział tylko westchnął po raz kolejny i utkwił spojrzenie w uciekających falach. Czerpał z nich spokój i siłę. Wiedział, że w ciągu najbliższego tygodnia będą mu bardzo potrzebne.

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...