Uroczysko cz.2
Teraz utknęła przyklejona do muru, przy jednym z okien północnej wieży z głową pełną rozmazujących się obrazów i dziwnych dźwięków. Wiedziała, że jest przemęczona i musi coś z tym szybko zrobić. Odkąd zaczęła zakradać się do zamku nie zaznała wiele snu. Wkrótce miało się to zmienić, ale przedtem miała jeszcze dużo do zrobienia.
Tymczasem koncentrowała się na tym, by nie odpaść od ściany. Na szczęście tą umiejętność łatwiej było kontrolować niż kamuflaż. Z pomiędzy szumów w jej umyśle wyłaniała się wyraźna nuta. Pieśń, która nagle wypełniła dziedziniec, pomogła jej odzyskać kontrolę nad sobą. Była to stara ludowa przyśpiewka, infantylnie prosta, niemal głupawa, lecz wpadająca w ucho.
„…Pan młody przybył z daleka, czekał tak długo,
nie opóźniaj tego jeszcze bardziej, chodź do niego szybko.
Przybył twój narzeczony.
Czemuś wciąż nieśmiała?
Przybył twój oblubieniec…” *
Schowała głowę w ramionach stabilizując oddech. W tym stanie dziewczęcy chichot był dla jej skołatanych zmysłów niczym paznokcie drapiące po tablicy. Odgłosy dobywały się z okna, nieopodal którego się zatrzymała. Chwilę potem okiennice rozwarły się szeroko i mała złotowłosa główka wychyliła się z pomiędzy kotar.
- Widać ich już? – zawołał żwawy, żeński głos z wewnątrz.
- Nie… chyba dopiero wysiadają ze statków… - odparła dziewczynka, na oko miała dziesięć-dwanaście lat, po samej twarzy trudno było ocenić. Nie patrzyła w kierunku Valiny, lecz usiłowała dostrzec wystający z za rogu wieży dziedziniec i rzekę.
- Nymis wracaj natychmiast na miejsce – odezwał się inny stanowczy głos.
Ochłonąwszy na tyle by znów przybrać maskującą barwę, lecz jeszcze nie dość, aby ruszyć dalej, Valina zmieniła ustawienie tak, by lepiej widzieć. Dziewczynka zostawiła otwarte okiennice. Wewnątrz, w obszernej sali, siedem księżniczek otoczonych przez służki przygotowywało się na powitanie gości. Niezamężne córki króla. Podczas miesięcznej obserwacji zamku i jego mieszkańców poznała je wszystkie. Jak zwykle niczym sokół pilnowała ich Annake, półelfka, królowa numer cztery i od pewnego czasu faworyta jego królewskiej mości.
Valina lubiła się jej przyglądać, intrygowała ją w jakiś dziwny sposób. Zastanawiała się jak to jest być tak urzekającą a zarazem wiekową istotą. Mieć idealną urodę, złote niczym promienie słońca loki, oczy jak plastry miodu. Jej piękno było majestatyczne, wręcz ponadczasowe i to bynajmniej nie w zwykły sposób. Oblicze królowej tchnęło przedziwnym chłodem. W głębi duszy złodziejka była przekonana, że tak właśnie musi wyglądać śmierć.
Branka wojenna, która gdy ostatni, elficki bastion na ziemiach ludzi został zdobyty, odmówiła śmierci wraz z resztą załogi. Padła na kolana przed królem błagając o życie swoje i swojej małej córeczki. Jej uroda musiał ująć władcę gdyż zatrzymał ją przy sobie i to nie jako nałożnicę, lecz żonę.
Lunaris, jej jedyne dziecko, stała u boku matki kontrastując z nią w skrajny sposób. Były jak słońce i księżyc. Czarne włosy królewskiej wychowanki spięto już złotymi spinkami, błękitna jak jej oczy suknia niwelowała bladość cery. Jedyną biżuterią, którą nosiła były złote zausznice. Valinę dziwił ich nietypowy wygląd. Były dość duże by zakrywać krańce małżowiny usznej, zdawało się, że złoto wytopiono tak, by do niej idealnie przylegało. Wyglądały wspaniale, jednak musiały być dość ciężkie, a ich zakładanie zapewne bolało. Jak zawsze młoda półelfka wzrok miała pusty a ruchy powolne. Ją również cechował chłód, lecz innego rodzaju, niż ten jej matki. Annake zdawała się wznosić ponad to, co ją otaczało, Lunaris zaś po prostu była nieobecna duchem. Trudno się oprzeć wrażeniu, że tak naprawdę jest gdzieś daleko, a to, co się wokół niej dzieje postrzega jedynie jako cień na ścianie, a nie rzeczywistość. Teoretycznie była najstarszą królewną na wydaniu. Jednak od dziecka chorowała, medycy mówili, że może umrzeć w każdej chwili, ponadto nie była rodzoną córką króla. Dlatego wyśniona partia dostała się Vinayi, szesnastoletniej pannie zrodzonej z pierwszej królowej.
Była to jedyna królewna, której Valina jeszcze sobie dobrze nie obejrzała. Jak kazał zwyczaj poddano ją rytualnemu odosobnieniu w świątyni Preity, bogini miłości i patronki rodziny. Teraz też niewiele było widać zza ubierających ją służek.
- Ciekawe czy jest przystojny – zaszczebiotała jedna z księżniczek.
- Podobno wszystkie elfy są olśniewająco piękne. Jak wyglądają wasi mężczyźni ciociu? – zapytała inna. Chwile potem posypał się chórek błagalnych próśb przetykanych śmiechami i dokazywaniem.
- Są drobniejsi i chudsi niż ludzie, ale za to wyżsi. Nie noszą zarostu, mają harmonijne rysy twarzy przez większość uważane za piękne – odpowiedziała krótko królowa. Zawtórował jej gwałtowny chichot. Valina przewróciła oczami. Annake uciszyła towarzystwo jednym stanowczym klaśnięciem w dłonie.
- Pospieszcie się, wkrótce tu będą.
- Skoro jest wątły to pewnie kiepski z niego wojownik – stwierdziła jakaś księżniczka.
- Skąd wiesz. Muszą mieć jakiś wojowników, w końcu wielu się ich boi. Nie chodzi przecież tylko o magię – sprzeciwiła się inna.
- No właśnie. Poza tym prawa mówią, że każdy mężczyzna, nawet kapłan powinien umieć posługiwać się mieczem - zawtórowała jej trzecia.
- To nasze nie ich prawa.
- To prawa boskie a one odnoszą się do wszystkich.
- Owszem, może i umie walczyć, ale pewnie nie pokonałby żadnego z rycerzy ojca.
- Pokonałby.
- A nie!
- A tak!
- Nie!
- Tak!
Annake znów klasnęła w dłonie, a wrzawa natychmiast ucichła. Większość księżniczek zakończyła już przygotowania. Teraz stały rzucając sobie gniewne spojrzenia. Widocznie królowa postanowiła ukrócić spór, przemówiła po chwili:
- Nawet, jeżeli nie jest żołnierzem, książę Razjel Tanaktamal posiada tytuł sudhira w zgromadzeniu czarnoksiężników z kryształowej wierzy. A to oznacza, że mógłby zapewne jedną myślą unieszkodliwić tuzin rycerzy waszego ojca naraz.
Po tych słowach, odwróciła się w stronę ukrytej za służkami Vinayi. Ze swego miejsca, Valina widziała tylko płowe fale włosów księżniczki.
- Otrzymasz potężnego męża moja droga, twoje siostry mogą tylko marzyć o małżeństwach choć w połowie tak ważnych dla kraju. I życzę ci z niego równie potężnego syna.
Księżniczki pierwszy raz naprawdę zamilkły, część z nich miała rozmarzony wyraz twarzy, inne niemal dusiły się z zazdrości.
- Pomyślcie… jak to jest całować mężczyznę bez brody? – wyszeptała jedna z młodszych. Na sali wybuchł szalony chichot. Annake pokręciła głową mierząc wychowanki pełnym dezaprobaty wzrokiem, odczekała chwilę i znów klasnęła kilkakrotnie by uciszyć rozbawione towarzystwo. Valina podziwiała jej cierpliwość. Chwilę potem powietrze przeciął głośny dźwięk rogu.
- Dobrze kanarki. Schodzimy do sali głównej. Zacny gość się zbliża i trzeba go należycie powitać – oznajmiła królowa. – Chodźcie ze mną, zajmiemy nasze miejsca. Lunaris ty zostań z naszą piękną panną młodą, sprowadzisz ją, gdy nadejdzie czas. Już już.
Ruszyła do drzwi machając rękoma jakby poganiała rozbrykane stado kur. Po chwili wszystkie zniknęły za drzwiami. Służki odsunęły się od Vinayi. Księżniczka zaczęła się powoli odwracać.
Przypominała kwiat wanilii. Cerę miała świeżą jak pąk, płowe włosy otaczały jej głowę niczym poświata opadając kaskadami na ramiona i plecy. Jej zielone oczy lśniły w trudny do określenia sposób. Jedyne, co można jej było zarzucić, to odrobinę za duży nos, jednak w połączeniu z całokształtem nie wyglądało to tak źle. Paradna liliowa suknia leżała na niej idealnie. Jednak to, co przykuło uwagę Valiny znajdowało się w załamaniu dekoltu królewny.
Naszyjnik przedstawiał schematyczny symbol oka. Tęczówkę wysadzano rubinami, źrenice stanowił czarny opal. Stróżki zimnego potu spłynęły po kręgosłupie Valiny. „Co to ma znaczyć?” Zapytała paranoidalna cześć jej osobowości.
- Możecie odejść – poleciła spokojnym głosem Lunaris. Służki skłoniły się i opuściły pokój szepcząc cicho o tym, na jak piękna kobietę wyrosła ich księżniczka i jak wspaniale się prezentuje w tak ważnym dla kraju dniu.
Panna młoda podeszła do okna. Wiatr igrał w jej lokach, twarz miała dziwnie melancholijny, cierpiący wyraz. Przez dłuższą chwilę milczała, jej wzrok zdawał się spoczywać wprost na Valinie jednak nie widziała jej i to nie tylko z powodu kamuflażu. Panna młoda zdawała się patrzyć w inny świat.
- Więc teraz to wszystko się zaczyna… teraz… - Głos Vinayi załamał się nagle. Obróciła się przypadła do stojącej za nią Lunaris i rozpłakała się.
Wtedy, na kilka sekund błękitne oczy królewskiej wychowanki powróciły do życia. Jej twarz wykrzywiła się w grymasie smutku zaś wzrok spoczął na złotych włosach mlecznej siostry. Spojrzenie miała pełne smutku i zgrozy. Patrzyła na Vinayę nie jak na żywą istotę, lecz jak na zwłoki ukochanej osoby.
Złodziejka powoli odwróciła się, nie bardzo wiedząc, co myśleć o tym wszystkim. Po dłuższej chwili potrząsnęła gwałtownie głową, by pozbyć się niepotrzebnych zmartwień i ruszyła w dół ku kwaterom majordomusa. Miała nadzieje przejrzeć kilka papierów, gdy będzie on zajęty przy witaniu księcia. Z dziedzińca nieustannie dochodziły słowa ludowej piosenki.
„…Przybył twój narzeczony.
Czemuś wciąż nieśmiała?
Przybył twój oblubieniec…”
„No właśnie, czemu?” Spytała sama siebie. Myśl ta nie chciała opuścić jej umysłu przez kilka następnych godzin.
---------------
Razjel wyprężył się, jak tylko był w stanie. Zebrał w sobie całą siłę woli, by nie obrócić się i nie zmusić dwóch szepczących rycerzy do połknięcia własnych mieczy. Przymusowa eskorta honorowa widocznie nie zdawała sobie sprawy z tego, jak ostre są elfickie zmysły. Trochę żałował, że nie założył munduru marynarki, jednak strój czarnoksiężnika był znacznie bardziej reprezentacyjny, no i pomagał mu skupić się na celu, którym była przecież dyplomacja a nie wojna. Niestety wyróżniał się w nim od swoich towarzyszy.
„Czym sobie na to zasłużyłem? Dlaczego musze znosić takie chamstwo? Ten cały mariaż to jakieś szaleństwo.” Stwierdził. „Od stu lat usiłowali się nas pozbyć ze swoich ziemi. Szesnaście lat temu wreszcie się im udało, a teraz nagle znów nas zapraszają. Dlaczego mam wierzyć, że za kilka lat znowu się im nie odmieni?”
„Zawierasz małżeństwo.” Odezwał się Kiratan, jak zwykle nie pytany. Razjel podejrzewał, że magiczna broń po prostu lubi się bawić w głos rozsądku. „Najprostszy i najskuteczniejszy gwarant bezpieczeństwa i podstawa sojuszy dynastycznych. Król się starzeje, następca tronu umarł, a jego młodszy brat nie jest akceptowany przez wojsko. Władca chce umocnić pozycję dynastii poprzez związki krwi. Proste.”
„Owszem, ale zapominasz o jednym drobnym szczególe. To Kamjit, oni tutaj gardzą dyplomacją. Ich podejście do życia jest proste jak miecz i do niego się właśnie sprowadza. Dlaczego nagle podjęli tak niepodobną do siebie decyzję? Ta sprawa śmierdzi.”
„Łagodnie powiedziane, według mnie raczej cuchnie jak pół tony obornika. Tyle, że odkąd rodzice wsadzili cię na statek, ty już nic nie możesz z tym zrobić. Wiec weź się w garść i do roboty.” Skwitował miecz. Razjel fuknął cicho pod nosem.
Szedł głównym korytarzem zamku otoczony dwoma rzędami własnych żołnierzy oraz dodatkowo częścią „młodej gwardii” królewskiej drużyny. Nisko sklepiony korytarz zdobiły liczne wypchane zwierzęta i poroża. Myśliwskie trofea jego królewskiej wysokości. Światło przedzierające się przez drzwi wejściowe ledwie wystarczało dla ludzkich oczu, jednak elfy widziały wszystko aż nazbyt wyraźnie. Książe po raz kolejny zastanawiał się, jakich tu mają dyplomatów, skoro nikt nie uprzedził władcy o tym, jak jego lud zapatruje się na takie trofea. A może był to świadomy afront? Nie do końca chciał się o tym przekonać. W końcu w domu liczono na niego i niepowodzenie (do którego zapewne zaliczał się masowy mord dokonany na królewskiej świcie), byłoby przyjęte z wielkim zawodem. Tymczasem nie spędził w zamku nawet pięciu minut a już bał się, że przemożna potrzeba wysadzenia tej jaskini barbarzyństwa i ciemnoty okaże się w którymś momencie zbyt silna.
„Mogło być gorzej, mogłem zobaczyć na ścianie głowę biednego Theobalda i jego rodziny. Choć znając ich zapewne upchnęli je w którejś szafie na czas wizyty.” Stwierdził w myśli.
- Widzisz jak szeleści tą swoją „sukieneczką”? Nie mogę, zaraz się chyba rozchichram – zamruczał jeden z wojowników zamykających szereg.
- Stul pysk, bo jeszcze usłyszą, mówi się, że nie od parady mają te swoje uszyska takie długie. Nie chce mieć kłopotów przez to, że mielesz ozorem jak młyńskim kołem – odparł idący obok niego towarzysz chichocząc jednocześnie pod nosem.
„Już masz zakuta w zbroję małpo.” Skwitował w myśli Razjel.
Wreszcie zatrzymali się przed drzwiami do głównej komnaty. Wykonał delikatny ruch ręki i wszystkie fałdy jego stroju natychmiast się wygładziły, zaś wplecione w materiał zaklęcia ochronne nabrały mocy. Przezorny zawsze ubezpieczony. Długa niebieska tunika została utkana tak, iż jej dolne brzegi przypominały morskie fale. Migotała w półmroku srebrnymi symbolami wyhaftowanymi magiczną nicią. Błękitny blask, który spowijał oczy księcia przez kilka sekund, świadectwo przywołania Energii Magicznej był zbyt delikatny by ktoś poza najbliższą strażą to zauważył. Drzwi zaczęły się powoli otwierać z sali dobiegł go głos majordomusa.
- Jego książęca wysokość Razjel Tanaktamal, pierworodny syn Eliana i Roveny miłościwie władających Wyspami Szepczących Toni. Sudhir świętego zakonu czarnoksiężników strażników mocy i tajemnic Kryształowej Wierzy w Erze. Salil-nayakon marynarki wojennej Wielkiego Avalarda Nirmalpaliara Wysokiego, króla wszystkich elfów. Wraz ze swoją świtą.
- No tak, bo z taką płaską piersią, ta skądinąd prześliczna sikorka królową festiwalu jabłoni raczej nie zostanie – zaśmiał się ten sam strażnik.
Razjel najpierw zacisnął dłonie w pięści potem rozprostował je gwałtownie. Wciąż z spokojną miną i wysoko uniesioną głową przekroczył próg sali. Była większa niż się spodziewał, zastawiona stołami ze wszystkich stron. Na ścianach wisiały starannie haftowane proporce oraz gobeliny, które elf musiał uznać za nawet przyzwoite (ładny styl, o dziwo żadnych orgii i krwawych polowań). Dwór zebrany w niezorganizowane grupki gdzieś po bokach wpatrywał się w niego. Elf pozornie skoncentrował wzrok na królu. Cztery, trzy, dwa…
Gdy końcówka czteroszeregu wojowników wchodziła do sali, jeden z rycerzy idących w ostatniej linii poślizgnął się w jakiś niefortunny sposób. Przez kilka sekund chwiał się gwałtownie wymachując rozpaczliwie trzymaną w dłoni tarczą, po czym runął na ziemie zahaczając plecami o jeden ze stołów. Pod ciężarem potężnego jak niedźwiedź mężczyzny mebel wygiął się gwałtownie, cześć potraw poleciała w powietrze razem z półmiskami. Przedziwnym zbiegiem okoliczności trzy z nich wylądowały na nieszczęsnym wojowniku w dość krepującym układzie.
Książe nie widział całego zdarzenia gdyż stał odwrócony tyłem i ponadto miał wtedy przymknięte oczy. Słysząc hałas odwrócił się powoli i spojrzał z niewinna miną na rycerza, który gwałtownie mrugał usiłując ogarnąć, co się stało. Trochę przeszkadzała mu misa, która wylądowała na jego głowie, jej zawartość, tutejszy przysmak, słodkie wodorosty opadały na twarz i ramiona wojownika niczym starannie ufryzowane loki. Nieszczęśnik spojrzał na swoją pierś, na której znalazła się lukrowana baba oraz wieprzowa galareta układające się w pokaźnych rozmiarów biust.
W sali zapadła nieznośna cisza. Majordomus wyglądał jakby chciał zapaść się pod ziemię, król pobladł. A Razjel w pełni świadomy, że teraz od jego reakcji na to straszne fopha zależy dalszy przebieg wieczoru uniósł delikatnie brwi i uśmiechnął się.
- Czy nikt nie pospieszy na pomoc nieszczęsnej damie w opresji? – spytał dźwięcznie akcentując przedostatnie słowo.
Sala zareagował gwałtownym chichotem. Rycerz idący w parze z nieszczędną ofiarą wypadku natychmiast ruszył pomóc koledze.
- Wiadomo, panna z tak wspaniałymi warunkami natychmiast znajdzie adoratora – skwitował Razjel.
Najgłośniej śmiał się król, broda falowała mu niczym morze w czasie sztormu. Prezentował się dokładnie tak, jak książę się tego spodziewał. Wysoki, dobiegający czterdziestki wojownik w błyszczącej kolczudze i długim, czerwonym płaszczu, na który spadały przetykane siwymi pasmami blond loki. Jego postawa rozluźniła się znacznie w porównaniu z tym, co widział wchodząc do sali. Zielone oczy władcy przepełniały wesołe ogniki.
„No ślicznie książątko, wiesz, że właśnie nie tylko ośmieszyłeś tego biedaka, ale i być może napiętnowałeś w istotny sposób jego przyszłość. I za co? Przecież nie chodziło ci o niego. To, że dałeś się głupio wpędzić w małżeństwo nie jest winą tego chłopaka.” Suchy głos Kiratana rozległ się w myślach księcia.
„Już ci raz dzisiaj mówiłem, pilnuj własnego nosa. A teraz nie rozpraszaj mnie, mam to coś do zrobienia.”
Majordomus powrócił do swoich obowiązków kończąc prezentację. Lekki nastrój utrzymał się przy wszystkich oficjalnych powitaniach. Rozładowawszy się odrobinę Razjel łatwiej wczuwał się w swoją rolę, nawet ledwo widoczna nagan we wzroku Premala nie zmąciła jego dobrego nastroju. Gdy przyprowadzono przed niego pechowego żołnierza, by dać mu szansę przeprosić, powstrzymał się jednak od dalszych złośliwości. Z resztą król i jego zawołania: „Na przeklęte potworki z uroczyska Grubb, naprawdę śliczna była z ciebie dziewka.” W pełni mu wystarczyły.
Gdy uprzątnięto bałagan usadzono go do stołu. Wtedy też do zgromadzenia poproszono jego narzeczoną.
Spotkanie to przyjął zarazem z mieszanymi uczuciami. Panna nie wyglądała aż tak źle, jak się bał. Co prawda malarz tworząc jej oficjalny portret poważnie zmodyfikował nos, lecz koniec końców całokształt był całkiem do przyjęcia. Z drugiej jednak strony, po jej płochym spojrzeniu i z trudem skrywanemu przerażeniu mógł się domyślić, iż wszystkie obawy, co do charakteru królewny się potwierdziły. „Może nie będzie tak źle. Za dziesięć-dwadzieścia lat przekonam ją pewnie, że ma prawo mieć własne zdanie. Z resztą jak to się tutaj mówi, do rozmowy masz przyjaciół, żona służy do czego innego.”
Rozmowa z królem, jego wysokością Hamem III Edgarem (Razjel przez tydzień musiał powtarzać sobie to imię by przezwyciężyć nieodpowiednie rozbawienie ogarniające go na jego dźwięk) przebiegła nad wyraz spokojnie i kulturalnie. Wypadek z początku spotkania w jakiś dziwny sposób zjednał mu przychylność monarchy. Ze swojej strony książę starał się nie myśleć o tym, iż siedzący obok człowiek ma na rękach krew wielu jego krajan w tym bezbronnych i dzieci. Zawsze zastanawiał się, ile z tragicznego losu twierdzy, jej załogi, margrabiego Theobalda Evendara, jego żony i maleńkich dzieci było dziełem samego króla. Ile zaś wynikiem wpływu jego wojska, którego zakładnikiem był młody władca o niepewnej jeszcze wtedy pozycji.
Podczas całej rozmowy uważnie przyglądały mu się starannie ustawione w rządek królewskie żony. Ich miny był tak puste, że przypominały mu te wypchane zwierzęta z korytarza. W końcu też stanowiły swego rodzaju kolekcję. Tylko jedna z nich różniła się w znaczący sposób. Wiedział, kim była, jeszcze nim ich sobie przedstawiono.
W ogrodzie jego ojca rosły różnorodne rododendrony ich osobliwy urok koił nerwy, które problemy władzy niejednokrotnie szarpały niczym nieudolny bard struny lutni. Razjel osobiście najbardziej lubił te o żółtych kwiatach, które pochodziły z odmiany dzielącej swe imię z czwartą królową Kamjit’u. Annake.
Postać kontrowersyjną wśród jego ludu. Niektórzy bez mrugnięcia okiem przeklinali jej imię jako zdrajczynię. Inni mówili, że matka by ratować swoje dziecko jest zdolna do wszystkiego, nawet oddania się w ręce znienawidzonego wroga. Żyła szesnaście lat z mordercą bliskich. Co czuła, czym się kierowała świadomie wyrzekając się wszelkich praw, jakie miała wśród elfów? Czy wciąż uważała, że warto żyć za wszelką cenę? W jaki sposób słońce może być tak zimne? Pytania te krążyły mu po głowie, gdy patrzył na twarz czwartej królowej. Olśniewała, nawet dla niego, przyzwyczajonego do piękna elfickich kobiet. Z resztą to, co w niej pociągało pochodziło bardziej z jej wnętrza i zachowania niż urody. Ten przedziwny rodzaj chłodu zaczynał go coraz bardziej intrygować. Na jej córkę ledwie zwrócił uwagę, z resztą szybko odesłano ją do komnat tłumacząc się chorobą, choć dla Razjela wcale aż tak źle nie wyglądała. Może poza tym nieobecnym spojrzeniem, które zdawało się przechodzić przez osoby czy przedmioty.
Uczta trwała dość krótko gdyż zaczął się tydzień poprzedzający największy z sabatów i wszem i wobec obowiązywał zakaz hucznych zabaw. I tak król zamierzał zrobić wyjątek na wesele i oficjalne zaręczyny. Nie dobrze byłoby nadwerężyć cierpliwość bogów. Razjel cieszył się z tego, gdyż powoli zaczynało doskwierać mu znużenie związane z podróżą.
Gdy zapadł wieczór, odprowadzono ich do komnat. Książę długo stał w progu swojej usiłując jakoś przetłumaczyć sobie, że wcale nie będzie aż tak źle, nawet bez własnej łazienki. W końcu ze znużeniem rzucił płaszcz na łóżko i skierował się do okna.
- To tylko tydzień. – mruknął do siebie. – Potem znów wyruszasz w drogę. Do zamku wybudowanego na naszą modłę, przy dobrych układach wodociągi i terma do czegoś się jeszcze nadają. Zresztą, o czym ty myślisz Razjelu? Według twoich nowych wspaniałych przyjaciół. Prawdziwy mężczyzna myje się raz na pół roku a skarpetki zmienia raz na dwa lataaa… AAAAAAAAAAAA
Premal stał właśnie przy drzwiach księcia z zamiarem zapukania, gdy usłyszał krzyk. Natychmiast wyszarpał miecz z pochwy wiszącej przy boku i wpadł do środka.
Razjel stał na stole obok przewróconej butelki z winem, której zawartość powoli wylewała się na dywan, patera z suszonymi owocami leżała na podłodze do góry dnem. Cały się trząsł, twarz miał bladą, oczy wytrzeszczone. Spojrzał na przyjaciela wzrokiem kogoś, kto właśnie doznał szoku.
- Zabierz to. – wymamrotał wskazując na jakiś przedmiot w kącie.
Żołnierz ostrożnie zrobił kilka kroków i dostrzegłszy w końcu obiekt całego zamieszania schował broń i zaniósł się serdecznym śmiechem.
- Zdechły szczur? Wskoczyłeś na stół z powodu zdechłego szczura? – spytał przeczesując palcami rudą czuprynę. – Wielki, nieustraszony sudhir Kryształowej Wieży?
- To wspaniale, że chociaż ty dobrze się bawisz. A teraz bądź tak miły i wybaw mnie od tego stworzenia. Wiesz jak ich nienawidzę – oznajmił książę schodząc z mebla. Jak zwykle szybko odzyskał panowanie nad sobą.
- Czasami straszny z ciebie dzieciak, Raz – stwierdził Premal kręcąc głową. – Ale musze przyznać, że należało ci się za tego biedaka w sali. Wiem, że miał dość niewybredny dowcip, ale mogłeś to załatwić inaczej. Bardziej honorowo.
- Moim zdaniem kara była wręcz idealna w stosunku do przewinienia. Jeszcze musze zrobić coś z tym drugim… jak mu tam było?
- Wulgar. I dobrze ci radzę odpuść sobie, chociaż ten jeden jedyny raz – rzekł żołnierz podnosząc zwłoki szczura za ogon.
- Dobrze, teraz bądź tak miły i wyrzuć gdzieś tą bestię, i możesz to zgłosić do majordomusa. Co to w ogóle ma znaczyć? Takich rzeczy nie będę znosił. A skąd ty się tu właściwie wziąłeś.
- Zapytano mnie, jaki termofor na noc preferujesz, blondynkę, brunetkę, szatynkę czy rudą?
- Obojętne byleby ją wcześniej wykąpali. No i żadnych syfilisów albo tym podobnych. Wiem, że mamy zbierać pamiątki, ale wolałbym nie takie.
- Przekaże i postaram się zrobić to w miarę dyplomatyczny sposób. Kazałem naszykować dla ciebie kąpiel w łaźni. Jak wrócisz do pokoju, pewnie już ją zastaniesz – oznajmił Premal i z szerokim uśmiechem zniknął za drzwiami.
- I dobrze. Trochę odpoczynku zawsze się przyda – skwitował książę ściągając koszule przez głowę i zaczął szukać swojego szlafroka.
---------------
Zbliżało się południe, gdy Valina wróciła do kryjówki. Sevarin pokazał jej kilka innych wejść do starego budynku. Bardziej dyskretnych, bo prowadzących przez kanały miejskie, które dzięki wyjątkowo suchemu latu i ciepłej jesieni wciąż nie były zalane. Wszystkie zabezpieczono za pomocą magii. Nigdy nie zapytała, co zrobił z ciałami. Wystarczyło jej, że nie było ich, gdy się obudziła.
Stąpając po schodach musiała uważać na wiekowe woluminy, które walały się dosłownie wszędzie. Miała wrażenie, że z każdym dniem było ich coraz więcej. Sevarin otoczył nimi jak murem obronnym swoje posłanie. Jednak to i tak nie powstrzymało jej przed dokładnym przejrzeniem jego ekwipunku gdy spał. Niestety nie znalazła tam nic interesującego, poza ubraniami i różnymi drobiazgami. Ciekawszych rzeczy doszukała się w tajnej skrytce pod schodami, o której jej współpracownik „zapomniał” ją poinformować. Znajdowały się tam magiczne artefakty. Większość z nich znała, bo na polecenie pana sama je ukradła. Pergaminy zapisane dziwnymi znakami oraz urna z uchwytami w kształcie błoniastych skrzydeł i pokrywką przypominającą wężową głowę. Urna była zdobiona licznymi znakami, które zapewne kiedyś miały magiczną moc, teraz większość wyblakła. Wyraźny był tylko schematyczny symbol oka, otwartego i jakby świadomego tego, co się dzieje wokół. Poza tym widniały na niej ślady pieczęci, którą złamano.
Przedmioty te dały jej wiele do myślenia. Czuła gdzieś głęboko w kościach, że ta cała szpiegowska robota już wkrótce wyjdzie jej bokiem. Sevarin nie raczył się z nią podzielić szczegółami zadania. Mówił, że im mniej wie tym lepiej dla niej. Drażnił ją sposób, w jaki traktował jej osobę. Nie żeby było w nim coś niemiłego, zawsze zachowywał się uprzejmie, nawet gdy warczała, prychała lub w inny sposób starała się go wyprowadzić z równowagi. Ponadto wykazywał niezdrowe zainteresowanie jej innością, które o dziwo też było pozytywne. Czuła się poważnie zakłopotana tym wszystkim. Nie chodziło bynajmniej o to, że tęskniła za rzucaniem w nią kamieniami i ganianiem z widłami, jednak już dawno nauczyła się, iż gdy coś odstaje od normy to zapowiadają się kłopoty. Ale w końcu, jakie miała wyjście?
Młody pólelf siedział na swoim posłaniu i kartkował jakąś książkę w świetle świec. Miał dziwny zwyczaj palenia ich dziesiątkami i stawiania gdzie się dało. Valina dziwiła się, że nie spowodował jeszcze pożaru.
Gdy tylko ją usłyszał natychmiast podniósł wzrok, czerwony blask spowijający jego oczy powoli gasł. Widocznie znów wspomagał się magicznie podczas lektury. Nie była ekspertem w dziedzinie czarów. Pan nauczył ją jedynie tyle ile musiała wiedzieć by umieć okradać magicznie zabezpieczone składy, lecz powszechnie uważano, że tylko czystej krwi elf może się parać tą sztuką. Sevarin był definitywnie mieszańcem. Czyżby takie rzeczy też się zdarzały?
- Masz coś do jedzenia? Umieram z głodu – zapytał, zabierając jej ciężką torbę i stawiając ją na stole. Wylądowała między trzema na wpół wypalonymi świeczkami oraz słoikiem z żywymi salamandrami, które łapała własnoręcznie każdego wieczora przez niemal dwa tygodnie.
- Tak, sporo tego zostało po uczcie, zabrałam zanim kuchenni zdołali się połapać. I tak służba bierze z resztek, co chce, więc nikt się nie zorientuje – odparła. – Mam też coś jeszcze, na wierzchu.
Młodzieniec wyjął sporą paczuszkę zawiniętą w szare płótno miejscami poplamione krwią i ostrożnie rozłożył. Zwłoki niemowlęcia zaczynały już sztywnieć.
- Urodził się nad ranem, zmarł niewiele potem, wcześniak, zdaje się, że matka miała poważne problemy pod koniec ciąży.
- Świetnie, to już ostatni. Zacznę go preparować jak tylko coś zjem.
Odłożył zwłoki na bok i zaczął rozwijać inną paczkę. Tym razem wygrzebał pieczone kurczę. Z pomrukiem zadowolenia oderwał sobie udko i ugryzłszy je podał jej posiłek. Była głodna jak wilk, więc poszła w jego ślady. Gdy odkłada resztę kurczaka delikatnie wyciągnął rękę i ściągnął jej kaptur.
- No daj spokój, będzie ci przeszkadzał – powiedział uśmiechając się szeroko.
- Mówiłam już żebyś tego nie robił! – syknęła zaś kaptur samoczynnie nasunął się z powrotem na swoje miejsce.
- O co ci chodzi? O blizny? Przecież to nie twój wstyd, lecz tych bydląt które ci to zrobiły.
- Chodzi mi o twoje łapy i ich skłonności do moich uszu!
- Hej! Powiedziałem, że przestanę jeśli pokażesz mi ogon i propozycja dalej jest aktualna.
- Ja się nie czepiam twojego „ogona”, więc ty łaskawie zostaw w spokoju mój.
- A wiesz, że nie miałbym nic przeciwko gdybyś się zaczęła go czepiać?
Powstrzymała się od komentarza. Nie do końca wiedziała jeszcze jak ma to traktować. Na pierwszą wypowiedź tego typu zareagowała gniewem, gdyż uznała ją za żart i to dość okrutny względem kogoś oszpeconego tak jak ona. Teraz rozumiała już, że mówił poważnie, jednak za nic nie umiała się do tego odnieść. To było dla niej zbyt nowe, zbyt dziwne. Po chwili zorientowała się, że powinna była coś powiedzieć, bo on uznał jej milczenie za zachętę.
- Całą noc tańczyli w mieście, muzyka była tak głośna, że aż spać się nie dało. Umiesz tańczyć? Pewnie tyle co ja? Nie mogłaś mieć zbyt wielu okazji by się nauczyć. W tym zawszonym kraju nie łatwo być innym. Ale już niedługo wszystko się zmieni. Po zakończeniu naszego zadania musisz koniecznie ze mną zatańczyć.
Orientując się, że jest poważnie zagrożona dalszym wysłuchiwaniem podobnych bzdur, Valina postanowiła interweniować.
- Przestań wreszcie pleść głupoty.
- Dlaczego do razu głupoty?
- Widziałeś moja twarz i to się do niej nie ogranicza – syknęła, zaciskając dłonie w pięści, poczuła ukucie własnych pazurów i zorientowała się, że na chwile musiała stracić kontrolę nad formą, szybko skorygowała swój stan obiecując sobie lepiej panować nad emocjami.
- I znowu wracamy do tego samego – westchnął kręcąc głową. – Powinnaś móc spojrzeć na siebie oczami magii Valino. Zrozumiałabyś jaka jesteś piękna.
- Jestem co najwyżej dziwna – wycedziła wolno.
- Raczej jedyna w swoim rodzaju.
- Nie wychodzi na to samo?
Gdzieś głęboko w otchłani jej wspomnień odezwały się dawne głosy.
„Pozbądź się tego potworka Ailo, najlepiej razem z jego trefną matką. Wypędź ich albo my się za to weźmiemy.”
„Mamo czy ja jestem bestią?”
„Ależ nie kochanie.”
„To dlaczego oni mówią, że jestem?”
„Jesteś po prostu trochę inna.”
„Inna?”
„Nie taka jak my.”
„Więc jak kto? Czy są gdzieś podobni do mnie ludzie?”
„Jesteś człowiekiem, masz tylko kilka dodatkowych, niecodziennych uzdolnień.”
„Dlaczego?”
„Widzisz, kiedy byłaś jeszcze w moim brzuchu, mieszkaliśmy przez jakiś czas blisko bardzo dziwnego miejsca, czasami rodzą się tam dzieci, które są trochę odmienne od zwykłych ludzi. Tak było od zawsze. To nie twoja ani moja wina… tak już po prostu jest.”
„Czemu mówisz o winie mamo?”
„…”
„Mamo…?
„Śpij moja mała. Pamiętaj, kocham cię, bardzo cię kocham. I niezależnie od tego co mówią wszyscy inni, tata też cię kocha.”
„Wszystko będzie dobrze, prawda?”
„Śpij już kochanie.”
„Obiecał pan, że mnie puści wolno!”
„Ciebie?! Nigdy! Potworów nie puszcza się wolno.”
„Nie zrobiłam nic złego. Nie rozumiem czemu się pan denerwuje.”
„Dziecko, ależ ja się nie denerwuje. Wymierzam królewskie prawa w tym zawodzie nie wolno łatwo popadać w gniew, trzeba być obiektywnym. A teraz przestań się szarpać bachorze bo będzie bardziej bolało.”
„Ale przecież tamten kulawy pan mówił, że prawo nie zabrania żebrać pod bramą?”
„Bo nie zabrania.”
„Więc za co chce mnie pan ukarać?”
„Za to, że oddychasz.”
„Ale ja… nie… przecież…”
„Przestań beczeć potworku.”
„Pppprrrrzecież każdy ma ppprrawo oddychać?”
„Nie, ty pomiocie sił nieczystych. Ty masz prawo tylko umrzeć. Zamkniesz się wreszcie?!”
„Co my tu mamy? Wilcze szczenię? Tyle krwi, ale wciąż żyje.”
„Pomocy.”
„Widzę, że wciąż masz w sobie siły, dobrze, bardzo dobrze. Będziesz żyła, choćby tylko na złość im wszystkim.”
„Nie zrobiłam nic złego.”
„Wiem moje dziecko, wiem. Ale to bydło nie zawsze potrzebuje powodów.
„Co pan robi?”
„Zabieram cię stąd, gdzieś gdzie będziesz mogła dojść do siebie, a potem nauczysz się jak być im wilkiem.”
„Ale tamten pan powiedział, że prawo…”
„Dla takich jak my, moje dziecko ich prawo nie istnieje.”
- Dobrze, powiem to inaczej, jesteś wyjątkowa.
- Dasz mi wreszcie spokój?
Sevarin podrapał się w brodę udając, że myśli.
- Dobrze, na dzisiaj, ale tylko pod jednym warunkiem – oznajmił w końcu i ponownie ściągnął jej kaptur.
Zawarczała cicho. Bez nakrycia głowy czuła się naga. Już dawno temu postanowiła, że dla świata będzie miała tylko pół twarzy. Reszta nie nadawała się do upublicznienia. Blizny po oparzeniach ciągnęły się przy linii włosów na policzkach i czole, po bokach szyi, karku i poprzez znamienitą większość jej ciała, na spółkę z różnymi szramami, pochodzącymi z innych źródeł niż ogień. Szare oczy, otoczone czarnymi rzęsami, błyszczały niczym ostrza. Długie ciemnobrązowe włosy, nosiła związane w koński ogon i ukryte pod płaszczem. Teraz wysunęły się z niego i opadły jej na ramię. Wszystko byłoby jeszcze do przyjęcia, gdyby nie uszy. Nienaturalnie wydłużone i ruchliwe, pokryte futrem u nasady szaro-żółtawym, przechodzącym w środkowej części w biel zaś czarnym na końcówkach.
Sevarin dotrzymał słowa. Jednak jak zwykle niemożliwością okazało się by w jej towarzystwie nie mówił nic dłużej niż dwie minuty.
- Jak było na zamku?
- Standard. Zdaje się, że nie zmienią zbytnio grafiku straży na czas wizyty. Kiedy tylko wybadam, czy elfy nie zastosują własnych środków bezpieczeństwa, będę mogła znów pracować spokojnie. Na razie wygląda jakby bali się bardziej ataku ze strony miejscowych niż zamachu z zewnątrz – odparła opierając się plecami o ścianę. Sevarin stanął obok niej wsparty na ramieniu.
- Widziałaś księcia? – dopytywał się.
- Tak.
- Odkryłaś coś ciekawego?
- Nic z grubsza ponad to, co sam mi o nim mówiłeś. Wolałam się przesadnie nie zbliżać. Cholera wie, do czego jest zdolny. A tak… chyba boi się szczurów. Narobił paniki jak panienka, gdy znalazł jednego w pokoju. – Uśmiechnęła się na to wspomnienie. – Wskoczył na stół, wydawał się być niemal chory na sam widok. Szwargolili po swojemu, więc nic nie zrozumiałam a potem przyprowadzili mu kurtyzanę, więc się ulotniłam.
Pokiwał głową.
- Coś jeszcze?
- Fajnie wygląda bez koszulki. – Wzruszyła ramionami.
Sevarin przewrócił oczami i odgryzł kolejny kęs kurczaka, przeżuwał powoli.
- Gdy skończę… najpóźniej za dwa dni… musisz mnie wprowadzić do zamku. Najlepiej w nocy, bo potrzebna mi swoboda ruchu. Trzeba przygotować parę rzeczy zanim książę zorientuje się jak powinno, a jak nie powinno wyglądać pole magiczne w okolicy – oznajmił od tak sobie.
Niemal całkiem ogryziona kość, którą trzymała w ręku upadła na ziemię. Jej oczy wyszły z orbit, zaś uszy nagle opadły bezradnie. Przez chwilę milczała, po czym wybuchła niczym beczka prochu.
- CZYŚ TY DO JASNEJ CHOLERY CAŁKOWICIE OCIPIAŁ?
Uśmiechnął się lekko, patrząc na jej czerwoną z gniewu twarz i przyspieszony oddech. Widocznie okazja była zbyt kusząca.
- Wiesz, kiedy ostatnio tam zaglądałem wszystko było na swoim miejscu. Ale jak nie wierzysz to możesz sprawdzić sama.
Zbladła niemal do papierowej bieli w ciągu sekundy. Sama niepewna, czy z gniewu, czy ze zmieszania. Twarz nabrała wysoce skonfundowanego wyrazu, usta zacisnęły w kreskę.
- Nie ma mowy – wybąkała wlepiając wściekły wzrok w podłogę.
- Co do? – spytał wciąż lekko się uśmiechając.
- Nie zdołam cię tam przemycić. Jak ty to sobie wyobrażasz?
Kąciki jego ust powędrowały jeszcze wyżej.
- Naprawdę chcesz wiedzieć?
Pac. Sevarin zmarszczył brwi zaskoczony masując policzek.
- Hej, nic takiego nie zrobiłem.
- Bądź tak miły i trzymaj na wodzy swój drugi mózg, choć przez chwilę – syknęła.
- Sama zaczęłaś – odmruknął.
– Ciesz się, że nie wyciągnęłam pazurów. A teraz zostawmy ten żałosny temat i wróćmy do sedna sprawy. Nie ma możliwości żeby się udało. Musisz mi pokazać co i jak, a ja to zrobię.
- Nie da rady. I nie chodzi bynajmniej o to, że byś nie zrozumiała albo coś takiego. To są magiczne manipulację, fizycznie nie jesteś w stanie… – oznajmił wracając do przerwanego posiłku.
- …używać magii. Czy to na pewno konieczne?
- Bez tego cały plan szlak trafi. Pan byłby bardzo zawiedziony…
- Nie kończ – bąknęła siadając na swoim posłaniu. Objęła kolana ramionami i zatopiła niewidzący wzrok w podłodze. Jej myśli wirowały w głowie jak szalone. Usiłowała znaleźć jakiekolwiek wyjście z sytuacji.
Sevarin zamilkł koncentrując się na jedzeniu, gdyby nie była zbyt zmartwiona, ucieszyłaby się z tego. Jednak teraz, gdy wisiało nad nią widmo zawiedzionego Pana, takie rzeczy stały na drugim planie. Właściwie On nigdy jej nie groził, nie sugerował, że za niepowodzenie zostanie ukarana, jednak coś w niej głęboko wiedziało, iż takim istotom lepiej nie dawać powodu do gniewu.
- Z tego co rozumiem, w tym wszystkim chodzi o to, że elf mógłby zacząć węszyć. A gdybym tak po prostu poderżnęła mu gardło? Owszem, potrafi władać magią, ale chyba nie kiedy śpi? – spytała podnosząc się w końcu z miejsca.
- Pan nie chce tego załatwiać w ten sposób.
- Dlaczego?
- Po pierwsze jego bractwo natychmiast wysłałoby kogoś do zbadania okoliczności morderstwa. Sprawy by się skomplikowały. Jeden wścibski mag zamieniłby się w grupkę wścibskich magów, a czas jaki można na tym zyskać byłby niewspółmiernie krótki do wywołanych kłopotów - oznajmił przetrząsając torbę w poszukiwaniu czegoś jeszcze do zjedzenia. – Po drugie wyglądałoby, że Pan się go boi.
- A nie jest tak? – Uniosła lekko brwi.
- Strach a świadomość zagrożenia to dwie zupełnie inne sprawy. Książę mógłby nam poważnie zaszkodzić, jednak jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem możemy go wodzić za nos do czasu, gdy będzie już dla niego za późno.
- A jeśli coś nie pójdzie zgodnie z planem?
- To będziemy mieli kłopoty. – Wzruszył ramionami. – I tak nie bardzo mamy jak się wycofać, więc po co się martwić na zapas?
- Oczywiście, ale wciąż trzeba cię tam przemycić. I to chyba jest od teraz mój problem.
- Pan mówi, że jesteś najlepsza.
- Bo jestem. – Uśmiechnęła się krzywo. Chwilami miała wrażenie, że umiejętności z którymi się urodziła jednoznacznie wskazywały jej życiową drogę. Była wręcz stworzona do złodziejstwa.
- Na pewno coś wymyślisz, mamy jeszcze kilka dni.
- O co tutaj właściwie chodzi?
- Z grubsza, żeby im wszystkim pokazać.
- Wszystkim?
Twarz Sevarina stwardniała na chwilę. Spojrzenie nabrało złowieszczego wyrazu.
- Mój ojciec zginął walcząc za swój kraj. A teraz oni bratają się z jego mordercami. Będą ich przyjmować do rodziny. Ściskać przyjaźnie te same dłonie, które niosły śmierć ich dzieciom. Wiesz jak to się nazywa?
- Polityka?
- Zdrada.
- Czyli wychodzi na to samo. Nigdy nie zastanawiałeś się czemu bogini dyplomatów patronuje też złodziejom i prostytutkom?
Przedtem tylko przypuszczała, że musiał się uchować z masakry. Jak inaczej by się tu znalazł? Owszem mieszańce równie często zamieszkiwały ziemie ludzi jak i elfów, jednak Kamjit omijali szerokim łukiem. Atmosfera kraju była dla nich zbyt „niezdrowa”. Sądząc po jego wieku, nie wyszedł wtedy jeszcze z niemowlęctwa. „Czy to Pan go uratował? Pewnie tak, jak mnie. A potem wychował, chociaż właściwie wychowaniem nie da się tego nazwać, ale robił co mógł by mnie chronić.” Dobrze pamiętała dzień, gdy mając piętnaście lat nie zdołał zapanować nad kamuflażem i zmieniła kolor na środku rynku. Tylko interwencja Pana uchroniła ją przed linczem. „Chyba ja i on mamy z sobą więcej wspólnego niż myślałam.”
- Jeśli się nam uda, Valino, to będzie coś wielkiego. Coś czego oni wszyscy prędko nie zapomną – powiedział Sevarin patrzył na nią z powagą.
- Owszem, ale czy warto ryzykować?
- Widziałaś ten kraj wzdłuż i wszerz. Wiesz jak to wygląda, doświadczyłaś tego, niewolnictwo, uprzedzenia, dyskryminacja, bandyckie zachowania żołnierzy. Nigdy nie chciałaś skończyć z tą tyranią?
- Tyranią? Mówisz jakby to co robimy było jakimś szczytnym celem.
- A nie jest?
- Nie wierze w szczytne cele i wzniosłe uczucia. Dla mnie istnieją tylko emocje, jak strach czy złość i potrzeby, głód, pożądanie. Jestem tu bo Pan mnie wezwał – oznajmiła krzywiąc się lekko.
- Realistka, co? Ideały istnieją. Jeszcze zobaczysz – rzekł lekko.
- Na razie chciałabym zobaczyć jak ten wasz plan się udaje. – odparła z krzywym uśmiechem.
- Zapewniam, że to będzie wspaniały widok – stwierdził z rozmarzeniem.
- Taaa… tylko najpierw trzeba cię wprowadzić do zamku, a to nie jest nic – bąknęła ponownie siadając na swoim posłaniu.
Słyszała jak podszedł i przycupnął obok.
- Hej, nie przejmuj się tak. Jesteś przemęczona, nie spałaś od dobrych trzydziestu godzin, to normalne, że jesteś zniechęcona i rozdrażniona. Jak się zdrzemniesz, od razu coś ci wpadnie do głowy.
Podniósł rękę by dotknąć jej twarzy jednak odsunęła się.
- Wątpię, ale warto spróbować – westchnęła i spojrzała na niego znacząco. – DOBRANOC.
- Jak sobie chcesz. Miłych snów – oznajmił, nie zdążyła odskoczyć na czas zanim nie zmierzwił jej włosów łagodnym gestem. Wstał płynnym ruchem i zaczął ponownie grzebać w torbie poszukując jedzenia.
Zakopała się w pledach i odwróciła twarzą do ściany. Mimo iż była wyczerpana, sen nie nadszedł szybko. A gdy już przybył wypełniały go płomienie i śmierć.
* tłumaczenie piosenki Saajanji Ghar Aaye z filmu Kuch Kuch Hota Hai