Gildia Miłośników Fantastyki

Opowiadania Opowiadania

Uroczysko cz.3

mroczek ·

Razjel z uwagą przyglądał się pelerynie, sprawdzając stan wszytych w nią symboli.
- Rozumiem, że nie zamierzasz zrezygnować? – Głos Premala był ostrzejszy niż zazwyczaj.
- Przydałoby się rozeznać w sytuacji. Jak to wygląda z ich strony, jak bardzo naprawdę im zależy, co myślą? Wiemy, że mają mieć dzisiaj jakąś naradę. Lepsza okazja może się nie nadarzyć. A nikt poza mną nie umie tego obsługiwać – odparł książę.
- A jak cię złapią?
- Niby w jaki sposób?
- Cień. Twoje ciało zniknie, ale co z cieniem? – spytał żołnierz, składając dłonie na piersi. Choć teoretycznie nic im nie groziło, kapitan straży nosił pod tuniką cienką, mithrilową koszulkę. Rozumiał z kim mają do czynienia. Dotąd poprawne stosunki pomiędzy nimi a gospodarzami mogły się bardzo łatwo popsuć. W tej sytuacji każda informacja była na wagę złota. Chociaż po to, by wiedzieć, w co się właściwie pakują.
„On może mieć rację. Mógłbyś to jeszcze przemyśleć.” Odezwał się Kiratan.
„Wiem co robię.” Odparł w myśli książę, po czym przemówił głośno.
- Przy odpowiedniej kontroli nad peleryną, mogę jego też uczynić niewidzialnym. Na upartego, mógłbym nawet przeniknąć przez ścianę.
- Nawet nie próbuj. Obiecałem twojej matce, że bezpiecznie przeprowadzę cię przez to wszystko, choćbyś nie wiem jak wierzgał, zrzędził, dąsał się i szukał kłopotów. Mam zamiar dotrzymać słowa. Więc jeśli chcesz wypróbować nową zabawkę, to nie jest czas ani miejsce.
Tym razem to Razjel się zdenerwował.
- Dla twojej wiadomości, używałem już tej peleryny kilka razy. Poza tym spędziłem dwanaście lat, przetykając ją czarami, testując w różnych warunkach wszystkie jej komponenty. Jedyne co mogłoby zawieść, to tylko ja. Aż tak niskie zdanie masz na temat mojej magii?
Przez chwilę stali, mierząc się wzrokiem. W końcu to wojownik spuścił głowę.
- Jeśli w jakiś sposób utkniesz w ścianie, jak mam to wytłumaczyć twoim rodzicom? – spytał.
„No właśnie? Co on ma powiedzieć twojej matce, a ja twojemu ojcu?”
„Na wszystkie inkantacje rytuału oczyszczenia. Czy trochę wiary we mnie i wspierająca postawa to dla was obu za dużo?”
„Co ci po naszym wsparciu, jeśli będziesz leżał sześć stóp pod ziemią? Ktoś tu musi być rozsądny.”
„Jestem rozsądny. Nigdy nie zostałbym sudhirem, gdybym nie był rozsądny. A ty siedź cicho, bo cię tu zostawię i pójdę sam.” Uciął, blokując kontakt z mieczem, by móc się całkowicie skoncentrować na pelerynie. „Doprawdy, zazwyczaj po dwunastym roku życia wyrasta się z niani. Dlaczego ja dalej muszę to znosić? I to jeszcze po jednej od każdego z rodziców.”
- Nie utknę w ścianie. Nie po to przez sto lat do upadłego ćwiczyłem zaklęcia, żeby teraz zrobić tak głupi błąd – powiedział, zarzucając na ramiona błękitną pelerynę. Była odrobinę za długa, tak, że płożyła się po ziemi. Założył kaptur i zaczął powoli zaciągać sznurki. Robił to niezwykle starannie, w ściśle określonej kolejności.
- A pamiętasz: „Jestem już duży, nie wpadnę do fosy” ?
- Dałbyś mi z tym wreszcie spokój. Miałem PIĘĆ lat. Trochę się od tego czasu zmieniło, jakbyś nie zauważył. Kogo postawiłeś pod drzwiami? – rzekł książę jeszcze raz, sprawdzając pelerynę.
- Tristiela i Leonela, znają cię dość dobrze, by nie pytać o nic – odparł Premal, opierając dłoń na swojej klatce piersiowej.
- Wspaniale – skwitował Razjel. Pewny, że wszystko jest jak trzeba przywołał Energię. Jego oczy zajaśniały błękitem, zaś peleryna powoli, poczynając od stóp, zaczęła znikać.
- W porządku? – zapytał strażnik, gdy niewidzialność okryła już całego maga.
- Tak.
- No to idź, tylko uważaj na siebie.
Premal nacisnął klamkę i zamaszystym gestem otworzył drzwi. Razjel wymaszerował szybkim krokiem, peleryna wyciszała jego ruchy. Każda, nawet najdrobniejsza czynność wymagała teraz od księcia pełni koncentracji, przynajmniej dopóki nie wpadł w rytm. Kapitan straży wyszedł za nim i zamknął drzwi.
- Książę życzy sobie spokoju. Chce oddać się medytacji. Nikt nie może mu przeszkadzać aż do obiadu – powiedział głośno i wyraźnie, tak, aby przechodzące obok dziewki służebne nie uroniły ani słowa. Znając życie, cały zamek będzie wiedział już za pół godziny. Elfowie zasalutowali i stanęli po obu stronach drzwi.
W tym czasie książę schodził już po schodach. Przeszedł przez hol, niemal wpadając na grupkę mężczyzn. Tropiciele zapewne niedawno wyszli od króla. Razjel trochę żałował, że zgodził się na polowanie, w końcu nie uznawał czegoś takiego jak zabijanie zwierząt dla przyjemności. Jednak potrzeba wyrwania się z zamku była silniejsza. A oficjalnym celem miało być zdobycie mięsa na przyjęcie weselne. Na taką propozycję mógł więc przystać.
Poszukując sali zgromadzeń, przeszedł przez trzy pietra, mijając zakrzątaną służbę. Przygotowania do ślubu szły pełną parą. Na najwyższym piętrze, w wielkiej sali zwieńczonej imponującą jak na panujące w kraju standardy architektoniczne kopułą, już zaczęto ustawiać ołtarz Preity, na którym miały się odbyć zaślubiny.
Piętro niżej książę wreszcie znalazł to, czego szukał. Rycerską sale zebrań. Wyraźnie słyszał głos króla zza wielkich, dębowych drzwi.
- Nie życzę sobie żadnych wybryków w czasie polowania. Na razie wszyscy są zadowoleni i niech tak zostanie.
- Czy to prawda, że nie wolno nam będzie strzelać wilków? – spytał któryś z rycerzy.
- Tak, chyba, że zamierzasz tego wilka zjeść. Elfy nie uznają polowania, które nie jest uzasadnione zdobywaniem pożywienia czy odzienia – odezwał się ktoś, Razjel podejrzewał, że był to główny kapłan Acyutanandy, doradca królewski.
Książę położył obie dłonie na drewnie, przylgnął do niego całym ciałem i przywołał kolejne zaklęcie. Ogniwo magicznych znaków wyhaftowanych na pelerynie zostało uaktywnione. Przez chwilę Razjel czuł się dziwnie rozerwany, jakby nie był już jednością, lecz tysiącem małych cząstek. Zamknął uprzednio oczy. Gdy rzucał to zaklęcie za pierwszym razem, nie zrobił tego i gdyby nie obecność w pobliżu jego mentora, nawarzyłby sobie większego piwa niż był w stanie wypić. Jednak z drugiej strony, zamykając oczy ryzykował, że zaraz po przejściu zderzy się z kimś lub czymś. Tak też się stało.
Jego wyciągnięte dłonie natrafiły na żywą, niezwykle ciepłą skórę. Jako że nie mógł przerwać procesu i musiał iść do przodu, chwilę potem wpadł na kogoś całym sobą.
Drobne, nagie, kobiece ciało znalazło się tuż obok, niemal wtulone w jego samego. Wyraźnie wyczuwał krągłości we właściwych miejscach. Jego obie dłonie przesunęły się w dół po wątłych czyichś ramionach, ani śladu ubrania. Na chwilę zamarł zaskoczony, jakimś cudem nie stracił jednak kontroli nad zaklęciem i peleryną. Kilka sekund trwali tak obok siebie, oboje skamieniali. Gdy zaczął unosić powieki, kobieta nagle wyrwała mu się, ku jego wielkiemu zdziwieniu, zrobiła to całkowicie bezgłośnie.
Nie zaprzątał sobie głowy zastanawianiem się, co na naradzie robi goła kobieta. W końcu jego gospodarze mieli rożne dziwne zwyczaje. Uporczywie rozważał czy lepiej się ujawnić, uśmiechnąć i zacząć wyjaśniać całą sytuację, czy też dalej udawać, że go tu nie ma. Otworzył oczy. Oniemiał po raz drugi.
W pomieszczeniu nie było żadnej kobiety. Co więcej, w promieniu dwóch metrów od niego nie było niczego poza drzwiami. Trzydziestu mężczyzn razem z królem siedziało przy stole jak gdyby nic się nie stało, sprzeczając się o to, czy naganianie turów to zbyt wielki wysiłek jak na okazje, czy też wręcz przeciwnie.
„Kiratan?”
„Mhm?”
„Ona tutaj była, prawda?”
„Niech mnie przetopią na sztućce, jeśli nie. Poza tym ona dalej tutaj jest. Idzie do okna.”
Razjel jeszcze raz dokładnie rozejrzał się po pomieszczeniu. Wciąż nie dostrzegał żadnej kobiety. Co więcej, był pewny, że nikt w pomieszczeniu też jej nie widzi. Z drugiej strony miecz bardziej wyczuwał świat, niż „patrzył” na niego we właściwym znaczeniu tego słowa.
„Kobieta…? naga…?”
„Jak ją natura stworzyła i powiedziałbym, że to bardziej dziewczyna niż kobieta.”
„Idzie do okna?”
„Nie, teraz już w nim siedzi.”
„Nie wyczuwam w pobliżu żadnej magii. Nikt jej nie widzi. Jak to niby jest możliwe?”
„Ty tu jesteś sudhirem, ty mi powiedz.”
Sfrustrowany elf fuknął pod nosem i ruszył do okna, uważając by nie zbliżyć się zanadto do pochłoniętych rozmową rycerzy. Jego wzrok spoczął na podłodze, zatrzymał się, patrząc na plątaninę cieni. Nie widział absolutnie nic podejrzanego, jednak jeśli zachowało się ostrożność i dość głęboko skryło za zasłoną, można było ukryć nawet i ten przejaw swojej obecności.
„Jak się dowiem, że robisz sobie głupie żarty moim kosztem, przetopie cię na te sztućce, przysięgam. A teraz mów czy mnie widzi?”
„Widzieć, to może nie widzi, bo nie patrzy prosto na ciebie, ale wyraźnie wie, że się zbliżasz… węszy, może to stąd wie. Właśnie wyszła za okno.”
„Skoczyła?”
„Nie, przykleiła się do ściany.”
„Miałeś nie robić sobie ze mnie żartów.”
„NIE ROBIĘ!”
Razjel dotarł w końcu do celu. Okiennice były otwarte na oścież. Wychylił się i rozejrzał. Poczuł jak zimny pot spływa mu wzdłuż kręgosłupa. Cień. Drobny, rozmazany cień przesuwał się po murze. Niebo było czyste, żadnej chmury czy ptaka, który mógłby go rzucać. Gdyby jednak źródłem była jakaś osoba, to wspinałaby się teraz wzdłuż ściany w kierunku najbliższego, otwartego okna. Tyle, że nikogo takiego też nie dostrzegał. Wykonał delikatny ruch ręką, pobudzając Energię. Nie widząc dokładnie kobiety, uderzył obszarowo, telekinetycznie. Nie mógł tego zrobić w sali ze względu na króla i rycerzy. Cień zachwiał się i zaczął gwałtownie spadać. Przez chwilę dostrzegał nieregularny kształt o barwie bardzo zbliżonej do otoczenia. Cokolwiek to było, zmieniało kolor tak szybko, iż nie zdążył nawet dokładnie rozróżnić konturów. Cień przestał opadać dwa piętra niżej. Jakby kobieta zdołała się złapać muru. Zanim zdążył ponownie zaatakować, zniknęła w jednym z otwartych okien. Zaniepokojony książę stał jeszcze chwilę w miejscu.
„Na wszystkie święte księgi Pravina. Co u licha?”
„Nie wiem czy to ważne, ale miała coś z uszami.”
„Długie jak u elfa?”
„Nie, ale coś było z nimi nie tak, nie umiem powiedzieć dokładnie, była taka…rozmyta. Otaczała ją warstwa jakiejś dziwnej, pierwotnej energii, nigdy jeszcze się z czymś takim nie spotkałem. Niesamowita… piękna.”
Razjel westchnął. Kusiło go by ruszyć w pogoń za cieniem, jednak miał dziwne wrażenie, że równie dobrze mógł szukać wiatru w polu. Zamiast tego, zajął się właściwym celem swojej eskapady.
- Nie rozumiem, po co cackamy się z nim jak ze świętą krową, skoro nawet nie jesteśmy pewni, czy zdoła zapanować nad uroczyskami – stwierdził Wulgar, rycerz, którego Razjel zdążył sobie zapamiętać jako kumpla od głupich żartów Grubba.
„Co? Ograniczają przysługującą mi eskortę do jednego oddziału straży. Każą znosić trofea na ścianach, szczury w pokojach, fatalne warunki sanitarne i ich niewybredne poczucie humoru. Ale to ja tutaj jestem święta krowa, tak?” Oburzył się książę.
- Nie, ale wedle stanowiska Kryształowej Wieży jest w stanie poskromić zło pogrzebane pod elfickim zamkiem, a to powinno wystarczyć – odparł arcykapłan, starzec zasiadał po prawicy króla.
- Skąd pewność, że to uciszy aktywność uroczysk? Przecież to one są źródłem naszych problemów, nie zamek – dodał inny rycerz.
- Nie ma jej, ale to wszystko zaczęło się po tym, jak pozbyliśmy się elfów z twierdzy. Poza tym, biorąc pod uwagę, co spotkało Anataros i mojego syna, nie mamy już wiele do stracenia – stwierdził król, miał wyjątkowo ponurą minę.
Razjel zmarszczył brwi. Według oficjalnych informacji Ham IV Edgar, królewski pierworodny, zginął na polowaniu. Dziedziczenie przeszło na jego brata bliźniaka, Hawetha, który urodził się dwie godziny później i jak dotąd był przyobiecany bogom. Podobno otrzymał święcenia tuż przed tragiczną śmiercią następcy tronu i miał zjawić się na dworze, gdy tylko zakończy przepisowy okres osamotnienia. Widocznie ta wersja odbiegała od rzeczywistości i to dość daleko. Imię, lub nazwa Anataros za to zupełnie nic Razjelowi nie mówiło.
„Wiedziałem, że coś ukrywają.” Stwierdził w myśli uradowany.
- Przecież według podań, w królestwie i okolicach pogrzebano wielu magów Szkarłatnego Księżyca, zaś elfowie strzegli miejsca pochówku tylko jednego? No i uroczyska były tu zawsze, nawet zanim oni wściubili swoje długie uszy za granice terenów należących do ich rasy.
- Tam pochowano największego z nich, przywódcę Szkarłatnych arcymagów. Ci, którzy leżą w zwykłych kopcach, to tylko akolici. Może i znali się trochę na czarach, jednak jak umierali to umierali. A jeśli chodzi magów i arcymagów, to nie jest takie proste. Mówi się, że gdy Kryształowa Wieża dopadała jakiegoś wyżej postawionego w hierarchii Szkarłatnych, to zabijano go w rytualny sposób, zawsze ostrzem, nigdy za pomocą czarów – mówił arcykapłan, najbardziej uczony z nich wszystkich. – A nad trupem odprawiano jakieś rytuały, aby potwór nie powstał z martwych. Co do samych uroczysk, to w starych pismach wyraźnie jest powiedziane, że przeklęte zagajniki i wyrodzeńcy, ich plugawe dzieci, służyły w jakiś sposób Szkarłatnym. Takie są fakty, może książę wie coś więcej, jednak zanim nie zostanie z nami związany, lepiej o niczym go nie informować. Nie chcemy tu przyjacielskiego najazdu elfów, wysoce „zatroskanych” o nasze bezpieczeństwo.
Razjel uśmiechnął się zimno.
„Ciekawe skąd to wszystko wiedzą? Może łaskawie odgrzebali poprzedni traktat, uznający nasze roszczenia do Twierdzy i okolicznych wsi? Ten, który szesnaście lat temu bezczelnie złamali. Chcą żebym sobie poradził z uroczyskami. Chyba się rozczarują. Ich natura to dla mnie taka sama zagadka, jak dla nich. Gromadzą w sobie zbyt wiele dzikiej mocy. Tylko Szkarłatni byli dość szaleni, by próbować je kontrolować. Podobno też nie do końca im się udawało, ale gdyby mieli jeszcze tysiąc lat… Cóż, to nie my pierwsi podnieśliśmy na nich rękę. Zaatakowali, więc się broniliśmy.” Stwierdził w myśli.
„Nie rozśmieszaj mnie, dobrze wiesz, że w pewnym momencie to przestało być obroną, a stało się regularną masakrą. Twoi przodkowie zajmowali się masowym ludobójstwem, książątko. Widziałem, to było w umyśle twego pradziada, gdy przejął mnie wraz z tronem. Biedak naoglądał się takich rzeczy, że do końca życia budził się z krzykiem w środku nocy.” Wtrącił Kiratan. Razjel westchnął w duchu. Miecz widocznie nigdy nie zamierzał nauczyć się przestrzegania zasady prywatności myśli.
„A niby jak mieli się upewnić, że ich plugawa sztuka nie powróci? Prowadzili eksperymenty, zagrażające podwalinom naszego świata. Kto wie, do czego by doszli?”
„I to powód by palić żywcem ich dzieci? Tak bardzo bulwersuje cię to, że król ściął margrabiego Theobalda razem z jego rodziną i dworem, ale tamto było w porządku? Zabijanie wszystkich wyrodzeńców, nawet bez dowodu, że są skażeni przez jakiś rytuał?”
„O co ci właściwie chodzi?”
„O to, że nic nie jest czarne lub białe. Twoi przodkowie, rozprawiając się tak bezlitośnie z wrogiem, mieli sporo racji. Szkarłatni uprzednio rozbili i doszczętnie wybili cztery inne bractwa magów, zagarniając ich wiedzę. Na potrzeby swoich rytuałów mordowali małe dzieci, czasami nawet dziesiątkami. Owszem, w porównaniu z tym, przewinienia Wieży wydają się być kroplą w morzu. Jednak, jeśli cel nie uświęcał środków w jednym przypadku, to czy tak samo nie powinno być i w drugim? Co tak naprawdę było mniejszym złem?”
„Jak dalej tak będziesz zrzędził, to przetopie cię nie na sztućce, ale na zdobienia okładki podręcznika filozofii.”
„Bardzo śmieszne. A tak na marginesie, skąd pewność, że oni nie maja racji i ich problemy z uroczyskami nie wiążą się z twierdzą?”
„Po pierwsze, minęło dopiero szesnaście lat. Za mało czasu, nawet dla Niego. Dopiero za jakieś sto lat moglibyśmy się zacząć martwić. Poza tym, owszem, Szkarłatni mieli JAKIŚ wpływ na uroczyska, ale zazwyczaj kończyło się to tym, iż umieli na nie wprowadzić wojska i je wyprowadzić tak, że nikt nie stracił życia lub zdrowych zmysłów ani nie dostał dodatkowej kończyny. A oni chyba mają na myśli coś większego.”
„Przekonamy się wkrótce.” Skwitował Kiratan i tym razem książę przyznał mu rację.
---------------
Minęło ponad pół dnia, a ona idąc przez kanały wciąż się trzęsła. Potknęła się, mimo iż znała tą ścieżkę na pamięć. „Moje cholerne szczęście. Pokój był wielki, ale on musiał wyleźć akurat tam gdzie stałam.” Od dawna jej nerwy nie zostały wydane na tak poważną próbę. Wolała nie myśleć, co by było, gdyby straciła kontrolę nad kamuflażem. „Szczęście, że nie mógł nic zrobić, żeby się samemu nie zdemaskować. Tak czy inaczej, trzeba zdwoić czujność.”
Poza tym, bliskie spotkanie niosło ze sobą jedną nieoczekiwaną korzyść. Valina dowiedziała się, że książę ma pelerynę niewidkę, ponadto ustaliła gdzie ją trzyma. I jeżeli nie zamierzał jej zabrać na polowanie, to miała już sposób by wprowadzić Sevarina do zamku.
Kryjówka była blisko. Weszła do korytarza, gdzie nie docierało już żadne światło. Oparła dłonie o ściany by nie upaść. Czuła się wyjątkowo słabo. Praca na najwyższych obrotach zaczynała się jej dawać we znaki. W pewnym momencie musiała stanąć nie mogąc złapać tchu.
Po chwili zamarła, czując jak żołądek podchodzi jej do gardła. Może to jednak wcale nie było przepracowanie? Zapach śnieżycy przepełniał korytarz. Z mroku przed nią bił chłód. Zrobiła nieśmiały krok, jednak straciła równowagę i upadła. Strach i ból spotkania z kamiennym podłożem sparaliżowały ją. Drżąc jak w febrze, skuliła się na podłodze. Zimno, niczym macki, otaczało jej ciało. Miała wrażenie, że lodowata ręka delikatnie przesłania jej oczy, zmuszając powieki do zamknięcia się. Z narastającą paniką zrozumiała, że nie oddycha. I choćby nie wiem jak się starała, nie mogła nabrać powietrza do płuc.
„Uspokój się, moje dziecko. Odpocznij, poczekaj tutaj chwilę.”
Głos dobiegał z daleka, niczym szept zza granicy życia i śmierci. Jej ciało protestowało, duch wiedział, że i tak na nic się to nie zda. Przewróciła się na plecy. Oczy nie widziały nic poza ciemnością. Pogrążyła się w pustce bezsilna i bezwolna.
Jedyne co odbierała, to dźwięk. Cichy szum ziaren piasku sunących po szkle. Znała ten odgłos, aż za dobrze i przerażał ją on tak samo jak czary.
Nagle mrok przeciął blask. Przez kilka sekund czuła pod sobą miękki dywan mchów, widziała smugi księżycowego światła przenikające między listowiem prastarych drzew oraz parę błyszczących ślepiów. Wielki wilk pochylał się nad nią, ze spokojem zaglądając w jej twarz.
„Spójrz.”
Powiedział nieznany, przyjazny głos istoty, której płci nie była w stanie rozpoznać. Był czymś pomiędzy mową kobiety a chłopca przed mutacją. Błyszczące ślepia pochłonęły ją do miejsca pełnego mgieł.
Widziała twarz Sevarina, daleką jakby po drugiej stronie lustra wody. Chłopak pochylał się nad stołem. Włosy miał posklejane potem, który spływał obficie po jego policzkach. Z nosa, oczu i uszu ciekła mu krew, oczy jarzyły się czerwonym światłem, jak zawsze, gdy używał magii. Pochylał się nad stołem i w dużym moździerzu z czarnego, błyszczącego kamienia rozcierał coś. Obok stały słoiki, w których uprzednio przechowywał kawałki noworodków oraz urna z zamknięciem w kształcie głowy węża. Była pusta. Nieopodal znajdował się mniejszy moździerz z gęstym, pomarańczowym płynem. Salamandry ze słoja zostały uśmiercone, teraz pływały w jakiejś czarnej zupie, o której rozpaczliwie nie chciała nic wiedzieć. Wszystkie te mikstury miały w sobie coś złowieszczego, jednak nie to było najbardziej przerażające. Serce Valiny niemal zamarło, gdy dostrzegła, co dotykało ramienia nastolatka.
Czubki palców z widocznymi paznokciami, ciało do tego stopnia przezroczyste, że widać było kość. Mrok za plecami półelfa był gęsty, jedyne co jeszcze mogła dostrzec, to oczy. Wysoko położone, tak że ich właściciel musiałby mieć niemal dwa metry wzrostu, czerwone jak rubin zdobiący szyję królewny Vinayi.
„Spokojnie. To ostatnia faza, wszystko musi być dobrze zmieszane. Żaden z komponentów nie ucieknie. Pośpiech jest największym wzrokiem magicznych manipulacji.”
- Tak panie – wyszeptały suche wargi, młodzieniec poświęcał wiele uwagi każdemu ruchowi dłoni. Postać za nim czujnie kontrolowała jego poczynania. - Valina może zaraz wrócić.
„Zatrzymałem ją w korytarzu. Będzie spała jakiś czas. Spróbuj ją trochę uspokoić, zbytnio się tą sytuacją denerwuje. Przez to chyba trochę za ostro zareagowała na moje działania.”
Sevarin docisnął rękojeść moździerza. Jego spojrzenie zatrzymało się na czarnej zupie.
- Ona bardzo boi się magii.
„Ich krew jest wrażliwsza pod tym względem od ludzkiej.”
- Ile ona właściwie wie? O sobie, o swoim dziedzictwie? – spytał pociągając nosem, kilka kropelek krwi z jego twarzy spadło na stół.
„Tyle, ile konieczne, by mogła sprostać stawianym przed nią zadaniom. Zbyt dużo informacji mogłoby jej teraz niepotrzebnie namieszać w głowie. Gdy nadejdzie właściwy czas, powiemy jej wszystko.” Odparł głos, tym chłodnym tonem, który zawsze przerażał ją do szpiku kości.
- Jeśli dożyje – mruknął półelf.
„Nie obawiaj się. Wszystko zmierza w dobrym kierunku.”
- Czy to na pewno będzie konieczne? A jeśli się pomyliliśmy?
„Wątpisz w zasadność mojego postanowienia?” Zdanie było niczym nóż, przecinający powietrze. W głębi duszy podziwiała Sevarina, na jego miejscu zapewne padłaby już na kolana, błagając o przebaczenie.
- Nie. Ale… może dałoby się jakoś inaczej… w końcu to jedyny wyrodzeniec, jakim dysponujemy. Ba, jedyny, który w ogóle żyje. Nie wiadomo, kiedy urodzi się następny i czy zdołamy go przechwycić. Jej strata znacznie opóźniłaby realizacje planów długoterminowych.
„To ryzyko, z którym niestety trzeba się liczyć.”
- Nawet, jeśli jakimś cudem nie zabiją jej z miejsca. Skąd pewność, że podoła nowemu wyzwaniu? Kat królewski jest naprawdę pomysłowym człowiekiem – dopytywał się Sevarin.
„Valina jest twardsza niż wygląda. Wie, że są gorsze rzeczy niż ból fizyczny.”
- A czynnik psychologiczny? No i magia.
„Ona nienawidzi ludzi z żarliwością bardziej demona niż człowieka. Szybciej skona niż zrobi cokolwiek by im pomóc. Magia z kolei, działa na wyrodzeńców inaczej niż na wszystkie inne istoty. Zanim książę odkryje różnicę, pojmie jej istotę i zmodyfikuje odpowiednio swoje metody, będzie już po wszystkim. Poza tym, przecież istota planu nie polega na jej działaniu, lecz na samej obecności. Nawet jeśli ją złamią. Po to jest izolowana od ważnych informacji, by nie dowiedzieli się nic nowego. Wciąż masz wątpliwości, co do sensowności moich decyzji?”
Sevarin skrzywił się. Valina zaczęła głęboko żałować, że jej ojciec kiedykolwiek spotkał jej matkę.
„Więcej wiary w nią.”
- Ja tylko… wolałbym jej tego nie robić – oznajmił młodzieniec, kończąc pracę. Wolnym ruchem dłoni odłożył moździerz na miejsce. Jego oczy powoli gasły, odsłaniając złote tęczówki pełne zmęczenia i bólu. Zachwiał się i gwałtownie oparł o stół by nie upaść.
„Dobrze, wszystko jest tak jak powinno. Teraz odpocznij. Czeka cię jeszcze dużo ciężkiej pracy.” Po tych słowach Valina poczuła, że odpływa. Piwnica stała się coraz bardziej odległa. Szalone barwy zatańczyły jej przed oczami. Gdzieś w oddali zalśniły wilcze ślepia.
„Pomyśl. Zrozum.”
Powiedział bezpłciowy głos.
Ocknęła się, szczękając zębami. Przez chwilę nie mogła się podnieść. W końcu zebrała się w sobie na tyle, by stanąć na chwiejących się nogach. Kolana dalej miała miękkie niczym galareta.
---------------
- Ćsiii… grzeczne pieski – jej szept zlewał się z szumem wiatru. Pałacowe burki znały ją bardzo dobrze i nigdy nie sprawiały jej kłopotów. Jednak dla Sevarina mogły się okazać mniej łaskawe. Dlatego bawiła się z nimi od ponad godziny, dając wspólnikowi dość czasu na przejście z bramy do zamku. Siedziała pod murem, obok kręciło się kilka psów strażniczych, które spuszczano po zamknięciu bram. Kamuflaż skutecznie skrywał ją przed maszerującymi ponad jej głową strażnikami.
Zawsze łatwiej nawiązywała kontakty ze zwierzętami niż z ludźmi. Podziwiała je. Nie komplikowały sobie życia uczuciami wyższymi. Po prostu istniały. Tak jak ona sama próbowała od dwunastu lat, jednak nie umiała zaznać w tym spokoju. Chwilami tak rozpaczliwie chciała nie myśleć. „Na co ty właściwie czekasz? Powinnaś była odejść już dawno temu.” Stwierdziła. „Gdzie?” Zapytała chwilę potem samą siebie. „Gdziekolwiek. Są inne kraje, inni ludzie. Czy to coś zmieni? Tam patrzą na niektóre sprawy w mniej fanatyczny sposób. Może nie pokochają cię, ale też nie będą próbowali z miejsca zabić. A jak niby miałabyś się utrzymać? Złodziei nigdzie nie lubią. Możesz polować. Wiesz, że jesteś bardzo dobrym myśliwym. Znasz las, umiesz podejść zwierzynę jak nikt inny, masz celne oko i pewną rękę. Dobrze, przyjmijmy, że gdzieś osiądziesz. Okoliczni mieszkańcy będą nieufni, ale w końcu cię zaakceptują. Może nawet zdołałbyś założyć rodzinę.” Coś głęboko w jej sercu skurczyło się boleśnie przy słowie rodzina. „Brzmi pięknie, prawda? Tylko wtedy znowu przyjdzie susza, powódź albo inny kataklizm. Ludzie będą cierpieć i zaczną szukać winnego. Ot tak sobie, by wyładować gniew, zagłuszyć ból. Nie będzie ich obchodziła zasadność oskarżeń czy dowody, byleby kogoś ukarać. Wiesz gdzie ich zaprowadzi to polowanie na czarownice, prawda? Raz ci nie wystarczy? Koniecznie chcesz powtórki z rozrywki?” Drgnęła gwałtownie, tknięta tą myślą. Psy zapiszczały jakby chciały zapytać co się stało.
- Ćsiii… wszystko w porządku – przemówiła ciepłym tonem. – Po prostu tracę resztkę zmysłów. Wszystko w porządku.
„Masz zadanie do wykonania, Valino.” Upomniała sama siebie. „Więc odłóż te żałosne rozważania na kiedy indziej.” Jeszcze dobre piętnaście minut bawiła się z psami. Potem wstała i skierowała się do głównego holu. Sevarin miał dość czasu, by przemknąć się do wnętrza zamku. Trochę martwiła się o niego. Od ostatniej wizyty Pana zbladł i wychudł, wydawał się być nieustannie zmęczony, nie jadł i krwawił. Ten ostatni fakt ukrywał przed nią. Dość nieudolnie, ale doceniała same próby. Nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła go lubić. Co prawda dalej doprowadzał ją do wściekłości, jednak stwierdziła, że gdyby stało mu się coś złego zmartwiłoby ją to. Może nie płakałaby, ale humor by się jej na pewno popsuł.
Wyczuła jego zapach w głównym holu. Od kilku dni pocił się jak mysz, więc nie było to zbyt trudne, zwłaszcza dla niej, obdarzonej węchem godnym drapieżnika. Chwilę stała w miejscu, usiłując go dokładniej zlokalizować. W końcu się jej powiodło. Wszedł w jeden z bocznych korytarzy.
- Sevarin?
- Jestem, jestem. Usunąłem się z holu, bo jeszcze przed chwilą kręciła się tam Annake.
- Rozpoznałeś ją?
- Może i nie cenisz zbyt wysoko mojej inteligencji, ale bez przesady. Na dworze są tylko dwie półelfki i to dość łatwe do rozróżnienia. Wyglądała na bardzo zdenerwowaną. Towarzyszyło jej kilka służek. Chyba kogoś szukały.
- Znowu?
- Co znowu?
- O tej porze wszystkie królewny powinny już być w wieży, ale czasami… ostatnio coraz częściej Lunaris zdarza się gdzieś zabłąkać. Sprawia wtedy wrażenie bardziej zagubionej niż zwykle.
- Więc?
- Nie przejmujmy się tym. Mam tu chyba coś do zrobienia.
- Jak uważasz – stwierdził, po czym poczuła jego dłoń na ramieniu. – To żebym się nie zgubił. Niewidzialność działa w obie strony, wiesz?
Poprowadziła go do schodów, potem na najwyższe piętro. Zamek tonął w ciemności i ciszy. Większość mieszkańców była na polowaniu, straże spacerowały głównie po murach, znaczna cześć służby już spała, ci, którzy wciąż czuwali, zgromadzili się zapewne w kuchni.
Sevarin chciał się znaleźć w miejscu, gdzie miały się odbyć zaślubiny. Ołtarz przygotowano na najwyższym piętrze. W przestronnej sali przeznaczonej na ważne uroczystości. Prowadziły tam dwa wejścia, jedno reprezentacyjne, odchodzące od głównego korytarza, drugie dyskretniejsze, boczne.
Weszli do sali od strony głównego korytarza, który w tym miejscu biegł równolegle do wejścia. Nie było tam drzwi, tylko łuk wysokości dwóch przeciętnych mężczyzn i tak samo szeroki. Valina otworzyła usta, by poinformować swego towarzysza, że ołtarz już stoi, ale ławy dla gości nie zostały jeszcze przyniesione, jednak zamarła z na wpół otwartymi ustami.
Tuż przed podwyższeniem stała drobna postać w zwiewnej błękitnej sukni. Ze swego miejsca widzieli tylko zarys spódnicy i burzę czarnych włosów. Sevarin wpadł na Valinę i zatrzymał się równie zaskoczony jak ona. Szybko odsunęła się od niego, pamiętając, że gdy używa kamuflażu, jest naga.
- Co robimy? – spytał szeptem półelf.
- Czekamy, w końcu tu po nią przyjdą – odparła. W głuchej ciszy, jaka panowała w pomieszczeniu, Valinie wydawało się, iż każde ich słowo musiało dotrzeć do Lunaris, lecz odległość była znaczna, a półelfka jak zwykle nieobecna duchem.
Chwytając Sevarina za dłoń, złodziejka wkroczyła do sali i ustawiła się razem z nim pod ścianą. Minuty ciągnęły się jak godziny. Nie była w stanie powiedzieć, jak długo to trwało. Królewska wychowanka nawet nie drgnęła. Stała tak w bezruchu, patrząc na okryty skórami świętych krów, zwierząt poświęconych bogini, ołtarz Preity, bogini miłości, patronki rodziny, małżeństwa oraz medycyny. W końcu zadźwięczały kroki w korytarzu.
- Poszukajcie w pomniejszych komnatach, ja sprawdzę salę główną – poleciła Annake.
Gdy królowa pojawiła się w głównym wejściu, Sevarin mocniej ścisnął rękę Valiny. Stała kilka metrów od nich. Jej surową twarz przepełniła nagle pomieszana ze strachem ulga.
- Dziecko, na bogów, co ty tu robisz? – spytała ruszając w stronę córki, jednak uszła tylko kilka kroków. Zatrzymała się, gdy królewska wychowanka odwróciła się do niej, unosząc ostrzegawczo rękę. Twarz Lunaris wyglądała jak wytopiona z wosku, skóra błyszczała od potu. Oczy były szeroko otwarte, wargi zaciśnięte w wąską kreskę. Była jeszcze bledsza niż zazwyczaj. Przypominała bardziej zjawę niż żywą istotę.
- Nie mąć ciszy matko – powiedziała spokojnym głosem, ostro kontrastującym z wyrazem jej twarzy. – Tu powinno być cicho. Jak w grobie.
Ze swojego miejsca Valina wciąż wyraźnie widziała Annake, oblicze królowej przez chwilę wykrzywiło się, ukazując głęboką udrękę.
- Oj dziecko… - jęknęła cicho, jednak szybko się pozbierała. Znów ruszyła do przodu. – Po co tutaj przyszłaś?
- Musiałam posłuchać, pomyśleć. – Lunaris przełknęła głośno ślinę.
- Przemarzłaś. Powinnaś zacząć nosić cieplejsze suknie, jest już przecież jesień. – oznajmiła sucho królowa, zdejmując ze swoich ramion chustę i opatulając nią córkę. Wyglądało to, jakby ubierała lalkę. Lunaris nie zwracała najmniejszej uwagi na poczynania matki.
- Owieczki idą na rzeź. Wilk syty, baran cały, a owieczki idą na rzeź – mówiła coraz głośniej i głośniej, na twarz wstępowało przerażenie. – OWIECZKI IDĄ NA RZEŹ!
Annake objęła córkę ramieniem i zaczęła prowadzić ku drzwiom, szepcząc jednocześnie jej coś do ucha. Przez malującą się na twarzy królowej stanowczość przebijała troska i zmęczenie. Bogowie tylko wiedzieli, ile już razy widziała swoje dziecko w takim stanie.
- Ja już nie mogę mamo. Musze coś zrobić. Trzeba coś zrobić zanim…
Gwałtownie zakryła dłonią usta córki, przyspieszyła kroku. Mimo wyraźnego pośpiechu i stanowczości jej działania były dalekie od brutalności. Gdy obie wychodziły, do Valiny dotarł jeszcze szept Annake. „Wszystko będzie dobrze.” W korytarzu zabrzmiały głosy służek. Ich kroki, oraz nie znoszące sprzeciwu rozkazy królowej po chwili ucichły, jednak Valina nie mogła się pozbyć nieprzyjemnego poczucia niepokoju.
- Chyba coś jest w opowieściach o tym, że królewska wychowanka postradała zmysły. Chyba Annake rzeczywiście ma jakiś wpływ na króla, skoro zdołała go ubłagać, by nie oddalił z dworu kogoś w takim stanie – stwierdził Sevarin, zdejmując pelerynę. Valina cofnęła kamuflaż i przywołała strój.
- Czasami, gdy musisz znieść coś, co jest ponad twoje siły… – powiedziała nieobecnym głosem. – …masz dwie drogi. Umrzeć albo oszaleć.
- Myślisz, że…?
- W tym zamku dokonano masakry. Przecież ona musiała to widzieć. A miała wtedy tylko pięć lat.
„Pięć lat, brzmi znajomo, prawda Valino?” Odezwało się coś w jej głowie. „Ale ty nie zwariowałaś, przynajmniej nie do końca. I wiesz komu to zawdzięczasz. To i swoje nędzne życie. Dalej zamierzasz od niego uciec?” Potrząsnęła głową. „Później. Teraz jest robota.” Ale głos nie ustępował. „Zawsze była robota, między innymi na tym to polegało. Miałaś się na czym skupić, żeby nie musieć myśleć. Chcesz to teraz opuścić? Jak opuściłaś rodziców?” Zacisnęła dłonie w pięści, czując jak pazury wbijają się w jej ciało. Kontrola nad formą była teraz na dalszym planie. „Nie mogłam nic zrobić. NIC. Ewentualnie umrzeć razem z nimi. A teraz muszę się uspokoić, bo mam pracę.” Wzięła kilka głębszych oddechów. Czasami zastanawiała się, czy jej własny umysł nie jest przypadkiem największym wrogiem, jakiego kiedykolwiek miała.
Tymczasem Sevarin rozgościł się już w najlepsze. Stał przy ołtarzu i rozstawiał na nim naczynia oraz księgi, które ze sobą przyniósł. Dołączyła do niego.
- Będziesz czarował? – spytała.
- Później. Teraz musze przygotować rytuał.
- Rytuał?
- Większość ludzi uważa magów za nie wiadomo co. Nasłuchali się opowieści o wojnach i sądzą, że umiemy za pomocą jednej myśli zmieść miasto z powierzchni ziemi – zaczął, przeglądając z powagą przyniesione naczynia. – Trochę prawdy w tym jest, ale coś takiego można sprawić poprzez rytuał, lub magiczny przedmiot. Nieprzygotowany, tak sam z siebie, mag może żałośnie mało. Ja praktycznie nie mogę nic. Książe, na nasze nieszczęście, należy do tej dwudziestki współcześnie żyjących elfów, które umieją trochę więcej, ale i tak ogranicza się to z grubsza do ograniczonej liczby prostych telekinetyków. – W końcu odnalazł właściwe naczynie i zaczął przeglądać księgi. – Potęga kryje się w rytuałach. Poprzez tak zwaną „farbę”, czyli maź ze starannie dobranych składników i odpowiednio dobrane symbole, które kształtują Magiczną Energię, można zrobić właściwie wszystko. Mag po prostu wzbudza Energię i stara się powstrzymać ją przed ucieczką ze wskazanej przez symbole drogi.
- Mówisz jakby to było takie proste.
- A skąd wiesz, że nie jest?
- Nic w życiu nie jest proste.
- Ano nie jest. Komplikacje zaczynają się, jeśli źle dobierzesz symbole, pomylisz się przy ich rysowaniu, albo porwiesz na zbyt trudny dla siebie rytuał. Wtedy twoje ciało trzeba zeskrobać z sufitu, a z duszą dzieją się rzeczy, o których nie chcę nawet myśleć. – Znalazł w końcu coś, czego szukał. Zanurzył palec w naczyniu, czerpiąc odrobinę czerwonej mazi i narysował na swoim czole krzyż w okręgu. Jego oczy zapłonęły czerwienią, symbol rozjarzył się delikatnie i taki już pozostał, nawet gdy tęczówki Sevarina zgasły. Zwrócił się do niej. – Znajdź mi obszar, w którym powinien stać książę w czasie ceremonii, lepiej się na tym znasz.
Posłusznie wskazała na prawy kraniec podium. Zabrał naczynie i książkę.
- Czyli gdy to wszystko się zacznie, książę nie będzie mógł zrobić nic? – zapytała
- Teoretycznie. Praktycznie może być z tym różnie. Niestety, jak już wspominałem, jest znacznie potężniejszy niż ja. Nie mam nawet cienia szans, by samemu się mu przeciwstawić. Chcemy zmniejszyć zagrożenie, dlatego tutaj maluje coś specjalnie dla jego książęcej wysokości. – objaśnił.
- Chyba stanę na straży. Nikt nie powinien się tutaj teraz kręcić, ale mimo wszystko musimy być ostrożni – oznajmiła. Skinął jej tylko głową, pochłonięty pracą.
Nie wiedziała ile czasu spacerowała korytarzami, chłonąc ciszę nocy. Z sali dobiegał do niej dziwny zapach „farby”. Jednoznacznie kojarzył się jej z czarami, a to wystarczało, by wzbudzić w niej niepokój. Niebo na horyzoncie zaczęło już jaśnieć, gdy w końcu usłyszała zduszone: „Valino!”
Skierowała się ku sali. Gdy wyszła zza rogu prowadzącego do głównego wejścia, zamarła na chwilę. Kiedy znów ruszyła z miejsca, szła wolno, nieustannie węsząc. Stojący nieopodal Sevarin przyglądał się jej ze zmęczonym uśmiechem.
Całą drogę do ołtarza oraz większość przestrzeni, gdzie miały stać ławy dla widzów, pokrywały skomplikowana plątanina różnorakich symboli. Ciągnęły się aż na korytarz, do zawieszonego naprzeciwko wejście lustra. Przypomniała sobie jak bardzo Sevarin ucieszył się, gdy podczas pobieżnego opisywania sali, wspomniała mu o nim. Potężne, sięgające aż do sufitu zwierciadło też nosiło na sobie czerwone znaki. W samym jej centrum widniał schematyczny rysunek oka. Widok był urzekający i niepokojący zarazem.
- Błagam, powiedz, że nie zamierzasz tego tak zostawić – szepnęła. Zaśmiał się cicho i wyciągnął przed siebie rękę. Jego oczy zapłonęły. Symbole zajaśniały gwałtownym czerwonym blaskiem, po czym powoli wchłaniały się w podłoże.
- Gotowe – oznajmił.
- Książe nic nie zauważy?
- Mógłby. Ale to dla niego nowy teren. Poza tym jest zdenerwowany sytuacją, w jakiej się znalazł. No i nie ma powodu by cokolwiek podejrzewać, prawda?
- Prawda. Wynośmy się stąd – wybąkała, czując delikatne ukłucie sumienia. Jak powiedziała, tak też zrobili.
---------------
- Naprawdę, bardzo zabawne – bąknął Razjel składając ręce na piersi.
Premal stał nieopodal, opierając się plecami o ścianę, trzęsąc się ze śmiechu trzymał ręce na brzuchu i chwiał do tego stopnia, że książę mógł się założyć o swojego ulubionego rumaka, że zaraz się przewróci. Kapitan straży ustał jednak dzielnie i po pięciu minutach doszedł do siebie na tyle, by móc wydobyć z gardła coś poza chichotem.
Książe dziękował bogom, że nikt nie przechodził akurat korytarzem. Premal wyprostował się i klepnął przyjaciela po plecach.
- No wiesz, Kiratana mogę jeszcze zrozumieć. Tyle stuleci zaklęty w miecz. Każdy popadłby zapewne w jakieś seksualne frustracje…
„O niech tylko poczeka aż znowu będzie chciał ćwiczyć z nami szermierkę, ja mu pokażę seksualne frustracje.” Wtrącił miecz gniewnym tonem.
- …ale ty? Co noc inna, chętna panna grzeje twoje łóżko i jeszcze ci mało? Wybacz, ale żeby mieć omamy w postaci nagich kobiet, potrzeba naprawdę skrajnej sytuacji. Albo dużo więcej wina niż byłem w stanie kiedykolwiek wypić. Jeszcze chwila i oznajmisz mi, że się w niej zakochałeś i idziesz jej szukać na koniec świata.
„To byłoby raczej w jego stylu.” Wtrącił Kiratan.
- Mogłeś się postarać o lepszą historyjkę Raz. – stwierdził Premal.
- Nie zmyśliłem sobie tego.
- Może widziałeś cień jakiegoś krogulca albo coś podobnego?
- Umiem odróżnić kobietę od krogulca.
- Cienie na ścianę może rzucać wiele rzeczy, a niewidzialni ludzie, to akurat najmniej prawdopodobna. Pomyśl. Jesteś jedyną osobą w promieniu wielu mil, która umie rzucać zaklęcia. A jak inaczej można zniknąć?
- Nie wiem. Dlatego mnie to niepokoi. – mruknął Razjel ruszając wolno przed siebie.
- A ja uważam, że w tej całej sprawie chodzi o coś innego. – odparł z powagą żołnierz. – Jutro wielki dzień, a ty zwyczajnie się boisz.
- Że co proszę? – syknął Razjel, natychmiast się prostując. Złoty warkocz zatańczył w powietrzu na skutek gwałtowności ruchu.
- Nie ma co się wstydzić. Wiem, co myślisz o tym ślubie. Nigdy nie widziałem cię tak zdruzgotanego jak w dniu, gdy zrozumiałeś, że rodzina i bractwo zaciągną cię przed ołtarz nawet, jeśli będą musieli do tego użyć siły – oświadczył Premal łagodniejszym tonem. – Przez całą drogę tutaj dąsałeś się jak zbyt cnotliwa panna. A teraz, w przeddzień ceremonii wyraźniej odczułeś presję i usiłujesz to jakoś zatrzymać. Mogłeś wymyślić coś lepszego niż naga kobieta.
„Trzeba było mu powiedzieć wcześniej, tak jak ci radziłem panie, najpierw dowiedzmy się czegoś więcej. Na co ty jeszcze czekasz? Trzeba zawiadomić króla.”
„Po co? Żeby też się pośmiał? Poza tym nie będzie szczęśliwy, jeśli się dowie, że go szpiegowałem.”
„Czy ja ci każę mówić prawdę? Zmyśl jakąś wiarygodną historyjkę.”
„Wiarygodną i zawierająca w sobie niewidzialną kobietę?”
„Więc zamierzasz to tak po prostu zignorować? A może liczysz, że stanie się coś, co zniweczy ten ślub? Jeśli tak, to uważaj, bo jeszcze ci się spełni.”
- Wiecie, co? Dodajcie sobie z tym spokój, obaj. – syknął książę, odpinając pas z mieczem i gniewnym gestem wcisnął go w dłonie Premala. Kiratan zamierzał powiedzieć coś jeszcze, ale kontakt został urwany gdy przestał dotykać broni. Ruszył szybkim krokiem przed siebie.
Zignorował nawoływania i gwałtownie otworzył pierwsze drzwi, na jakie natrafił, rozpaczliwie modląc się, by nie skończyć w jakimś schowku na szczotki.
Na szczęście okazało się, że wszedł w korytarz, który w końcu zaprowadził go na mury. Słońce zaszło już kilka godzin temu. Księżyc, w drodze wyjątku, świecił jasno tej nocy, nadając mokradłom magiczny wygląd.
Zatrzymał się w połowie drogi, między wieżą a rogiem fortyfikacji. Widział flagi łopoczące na wietrze. Symbol boga i króla, co trzecie drzewce dalej było puste. Jutro w nocy zostaną na nie wciągnięte jego rodowe proporce, na znak, że został członkiem rodziny. Król uroczyście uzna go za diuka wojennego i odda zamek, który szesnaście lat temu stracił margrabia Theobald Evendar, turag zakonu strażników Kryształowej Wierzy w Erze.
Kuval Nirmalpaliar, najwyższy nipun w zakonie Kryształowej Wieży, jego mentor, wyjaśnił mu dokładnie jak to wszystko ma teraz wyglądać. On został wyznaczony, by przejąć przerwaną misję i stanąć na straży miejsca pochówku wielkiego uddunatha Karmazynowego Księżyca. Do domu miał szansę wrócić za jakieś sto lat, gdy dorośnie syn, o którego ze swoją uroczą żoną mieli się jak najszybciej postarać. Półelf nie mógł dziedziczyć jego magii, jednak gdy wejdzie w stosowny wiek, zostanie wydany za czarodziejkę z bractwa i to ona przejmie misję. Ich dzieci będą w stanie używać czarować, jedno z nich zostanie posłane na nauki do Ery, by kontynuować dzieło, tego samego nieszczęśnika zapewne wmanewrują w kolejne małżeństwo z którymś tam z kolei władcą okolicy, by podtrzymać przyjazne stosunki. On sam zaś, po tym jak przejmie po ojcu koronę Wysp Szepczących Toni, miał postarać się o innych potomków, by wydać oddzielną linię dziedziców, nie związaną z tamtą.
Dziewczęcy chichot przeciął powietrze. Razjel podniósł ponure spojrzenie ku wieży księżniczek, niekwestionowanemu królestwu Annake, miejscu, gdzie żaden mężczyzna nie miał wstępu. Królewskie córki mieszkały tam przez wszystkie swoje dziecinne dni. Teraz zapewne żegnały jedną ze swego grona. Jutrzejszą noc Vinaya miała spędzić już gdzie indziej. Westchnął i złożywszy ręce na murze, oparł o nie brodę.
Patrząc na rozgwieżdżone niebo, uświadomił sobie jak tęskni za domem. Za żywiołową, wojowniczą matką, która wspierała go we wszystkich zamierzeniach. Łagodnym i spokojnym ojcem, pełniącym w rodzinie funkcję głosu zdrowego rozsądku. Poczuł ból, nie wiedząc kiedy znów ich zobaczy.
Pogrążony w myślach, dopiero po jakimś czasie zdał sobie sprawę, że jest obserwowany. Odwrócił powoli głowę, obawiając się, że nikogo nie dostrzeże, jednak nie miał racji.
Stała kilka metrów od niego. Czerwona suknia powiewała na wietrze razem z czarnymi falami włosów, niebieskie oczy, o niezwykle czystej barwie, wpatrywały się w niego z wielkim smutkiem. Drobna, nawet jak na półelfkę, niezdrowo blada, księżniczka, której dotąd nie miał okazji dobrze się przyjrzeć. Lunaris. Zdziwiony wyprostował się. Chciał przemówić, jednak uprzedziła go.
- Odejdź stąd. – powiedziała szybko, wlepiając w niego rozpaczliwe spojrzenie. – Odejdź, zanim znowu wszystko zniszczą, zanim będzie następna tragedia.
Zbaraniał. Wpatrywał się w nią szeroko otwartymi oczami, usiłując pojąc sens jej słów. Księżniczka rozejrzała się czujnie, jak sarna wypatrująca wilka, po czym znów się odezwała.
- Uciekaj, teraz, zaraz. Przecież nie chcesz tu być. Oni cię zniszczą… a to nie twoja wina…
Zaskoczenie mijało powoli i zaczynał rozważać słowa królewny.
- Kto zamierza mnie zniszczyć? – spytał, robiąc krok w przód.
Lunaris zagryzła wargi. Przepiękne rysy twarzy wykrzywiała jej wewnętrzna udręka.
- Spokojnie, wszystko będzie dobrze powiedz mi tylko, kto? – powtórzył pytanie łagodnym tonem. Zrobił kilka kroków w przód. Stał już naprzeciw niej, delikatnie ujął chłodne dłonie dziewczyny, jej miotane przez wiatr włosy pachniały jaśminem. Podniosła głowę, spojrzała mu w oczy wzrokiem zaszczutego zwierzęcia. Zasłona, która szczelnie oddzielała ją od świata zniknęła. Była świadoma swoich czynów i słów..
Powoli otworzyła usta, by coś powiedzieć, jednak zamiast tego odwróciła się gwałtownie. Spojrzała na wieżę księżniczek, po czym z cichym krzykiem wyrwała mu swoje dłonie i ruszyła truchtem wzdłuż muru.
Również podniósł wzrok. Jedno z okien wieży zamykało się. Zdążył dostrzec jeszcze złote loki, opadające na liliowa suknię i wystające spod czepka zaostrzone ucho. Annake?
I co to wszystko niby miało znaczyć? Zapytał sam siebie. Przez chwilę stał, usiłując ułożyć sobie w głowie informacje, które przed chwila uzyskał. Pojawiło się kolejne pytanie. Co teraz?
Mógł rozpętać awanturę, powiedzieć o wszystkim królowi i zmusić go by sam wyciągnął prawdę z dziewczyny. Ale czy to by coś dało? Być może zamknęłaby się w sobie, postawiona przed grupą mężczyzn żądających odpowiedzi. Poza tym wyraźnie się czegoś bała. Czyżby rycerstwo aż tak bardzo chciało się go pozbyć? Byli niezadowoleni z tego mariażu co najmniej tak jak on. A może Lunaris spotkała nagą, niewidzialną kobietę? Tak czy inaczej, gdyby rozpętał oficjalną aferę, półelfce mogło się coś stać. A on już nigdy by się niczego w tej sprawie nie dowiedział.
„Więc, co? Porozmawiać z Premalem? Żeby znowu mnie wyśmiał. Nic z tego. Z resztą, co by to zmieniło?” Nie miał wątpliwości, że zostanie zagnany przed ołtarz, od tego nie było ucieczki. A straż i tak była już na najwyższych obrotach. Miejscowi sprowadzili do zamku dodatkowy garnizon. A Premal trzymał wszystkich swoich ludzi w najwyższej gotowości. „Nie ma to jak miłość, zgoda i wzajemne zaufanie wobec tych, którzy wkrótce staną się rodziną.” Pomyślał, uśmiechając się krzywo. „Podsumowując, co możesz zrobić przed uroczystością, Razjelu? Absolutnie nic. Trzeba będzie się tym zając po weselu.”
Przypomniały mu się słowa Kiratana: „A może liczysz, że stanie się coś co zniweczy ten ślub? Jeśli tak to uważaj, bo jeszcze ci się spełni.” Zadrżał. Czy naprawdę tego chciał? Nie był pewien. Jakaś część jego była świadoma, że zachowuje się jak małe, rozpieszczone dziecko, które intensywnie szuka kłopotów. Jednak niechęć do jego przyszłej żony była większa.
Z westchnieniem powrócił do kontemplacji uroków nocy. Chłodny wiatr, niosący znad miasta odgłosy zabawy, miał na niego uspokajający wpływ. Gdzieś tam, mieszczanie cieszyli się z powodu tego, że jutro, on i bogom ducha winna dziewczyna zostaną zmuszeni do wymienienia przysięgi w imię politycznych sojuszy i szeroko pojętego dobra ogółu. Mogli się radować ile chcieli. On jednak nie miał zamiaru się cieszyć.
Ludzie w znajdującej się stosunkowo blisko zamku posiadłości, bawił się wyjątkowo przednio. Ich pieśń docierała aż do niego. Gdy wsłuchał się w słowa, wybuchnął suchym, sarkastycznym śmiechem. Jego zdaniem tutejsi zupełnie nie posiadali wyczucia, albo mieli dziwne poczucie humoru.
- Proszę bardzo, ja bym się wcale nie obraził – rzucił jeszcze sam do siebie i ruszył wzdłuż muru pogrążony w rozważaniach.
„…O piękna dziewczyno, zapakuj kosztowności,
zbierz wszystkie swoje suknie,
zostaw otwarte drzwi od alkowy,
bo gdy noc świat pod płaszczem skryje,
nim kapłan odmówi ostatnie pacierze,
kochanek przybędzie porwać pannę młodą…”

Więcej w dziale Opowiadania

Waga szaleństwa - Część pierwsza

Opowiadania · frija ·

Pustynny wiatr zdmuchnął płomyki oliwnych lamp. Świątynię w Hadikat as-Sahra spowił aksamitny mrok. Otulił rzeźbione ściany, wyłomy i ołtarz, osiadając także na zimnym obliczu boga. Zasnuł granatem wygasłe szmaragdy oc...

Czarnopióra

Opowiadania · iris ·

Płacz, Czarnopióra, Bo nie ocalisz śmierci przeznaczonych. Życie ludzkie jest jak kwiat, co usycha. W pył się obrócą chwała i pieśni, Upadną królestwa, wielkich czas pokona. Płacz, Czarnopióra, bo nic nie pozostanie...

Warto by się zastanowić

Opowiadania · voltharlord ·

Warto by się zastanowić I Niespodziewanie szybko zrobiło się ciemno i zimno. Galdwan nie przejmował się tym zbytnio, gdyż żar z własnoręcznie rozpalonego ogniska od kilku godzin dostarczał mu ciepła i otuchy. Las b...

Węzeł Światów - Nocna rozmowa

Opowiadania · kondias ·

NOCNA ROZMOWA Około jedenastej Krystyna usłyszała jęk. Wstała i zapaliła światło. Widząc to przez szybę w drzwiach, ja też wstałem. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem ją pochyloną nad sfinksicą i natychmiast podbiegłem....

Bliźniacze węże

Opowiadania · sd ·

--- Bliźniacze węże --- Wszyscy poruszali się niesamowicie cicho. Najciszej jak potrafili. Tak jakby nie istnieli, jakby nie chcieli istnieć. Powoli, krok za krokiem. Cichutki odgłos metalu trącego o metal. Prawdopo...

Węzeł Światów - Przybysze

Opowiadania · kondias ·

Część I W naszym świecie PRZYBYSZE Postanowiłem opisać te dziwne wydarzenia, w których braliśmy udział – jako powieść fanta-sy, gdyż inaczej na Ziemi nikt tego nie odbierze. Co prawda będzie to fantasy dosyć niet...